dziś, zjedz jutro, co masz zrobić jutro, zrób dziś, mawiała moja mądra Babcia.
I tym sposobem, zakisiwszy od rana szlachetne cielsko na fotelu, jako że na deszcz się zanosiło, a ja z cukru i się rozpuszczę, przeleżałam plackiem kilka odcinków The Twilight Zone, przerywając oglądanie a to na herbatkę, a to na obiadek. Obiad po linii najmniejszego oporu: pyry i kefir co się ostał po Pierworodnym. Ten uwielbia kefir ogórkowy, ale mnie coś tknęło i skład przeczytałam: było tam wszystko, łącznie z glutaminianem sodu, oprócz kefiru, of course. Czekam zatem na tybetański grzybek od KB i będę sama robiła kefir, jako że lubię :) Ale bez chemii, of course.
I tak łażąc po Strefie Mroku myślałam, jak przez to moje życie technika poszła naprzód, a i obyczaje też. Bo wyobrażenia z lat 50. o lotach kosmicznych, o lądowaniu na innych planetach, zupełny brak komputerów, rakiety sterowane mikrofonami, ojapierdolę. I wszechobecne papierosy, palą nawet w kosmosie, w domu, w knajpach, palą wszyscy, nie ma scen bez papierosa. Tylko smrodek dydaktyczny i mądrości życiowe są wciąż takie same...
Koło 15 zaczęły mną targać wyrzuty sumienia i...
Tadam.
Dochodziła 16.30. Zerwałam się, ktoś mi w dupkę wkręcił śrubkę okrętową numer pięć. I?? Wszystkie okna pomyte, nie przetarte, ale pomyte. Sobotnie sprzątanie załatwione (a sobota u mnie była już we wtorek, jak się inwazja skończyła). Zatem sobota jest kupująca, bo dziś naprawdę likwidowałam resztki, a wracam do pracy. I może jakieś badylki do skrzynki??
Bo fryzjer ogrodnik ma już bratki...
I znów skrzynka skończy sezon niepomalowana, ale co tam.
Najtrwalsze są prowizorki, o czym świadczy kabel od Internetu.
Cicho, czysto, przytulnie.
Samotnie.
Nikt nie znalazł czasu w weekend, ale nie szkodzi :)
The heart is a lonely hunter...
Kaziuk jest, może skoczę, a co tam, ma być piękna pogoda.
I nawet gotowanie sobie daruję, kupię cepelina, zaszaleję, wolno mi... Kto bogatemu zabroni??
piątek, 28 lutego 2014
czwartek, 27 lutego 2014
Czerń i biel
Mam fazę.
The Twilight Zone.
Sezon 1.
Miałam wtedy 4 lata :)
Strach się bać.
Ale wciąga jak chodzenie po bagnach.
Nie ma techniki i cudów wianków.
Są ludzie...
The Twilight Zone.
Sezon 1.
Miałam wtedy 4 lata :)
Strach się bać.
Ale wciąga jak chodzenie po bagnach.
Nie ma techniki i cudów wianków.
Są ludzie...
środa, 26 lutego 2014
To kill a mockingbird
To kill...
Wizyta KB.
Ehhh...
Cóż mogę??
Nic...
Wysłuchać.
Czarno-biały film, kiedy ostatnio oglądałam??
Ściągnęłam To kill a mockingbird. Po Ostatnim brzegu najmądrzejszy film o życiu, jaki znam.
Ludzki.
I nieważne, że wtedy nie było komputerów.
Przesłanie do dzisiejszych czasów jest aż nazbyt jasne.
Te rzeczy i te sprawy się nie zmieniają.
To kill a mockingbird.
I tak chciałabym, żeby czuła Mała Wiedźma.
Jej słowa: "Chciałabym być pinkowa".
A Stara Wiedźma chce, żeby Mała Wiedźma wiedziała, że nie zabija się drozdów...
A może, jak twierdzi KB, Matrix istnieje i powinnam walczyć??
Tylko czy warto??
To kill a mockingbird.
Wizyta KB.
Ehhh...
Cóż mogę??
Nic...
Wysłuchać.
Czarno-biały film, kiedy ostatnio oglądałam??
Ściągnęłam To kill a mockingbird. Po Ostatnim brzegu najmądrzejszy film o życiu, jaki znam.
Ludzki.
I nieważne, że wtedy nie było komputerów.
Przesłanie do dzisiejszych czasów jest aż nazbyt jasne.
Te rzeczy i te sprawy się nie zmieniają.
To kill a mockingbird.
I tak chciałabym, żeby czuła Mała Wiedźma.
Jej słowa: "Chciałabym być pinkowa".
A Stara Wiedźma chce, żeby Mała Wiedźma wiedziała, że nie zabija się drozdów...
A może, jak twierdzi KB, Matrix istnieje i powinnam walczyć??
Tylko czy warto??
To kill a mockingbird.
wtorek, 25 lutego 2014
Przeżyłam
choć łatwo nie było. Przepędziliśmy Skubaną przez Dębinę, wzięłam kijki, więc miałam nad nią przewagę, musiała się napracować zdrowo, żeby mnie dogonić :P Byłam już koszmarnie zmęczona gradem pytań, a Ona, coraz bardziej oswojona ze mną, stawała się niegrzeczna i nieposłuszna.
W nocy nie spałam, bo... mieli wstać o 3. Pierworodny też spał jednym okiem, bo bał się zaspac. Po wstaniu zrobili taki raban, że bałam się, że sąsiedzi policję wezwą. Kto zna Pierworodnego wie, o co lotto. Nawet jak nie mam aparatów wkurza mnie, bo drze się jak stare kalesony na płocie. Taki model.
Wreszcie pojechali, ale nie za bardzo udało mi się zasnąć, bo trafiłam z misją do Afganistanu i nie mogłam - jak zawsze w snach - znaleźć swojego pokoju.
Zatem o 7 wstałam i... jak piękna jest ogarnięta chaupka :)
Bilans wizyty: porypana ściana w małym pokoju i jeden talerz zbity. Głęboki.
Potem ku zdziwieniu autorów przeleciałam cały atlas chwastów (a co, chcę mieć parę dni dla siebie), jutro drobażdżki, facet wie, że nie będę mu do nocy siedzieć i może uda mi się na kijki wylecieć, bo dziś nie miałam już siły, zakupy jeszcze robiłam po pracy i...
Czekam na Inżyniera, a potem mam:
A co, mam nadzieję, że myszki będą białe, a nie fioletowe, bo fiolet mi za bardzo "pinkowy" przypomina, a jak wiadomo jestem wrogiem pinkowego.
Oblewamy po pierwsze:
koniec inwazji,
po drugie:
fakt, że Baran został poddanym Jej Królewskiej Mości (i pewno będzie na mnie z góry patrzył, jakby zawsze tak nie robił, drągal jeden ;), zatem gratulacje dla Barana;
po trzecie zaś
całe 5,5 cm Fistaszka w całej okazałości, zezwolenie Sikory na publikację posiadam na piśmie. Niech się zdrowo chowa.
Zdarzenia opijam w kolejności wystąpienia i jak ktoś chce, może się dołączyć, albo wlecieć :D Nie widzę przeciwwskazań :P
Prosit!!!!
W nocy nie spałam, bo... mieli wstać o 3. Pierworodny też spał jednym okiem, bo bał się zaspac. Po wstaniu zrobili taki raban, że bałam się, że sąsiedzi policję wezwą. Kto zna Pierworodnego wie, o co lotto. Nawet jak nie mam aparatów wkurza mnie, bo drze się jak stare kalesony na płocie. Taki model.
Wreszcie pojechali, ale nie za bardzo udało mi się zasnąć, bo trafiłam z misją do Afganistanu i nie mogłam - jak zawsze w snach - znaleźć swojego pokoju.
Zatem o 7 wstałam i... jak piękna jest ogarnięta chaupka :)
Bilans wizyty: porypana ściana w małym pokoju i jeden talerz zbity. Głęboki.
Potem ku zdziwieniu autorów przeleciałam cały atlas chwastów (a co, chcę mieć parę dni dla siebie), jutro drobażdżki, facet wie, że nie będę mu do nocy siedzieć i może uda mi się na kijki wylecieć, bo dziś nie miałam już siły, zakupy jeszcze robiłam po pracy i...
Czekam na Inżyniera, a potem mam:
A co, mam nadzieję, że myszki będą białe, a nie fioletowe, bo fiolet mi za bardzo "pinkowy" przypomina, a jak wiadomo jestem wrogiem pinkowego.
Oblewamy po pierwsze:
koniec inwazji,
po drugie:
fakt, że Baran został poddanym Jej Królewskiej Mości (i pewno będzie na mnie z góry patrzył, jakby zawsze tak nie robił, drągal jeden ;), zatem gratulacje dla Barana;
po trzecie zaś
całe 5,5 cm Fistaszka w całej okazałości, zezwolenie Sikory na publikację posiadam na piśmie. Niech się zdrowo chowa.
Zdarzenia opijam w kolejności wystąpienia i jak ktoś chce, może się dołączyć, albo wlecieć :D Nie widzę przeciwwskazań :P
Prosit!!!!
niedziela, 23 lutego 2014
Zgon
już blisko.
Wywaliła nas bladym świtem.
Przed 9 wyruszyliśmy z chałupki, czekąjąc na przystankach, bo mało, że wszystko rzadko jeździ, to jeszcze z kursu wypada. Poranek był rześki, przymrozkowy, ale słońce rozkręcało się szybko i pod koniec temperatura doszła do 12 stopni. Jak na luty - super.
Okazało się, że autobus jeździ zimą tylko do Mogileńskiej, a nie da się ukryć, zimę mamy, więc z Mogileńskiej dotarliśmy do ZOO na Krańcowej sposobem przodków - per pedes.
No, może co poniektórzy korzystali czasem z jakichś zwierząt wierzchowych, ale osiołek na propozycję: a może byś tak mamusię poniósł - wierzgnął i tyle go widzieli :)
A za kasą już była wiosna...
Trasę wybierała sama, wszystkie zwierzęta zna i ma swoje preferencje.
Kuna, jak wujek Inżynier, miała na nas zwyczajnie wyjebane i grzała się na słońcu animrumrając...
Niektóre zwierzaki nadaktywne były niczym Mała Wiedźma i... za Chiny Ludowe nie można było trzasnąć fotki (zapisać w kajeciku: brać soniaczka)...
A tu kolejni wujkowie Inżynierowie...
Może kacykiem osłabieni po gorączce sobotniej nocy??
Tutaj Mała oszalała, bo myszy i inne paskudztwa...
Biedne puchacze w klatce...
... i wolne ptaki, pełnia szczęścia...
Król puszczy
I ... moje marzenia... Oby ich nic nie zmiotło :P
Oglądali robale pół godziny, a ja kontemplując (plułam prosto) gapiłam się na jeziorko...
A ptaszyska wędrowały nie bacząc na siatki...
Nawet łabędzie się szwendały :P
Brzydkie kaczątka...
A tu cykl: znajdź kotecka, na fotce autentyczny kotecek...
I słoniarnia, jeszcze jej nie widziałam.
Cztery słonie, zielone słonie, każdy kokardkę ma na ogonie (na zdjęciu akurat trzy)...
Wnętrze słoniarni, tu siedzą zimą. W porównaniu ze słoniarnią ze starego ZOO - Hawaje i hasta maniana...
A w słoniarni tęcza. Nic dziwnego, że radny Grześ podejrzewa Nino o gejostwo i o to, że słonie szerzą tęczową propagandę gender. Tak trzymać, słoniki :)
Misie baraszkowały...
... a ten chyba się czegoś opił, albo wiosenne powietrze go zmogło :)
Tych skubańców (ostronosów) nie mogłam złapać na początku ZOO, latają szybciej od MW...
... a tu proszę, złapałam...
I znów gęsi za wodą...
Już powoli zaczął myśleć, jak Jej łebek ukręcić.
A to Polska właśnie...
Przy tej wolierze MW podczas ostatniej wizyty rozbiła sobie głowę. Pamięta to, podchodziła do murku z niejakim dystansem, ale nie minęła minuta i już z niego skakała. Na szczęście Babcia Yoda tym razem czuwała.
Surykatek i piesków preriowych nie było, zresztą wielu zwierząt nie było, ale i tak wycieczka była udana...
Foki nie dały się skusić nawet rybkami na kamieniach.
Nad Maltą, powrót do domu...
... przedzieraliśmy się przez tłumy poznaniaków...
Co nam tam Soczi :)
Mamy swoją skocznię...
I kolejkę... Jaka wioska, taka adrenalina :)
A u nas nawet zakonnice poczuły wiosnę :)
Wpadliśmy na nieplanowany obiad do Sfinksa do Malty, bo my byliśmy już porządnie głodni, choć MW deklarowała: jestem najedzona, ale ona jest zawsze w opozycji. Nie wyobrażałam sobie gotowania, choć miałam wszystko przygotowane. Łaziliśmy od 9, do domu wróciliśmy o 17.30, z godzinną przerwą na Sfinksa. Zapomniałam zabrać krokomierza, ale z 10 kilosów machnęliśmy jak nic. Po powrocie do domu okazało się, że panienka jest pełna energii i mimo kąpieli protestuje przeciw spaniu.
Ojapierdolę.
(Zna już to słówko, a jakże, cytuje je trafnie)...
O 20 poszła obrażona do łóżka, że nikt z nią nie chce iść i... momentalnie zasnęła.
A ja rozbudziłam się tak, że...
Jeszcze jeden dzień, a potem nocna pobudka...
I powrót do pracy.
Szczerze??
Kocham MW, dam sobie za nią krwi utoczyć.
Ale wolę zajmować się pracą.
Jest mniej męcząca, choć MW poprawia moją kondycję :P :)
Wywaliła nas bladym świtem.
Przed 9 wyruszyliśmy z chałupki, czekąjąc na przystankach, bo mało, że wszystko rzadko jeździ, to jeszcze z kursu wypada. Poranek był rześki, przymrozkowy, ale słońce rozkręcało się szybko i pod koniec temperatura doszła do 12 stopni. Jak na luty - super.
Okazało się, że autobus jeździ zimą tylko do Mogileńskiej, a nie da się ukryć, zimę mamy, więc z Mogileńskiej dotarliśmy do ZOO na Krańcowej sposobem przodków - per pedes.
No, może co poniektórzy korzystali czasem z jakichś zwierząt wierzchowych, ale osiołek na propozycję: a może byś tak mamusię poniósł - wierzgnął i tyle go widzieli :)
Nawet nie próbowała wejść na słonia, ale co się dziwić, nie dorosła ;)
A za kasą już była wiosna...
Trasę wybierała sama, wszystkie zwierzęta zna i ma swoje preferencje.
Kuna, jak wujek Inżynier, miała na nas zwyczajnie wyjebane i grzała się na słońcu animrumrając...
Niektóre zwierzaki nadaktywne były niczym Mała Wiedźma i... za Chiny Ludowe nie można było trzasnąć fotki (zapisać w kajeciku: brać soniaczka)...
A tu kolejni wujkowie Inżynierowie...
Może kacykiem osłabieni po gorączce sobotniej nocy??
Tutaj Mała oszalała, bo myszy i inne paskudztwa...
Biedne puchacze w klatce...
... i wolne ptaki, pełnia szczęścia...
Król puszczy
I ... moje marzenia... Oby ich nic nie zmiotło :P
Oglądali robale pół godziny, a ja kontemplując (plułam prosto) gapiłam się na jeziorko...
A ptaszyska wędrowały nie bacząc na siatki...
Nawet łabędzie się szwendały :P
Brzydkie kaczątka...
A tu cykl: znajdź kotecka, na fotce autentyczny kotecek...
I słoniarnia, jeszcze jej nie widziałam.
Cztery słonie, zielone słonie, każdy kokardkę ma na ogonie (na zdjęciu akurat trzy)...
Wnętrze słoniarni, tu siedzą zimą. W porównaniu ze słoniarnią ze starego ZOO - Hawaje i hasta maniana...
A w słoniarni tęcza. Nic dziwnego, że radny Grześ podejrzewa Nino o gejostwo i o to, że słonie szerzą tęczową propagandę gender. Tak trzymać, słoniki :)
Misie baraszkowały...
... a ten chyba się czegoś opił, albo wiosenne powietrze go zmogło :)
Tych skubańców (ostronosów) nie mogłam złapać na początku ZOO, latają szybciej od MW...
... a tu proszę, złapałam...
I znów gęsi za wodą...
Już powoli zaczął myśleć, jak Jej łebek ukręcić.
A to Polska właśnie...
Przy tej wolierze MW podczas ostatniej wizyty rozbiła sobie głowę. Pamięta to, podchodziła do murku z niejakim dystansem, ale nie minęła minuta i już z niego skakała. Na szczęście Babcia Yoda tym razem czuwała.
Surykatek i piesków preriowych nie było, zresztą wielu zwierząt nie było, ale i tak wycieczka była udana...
Foki nie dały się skusić nawet rybkami na kamieniach.
Nad Maltą, powrót do domu...
... przedzieraliśmy się przez tłumy poznaniaków...
Co nam tam Soczi :)
Mamy swoją skocznię...
I kolejkę... Jaka wioska, taka adrenalina :)
A u nas nawet zakonnice poczuły wiosnę :)
Wpadliśmy na nieplanowany obiad do Sfinksa do Malty, bo my byliśmy już porządnie głodni, choć MW deklarowała: jestem najedzona, ale ona jest zawsze w opozycji. Nie wyobrażałam sobie gotowania, choć miałam wszystko przygotowane. Łaziliśmy od 9, do domu wróciliśmy o 17.30, z godzinną przerwą na Sfinksa. Zapomniałam zabrać krokomierza, ale z 10 kilosów machnęliśmy jak nic. Po powrocie do domu okazało się, że panienka jest pełna energii i mimo kąpieli protestuje przeciw spaniu.
Ojapierdolę.
(Zna już to słówko, a jakże, cytuje je trafnie)...
O 20 poszła obrażona do łóżka, że nikt z nią nie chce iść i... momentalnie zasnęła.
A ja rozbudziłam się tak, że...
Jeszcze jeden dzień, a potem nocna pobudka...
I powrót do pracy.
Szczerze??
Kocham MW, dam sobie za nią krwi utoczyć.
Ale wolę zajmować się pracą.
Jest mniej męcząca, choć MW poprawia moją kondycję :P :)
sobota, 22 lutego 2014
Wszystko ładnie pięknie
Wszystko na mojej głowie, ona aktywna jak wulkan, Pierworodny musi mieć wydane jedno polecenie naraz, inaczej nie zrobi, zapada w iPada, gra i czyta, a ja śpiewam, tańczę recytuję, dupy nie daję, ale gotuję... Jest mi go żal, ale jednocześnie sama się zastanawiam, ile jeszcze uciagnę. Jeszcze dwa dni, niby niewiele, ale.
Rozleniwiona i zesztywniała jestem po zimie, a uderzeniowa dawka ruchu też mnie przerasta. Do tego Mała zasypuje mnie gradem pytań z szybkością karabinu maszynowego, aż czasem mnie zatyka. MNIE!!! No nic. Ważne, że je wszystko (no, prawie wszystko, ale to kwestia porozumienia), słucha i nie grymasi.
Jest mądra. Zna już trochę alfabet, więc recytuje do K, a ja recytuję ciąg dalszy. Liczymy do 24, labirynty rozwiązuje bezbłędnie i... nauczyła mnie grać w taką głupią grę, nie mogłam jej rozgryźć, przypadkowo otworzyłam, a ta stuk puk i już :) Dzień był cudny, ciepły, rodzinny. Jutro ma być zoo, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Wiem jedno, będzie ciężko :)
Panienka z zakupami...
U fryzjera czekała na luzie, zanim nie ostrzygli jej taty...
Potem babcia Yoda urzędowała w kuchni, a oni robili to, co tygrysy lubią najbardziej. Pierworodny do dziś nie wyrósł... Ale klocki leżaly karnie na kocu i żaden się po domu nie szwędał ;)
Poszła sobie sama w świat, bez plecaczka (zaraziła się od babci Yody)...
... bo zapachniało wiosną, rano nad Manhattanem przeleciały dwa klucze żurawi, nie zdążyłam zrobic fotki :(
Na dębińskich stawach jeszcze lód i to sporo, wewnątrz Dębiny zimniej, jak na zewnątrz...
Droga do huśtawek daleka i kamyki do butów wpadają, ale od czego Tatko??
Dobry na każde problemy dziecięcego serca. Jak dobrze mieć Tatkę...
Niektórzy rozbierali się powoli :)
Symfonia piękna w czystej postaci, szkoda, że głupi ludzie chleb rzucają i niszczą te piękne ptaki...
I już liście są... :)
Chociaż wokół wciąż jeszcze zima...
Z huśtawki prawdziwej zdjęcia nie ma, bo nie wyszły :P
Dębina cudna jest...
A na koniec dostałam buziaka gratis. Nie mogę jej oduczyć od całowania w usta. Swoje dzieci całowałam w łebek, dla mnie to niehigieniczne, ale nie chcę jej ranić. Skoro chce...
I tu w całej okazałości widać już, że babcia Yoda ma garb na plecach :P
Przedszkole dla gejów?? ;) Mała oblazła całe wkoło, bo musiała "omówić" wszystkie kolory :) Ale co tam, obie pozdrawiamy wesoło, machając łapką naszych przyjaciół, nie mamy nic przeciw :) Pierworodny dołącza, do machania :D
Gacie na szpagacie, schnące na słońcu komponowały się kolorystycznie, nieprawdaż??
Tylko w oknach przedszkola panowała jeszcze zima...
Bo... Znajdźcie kotecka :)
W wiosennym słońcu.
I trzymajcie kciuki, żebym dożyła do wtorku rano...
Lecz ogólnie jest wesoło :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































































