domowy mam Kochany Pamiętniczku na najbliższe dni.
Inaczej nie przeżyję.
Od paru dni tłukło mi się po tym głupim łbie, żeby karimatę kupić, albowiem...
Nie ma co ukrywać, jest jak jest, lepiej nie będzie, ale może być.
Naoglądałam się rolek z ćwiczeniami.
Nie że schudnąć chcę, nie, bo to marzenie ściętej głowy. Ale skusiwszy się na parę ćwiczeń, oczywiście daleko mi do tego, co jest w rolkach, poczułam się jednak lepiej, a i tę ciężką kubańską dupę łatwiej było mi już po jednym dniu podnieść z fotela. Jako że ciśnienie mam jakie mam, dupę nieruchawą od dawna i swoje lata na karku, nie będę się forsowała. Ale odrobina wygibasów mi nie zaszkodzi, nie mam zamiaru od razu pół godziny czy dłużej ćwiczyć, ale parę minut dlaczego nie? Sęk tylko w tym, że kocek to na podłodze niezbyt, sama zaś podłoga twarda, a i śliska też jest.
Więc umyśliłam sobie, że we wtorek pojadę poszukać karimaty. Pewno, można na Alledrogo czy gdzie indziej, ale to zanim mi z włości przywiozą, to mi cała ochota przejdzie, a jechać do nich nie chcę, bo mają na głowie wyjazd na wczasy, to ja im tam jak dziura w moście jestem potrzebna.
Ale we wtorek okna myłam, więc mi przeszło :P
Wczoraj zaś odpoczywałam, bo mogłam, a co, kto bogatemu zabroni i mimo szczerego zachęcania się, nosa z chałupy nie wysunęłam, a sama myśl o jeździe na Franowo doprowadzała mnie do dreszczy.
Jak nie pracuję to tak mam, że zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia, bo nadmiar swobody - wszystko mogę, nic nie muszę kompletnie mnie dezorganizuje.
No i dziś poćwiczyłam, upewniwszy się na kompiku, że na pewno mamy czwartek i wzdech, wydech, poczytawszy alarmy o upałach (dla mnie 23 to już ekstremum, a tu 30 zapowiadali), śniadanko wszamałam i nagle mnie olśniło.
Że w Lidlu bywają karimaty, a Lidla mam rzut beretem od chałupki. A że i cięte badylki padły, tom sobie pomyślała: badylki, a jak nie będzie karimaty, to wola boska i skrzypce i pojadę na Franowo.
Leciałam o 9, a pot się ze mnie lał... Nie stanowczo, letnie upały nie dla mnie. W Lidlu róże piękne dorwałam, za niecałą dychę, więc to był dobry deal :) A nasz sklep jest po remoncie i ma dłuuuuugą alejkę z lodówkami, więc sobie spacerek zrobiłam, ciesząc się chłodkiem.
I tak sobie tuptałam tam, gdzie zwykle nie zaglądam, i trochę kasy wydałam, ale co tam :)
Mam
a na obiad miałam wyjątkowo smaczne i niedrogie sushi, o dziwo, najadłam się nim, co mi się rzadko zdarza. A i niedrogie było, bo tylko niecałe 13 zł.
Zastawę do sushi mam, tylko pałeczek nie było, a ja moje wypasione dałam Małej Wiedźmie, mnie się ostała jedna, ale i tak nie umiem się nimi posługiwać, więc mała strata :)
Wracając zaś i zdychając już z gorąca, dziękując losowi za karimatę, zatrzymałam się jednak na chwilę, bo oczarowała mnie
uroda chwastu. Wujek wywalił mi kilka takich roślin, więc się nie wypowiem, ale koronka nie do podrobienia co nie?
Śmieci wywaliłam, na fotelu ległam i pozipałam.
Drabinę ściągnęłam, nie zleciałam z niej i mam - zachomikowany wentylator.
Przy nowym biurku ma idealne miejsce strategiczne, przy starym stał tam skaner i nie miałam go gdzie postawić. Jak już nie mogę wytrzymać, puszczam go na chwilę, oczami duszy widząc rosnący rachunek za prąd (a już wiem, dlaczego mi tak ładnie spadł, mimo podwyżek - nie grzeję już w elektrycznym czajniku jak mi przedłużacz padł, przeklinając grzeję wodę na gazie - raz, że trwa dłużej, dwa, że wciąż się boję, że zapomnę, że wstawiłam).
I tak mi dzień minął - leżing, filming i wdając się w pyskówki na FB.
Jest porno, duszno, miała być burza, ale do nas nie doszła.
Szczęście w nieszczęściu, że nigdzie lecieć nie muszę, bo teoretycznie mamy klimę w MPK, a praktycznie raz jest tak zimno, że można zamarznąć, a raz ulepek mimo włączonej klimy. Więc dobrze, że jestem w chałupie na dupie.
A w pyskówki wdaję się głównie miejscowe, bo włodarzy, niby z KO mamy dodupnych, a i sama KO też co innego obiecywała, co innego robi (co było do przewidzenia, ale kraść będą w białych rękawiczkach, nie na chama, jak Obsrajtek, który sobie w Orlenie biurko ze złota zafundował. Czego mój mały móżdżek nie ogarnia, bo na chuja biurko ze złota? Jakbym miała apartamenta i kasę, zamówiłabym sobie porządne biurko z dębu, palisandru albo innnego mahoniu, ale na chuja ze złota?).
No i teraz narażę się niektórym czytającym, bo przeraża mnie projekt Auchan, testowany w Koziołkowie. Że w sklepowych wózkach będą zainstalowane klatki na dole, żeby można było robić zakupy z psem.
Nosz, wylała się na mnie kupa hejtu. Że pieski grzeczne, że pieski czyste, że ja serca nie mam.
Nie mam. Dla mnie spożywka i psy to mieszanka wybuchowa. Co innego jak mam w domu swojego sierściucha - zakładam, że flora bakteryjna jest oswojona. Moje dzieci były nauczone po każdym dotknięciu obcego zwierzęcia myjemy ręce. Teraz nie myją - jeden ma sierściuchy, a drugi przegubowca. Moja synowa ma hopla do entej. A ja? Cóż, przeżyłam miesiąc z kotami łażącymi po blatach i stole, włosy w kawie i innym jedzeniu też przeżyłam. Koci tyłek lądujący z uporem maniaka na mojej twarzy w nocy też, ale dużo mnie to kosztowało. Nie miałam wyboru. Tak samo jak nie mam wyboru, gdy do nich jadę, ich chata, ich zasady. Ale nie zgadzam się na wizytę przegubowca u mnie, bo jest niewychowany, gryzie wszystko, włazi wszędzie, a ja nie mam ochoty na spanie na kanapie, na której wytarzał się pies. Bo nie, bo to moja chata i moje zasady.
Tak samo nie jeżdżę do koleżanki, którą lubię, ale która ma hopla na psy. Żaden z nich nie był wychowany. Jeden tarzał się w każdym gównie, na które trafił. Owszem, kąpała go, ale całowała. Podziękuję. I wtykał mi nos na talerz, co było kwitowane rozczulającym, że mnie lubi. Pierdolę takie lubienie. Kolejny zaś jej kundel włazi wszędzie, też pcha się na talerz, a na dokładkę z uporem maniaka tka mi nos w krocze.
Podziękuję, nie bawi mnie to. A ona do mnie nie wpadnie, bo on będzie tęsknił. Nie, nie masz kundli w naszej chacie. Latają jak głupie, a ja mam wszędzie na podłodze badyle. Dosyć się naużerałam przy wnukach, jak nieopierzone były.
Podziękuję, nie.
Nie biję zwierząt, nie krzywdzę. Pogłaszczę psa, jak właściciel chce. Pogłaszczę kota (bo te jebane sierściuchy od I. łażą za mną i chcą pieszczotek). Dam jeść, sprzątnę, ale moja chata to terytorium bez sierści.
My home is my castle.
Rozumiem zwierzęta w marketach budowlanych, w sklepach zoologicznych - nie wadzą mi, o ile są na smyczy i w kagańcu.
Za to wadzą mi psy wprowadzane na Manhattan, bez kagańców. Manhattan jest wąski, zatłoczony, jeżdżą tam ludzie na rowerach, ciągną wózki. Psy sikają na postawione na ziemi skrzynki, a pańcia udaje, że nie widzi. W takim tłoku można psa kopnąć, potrącić, niechcący nawet - i co? Jak zareaguje pies, który nigdy nie gryzie? To będzie jego naturalny odruch obronny - ugryźć.
Psom na targowiskach mówię stanowcze nie.
Nie znam się na psach, więc teoretyzuję. Jak zareaguje pies, wsadzany do klatki, która pachnie innym psem? Będzie zachwycony. A wiadomo, że zwierzęta też chorują. Jak znam życie, można będzie w takiej klatce coś złapać.
Czy dla psa godzinna albo i dłuższa jazda po markecie będzie rozrywką, o której po nocach śni? Nie sądzę.
Są restauracje, w których można bywać a to z kotami, a to z psami. I OK. Nie wadzi mi to. Po prostu tam nie idę, jest mnóstwo knajp, w których jest miejsce tylko dla ludzi. Mam wybór.
Zaatakowano mnie też, że komuś przeszkadzają i dzieci w sklepach, i młodzież, starsi i niepełnosprawni. No cóż. Są ludzie i są parapety. Mnie nie przeszkadzają, chociaż nieraz szokują, ale... To są miejsca dla ludzi. Więc - morda w kubeł.
Z tym wchodzeniem wszędzie ze zwierzętami jest jak z Gretą od ekologii.
Wszyscy zwierzolubi mają swoje racje, ze zwierzęta lepsze od ludzi.
A co, jeśli zakupy będzie robił ktoś, kto ma alergię na sierść psa, a pies się akurat otrzepie w klatce?
Zalecałabym patrzenie nieco dalej niż na czubek własnego nosa.
W sumie mnie to rybka, nie mam alergii, jakoś to przeżyję.
Ale mam prawo do swojego zdania - i nie. Nie jest to dobry pomysł.
Mnie już od lat nawracają różne osoby na manie sierści. Że balkon osiatkowany, że to, że tamto, że towarzystwo w mojej samotności.
No cóż, dobrze mi z My Shadow.
A teraz można na mnie wylać pomyje, mnie to rybka. Mam prawo do swojego zdania, nikogo tym nie krzywdzę. Nie podoba mi się i mam prawo to głośno powiedzieć. Na barykady nie pójdę, by walczyć o niewpuszczanie zwierząt do marketów.
A, w Biedronce to nawet gołębie widziałam. Latały nad kaszami. Pewno poczuły się zaproszone :P
Nie mówiąc już o myszach i szczurach, bo te tam też widziano :)
Tom sobie dzisiaj znów popisała.
Plan na jutro: Manhattan, żeby ominąć sobotę. Bób, koniecznie.
Może fryzjer, bo zarosłam :)
I jeszcze co najmniej trzy dni armageddonu, a potem znów pracka. Pyry już czekają.











































