środa, 29 kwietnia 2020

Całe

życie z debilami, Kochany Pamiętniczku, taka jest naga prawda.
Amen.

W piątek z bólem serca, bo na ten mord paskudny padałam ze zmęczenia zgodziłam się na wzięcie na memłon wnuków od Pierworodnego. A tak, moja praca to jest male piwo, zresztą siedzę w domu i palcem w nosie dłubię, inni to pracują, a ja co? Czytam sobie...
W ciągu czterech dni "poczytałam sobie" taką kupkę

 wydruczków, nie licząc tego, co w komputerku wpadło w Wordzie i w innych ustrojstwach.
I na zakończenie SMS "Pani Jędzo Nasza Bohaterko".
A następnego dnia bladym świtem zwlekłam zwłoki z wyra, 5.30, kąpiel, i czekam...
Nic, cisza.
Piszę.
Łaskawa odpowiedź, że jadą.
Lecę na złamanie gir, które ledwo się ruszają po tych czterech dniach kwitnięcia na dupie.
Są, z maseczkami na twarzy :) No ja głucha jestem, aparaty założyłam, ale moja Synowa ma taki timbre głosu i tak szybko mówi, że aparaty bez widzenia ust niewiele mi dają, zlewa się. A z kolei moje ukochane wnuczęta mamrocą tak, że niewiele do mnie dociera.
Tęsknię za moimi dziećmi, za Sikorą, za Baranem, wytresowanymi, by mówić tak, bym rozumiała.
Ale uśmiech na ustach, choć w sercu ból, Synowa zesuwa maseczkę, instruuje małolatów...
Wkraczamy do domu, mówię, że każdy ma swój ręczniczek i ma myć łapki.
Zdziwko, po co?
Nosz, kurwa, jechały do mnie autobusem, po wejściu do domu ZAWSZE myjemy łapy, bo tak, nawet jak nie ma koronawirusa.
Nie przytulam, nie całuję, nawet nie mam ochoty, bo na łebkach, gdzie mogłabym ucałować, mają smalec.
 Śniadanie robię i...
O mało się nie porzygałam przy stole. Papryczek ma szpony jak orzeł biały, z brudem bodajże od miesiąca chomikowanym.
Wyrażam niezadowolenie.
Dziecko wyraża niezadowolenie z mojego niezadowolenia, bo ono nie będzie obcinało pazurów, bo nie lubi i już.
Śniadanie prawie całe ląduje w koszu, bo nie zje i już. A kanapeczka full wypas, szyneczka, serek żółty, rzodkiewki...
Nie bo nie.
No to nie.
Mała Wiedźma zjada i nie marudzi.
Czekam na wstępniak do warzywek, doczekuję się.
Spadamy na spacerek na Dębinę, bo można.
Idą jak na ścięcie, jakby im za to płacili, nosz, kurwa, nie byli na spacerku od wieków, ale nie bo nie.
Ja, stara, ledwo się ruszająca pruję jak strzała, ale oni nie, noga za nogą.
F16, latające nad Dębiną jak głupie w tym momencie, nie budzą żadnego zainteresowania, nie mówiąc już o drących się namiętnie ptaszorach, o buchającej zewsząd zieleni, kwiatach, pokrzywach, innych cudach wianka.
Nic.
Nosz, kurwa, a ja oglądając się wkoło, wchodząc do lasów komunalnych Koziołkowa, bo taką mają tablicę tereny Dębiny, z radością zrywam maseczkę, bo w lesie nie muszę...
Mówię, żeby zdjęli swoje też.
Nie bo nie.
To nie.
Ani kaczuszki, ani model statku na Grundeli, ani nic - wloką się.
Idę za Małą W. i widzę, że ma na głowie... kołtun. Tak, proszę szanownych czytaczy. Kołtun.
I ryk Papryczka na całą Dębinę, gdy oznajmiłam mu, że w takich brudnych pazurach to owsiki sobie grilla robią. Tylko czekałam aż wędkarze go utopią w którymś ze stawków za przeciągły ryk... Waliło mnie to,
Wracamy do domu. Obcinam kołtun MW, o mało nie rzygając. A mnie mało co brzydzi, bo kupsztale po wnukach sprzątałam bez drgnienia powieki, tam gdzie ich rodzice prawie rzygali. No co, kupa to kupa, ale tłuste kłaki i szpony brudne jak cholera?
Pytam: pomidorowa czy ziemniaki, jajko sadzone i warzywa.
Chóralna odpowiedź: pomidorowa.
Pomidorowa po chwili gotowa, rosołek był w tzw. międzyczasie upichcony, teraz koncentrat i lane kluseczki.
Jest niebiańska, przeszłam samą siebie. Mała W rąbie trzy talerze.
Papryczek odsuwa i mówi, że niesmaczne i chce ziemniaki.
Kazałam mu spadać na drzewo, więc zjadł łkając i poprosił o dokładkę...
Kurwa.
Na deser POLSKIE  truskawki, po 30 zeta za kilo. Jedna czwarta ląduje w koszu, bo Papryczek je TYLKO pół truskawki, reszta mu nie smakuje.
Kurwa, mogłam zjeść całe, wrąbałabym z liśćmi, ponoć liście zdrowe są. Nie zjadłam ani jednej, no bo dla dzieci...
Małej Wiedźmie oznajmiam, że u niej pewno już wszy sobie grilla szykują. Zaczyna się drapać... Jakoś mnie to nie wzrusza :) 
Przyjeżdża Synowa, dostaje dwa talerze pomidorówki, reszta ląduje w słoiku dla Pierworodnego (podzielił się z MW, wrąbała 4. talerz). Tłumaczy, że nie obcięła pazurów, bo się źle czuła. Ona się non stop źle czuje. Co do niej piszę, to zawsze przeprasza, że nie odpisała, ale się źle czuła. No, ja stara, czuję się wciąż znakomicie, wyjebana w Kosmos, nawet jak mnie wszystko napierdala,cóż, taki model.
Wyjeżdżają, w międzyczasie jęki Synowej, że MW nie chce myć głowy, nawet się uczesać nie pozwala,  a Papryczek nie daje sobie obcinać pazurów.
WTF?
Co to znaczy: nie chce?
To za pierze i na powietrze świeże. Nigdy nie miałam takich problemów z dziećmi. Fakt, że Pierworodny nienawidził mycia głowy, ale mył, bo alternatywą było ścięcie na jeżyka, a chciał mieć długie. No to miał, wzdychał i mył.
Dalszy ciąg akcji:po powrocie do domu MW umyła głowę.
Papryczek obciął pazury.
Pierworodny była bardziej oporny, dwa dni trwało, ale umył łeb.
Za to Synowa nie umyła, bo sobie jakiś cudowny olejek wtarła :| A też ma hmmm...
W sobotę wlatuje jak po ogień Inżynierostwo w miodami, wysłuchuje jęków i...
Mam się nie dać.
No to się nie daję, w poniedziałek rano na maksymalnym wkurwie na myśl o jechaniu z PIT-em korzystam z ePIT.
Złodzieje, kurwa.
Moje trzy złote nadpłaty, po wielkim boju z ePIT znikają.
Bilans jest na zero, więc pierdolę. Niech sobie te 3 złote w dupę wsadzą, ważne, że nie muszę jechać, kolejkować. Zresztą chuj wie, czy US pracuje.
Na emilku mam potwierdzenie, że złożyłam PIT.
Jadę do księgarni, po książki zamówione dla Łobuzów i dla mnie, po Marylę z Zielonego Wzgórza.
Marylę polecam fankom Ani z Zielonego Wzgórza.
Moje miasto jak cudze, po ulicach suną jedynie staruchy :) No cóż, akurat to ich godzina zakupów.
Większość nie ma maseczek, ma przyłbice, zastanawiam się nad kupnem tego, ale dość już wydałam.
Wracam do domu, a tam niespodziewajka (odpaliłam pracową pocztę, bo czekam na świniory). Świniorów nie ma, ale... nagle i znienacka są pyry.
Zamykane w piątek.
Więc sorry Batory, ale muszę odmówić Synowej opieki nad dziećmi.
A i tak w rozmowie, mimo tej sterty stwierdziła, że i tak mogę poniańczyć, bo ona nie daje rady przy swoich dzieciach pracować.
A ja, mam, kurwa, dać radę?
Przy rykach P.. że on chce albo nie chce?
Serio?
Za jakie grzechy? Ja swoje dzieci odchowałam, nie moja wina, że nie było wtedy koronawirusa.
Więc jednak - nie.
Mam obligatoryjny urlop z pracy w maju, bo firma tak chce. I jedyny termin, kiedy mogę go wziąć to początek maja, bo potem nie ma opcji.
We wtorek poleciałam na Manhattan.
Dzisiaj chciałam do Biedronki, bo parę rzeczy mi brakuje.
I tak chytrze kombinuję, o której.
Poszłam zaraz po ósmej i...
W ogóle nie czekałam w kolejce :)  Kolejka była do rzeźnika.
Zatem ogarnęłam Biedronkę, na kolana powalił mnie rachunek: prawie 200 zł, zero mięsa, zero napojów wyskokowych, masło klarowane na półce 24,50, w domu na rachunku stara cena: 19,90, nie reklamowałam, bo nie polecę z powrotem do sklepu, tym bardziej że na poczcie już ładunek pyrów czekał.
W międzyczasie ogarnęłam szafy, bo gaci nie mogłam znaleźć.
I poświęcając moje dwa dni urlopu - wezmę w przyszłym tygodniu MW i Papryczka na dwa dni. Później już nie dam rady, bo - pracując na pół etatu robię trzy gazety. Patrząc zaś na rachunki, pewno będę szukała kolejnej fuchy :)
Z życia z debilami: też spuszczam maseczkę, gdy nie ma ludzi w zasięgu wzroku, bo się uduszę.
I szacun dla latających w rękawiczkach. Nieważne, jakich.
Ale, kurwa...
Mamy na osiedlu takiego erotomana gawędziarza, chuj, nie facet...
Jakbym mogła, nóż bym w serce wbiła, ale zabiję świnię, a za człowieka pójdę siedzieć. Stoi przede mną w kolejce przy "moim" straganie. W czarnych jebanych rękawiczkach. Skończył kupować, leci i... KURWA MAĆ, łapie mnie za nadgrarstek. Zamurowało mnie, tylko nadgarstek wyrwałam i mowę mi odebrało.
Jakie znaczenie ma, że palant ma rękawiczki, a ja nie? Jebanymi rękawiczkami zbiera tak samo wszelkie świństwo, jak ja gołymi rękami. Tyle, że ja staram się nikogo i niczego niepotrzebnie nie dotykać, a chuj mnie macał!
Więc te wszystkie maseczki i rękawice psu na budę.
Ciekawe, ilu piekących się w nich wyląduje u dermatologa?
Całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku, całe. Nie opiszę, jak się myłam po powrocie, bo prawie skórę z łap zdarłam:P
I za każdym razem, jak czytam kolejną głupią wieść, jak ta o opodatkowaniu smartfonów i tabletów, bo wystąpił o to ZAiKS, spada mi kolejny włos z łysego łba.
A chuj mnie, że Maryla Rodowicz czy inna Doda ma kłopoty.
Miały tyle samo opcji na odłożenie na złe czasy, co ja.
I większe możliwości.
Tyle że ja nie rozbijałam się samochodami i nie mieszkałam w pałacach z ogrodnikiem.
Nie, że im zazdroszczę, mam Nadwornego Ogrodnika, o jakim one nawet pomarzyć nie mogą.
Nie, ale dlaczego mam się czuć winna, że celebryci przez małe c, bo o wielu z nich nie słyszałabym, gdybym nie miała neta, nie mają za co żyć?
Mnie latami nikt nie zapytał o to.

Więc...
Nie płacę więcej na nic,wystarczy mi rzut oka na mój PIT. Nie, nie dopłacam do zbiórek na przetrwanie. Może to wszystko powinno pierdalnąć, żeby ludzie się ocknęli i wypierdolili pisiorów? Jak w czasie Sierpnia?

Zabrano mi ponad połowę mojego dochodu.
Ile jeszcze mam dać z siebie, żeby wszystko mogło się kręcić?

Wiem, jestem egoistką i Starą Jędzą.
I dobrze mi z tym :D







środa, 22 kwietnia 2020

Jestem

jednak jebanym kwiatem lotosu, Kochany Pamiętniczku.
Po 20 odebrałam - nie ukrywam, że z wielką ulgą - emilka, że nie, nie robimy III korekty.
Dokładnie o 20.08.
I pokulałam się do lodówki po wino, dobre wino, Mołdawskaja Dolina, białe, półwytrawne, polecam, kosztuje niecałe 20 zł.
Co za rozkosz po 10 godzinach kwitnięcia przed komputerami (w liczbie mnogiej) otworzyć wino, nawet samotnie, nie ze swoją dziewczyną (od razu uprzedzam - jestem jak samotny biały żagiel - nosz znów poezja i piękna książka, a jakże Katajewa, kurde, kolejna książka, którą chciałabym znów przeczytać, znów wydam kasę, olaboga, komunistyczna propaganda, nie pamiętam z niej NIC, tak samo jak z innych książek, którymi zaczytywałam się w dzieciństwie pod kordełką), po przeczytaniu emilka, że III korekty nie trzeba, chociaż sama nie ośmieliłabym się po tej I-II (zasługa Bossa, grzebał, przynajmniej tak twierdzą) nanosić moich poprawek, skoro w samym leadzie było 9 błędów. Mniejsza z większym, nie mój ból, nie mój cyrk, nie moje pchły :)
Synowa fajne fotki dosłała Łobuzów i filmik, filmik nie do publikacji, ale zasługuje na Oscara, bezapelacyjnie :)
Jeszcze jutro, a jestem jak koń po westernie, bo jednocześnie prawie że zamknęłam warzywka.
Prawie.
Jutro idę na Manhattan, w dupie mam godziny pracy, ponoć są już POLSKIE truskawki, po 25 zyla za kilo, ale kto bogatemu zabroni? Zacznę pracę jak wrócę, a nawet jak coś mógł mi net paść? Mógł :P Nie każdy musi wiedzieć, że jako (nie)pełnosprytna mam w ajfoniku neta i (ha!) umiem go na kompika wrzucić :)
Idę po truskawki...
Do ciebie szłam...
Śniadanie, pół młodej kapusty na obiad i...
Mołdawskaja Dolina...
Chyba wpadam w alkoholizm :P

A co mi tam :)

Tego bez wódki nie razbierjosz :P 
Dobrze, że jej nie mam, bo otworzyłabym ją ze swoją dziewczyną :D

wtorek, 21 kwietnia 2020

No i proszę

jakie kosmiczne nieporozumienie, Kochany Pamiętniczku, albowiem w czasie tej wędrówki do gemyli na widok tego drzewka przypomniało mi się "17 mgnień wiosny", przełożyłam to na swoje lata no i zrobiła się niezła jazda, co nie? :)
Ależ za wszystkie życzenia serdecznie dziękuję, chociaż nie rozumiem celebrowania urodzin, po co bowiem świętować dzień, w którym staję się starsza? :)
A co roku jesienią nachodzi mnie myśl, czy doczekam jeszcze wiosny, no więc tak mi się pokrętnie skojarzyło.
Przepraszam czytaczy za zdezorientowanie.
Dzień był zajebiście wkurwiający i ciężki. Nie rozumiem, dlaczego ludzie nie mogą sobie wypracować jakiejś metody ogarniającej całokształt.
Ja ogarniam, bo z emilka z prośbą o II korektę od razu drukuję, wrzucam do zrobionych. Wydruk leży i czeka w kolejce, ja korekcę I na bieżąco, I się kończy, biorę wydruk, odsyłam. Dobra metoda, jeszcze nic mi nie zginęło.
Mniejsza z większym, dzisiejsze wariatkowo za mną, jutro kolejne. Dziś pracowałam 12 godzin. Boli mnie wszystko, zmęczona jestem jak cholera, bolą mnie mięśnie, mam wszystkie objawy...
STOP...
Wróć, idź do lodówki, otwórz piwo, wypij, oddychaj głęboko aż ci przejdzie i właź do wyra :)

- Aye, aye Madame :)

Miód nawłociowy wczoraj wypatrzyłam w internetach, zamówiłam na adres Inżyniera :) Bonus z posiadania potomstwa na miejscu - i paczkę można mu wmelić, jak się z nią nie pali, i fotelik skręci taki, skanerek podłączy, a i zakupy zrobi jak rodzina na kwarantannie, bezpieczniki zdobędzie...
Jak ja sobie dawałam radę sama przez te 15 lat - nie mam zielonego pojęcia...

Po piwo poleciałam dziś, bo tego na trzeźwo nie przeżyję, co się dzieje, a tu na korytarzu rower stoi i koło niego siedzi zamaskowany facet. Dreszcze mi po pleckach poleciały. A podłoga cała uświniona wapnem. Sąsiad, a raczej jego dzieci remont robi. Sąsiad zmarł, żona ma daleko posuniętą demencję czy innego Austriaka, zabrali ją i remontują.
Ano, znów zmiany.
Z sąsiadami przez te 30 parę lat może w sumie godzinę rozmawiałam. Zero stosunków, tak wyszło.
Ciekawe, jak będzie dalej.
Ale ani mi się śni sprzątać korytarza, choć za tydzień mój dyżur. remontowy bajzel każdy cham sprząta sam.
W dupie mam.
Inna para kaloszy, że dupę też mam coraz większą.
No nic.
I nie odpocznę po wszystkim, bo na wycug wlatują.
A zamówiłam kolejną książkę, tym razem dla mnie: Maryla z Zielonego Wzgórza.
Oj tam, oj tam, raz się żyje, potem się straszy.

W maseczce duszę się na coraz krótszych dystansach, a i rano budzę się z obolałym gardłem, po chwili przechodzi.

Odezwała się D., jest po 3. chemii. Napisała mi: mów mi Gladiator.
Faktycznie, Gladiator z niej. Nie walczyłabym, bo po co?
Fakt, jest parę lat młodsza ode mnie.
No ale ja jestem za leniwa na walkę :D

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Sześćdziesiąt pięć

mgnień wiosny za mną, Kochany Pamiętniczku.
Uświadomiłam to sobie, lecąc - jak romantycznie - ze śmieciami bio i zmieszanymi do osiedlowej gemyli.
Ledwo zipiąc, coś jest nie tak albo z moimi płucami, albo z tą jebaną maseczką. Ale to nic, to minie, minie, minie, musi minąć. Nie ma innej opcji :P
A tu na drodze

i po raz kolejny zaparło dech.

Życie, nie da się ukryć.
Pitolenie wydrukowane, czeka na odniesienie do US, ale to za tydzień.
Zamówione książki, które miały iść tygodniami, doszły znienacka, problem polega na tym, że nie mam ich jak odebrać, księgarnia czynna od 10 do 18, w sobotę nieczynna, a ja, mimo tego popierdoleństwa wkoło, pracuję od 8 do 19.
Przez cztery dni, potem mam na wycugu wnuki, a z nimi nie pojadę przez pół miasta. Jedyna pociecha, że odpisali, że książki poleżą do przyszłego poniedziałku. Też nielogiczne, bo skoro pracują tak, jak pracują, to 7 dni czekania powinno być liczone w dniach roboczych, bez weekendu. No co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz.
Mam do wysłania dość pilny list, ale nie wyślę, bo poczta otwarta od 8 do 14. I tak, rozumiem wszystkie racje, ale czy nie mogłaby być przez 2 dni chociaż otwarta po południu?
Jak żyć w takim wariatkowie, jak żyć?
Ludzie w pracy mają pomieszanie z poplątaniem. Tak, wiem, że trudno ogarnąć, bo jeden miesiąc pracowałam na swoim sprzęcie i swojej poczcie, a teraz na serwerze, ale, kurwa. Dlaczego muszę ogarniać sytuacje typu: nie wiem, czy pani miała. Ja też nie wiem, czy miałam, nazwy plików mi niewiele mówią, numery stron tym bardziej. Oni mają do ogarnięcia SWOJE teksty, na konkretnych stronach, zmieniają już po mojej korekcie, ja całą gazetę, tym razem ponad 170 stron (miało być biednie, 140), więc skąd ja mam wiedzieć, czy coś było, czy nie? Mam napisane, że "w ramce na stronie..." i nie mam fizycznej możliwości sprawdzenia, na której stronie ta ramka. Zaznaczam więc, że na stronie..., a gościówa do mnie pisze: dlaczego pani zaznaczyła. Bo, kurwa, odsyłają teksty na które okiem nie rzucili drugi raz, co widzę, więc zaznaczam, żeby sprawdziła. Pracujemy razem od lat,  realnie wpadam do niej i mordę drę, a tak co mam zrobić, uprzejmego emilka pisać w stylu Bossa, że szanowne koleżeństwo, jak mi emilek za emilkiem na pocztę wpada, wysikać się nie mogę, a co dopiero mówić o innych domowych zabawach? Pan Kanapka nie wpada, gotować muszę sama.
Jak mam stronę czy tekst fizycznie, to pamiętam, mam pamięć wzrokową, a poza tym jak w pierwszej linijce widzę błąd, którego po pijaku bym nie puściła, to rzut okiem i już wiem, czy to dziewicze, czy ktoś po mnie majstrował.
Dlaczego mojego tekstu nie ma? Bo wysłałeś go na prywatny, co odkryłam przypadkiem, po twojej reklamacji.
Witki opadają, jeden plus, że latam teraz do skanera, chociaż oni (a upierali się na wydruki) na skanerze mają przejebane, bo dostałam drukarkę z demobilu i zamiast tekstu na rastrze widać prawie nic. Ja widzę, bo aczkolwiek ślepa jestem, u okulisty zawsze bezbłędnie odczytam najdrobniejszy druk, który mi dają, albowiem zgaduję litery po kształcie. Jako że drukuję z PDF, co dodatkowo zmniejsza druk, w razie W  otwieram PDF, powiększam i git majonez, no ale to trzeba umieć kombinować. Zeskanowany badziewny wydruk, owszem, pokazuje czerwono błędy na rastrze, naniesione kurewskim kolorem, ale jak zgadnąć, na jakim wyrazie. A nie mój ból, mnie na nowym krześle dupa już nie boli.
A na PDF elegancko kolorek, dymek :) 
A wszyscy myślą, że jak pracuję z domu, to i porządek w szafie zrobię, i okna pomyję, ciasto upiekę i "jak ty masz dobrze".
Ano mam, kasa - odpukać - regularnie jest na koncie.
A ja, jak ta dziwka, tania dziwka, sprzedaję się za drobne...
Dochodzę do wniosku, że wcale nie spieszy mi się do powrotu w pracowe pielesze. Brakuje mi tylko wyjścia z domu, ale to minie, minie, minie.
Wyjdę, bez zobowiązań, bez plecaczka.
I na złość, kurwa, dożyję wyjścia bez szmaty na tym mordzie.
I ludzie też nie będą mieli szmat na pyskach i będę widziała, co kto mówi i w uszy wetknę znów słuchawki, by iść w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres, w rytm serduszka pukającego w rytmie cha-cha,  nie słysząc F16, motorów, wrzasków, szczekania psów i innych paskudztw...
Na złość.
Jakem Stara Jędza :)




niedziela, 19 kwietnia 2020

Porąbana

jestem, Kochany Pamiętniczku i to całkiem nieźle.
W sobotę zamiast spać a spać, zerwałam się zaraz po szóstej, bo...
No, badylków nie mam...
Znaczy się ciętych, do wazonu. No kto bogatemu zabroni? Maseczka na ten mord (a na serio, podobam się sobie w maseczce, oczy mam młode)i poleciałam. Inżynierowi zanabyłam rzodkiewki prosto od chłopa, bo marketowe tylko jada, Łobuzom kupiłam pół kilo truskawek, bo lubią, sobie pieścichłopy i WE Extra, przegapiłabym kwietniowe, no i do świątyni dumania mi brakuje lektury, elektroniki nigdy nie biorę.
I tak jak ta łania do domu, bo Inżynier był pierwszy w IKEA, a potem piał z zachwytu, że w takim dużym mieście dojeżdża wszędzie błyskawicznie (wziął poprawkę na zmniejszony ruch), w UK wyprawa do IKEA zajmowała mu pół dnia, a i do ichnego TESCO z przeszkodami jechał kilkanaście minut, a mieścina maleńka.
No cóż, cieszę się, że mu się z powrotem w kraju podoba.
Kawkę dostał, placuszka też, zajadał, aż miło, zręcznie skręcając matce fotel.
Parę rzeczy mu podrzuciłam, wziął i o dziwo nie pyskował.
Nawet maseczką od siostry się podzieliłam z Synową, bo czterech naraz na ten mord nie założę, a ona sama dusi się w tej antysmogowej.
Mniejsza z większym, jeszcze mi mój skaner podłączył i hip-hip hurra, tak zgrabnie teraz go mam, że nie zagraca biurka i nie grozi mu upadek. Fakt, że nie podłączyłam do pracowego komputera, bo wtedy by się tam graciarnia i plątanina kabli zrobiła, ale mam, mam, ustawiony skanerek. Więc nie będę słała jebanych fotek wydruczków na MMS, tylko porządne skany. I latała między komputerkami, ale to dobrze, bo powoli puchnę od bezruchu.
I tadam, piękne mam home office.
A fotel wygodny i mój kręgosłup będzie żył :)

W piątek dostanę dzieci od Pierworodnego, już im się wszystko sypie z tymi dyżurami. Wcześniej nie dam rady, bo to są cztery szalone dni.
A dzisiaj znów wstałam bladym świtem (to weekendowe wstawanie), a że śniło mi się pieczenie muffinek, tom z nieróbstwa rzuciła się na pieczenie i... Okazało się, że kakao wyszło do Afroamerykanina, a dałabym sobie rękę uciąć, że jeszcze jakieś mam, no to wsypałam jakąś Inkę czekoladową, którą kupiłam, bo kupiłam, a która mi nie schodzi, i fiu, fiu, całkiem, całkiem :)

18 muffinek popełniłam (piekłam na dwie raty) i chociaż byłam pełna obaw, to po upieczeniu żarłam jak Reksio szynkę. W drzwiach się nie zmieszczę, ale pocieszam się, że od jutra można łazić i będę wychodziła, nawet bez celu, bo muszę, inaczej się uduszę.
Muffinki wyszły przepyszne, a przy okazji odkryłam, że piekarnik niby ma termoregulator, ale kłamie o 10 stopni. Więc teraz już się nie martwię tak bardzo o pieczenie.
Z Pierworodnym pogadałam, no oczywiście, łeb ma od tygodnia niemyty, wygląda jak szuszwol. Rozmawialiśmy koło 11, u nich dalej bajzel na kółkach, a ponoć wciąż sprząta. Mają posłania na podłodze, nie wiem dlaczego, bo mają kanapę, no i 11, wszystkie posłania rozbabrane, u dzieci w pokoju łóżka też, gacie opadają.
OK, ja też czasem przesiedzę niedzielę w piżamie, ale nie zostawiam wszystkiego rozbabranego jak u Cyganów.  W sumie lepiej, że do mnie dzieci dowiozą, zwariowałabym w takim bałaganie, po dwóch godzinach wynosiliby mnie na noszach :)
No i oczywiście on wie lepiej, jak rozliczać podatki, a ona nie musi, bo nie pracowała w UK. Co pan zrobisz, jak pan nic nie zrobisz?
A potem siłą rozpędu - jak szaleć, to szaleć - spitoliłam. Nareszcie, bo już mi się grunt pod nogami palił. A że mam drukarkę, to wydrukuję i zawiozę do US. W dupie mam ten e-portal, dziś był nieczynny, a ja nie będę się kopała z koniem, skoro profil zaufany ma mnie w dupie. Inżynier mówi, że w UK wszystko załatwiał online, a tu się szarpie jak dzik na grządce i nic nie może załatwić. No, miał też zonka, bo przyszło do niego pismo z angielskich wodociągów, zadowolony, bo miał nadpłatę (poinformowali go mailem, że ma), otwiera kopertę, a tam... czek na 5 funtów :)
Nie jest w stanie go w PL zrealizować.
Więc i angielskie spece mają swoje zakręty.
A mnie US wisi 3 zł.
Jestem ciekawa, czy oddadzą, bo w opcji było, że jak podawałam w zeszłym roku numer konta, to nie muszę.
A na wydruku tego nr nie było.
Ale w pompie mam, bo kiedyś wisieli mi złotówkę, to doliczyli do innego, większego zwrotu. Zbieram faktury za baterie, za rok sobie odliczę, bo tak to nie mam co :)
Całe 3 złote mi wiszą.
Zarobiłam sporo, ale jak zobaczyłam, ile mi zabrali, to nóż w kieszeni mi się otworzył.
Jedno wielkie złodziejstwo i tyle (no wiem, że wiem, ale :)

piątek, 17 kwietnia 2020

Mam

się dobrze, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek przymierzałam się już do wędrówki za tęczowy most, pora, co nie.
No co, jebane sierściuchy mogą, to kto SJ zabroni?
Albowiem kupując biurko do małego pokoju, traktowałam je bardziej jako kwietnik niż jako normalne biurko, poza tym Pierworodny, namawiając mnie na jego kupno w IKEA nie zająknął się nawet, że taki sam egzemplarz odziedziczył po Inżynierze, a sam Inżynier nie zajarzył, że kupuję badziew, który on już miał.
Long story, co nie?
A Inżynier po dwóch tygodniach zapieprzania przy nim na TYM krzesełku ani się nie zająknął, że w Kosmos i w pizdu z takim ustrojstwem. Na moje "pourquoi" odrzekł, że darowanemu...
A mój kręgosłup i co gorsza, moja dupa, mimo podtykanych z każdej strony duposzeczek miększych i twardszych solidarnie rzekli: no pasaran.
Wzdech. Opcja pierwsza: przewożenie z pokoju do pokoju przykompikowego fotela. Na dłuższą metę odpada, bo ciasno, bo te jebane panele, o których nikt mnie nie poinformował mnie, gdy je kładłam, że klasa twardości klasą twardości, ale kiedyś to wszystko jebnie, jak lentex. Żebym wiedziała, szarpnęłabym się na podłogę, na tę podłogę, która miała w całym mieszkaniu lec za jedyne 200 marek niemieckich, czyli za obecne mniej więcej dwie pensje, wtedy za kilka miesięcy życia, a która nie legła, bo mój szwagier inteligentny inaczej rzekł Eksowi: babie dasz 200 marek na podłogę w mieszkaniu rotacyjnym? A drewno było wysezonowane na tę podłogę i kładliby fachowcy z rodziny. Mojej.
Ale wracając do naszych baranów: dupa bolała, jakbym siedziała na gwoździach, kręgosłup wył... Zajęczałam, nieśmiało, bo wiadomo, dzieci wróciły, to je wykorzystuję, niezależnie od koronawirusa i takie tam.
Tak, kurwa, lubię być niezależna.
Ale Inżynier zlitował się nad starą matką i rzekł, że i tak szafy w IKEA kupuje, bo na kartonach mieszkają, więc, olaboga, załapałam się na transport i ojapierdolę montaż, i juterko będę miała kolejny grat - fotel do biurka w małym pokoju. Podpórka podlędźwiowa niedostępna, ale to pikuś - mam na stanie, da się przenosić, bezboleśnie.
Ufff...
Jakoś zamknę ten numerek i warzywka.
Jakoś, jak zawsze.
Dziś, po ponad tygodniu czekania PC dowiózł drukarkę,  z łaski wielkiej. Ta łaska to już nie mój biznes, mam na to wyrąbane.
Za to, jak napisała PJ, level pracowy taka korekta.
Bo jej robię i I, i II korektę w IC. Mądra dziewucha, jako i ja. Ruda, rude są mądre, a co?
I git majonez.
A kombinowanie: Word, IC, kopia do Worda, kopia do IC, wydruk, zdjęcie z telefonu... Seriously?
Prostsza była moja prywatna poczta, Word, PDF.
Ale co ja się będę kopać z koniem, mnie wszystko jedno rybka, ważna jest wypłata na koncie, a reszta - pikuś.
Jak będą wyglądać zdjęcia wydruków z mojego telefonu, chuj wie. Raz, że telefon stary, zdjęcia nie za bardzo wychodzą. Cała opcja do dupy.
Mam skaner. Ale - prywatny. Za prywatną kasę kupiony.
Może mi Inżynier jutro podłączy, jak nie - będę sama kombinować. Ale...
Cieszę się, że mam pracę. Ale...
Home office: płacę za prąd za kolejne urządzenia, takie jak to jebane krzesło, którego normalnie bym nie kupiła, bo po co? Za internet, za to, że mam fajne łącze, bo PC mówił, że inni nie mają nawet gdzie tego jebanego laptopa (!) położyć, a łącza mają jakie mają. Czyż nie?
Firma też oszczędza na srajtaśmie, wodzie, prądzie, mydle, takich duperelach.
U mnie w domu wzrasta zużycie tychże.
Wiem, coś za coś.
Mam pensję na koncie.
Jednocześnie wykryłam, że ludzi pracujących na umowie zlecenie jebią na kasie aż miło. Chciałam pomóc Ł., jest jak moje odbicie z młodości.
Okazało się, że moje napieranie się na etat ma swój sens.
A wszyscy mówili, że jestem głupia i uparta.
Ano - jestem :) Kto bogatemu zabroni?
Mówiąc o bogactwie - polazłam dziś, po raz pierwszy od tygodnia - na Manhattan. Kupowałam na obcym straganie, bo był lepszy towar i pani była zdziwiona, że dobieram i dobieram.
Serio? W tych czasach przeszkadza komuś klient dobierający i płacący dużą kasę?
A oszalało, zwariowało moje serce, bo po dniach zamknięcia zobaczyłam wszędzie SZPARAGI :)

I teraz maleńkimi literkami: wydałam PRAWIE 3 tysie na nowego iPhone'a.
Nie jest wyjechany w Kosmos, wyjechane kosztują do 10 tys. w górę:)
Inżynier powiedział, głaszcząc po coraz bardziej łysym łebku, że nie pojebało mnie.
Bo mój ajfonik, którego kupił mi dziwnym trafem zamiast obiecanego routera, który kupiłam sobie sama, przeżył ze mną w zgodzie i szacunku osiem lat. I jeżeli ten tyle ze mną wytrzyma, to znaczy, że wydam na niego co dzień jedną złotówkę :D  No dobra. Raz się żyje, potem się straszy. Kupiłam wypasionego, z największą pamięcią. Już za swoje, nie za Inżynierowe, stać mnie. I nie, nie chcę już żadnych nokii (aczkolwiek mają wdzięczne miejsce w moim sercu) i innych tam...

Kocham ajfoniki.

Niech mnie ktoś zabije :)


Raz się żyje, potem się straszy, czego dowodzi  Alienek, rzucający się na mnie z okrzykiem: batia monster :P



wtorek, 14 kwietnia 2020

Coraz dłuższe

dni, Kochany Pamiętniczku, za czym... hmmm... nie przepadam, ale ok, nie jestem w stanie zmienić tego.
Noc szalona, pojebane sny, koszmary, że zdaję maturę pod nadzorem profesorów moich i nauczycieli z podstawówki.
Wiedziałam, że śnię i jednocześnie to nie był sen, nie zamierzałam wyjść z jawosnu, zdając sobie sprawę z tego, że nie za bardzo wiem, co będzie dla mnie cięższe, matura z tematów, których nie znam i nie ogarniam (serio, SJ, nie znasz i nie ogarniasz, a jednak, od lat nie pamiętam tytułów książek, filmów, nazwisk, a żyję, jak to możliwe, na dokładkę nie pamiętam twarzy, ale mam na to sposób, by je znaleźć), czy obudzić się w świecie zaatakowanym przez koronawirusa? Długo walczyłam ze sobą, ze snem i w rezultacie pracowego kompika włączyłam punkt 9.00.
Nie do końca trzeźwa, aczkolwiek od kilku dni kropli alkoholu nie miałam w ustach.
Okazało się, jak przypuszczałam, że koledzy traktują sprawę tak, że jak online, to online,  korektę mamy 24 godziny na dobę.
Na całe moje szczęście pani M. rozmawiając ze mną na Skype postawiła sprawę jasno: nie ma opcji korekty pracującej 24/24.
Lubię ją, aczkolwiek ma swoje za uszami.
Zwierzyła się, że od lat nie miała takich świąt: nikt nie przyszedł, do nikogo nie musiała jechać, okien nie umyła, dziećmi się nacieszyła, nic nie musiała, wszystko mogła.
I to jest definicja wolności.
I świąt.
Nic nie musisz, wszystko możesz.
I o ile byłby piękniejszy świat, gdyby nie było na nim rządzących nami chujów...
Gdyby można było po obywatelsku płacić podatki, bo jeżeli chcemy czegoś od państwa, trzeba mu coś dać.
Gdyby rząd rządził, a nie kradł.
Gdyby...
A jest taka kraina miodem i mlekiem płynąca. Nazywa się Utopia.

A na razie doszły do mnie maseczki od Siostry, przed niczym niechroniące. Ale jest w nich serce.
Chociaż z samego serca polskiej pandemii. Z Krotoszyna. Doszły błyskawicznie.
Wyprałam.
Wyprasuję.
I E. wysprzątała oba groby w K., bo wie, ile dla mnie znaczą. I na propozycję, że jej zapłacę kazała mi spadać na drzewo, bo ją zawiozłam do szpitala :|

Życie...
Rosną mi długi, których kasą nie jestem w stanie nigdy spłacić.

Można być  biednym, a jednocześnie bogatym.
Żyć wśród ludzi.
Po prostu. 

sobota, 11 kwietnia 2020

Dech

mi dzisiaj w piersiach zapierało i to nieraz, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem łamałam zakazy.
No, nie tak do końca, bo wszystkie te pojechane zakazy są gówno warte, skoro nie ma stanu wojennego, wyjątkowego czy jak to tam zwał.
Miałam jechać do Inżyniera na taką niby parapetówkę. A ściślej - na obiad, bo szparagi kupił, a jak wiadomo, mnie się zawsze rwie na szparagi.
Najpierw chciał po mnie przyjechać, ale na samą myśl, że on tym odwrotnym samochodem jeździ dostaję palpitacji.
Więc rzekłam, że nie, że dojadę MPK :)
Potem zaczęłam się łamać, pomyślałam: taxi. Nawet wygooglowałam, czy można jeździć taksówką. Można.
Ale z drugiej strony - już prawie miesiąc nie byłam w mieście, więc ciekawość zwyciężyła. Fakt, że to Wielka Sobota, no i zakazy, ale jazda MPK jak w bajce. Pusto, czysto, słoneczko świeci. Nikt koło mnie nie siada.
Dojechałam do przesiadki, wysiadam z autobusu i dreszcze mi na plecach lecą w te i z powrotem. Na chodniku stoi suka z włączonymi pipami, a ja popylam z siateczką, która o mało się nie rozpada od wypchania (puzzle ze Słodziakami zabrałam, bo nic w domu innego nie było, wszak nie kolęduję po sklepach). Ale nic, przeszłam, nówka nieśmigana.
Przesiadka, tramwaj równie pusty jak autobus, piszę do Inżyniera, że wysiadam, popylam, bo na mapach odpatrzyłam trasę i nagle słyszę głos, a osoby nie widzę, taki metaliczny, szczekający, że blablabla, siedzieć w chaupie na dupie...
Już szukam w kontaktach psychiatry, bo jak to, znikąd ten głos, skręcam za róg,a  tam na światłach policja z pipami i szczekaczką na platformie. Ufff...
I znów popylam, aby szybciej...
Sama wizyta naładowała mi akumulatory. Alienek od proga rzucił się na babcię i dostał opieprz, bo "batia monster". Za niewinność oberwał, bo batia faktycznie monster w masce na mordzie. Kalafiorkówna za to rechotała jak najęta. Batia polazła ręce umyć, maskę zdjęła i już przepadła, przegrała, nie miała wyjścia. Była cała Alienkowa, zaalienkowana, obarczona dziedzicznie, namawiana do grzechu, czyli do całowania, kapce ojcowe z szafki wyciągał, żeby batia bosko nie chodziła, tulił, dał sobie wytłumaczyć, że nie całujemy w usta ani w policzki, tylko w główkę i na hasło "łebek" podsuwał tył łebka łebeczka do ucałowania...
Kalafiorkówna zaś, córeczka mamusi i tatusia, dopiero pod koniec wizyty się ośmieliła, ale nie dziwię się, prawie nie miałyśmy dotąd kontaktu, zawsze spała w wózeczku podczas randek, a potem wisiała na cycku.
A ziółko z niej, ziółko z psiego ogródka, na co się nie da i da, wlezie, zmywarkę włącza i wyłącza, wszędzie jej pełno, nie słucha...A je tak, że ubierać tobym chciała, ale żywić to już nie.  Inżynier wspiął się na wyżyny sztuki kulinarnej i obiad wysmażył, że ojapierdolę :) Alienek tylko frytki z ketchupem zjadł, nawet obietnice złotych gór nie pomogły. Za to godzinę po obiedzie wrąbał sześć skibek chleba. Kalafiorkówna na widok chleba dostała apopleksji i wrąbała dwie skibki plus całego pomidora. Gdzie to dziecko to magazynuje, pozostaje tajemnicą, albowiem jest maleńka, kryształowa i przezroczysta.
I tak powykorzystywali starą babcię do szpiku kości, aż się sumitowałam. że tak długo siedzę. Na to Inżynier, że już dawno nie mieli takiego spokoju z dziećmi, które nie latały jak szalone, ale siedziały przy stole i męczyły babcię.
Widać, że nie ma litości nad starą matką.
U nich to chyba rodzinne.
Odwozić chciał, ale wybiłam mu to z głowy, bo jeszcze tego brakowało, żeby z tą odwrotną kierownicą dziś jeździł, na pewno by zatrzymali. Stać mnie jeszcze na taksówkę raz na ruski rok :) Przyznał mi rację i pojechałam do domu taksówką, grożąc i Alienkowi, i rozpaczliwie machającej Kalafiorkównie, że jeszcze się zobaczymy :)
Podjechałam do Pierworodnego, podrzuciłam prezenty, drożdże i garmażerkę i dojechałam do domu.
Cała i zdrowa, dziękując niebiosom za pomysł wracania taxi, bo nawet w stanie wojennym nie widziałam tylu radiowozów.
A teraz czekają na mnie filmy, zabawki (nieerotyczne, ale jak się uprę, to kto wie), piescichłopy wszędzie i cisza. Błogosławiona cisza.
Nie będę się nakręcała tym, że JK polazł do święconki. Gdyby w moją stronę płynęło tyle złych myśli, nie spałabym chyba nawet w otoczeniu armii ochroniarzy.
Sama i tak bym nie poszła, dla mnie święta to święta, kolejny dzień wolny od pracy. Pewno, że kusi, by iść na Dębinę, przyroda w tej chwili szaleje, jest najpiękniej i temperatura w sam raz. Iść z bliskimi, zrobić wreszcie wspólne zdjęcie Bandy Czworga, bo jeszcze nie mają, Wielka Trójca jest, Banda Czworga jeszcze się nigdy razem nie spotkała, a Kalafiorkówna ma już rok i cztery miesiące bez mała.
Ale to już wina wirusa, że jest jak jest.
Wierzę jednak w karmę, że wróci.
Do tych wszystkich, którzy lekceważą prostego człowieka.
Zabraniają mu pójścia na cmentarz.
I zrozumiałabym zakazy, gdyby stosowali je również do siebie, wtedy byłyby racjonalne.
Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, ale pośwituje mi: czy są aż tak głupi, ze lekceważą wszystko, czy to jest jedna wielka ściema, żeby lud za pysk wziąć?

Karmo, czekam aż się spełnisz.
Maseczka wyprana, schnie.

I wszystkim życzę, by na przekór temu wszechogarniającemu smutkowi znaleźli w sobie nutkę optymizmu i radości.
Wszak i On zmartwychwstał. Na przekór.


piątek, 10 kwietnia 2020

Nie wiem

już sama, Kochany Pamiętniczku - śmiać się, płakać, kląć, żartować, wpaść w dołek, dać się zamknąć w pokoju bez klamek, czy ruszyć w plener z pieśnią na ustach (dzieci, już mówiące, gdy zaczynałam im nucić, błagały na kolanach i ze łzami w oczach: już będziemy grzeczni, tylko niech mama nie śpiewa, gdy pod nosem, prasując, nuciłam sobie: czy to jawa czy sen, co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten..., za zanucenie którego dostałam CZWÓRKĘ ze śpiewu)... Może gdybym pomaszerowała śpiewając to idzie młodość coś by się zmieniło? :)
No dobra, to był spokojny dzień.
PC przyjechał PRAWIE punktualnie, bo wyznaczył widełki 10-13,  a był o 12.45.
SMS wysłał, a ja pół godziny spacerowałam tam i z powrotem, pod blokiem, bo kto bogatemu zabroni? Czekałam wszak na pracę, a biedny PC nie mógł sam drzwi otwierać, dzierżąc w dłoniach mojego makintosza...
... którego (kurde, zdjął buty w przedpokoju, chociaż zabroniłam, mówiąc, że podłoga niesprzątana), miło gawędząc i podbijając mi bębenek, że jestem kumata, że ludzie w firmie nie radzą sobie z niczym, no, informatyk chwalący mnie... ojapierdolę... podłączył, odłączając PC z Netflixem ustawionego jako środek pacyfikujący Papryczka w razie W.
Wejście na firmowe konto jest banalnie łatwe...
... a potem było już z górki na pazurki i...

 firma w chaupie...

Drukarka będzie we wtorek, jakoś tak - lubię PC.
W ogóle mam słabość do informatyków :)
Tak wyszło.
A potem rozdziewiczyłam piekarnik w nowej kuchence, piekąc Baraniego Afroamerykanina :)
W całym domu pachniało jak w Gwiazdkę w R. i w innych miejscówkach...

Afroamerykanin się udał, aczkolwiek Barani lepszy, bo nie ma zakalca :D Nie wiem, czy to kwestia tego, że pierwszy raz piekłam, czy taka ze mnie niezguła...
No nic, jest zjadliwy, w potem się obaczy :)

Jutro do Inżyniera jadę. Szparagi kupili na obiad, nie mam wyjścia.
Pomijam całą sytuację polityczną, bo w dupę jebane wszystko jest.
Przyrodnia siostra ma, po przeczytaniu moich żalów na FB o maseczkach, a właściwie jej córka (widziałam dziewczynę raz w życiu, long story, jest jak jej mama w młodości, kiedy nadawałyśmy na tym samym paśmie) wysłała mi maseczki, takie do prania.
 I jakem dobra Jędza, aczkolwiek stara i wredna, życzę tym wszystkim, którzy dziś na placu Piłsudskiego pogwałcili sami wprowadzone przez siebie prawa, w dupie mając nas, szaraczków: niech koronawirus zrobi z wami szybko porządek i niech nie pomogą wam żadne vipowskie chuje-muje.

Amen.





czwartek, 9 kwietnia 2020

Świat

zwariował, Kochany Pamiętniczku. Może nie tyle świat, co ludzie. Ludzie zwariowali.
Wyszłam dziś z domu, zadowolona, bo i maseczkę jebaną udało mi się tak na papę wcisnąć, że nie dusiłam się, bryle mgłą nie zachodziły. Szłam więc w stronę słońca, w stronę słońca aż po horyzontu kres, delektując się jego promieniami (po paru krokach zdjęłam sweterek, bo lato, lato wszędzie, oszalało, zwariowało moje serce, aczkolwiek słyszałam tylko tupot moich kaprawych nóżek w wiosennych bucikach i wrzaski ptasiorów, zamiast Love me tender czy I just called to say i love you, albowiem zakładając, że będę narażona na atak ludzi w maseczkach aparaty założyłam). Zatem ptasiory płuca wypluwały drąc japy, japońskie wiśnie kwitnęły namiętnie, jako i inne mirabelki, na kasztanach już liściory, mlecze ozdabiały trawnika kobierzec, jako że nikt nie wpadł na jebany pomysł, by trawę kosić...




Do piekarni dotarłam rozanielona, chlebek zanabyłam, świeżutki taki, że tylko maska na papie zatrzymywała mnie przed pożarciem skibek i fakt, że rozrywając folię wirusa mogłam ściągnąć...
Pod Stokrotkę polazłam. Ogonek był, ale stało raptem 5 osób, więc hasta manana. słoneczko grzeje, ptasiory mordy drą, żyć nie umierać. I znów przede mną kręci się starucha (ja też jestem staruchą, żeby nie było, że się wypieram), jak gówno w przeręblu, jęcząc, zawodząc, że jak to, ona chce do sklepu tylko po chuj wi co, a nie może, na to odpowiada jej starucha z przodu, że kto to widział, żeby do sklepu nie wpuszczali jak kiedyś, że... Nosz, kurwa, a kto na pisiorów głosował? Aniołki? Babus znika z kolejki, bo ona ma honor i stała nie będzie.
Krzyż na drogę...
Trzymam mordę na kłódkę, zbliża się dziesiąta (nie celowałam, tam wstałam, tak mi się wygrzebało), słonko grzeje. Pani za mną pyta, czy zaklepię jej miejsce, bo ona by skoczyła do piekarni. Oczywiście, przecież mi nic nie ubędzie, zdąży, jej zysk, nie zdąży - jej strata :)
Klepię sobie w ajfoniku z synową, kolejka sunie powolutku... Pan z boku wskakuje do kolejki, bo stał, a to zapraszam, niech idzie...
Za mną ląduje pani zaklepująca i rozpętuje się burza z piorunami, bo pani tu nie stała, bo pan co za mną stał zapytał, czy jestem ostatnia, a ja nie słyszałam, zajęta klepaniem w ajfonika, mimo aparatów nie słyszałam, bo ptasiory się drą, jakby im pióra z dupy ktoś wyrywał, a pies uwiązany w pobliżu szczeka, autobus i z rzadka samochód przemyka...
Mówię, że pani stała.
I...
Cud, że kolejka sobie tętniczek na szyi nie poprzegryzała, że krew nie tryskała wokoło, nie zalewała maseczek i tych jebanych rękawiczek. Proponuję panu z pianą na ustach, żeby wszedł przede mną, mówię: ludzie, pogoda ładna, nie pada, nie ma mrozu, co z tego, że trochę postoimy? Pan unosi się honorem, nie wejdzie przede mną.
Serio?
A jebał go pies.
Nie wiem, czy ktoś w tej pojebanej starczej kolejce ma robotę w domu. Ja mam, ale zastrzegłam w pracy, że do 12 może mnie nie być, bo nie będę ganiała pracujących dzieci po zakupy, skoro jeszcze dycham, wpuszczam do domu potencjalnego wirusa z pracowym sprzętem, bo informatyk na pewno butów na progu nie zdejmie i rąk nie zdezynfekuje.
Więc, kurwa, ludzie, o co biega? Że ciężko stać? Jest murek, wprawdzie pewno oszczany przez kundle, ale można przycupnąć.
I cieszyć się promieniami słońca, zielenią, ptasiorami, bo może jutro podłączą nas pod respirator, albo i nie, bo jesteśmy za starzy, nierokujący, wszystko pójdzie się jebać i naprawdę nie wiadomo, czy u Abrahama mają dobre piwo...
I nawet jak kiedyś martwiłam się, że na moim pogrzebie to psa z kulawą nogą nie będzie (też ma człowiek zmartwienia, co nie?), to teraz nawet kundla z cmentarza przegonią, a ci, którym będzie mnie brakowało (tak wyszło, że paru osobników za mną zapłacze, zboczuchy jebane) zapałki będą ciągnąć, kto ma tę garstkę ziemi rzucić, żebym broń blog nie wylazła z urenką pod pachą i nie wmeliła się na kominek (bo na TV się już nie da), nie podnosiła wieczka i nie mądrzyła się jak zawsze...
Wyszłam ze Stokrotki, średnio zadowolona z zakupów, ale proszek do Afroamerykanina mam, więc nie jest źle.
Na Manhattan potuptałam, Panu Pomidorkowemu podrzuciłam doniczki, podlizując się, że na dupomirki i na niego czekam...
Krótki rajd.
Taki jeden palant ma tam stragan, drań, jakich mało, odrażający typ, muszę być na dnie, żeby u niego zakupy robić.
Miał kolorowe maseczki, takie wypierz, przeprasuj.  14 zyla. O nie, chuj mu w plecy, bo w dupę by miał przyjemność.
Apteka. Mają maseczki, a jakże. 6 zł. Za jednorazówkę. Za sztukę. Pani, bez maseczki, nie poleca. A i ja, podliczając zakupy, na które wydałam już miliony, rezygnuję.
I do Euphorii bieżę, bo zdjęcia na FB są jak sen badylowego wariata.
Rzeczywistość jest mniej kolorowa, ale wychodząc niosę 25 tulipanów i 5 frezji...
Po drodze jeszcze warzywniak, bo mam owoców tyle co nic, a mają truskawki.
I nach hause.
Uświadamiam sobie, że nie mam nic dla nowo osiedlonych, więc jak już jestem ubrana, zamaskowana, to skoczę do piątki po wino. Wino zawsze na topie, co nie?
A i ja mam nieprzepartą ochotę na piwo, po odczytaniu w przelocie emilków, że informatyk wpadnie jutro z łaski wielkiej między 10-13, czyli kolejne czekanie chuj wie jak długo i czy będę mogła jutro popracować (w normalnym życiu w Wielki Piątek mamy wolne), bo pani się nie wyrabia, bo nauczanie online, a i G. pisze, że jest przeszczęśliwy, że dziś ominęło go nauczanie online i relaksuje się w biurze. Co mam rzec? Że mają źle zorganizowane wszystko? Że ja ogarniałam itede, itepe?  To są moi koledzy. Czasem mnie wykorzystują, ale jak coś murem stają za mną i dzięki nim mam wciąż tę pracę. Więc odpisuję, głaszczę, pocieszam, że tak, że skorekcę.
No nie będę świnia w tych czasach, co nie?
I nie napiszę zażalenia do Bossa, bo szkoda paluszków, niemalowanych, na stukanie w klawiaturę :)
Więc lezę do piątki po to wino (i piwo, of course, jak coś wczoraj oglądałam Szklany zamek, z zapartym tchem, zastanawiając się, skąd oni wiedzieli, pisząc scenariusz, jaki jest los jebanych córeczek tatusia alkoholika, aczkolwiek oczywiście poniekąd moja historia jest inna, ale zarys fabuły...) i z głupia frant pytam o suche drożdże, że może jednak...
I wracam do domu z łupem godnym wikingów...


Cztery paczki drożdży, normalnych drożdży i badyle też mam dużo badyli, co na fotce widać, więc jaki piękny dziś dzień... :) Proponuję Synowej drożdże, dwie paczki jej mało, pani w sklepie miała 10 paczek w sumie, nie, nie polecę po więcej, niech najpierw zużyje te dwie, co jej dam.
Inni też chcą piec.
A, i maseczka do prania za 7 zł. Kupuję, bo mam jeszcze jedną tylko chirurgiczną, a w tej antysmogowej może wytrzymam, jak zimno będzie, ale w upale to mnie z ulicy na szufelkę zgarną.
I nie będzie chórów anielskich i szlochających tłumów na cmentarzu :) A tego mój scenariusz nie przewiduje:) 
A ja, po dzisiejszym przegryzaniu tętniczek pod sklepem obiecuję sobie solennie robić zakupy w piątce i na Manhattanie.
I chleb piec.
Takie sytuacje, w jakich obecnie żyjemy pokazują człowieczeństwo i widzę, że coraz mniej w ludziach dobrego.
Nie generalizuję.
Nie oceniam.
Ubolewam.
Wielcy katolicy, chrześcijanie. Przeciw aborcji, edukacji seksualnej, LGTB. Z Jezusem królem i Matką Królową Polski na czele.
Kurwa.
Zabiliby za wejście do sklepu, w którym towar wylewa się z półek. Nie dostaniesz Kasi? To kupisz Palmę.
Kurwa mać.
I tyle tytułem podsumowania, bo żółć mi się ulewa.
Może minie.
Może jeszcze nadejdą ludzkie czasy.
Wszystko jest możliwe - jak głosi stary slogan IKEA, który w 1977 roku skądś dostałam na naklejce samoprzylepnej (1977 rok i naklejka samoprzylepna, nie wiedziałam wtedy, że to slogan z IKEA i z dumą nakleiłam na drzwiach wynajmowanego pokoju).
Zatem - żyję dalej, na złość :)


środa, 8 kwietnia 2020

Jest

to cnota nad cnotami, trzymać ozór za zębami, Kochany Pamiętniczku.
Fakt.
Nie pytałam o dowóz dzieciarni, wychodząc z założenia, że jak potrzebują, to niech zapytają, co będę leciała z bębnem przed orkiestrę. Jak się nie odzywam, to nawet nie zapytają, czy dycham. A to w dupie mam.
Inżynier co dzień drynda, a i ochrzan dostałam za gotowość izolacji w święta, bo to wiadomo, na głowie będą stawać,  urządzając mieszkanie.
Pierworodni urządzali trzy miesiące, zanim mnie zaprosili :)
No nic, w sobotę potuptam, zobaczę bandę Łobuzów, może miziania dużo nie będzie, ale zobaczyć na żywo te łachudry, to jak szóstkę w totka trafić.
W sobotę  podreptałam na Manhattan tylko, nie było wielkiego ruchu. Planuję i jutro podreptać, bo do piekarni chcę skoczyć po chleb, szkoda marnować mąki na przeterminowane o 5 lat drożdże.
A tak w sumie nic nie potrzebuję, przeżyję te święta, chodzi za mną Barani murzynek, więc może zapoluję na czarnucha.
Nie jestem fanką sernika ani bigosów, a że nikt nie przyjdzie, to nie szaleję.
Ani mi się śni zapraszać, bo mam wymówkę.
Lubię swój azyl.
Ale...
Będzie rewolucja.
Pani M. się dziś odezwała, że Boss przepracowany, więc ona ogarnia kuwetę.
I...
Dostanę kompa pracowego (innej opcji nie ma, bo nie zainstalują mi na moim programu, za droga zabawka, nawet nie wiem, czy nie pojechałoby wszystko). I drukarkę jednak dostanę.
Pytanie: gdzie ja to postawię?
Moje biurko jest za małe, żeby się pracowa kobyła zmieściła, a jeszcze drukarka, ojapierdolę.
Nie usunę też mojego kompa, bo mój komp to mój, są rzeczy, których na pracowym nie tykam.
Nie zainstaluję sobie na nim torrentów, Netflixa i innych zabawek.
Jedyne wyjście - mały pokój, ale tam jest podłączony stary komp, bo wyjście awaryjne jak cuś.
No nic, ma przyjechać - nie wiem jeszcze kiedy - pracowy spec i ogarnąć.
Z jednej strony jestem zła, ale z drugiej bardzo się cieszę, bo to znaczy, że wciąż mam pracę. Mimo wszystkich zakrętów i zawirowań. Oby to tylko home office nie zostało na stałe, ale  nawet gdyby - nieważne. Mam pracę.
W dzisiejszych czasach to skarb.
Czyli dobrze, że praca mnie kocha, ja ją też, chociaż czasami mam do niej seksualny stosunek.
Bywa :)

Okna pomyłam, ale że w kuchni myłam, jak jeszcze Inżynier był, już są upypłane przez owady. Trudno.
Bratki, w sobotę przywleczone z Manhattanu kwitną, radując serce. Winobluszcz żyje.
I tylko ta pustka pod oknami, maski, całe to polityczne wariactwo, parcie do władzy po trupach.
Jak można tak chcieć zniszczyć świat?
Ale skoro nie mogę tego zmienić na siłę, będę pazurami trzymała się, z nadzieją na to, że jeszcze nadejdą piękne dni.

Life is a journey, not a destination :)

piątek, 3 kwietnia 2020

Co mi się

nie podobało w życiu na kwarantannie, Kochany Pamiętniczku?
Wstawaliśmy spokojnie, Inżynier jako dżentelmen zostawiał łazienkę dla mnie, albo gdy musiał wcześniej pracować, budził mnie obłędny zapach Lynxa, taki duszący, jak kiedyś Cube, którego używał Baran, te męskie duszące zapachy... :)
Jedzonko i picie dojeżdżało na wycieraczkę, świeże powietrze było na balkonie, wieczorem można było się bezkarnie alkoholizować, oczywiście, o ile było czym...
A i mordę było do kogo otworzyć.
A tu masz.
Wstałam skoro blady świt, w podskokach, bo o 9 powinnam być w pracy, żadnego męskiego zapachu, porządek aż jebał po oczach, więc wzdech, kąpiel, śniadanko, pasjans miał poziom ekspert, a czas naglił, więc maseczka na pysk i...
Tragedia.
Maseczkę wsadziłam jeszcze normalną, w sensie, że od lat w szufladzie miałam maseczki chirurgiczne sztuk trzy, nie mam zielonego pojęcia, z jakiej okazji je kupiłam, ale są.
Więc maseczka na ryj i... Nie mogę oddychać,  a okulary zachodzą parą.
Nosz, kurwa. Chapeau bas dla chirurgów, którzy w tym operują... A zawsze śmieszył mnie kawał, że chirurg ma po to maseczkę, żeby noża nie oblizywał...
Zjeżdżam dzielnie na dół, pocieszając się, że na świeżym powietrzu będzie mi łatwiej oddychać, ale ni chuja wafla.
Piździ mroźno, ale tchu złapać nie mogę, okulary wciąż zachodzą mgłą, a na dokładkę ze ślepiów leją się ślozy, z nosa cieknie, muszę maseczkę podnieść i wysmarkać się, bo się uduszę. Jebać koronawirusa, nie mogę zejść na bezdechu. Wdech, wydech, okulary zachodzą mgłą, a na "tym" wzniesieniu lezę po omacku.
Docieram do galerii ostatkiem sił (w głowie kołacze mi: ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń)...
Schody zastawione, znaczy się te ruchome. Na zwykłe mnie nikt nie namówi, o nie. Więc winda.
Kolejka idzie wężykiem, jedna do rzeźnika (jednak otworzyli), druga do Biedronki.
Gorąco, grzeją na maksa.
Ja jedyna w maseczce.  Kolejka jak świński ogonek, ale i pary stoją.
Razem.
Kobietka se lata od jednej do drugiej, szarpie drzwi apteki (jeszcze zamkniętej). Aktywna jak Krakatau... Marmoli pod nosem, że jak to, wszystko jeszcze pozamykane... Jest parę minut po ósmej...
Ludzie w rękawiczkach ze zrywek z Biedronki, kurczowo zaciskają ręce na poręczach wózków.
Mój prześladowca - zawsze za mną namiętnie łaził,  co mnie wkurwiało, no wiem, taki żywot ochroniarza, ale po tych kilku latach powinien wiedzieć, że nie wynoszę nic, ale łaził za mną wciąż...
W maseczce, w foliówkach, ważny, wpuszcza ludzi.
Ale par nie wpuszcza, muszą się rozdzielić, wpuszcza ich pojedynczo.
I chuj z tym, że rozdzielony czeka aż połówka zostanie wpuszczona i zakupy robią razem...
Zdejmuję kurtkę, bo za chwilę na orbitę wylecę, jestem oprócz obsługi jedyną osobą w markecie w bluzce. Jak oni wytrzymują w watowanych kurtkach, chuj wie i zrozumie.
Wreszcie, po półgodzinnym kiblowaniu w kilkuosobowej kolejce (ludzie wywożą wózki wyładowane tonami żarcia, w sumie rozumiem - święta blisko, a kto ma ochotę kiblować w takich kolejkach kilka razy, a w domach będą wielkanocne uczty, nie ma innej opcji) dostaję się do marketu. Z rozpędu, nie czytając przez zamglone okulary, zamiast kupić wkład wymienny do płynu do mycia naczyń, kupuję kapsułki do prania, których nie cierpię, a które potem windują mój rachunek do 200 zł z grosikami :)  Ogarniam to dopiero w domu, na spokojnie, ale zakupy wciąż z motorkiem: od 9.00 powinnaś być w pracy.
Lecę do chaupy kurcgalopkiem, spocona jak mysz kościelna, a mirabelka koło przystanku ubrała się właśnie w biały welon i listki strzelają, prawie słychać te strzały. 
Ale ze mnie głupia cipa, co się potem okaże.
Zziajana wpadam do domu o 9.23, rzucam wszystko, lecę do łazienki, szoruję ręce, wywalam wszystko na chama, bo mrożonki, w przelocie włączam kompika, loguję się...
I chuj.
Nic na poczcie.
Ja, karmiona punktualnością latami, nie myślę, że w razie W mógł mi paść net, że takie tam...
Nie, 9.00, a jeszcze lepiej 8.30, SJ z uśmiechem na ustach tkwi przy kompiku, nieważne, w biurowcu, czy w chałupie, bo praca.
Kurwa.
SJ zasługuje na postawienie pod murkiem i kula w łeb.
Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, co nie?
Zwalniam, opróżniam wózeczek, goździki, za którymi nie przepadam pakuję do wazonu, ukochane pieścichłopy były już prawie całkowicie rozwinięte, więc z bólem dupy wzięłam goździki, ale już nie miałam czasu na lecenie do kwiaciarni, gdzie za 30 zeta wg fejsbuczka mogłam nabyć 25 pieścichłopów,  wspomagając upadające polskie badylarstwo (a nie tak dawno badylarz to był pan)...
Piję niedopitą poranną herbatkę, bo jestem odwodniona, co mówią mi nerki, pobolewając, ale co tam, dzielna jestem, i praca start...
Kurwa mać.
Pracuję prawie do 20.
Nie, żebym sobie rękawy wyrywała, pracy było po kokardkę i kucyki, dopóki dochodziła ta 600-stronicowa książka o prosiętach, którą mam za ekstrakasę zrobić, ale ja kocham porządną pracę.
Ale to, co miało iść dziś do drukarni, kapało leniwie...
Po kropelce...
Wywiad Bossa z ortografem, aż poleciałam sprawdzać Worda, że jak mogłam, jak mogłam taki koszmar puścić.
Nie mogłam, nie puściłam. Dopisane później.
Warzywka, prosięta, korespondencja z maszynkami zamykanymi...
Obiadek, pasjans, roczne rozliczenie za media, mam nadpłatę, małą, ale i tak jestem na plusie...
I tak do 20...
A o 20 na moje usilne naleganie, że no ile można, A. odpisuje mi: "przed chwilą wysłaliśmy wszystko do drukarni.
Niestety nie było już czasu wysyłać do Pani 2. Korekty, bo drukarnia zagroziła, że pójdzie do domu". Cytat dosłowny, bez poprawek.

Ja to, kurwa, nawet pójściem do domu nie mogę zagrozić obecnie,  bo z domu pracuję.
A. ma dysleksję i dysgrafię. Jego teksty poszły bez korekty. A w stopce jak byk stoi: korekta: Stara Jędza... I znów zszargałam moje dane osobowe :)
I tak mi minął dzień, w tzw. międzyczasie, kiedy nie słuchałam radia Pogoda, oglądnęłam

Na czasie.
Kurwa mać...
Inżynierostwo ogarnia lokum.

A ja?
Tak, jestem nierozsądna.
Ale pójdę jutro na Manhattan, bo może jakieś świeże warzywka dorwę. Nie byłam tam ponad dwa tygodnie. Fakt, nie bywałam dłużej, jeżdżąc do UK... Ale... To inna bajka :D
No i bratków dokupię, w ramach wspierania Pana od Pomidorków.
Co ma być, będzie...

Świąt jako świąt nie planuję, bo Pan Jezus zmartwychwstanie niezależnie od tego, czy okna umyję i czy będę miała szynkę czy nie.  Mogę zamówić garmażerkę u siostry Synowej, dowiezie i z tego skorzystam. Nie będę kwitła w kolejkach.
Nie wiadomo jeszcze co z wnukami od Pierworodnego, ale będą musiały przeżyć na pyrach, jak będę książkę robiła, a będę.
O dostępie do sieci firmowej cicho, pewno znów cała para poszła w gwizdek.
W sumie mi to rybka.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze kwitnięcie przy kompiku, Kochany Pamiętniczku :)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Kwarantanna

Kochany Pamiętniczku, kwarantanna i po kwarantannie.
Minęła wczoraj i...
Skoczyłam do piątki po piwo (Inżynier nie chciał się pokazywać w okolicy, samochód na angielskich blachach stał - nietknięty! - na osiedlu, na którym nie ma miejsc parkingowych i parkowanie osobom niemieszkającym jest zagrożone wywiezieniem... No, Inżynier nadal jest meldowany, nigdy się nie wymeldował, ale nie ukrywam, znając mentalność rodaków - drżałam.)
A tu tylko srak optał :)
Kosztowało mnie to dziś rękawiczkę jednorazową i mokrą szmatkę do usunięcia optania...
Piątka, zamknięta 18 marca wczoraj się przygotowywała do otwarcia, pan pleksi zakładał, ale pani A. ulitowała się nade mną i - ojapierdolę, na zeszyt, bo terminal był niepodłączony, a ja groszem nie śmierdzę - piwo dała. Ma się te chody, co nie? Stały, wypłacalny klient :)
I tak nam mijał dzień za dniem. Pracowicie, bo i on, i ja non stop w pracy.
Ja nawet o północy (wiedziałam, że tak będzie, jak przejdę na home office, ale... cieszę się, że mam pracę. Że Boss w pensji docenił i bez grymasów zapłacił za książkę zrobioną online. I nie, że sobie rękawy wyrywałam. Nie, po prostu zrobiłam. I myśli o dostępie do sieci dla mnie, ewentualnie o drukarce. Znaczy się - chyba zwalniać nie będą. Nice.).
Gorzej z pracą Inżyniera. Pod koniec miałam dość. Bo niby pracuje w tych samych godzinach - ale - muszę być cicho, chodzić na paluszkach i nawet radio Pogoda jest za głośne. Nie, że jemu przeszkadza, broń buk liściasty. Ale on ma wideokonferencje, wlokące się czasami godzinami.
A u nas nie ma drzwi, oprócz łazienki, więc nawet do kibelka skradałam się na paluszkach, nie mówiąc już o puszczeniu bąka.
Pracował i w weekend, i po godzinach, bo ma zaległości. Szefową ma wspaniałą, przy tych wszystkich zawirowaniach roztacza nad nim parasol ochronny. No jest cenny dla firmy, ale czasy są jakie są.
Do tego stres, bo byli praktycznie bezdomni: ona u ojca z dziećmi, on na wycugu u mnie, chociaż jemu oprócz tęsknoty za Łajzami i żoną nie powinno nic dolegać. Ale dolegało, bo do końca nie był pewien, czy sąsiad klucze oddał do agencji, czy kupcy się nie wycofali, czy inne takie tam.
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Mieszkanie w UK sprzedali w odpowiednim momencie, żeby mieć na start w PL. Jednak nie tak hop-siup, bo czasy są jakie są, więc... Dalsze plany zależne od rozwoju sytuacji.
Wałkowane ze mną, śpijmą nocą, bo po pracy po godzinach jeszcze rozmowa z rodziną na Skype (Alienek, słoneczko moje, olewał ojca i darł się "batcia, batcia", uspokajając się dopiero, gdy oglądnęłam zabaweczkę, którą mu kupiłam i powiedziałam, że go kocham, wtedy maszerował, lewa, prawa, w siną dal, a w kamerkę pchała się Kalafiorkówna, machając i szczerząc zębale, bo Skubana jeszcze gadać nie umie). A potem, jak kolega się nie nawinął (nie, nie mam o to pretensji, każdy ma swoje życie osobiste) było miejsce na nasze rozmowy.
Te trzeźwe, w większości, bo nie mieliśmy sumienia wykorzystywać osiołków do kupowania alkoholu, i te nietrzeźwe...

Porterówkę zrobił, a jakże...
Nawet rakiję, która przetrwała w mojej szafie chyba z 10 lat wypiliśmy :)


Ogórki termin przydatności miały do 2018, ale o dziwo, nic nam nie było :)

Z Bieguna taka paka dojechała, za całe 100 zł, ale wędliny mają wyjechane w Kosmos :) I pod drzwi dowieźli. Jeszcze sporo mam w zamrażalniku :)


Dopieszczany był, a jakże, bo ja, kurwa, zawsze mam czas. Takie śniadanie komnsumował, a potem lanczyk, obiadek i kolegom do UK słał fotki, żeby ich szlag.
I pisał im, że ma neta 50 mbitów, co w UK jest szokiem. W docelowym mieszkaniu będzie miał 1 GB, w co UK nie wierzy, to im się w głowie nie mieści :)
W międzyczasie kurierzy krążyli jak głupi, rzucając paczki pod drzwiami, jako że kwarantannę odprawialiśmy wzorowo i...
Sama bym nie zauważyła, że mój router zdycha.
Mam więc nowy router, nową kartę sieciową, ogarnięte wszystkie zabawki, no i fachowca pod ręką jak coś...
Internet śmiga.
I nadzieja w sercu rośnie, bo to wciąż mój Inżynier, tak samo upierdliwy jak był, ale mój, no cóż, geny ma po kimś...
Ale i na Pierworodnego kamieniem nie rzucę, bo wystarczyło piernąć, a chciał lecieć, nawet po alkohol, jak nas suszyło...
A ma swój kołowrót.
Może będą dowozić dzieci do mnie, bo boją się redukcji w tej sytuacji gospodarczej, jaka jest, nie pracują długo...
No nic, pomogę na ile będę mogła, ale nie zaopiekuję jak chciałabym, bo... sama mam roboty po kokardkę i kucyki, doszła ta książka oczekiwana od dawna, akurat teraz.
Jutro wybieram się po uzupełnienie zapasów, po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni do sklepu.
Strój bojowy mam

Znaczy się mam maseczkę antysmogową, na która wydałam 220 zł, bo wkłady, nie wiem, czy ma to za wielki sens, ale co dziś ma sens?

Nic, poza życiem na maksa każdego dnia.
Bo jutro może nie być, co nie, Kochany Pamiętniczku?

Jednego nie posprzątałam

zlecając to współtowarzyszowi kwarantanny.
Czekając na pracę, spokojnie po kawałku ogarniałam tę kuwetę, lodówkę umyłam.
Śmieci wyniosłam, szczęśliwa, że mogę już iść do własnego śmietnika.
Do Biedronki nie poszłam, bo miałam koszmarny sen o zakupach.
Pójdę jutro.
Pozbyłam się dziecka, odsyłając je tam, gdzie jest jego miejsce, jak dosłał zdjęcie to się popłakałam. Bo dawno nie widziałam tyle szczęścia w oczach Inżyniera i Alienka...
Tak już w życiu jest, że czyjeś szczęście jest mniejszym szczęściem dla kogoś innego.
Mieszkanie ogarnięte, nic mnie nie wkurza ani zamknięte drzwi, ani inne takie tam duperele, jak odsunięte krzesło...
Wrócił mój świat, jeszcze bez pieścichłopów, które starała się mi wysłać Zmorka.
I oby trwał, jeszcze trochę.
W tle kwarantanny mignęła czterdziestka Barana, trzy lata Alienka, 67. rocznica ślubu moich rodziców.
Pan nie ogarnie grobów na święta, bo jest koronawirus.
Do Eksa nie pojadę, bo nie będę wykorzystywała Inżyniera, a i ponoć w życie wchodzi zakaz chodzenia na cmentarze.
No chyba, że wyraźnie dadzą znak, że za mną tęsknią, to nie będę miała wyboru, co nie?


Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.