czwartek, 27 czerwca 2024

Areszt

 domowy mam Kochany Pamiętniczku na najbliższe dni.

Inaczej nie przeżyję.

Od paru dni tłukło mi się po tym głupim łbie, żeby karimatę kupić, albowiem...

Nie ma co ukrywać, jest jak jest, lepiej nie będzie, ale może być.

Naoglądałam się rolek z ćwiczeniami.

Nie że schudnąć chcę, nie, bo to marzenie ściętej głowy. Ale skusiwszy się na parę ćwiczeń, oczywiście daleko mi do tego, co jest w rolkach, poczułam się jednak lepiej, a i tę ciężką kubańską dupę łatwiej było mi już po jednym dniu podnieść z fotela. Jako że ciśnienie mam jakie mam, dupę nieruchawą od dawna i swoje lata na karku, nie będę się forsowała. Ale odrobina wygibasów mi nie zaszkodzi, nie mam zamiaru od razu pół godziny czy dłużej ćwiczyć, ale parę minut dlaczego nie? Sęk tylko w tym, że kocek to na podłodze niezbyt, sama zaś podłoga twarda, a i śliska też jest. 

Więc umyśliłam sobie, że we wtorek pojadę poszukać karimaty. Pewno, można na Alledrogo czy gdzie indziej, ale to zanim mi z włości przywiozą, to mi cała ochota przejdzie, a jechać do nich nie chcę, bo mają na głowie wyjazd na wczasy, to ja im tam jak dziura w moście jestem potrzebna.

Ale we wtorek okna myłam, więc mi przeszło :P 

Wczoraj zaś odpoczywałam, bo mogłam, a co, kto bogatemu zabroni i mimo szczerego zachęcania się, nosa z chałupy nie wysunęłam, a sama myśl o jeździe na Franowo doprowadzała mnie do dreszczy.

Jak nie pracuję to tak mam, że zastanawiam się, jaki jest dzień tygodnia, bo nadmiar swobody - wszystko mogę, nic nie muszę kompletnie mnie dezorganizuje.

No i dziś poćwiczyłam, upewniwszy się na kompiku, że na pewno mamy czwartek i wzdech, wydech, poczytawszy alarmy o upałach (dla mnie 23 to już ekstremum, a tu 30 zapowiadali),  śniadanko wszamałam i nagle mnie olśniło.

Że w Lidlu bywają karimaty, a Lidla mam rzut beretem od chałupki. A że i cięte badylki padły, tom sobie pomyślała: badylki, a jak nie będzie karimaty, to wola boska i skrzypce i pojadę na Franowo.

Leciałam o 9, a pot się ze mnie lał... Nie stanowczo, letnie upały nie dla mnie. W Lidlu róże piękne dorwałam, za niecałą dychę, więc to był dobry deal :) A nasz sklep jest po remoncie i ma dłuuuuugą alejkę z lodówkami, więc sobie spacerek zrobiłam, ciesząc się chłodkiem. 

I tak sobie tuptałam tam, gdzie zwykle nie zaglądam, i trochę kasy wydałam, ale co tam :) 

Mam


 a na obiad miałam wyjątkowo smaczne i niedrogie sushi, o dziwo, najadłam się nim, co mi się rzadko zdarza. A i niedrogie było, bo tylko niecałe 13 zł.


Zastawę do sushi mam, tylko pałeczek nie było, a ja moje wypasione dałam Małej Wiedźmie, mnie się ostała jedna, ale i tak nie umiem się nimi posługiwać, więc mała strata :) 

Wracając zaś i zdychając już z gorąca, dziękując losowi za karimatę, zatrzymałam się jednak na chwilę, bo oczarowała mnie 


uroda chwastu. Wujek wywalił mi kilka takich roślin, więc się nie wypowiem, ale koronka nie do podrobienia co nie?

Śmieci wywaliłam, na fotelu ległam i pozipałam.

Drabinę ściągnęłam, nie zleciałam z niej i mam - zachomikowany wentylator. 

 

Przy  nowym biurku ma idealne miejsce strategiczne, przy starym stał tam skaner i nie miałam go gdzie postawić. Jak już nie mogę wytrzymać, puszczam go na chwilę, oczami duszy widząc rosnący rachunek za prąd (a już wiem, dlaczego mi tak ładnie spadł, mimo podwyżek - nie grzeję już w elektrycznym czajniku jak mi przedłużacz padł, przeklinając grzeję wodę na gazie - raz, że trwa dłużej, dwa, że wciąż się boję, że zapomnę, że wstawiłam).

I tak mi dzień minął - leżing, filming i wdając się w pyskówki na FB.

Jest porno, duszno, miała być burza, ale do nas nie doszła. 

Szczęście w nieszczęściu, że nigdzie lecieć nie muszę, bo teoretycznie mamy klimę w MPK, a praktycznie raz jest tak zimno, że można zamarznąć, a raz ulepek mimo włączonej klimy. Więc dobrze, że jestem w chałupie na dupie. 

A w pyskówki wdaję się głównie miejscowe, bo włodarzy, niby z KO mamy dodupnych, a i sama KO też co innego obiecywała, co innego robi (co było do przewidzenia, ale kraść będą w białych rękawiczkach, nie na chama, jak Obsrajtek, który sobie w Orlenie biurko ze złota zafundował. Czego mój mały móżdżek nie ogarnia, bo na chuja biurko ze złota? Jakbym miała apartamenta i kasę, zamówiłabym sobie porządne biurko z dębu, palisandru albo innnego mahoniu, ale na chuja ze złota?).

No i teraz narażę się niektórym czytającym, bo przeraża mnie projekt Auchan, testowany w Koziołkowie. Że w sklepowych wózkach będą zainstalowane klatki na dole, żeby można było robić zakupy z psem.

Nosz, wylała się na mnie kupa hejtu. Że pieski grzeczne, że pieski czyste, że ja serca nie mam.

Nie mam. Dla mnie spożywka i psy to mieszanka wybuchowa. Co innego jak mam w domu swojego sierściucha - zakładam, że flora bakteryjna jest oswojona. Moje dzieci były nauczone po każdym dotknięciu obcego zwierzęcia myjemy ręce. Teraz nie myją - jeden ma sierściuchy, a drugi przegubowca. Moja synowa ma hopla do entej. A ja? Cóż, przeżyłam miesiąc z kotami łażącymi po blatach i stole, włosy w kawie i innym jedzeniu też przeżyłam. Koci tyłek lądujący z uporem maniaka na mojej twarzy w nocy też, ale dużo mnie to kosztowało. Nie miałam wyboru. Tak samo jak nie mam wyboru, gdy do nich jadę, ich chata, ich zasady. Ale nie zgadzam się na wizytę przegubowca u mnie, bo jest niewychowany, gryzie wszystko, włazi wszędzie, a ja nie mam ochoty na spanie na kanapie, na której wytarzał się pies. Bo nie, bo to moja chata i moje zasady.

Tak samo nie jeżdżę do koleżanki, którą lubię, ale która ma hopla na psy. Żaden z nich nie był wychowany. Jeden tarzał się w każdym gównie, na które trafił. Owszem, kąpała go, ale całowała. Podziękuję. I wtykał mi nos na talerz, co było kwitowane rozczulającym,  że mnie lubi. Pierdolę takie lubienie. Kolejny zaś jej kundel włazi wszędzie, też pcha się na talerz, a na dokładkę z uporem maniaka tka mi nos w krocze.

Podziękuję, nie bawi mnie to.  A ona do mnie nie wpadnie, bo on będzie tęsknił. Nie, nie masz kundli w naszej chacie. Latają jak głupie, a ja mam wszędzie na podłodze badyle. Dosyć się naużerałam przy wnukach, jak nieopierzone były.

Podziękuję, nie. 

Nie biję zwierząt, nie krzywdzę. Pogłaszczę psa, jak właściciel chce. Pogłaszczę kota (bo te jebane sierściuchy od I. łażą za mną i chcą pieszczotek). Dam jeść, sprzątnę, ale moja chata to terytorium bez sierści. 

My home is my castle.

Rozumiem zwierzęta w marketach budowlanych, w sklepach zoologicznych - nie wadzą mi, o ile są na smyczy i w kagańcu.

Za to wadzą mi psy wprowadzane na Manhattan, bez kagańców. Manhattan jest wąski, zatłoczony, jeżdżą tam ludzie na rowerach, ciągną wózki. Psy sikają na postawione na ziemi skrzynki, a pańcia udaje, że nie widzi. W takim tłoku można psa kopnąć, potrącić, niechcący nawet - i co? Jak zareaguje pies, który nigdy nie gryzie? To będzie jego naturalny odruch obronny - ugryźć. 

Psom na targowiskach mówię stanowcze nie.

Nie znam się na psach, więc teoretyzuję. Jak zareaguje pies, wsadzany do klatki, która pachnie innym psem? Będzie zachwycony. A wiadomo, że zwierzęta też chorują. Jak znam życie, można będzie w takiej klatce coś złapać.

Czy dla psa godzinna albo i dłuższa jazda po markecie będzie rozrywką, o której po nocach śni? Nie sądzę.

Są restauracje, w których można bywać a to z kotami, a to z psami. I OK. Nie wadzi mi to. Po prostu tam nie idę, jest mnóstwo knajp, w których jest miejsce tylko dla ludzi. Mam wybór. 

Zaatakowano mnie też, że komuś przeszkadzają i dzieci w sklepach, i młodzież, starsi i niepełnosprawni. No cóż. Są ludzie i są parapety. Mnie nie przeszkadzają, chociaż nieraz szokują, ale... To są miejsca dla ludzi. Więc - morda w kubeł.

Z tym wchodzeniem wszędzie ze zwierzętami jest jak z Gretą od ekologii. 

Wszyscy zwierzolubi mają swoje racje, ze zwierzęta lepsze od ludzi.

A co, jeśli zakupy będzie robił ktoś, kto ma alergię na sierść psa, a pies się akurat otrzepie w klatce?

Zalecałabym patrzenie nieco dalej niż na czubek własnego nosa.

W sumie mnie to rybka, nie mam alergii, jakoś to przeżyję.

Ale mam prawo do swojego zdania - i nie. Nie jest to dobry pomysł. 

Mnie już od lat nawracają różne osoby na manie sierści. Że balkon osiatkowany, że to, że tamto, że towarzystwo w mojej samotności.

No cóż, dobrze mi z My Shadow. 

A teraz można na mnie wylać pomyje, mnie to rybka. Mam prawo do swojego zdania, nikogo tym nie krzywdzę. Nie podoba mi się i mam prawo to głośno powiedzieć. Na barykady nie pójdę, by walczyć o niewpuszczanie zwierząt do marketów.

A, w Biedronce to nawet gołębie widziałam. Latały nad kaszami. Pewno poczuły się zaproszone :P 

Nie mówiąc już o myszach i szczurach, bo te tam też widziano :) 

Tom sobie dzisiaj znów popisała.

Plan na jutro: Manhattan, żeby ominąć sobotę. Bób, koniecznie. 

Może fryzjer, bo zarosłam :) 

I jeszcze co najmniej trzy dni armageddonu, a potem znów pracka. Pyry już czekają.


wtorek, 25 czerwca 2024

Po leniwym

 weekendzie, Kochany Pamiętniczku, kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, bo ile można kwitnąć na fotelu?

Tym bardziej że po przetrzepaniu Maxa, tzn. HBO (se nazwę zmienili, kasa ta sama), gdzie podelektowałam się losami Roosevelta i Churchilla (Przed burzą mi weszło gładko, drugie W czasie burzy, z inną już obsada nie za bardzo mi wchodzi), próbując Fringe (nie podeszło mi zupełnie, próbuję już drugi raz i jak uwielbiam SF, nie mogę się przełamać, a kultowe), na Disneyu posucha, a na Netflixie takoż, zaczęłam Upadek domu Usherów, nawet OK, choć zakręcone jak świński ogonek i nijak się ma do książki, ale też idzie mi jak krew z nosa, a już na pewno nie będę tego oglądała wieczorem. Mam nauczkę z horrorami, gdy będąc w ciąży z Inżynierem, oglądałam jakiś horror, gdzie dziecko mamusię zaciukało, sama, bo Eks stał w kolejce po benzynę... Ponoć gdy wparowałam do teściowej, wyglądałam jak zjawa z horroru, a i długo potem bałam się zostawać sama z Pierworodnym wieczorem.
Na studiach zaś oczarował mnie Omen, moje kumpele oduczyły się na zawsze horrorów, a mnie się podobał.

I Dziecko Rosemary.

Ale po tamtym horrorze unikam horrorów serio, nie rusza mnie jedynie Rodzina Addamsów, te lubię :) 

Więc żeby tego wolnego tygodnia nie zmarnować tak


 i   żeby mnie w nocy nie telepało, bo znów jest 


tym razem Niskiego Księżyca, piękne nazwy mają te pełnie, zdjęcie o 0.19, gdy mnie jeszcze cholera miotała w niedzielę, postanowiłam wziąć się w garść. 

Bo 

Czytać nie daję rady, filmów nie ma (no dobra, są romanse, tych jest od cholery, ale ile można na jedno kopyto, a torrenta się nie mogę doprosić, bo dziecko znów coś pokombinowało i dupa blada, nie założy ot tak, jak dawniej, bo... Długo by tłumaczyć, ale OK, uznaję jego racje, sama się ostatnio strachu najadłam, wchodząc do banku, a i on mnie pytał, czy zamawiałam sobie telefon z klapką 169 zł w Media Expert, bo dostał takiego maila, więc mnie śmiał podejrzewać, ocipiał chyba, pracuję wciąż, żeby mieć znów na nowego ajfonika, jak stary padnie, a on mnie podejrzewa o telefon z klapką, bez internetów?). 

Tak więc Yellowstone i inne nowe sezony są poza moim zasięgiem na razie (jak i ten nowy fotel, com se go kupiła, bo w starym dźwignia czy cuś puszcza i czasem w trakcie pracy powoli się zsuwam coraz niżej i niżej, co przeszkadza, bo mi się nie zgadza położenie klawiatury z monitorkiem, no ale nie można mieć wszystkiego tak hop siup i muszę czekać, aż się ogarnie i wleci z tym fotelem, żeby go zmontować). To chyba potrwa jeszcze i jeszcze, bo się teraz wybierają nad morze.

No nic.

Tak to jest, gdy się człowiek robi starszy i wszystko w nim po trochu parszy-
wieje.

Ale nawet młodą panienką będąc nie zmontowałabym fotela, więc... morda w kubeł.

W takich momentach żałuję, że nie jestem moją teściową, bo ta całą czwórkę swoich chłopaków trzymała krótko za pysk i skakali, jak im zagrała. Dwóm córkom pobłażała. Ale też one nie dały sobie w kaszę pluć, a jedna z nich wykorzystywała ją aż furczało, by potem nawet jej w szpitalu nie odwiedzić, wybierając wywczasy z eksżoną swojego męża... 

Powinnam na tej kanwie powieści pisać, albowiem do szpitala latałam ja, nawet jak kończyłam pracę o 22 (gazeta codzienna), wchodziłam na oddział, a jakże, bo ordynatorem był TEN szwagier, a teściowa MUSIAŁA mnie zobaczyć, bo tylko ja (znienawidzona przez nią) byłam godna wysłuchania tego, jak ją okradają, rozkuwając ściany, w których miała pochowane skarby. Bo ja nie rozkuwałam, albowiem nie bywałam tam, bo nie miałam czasu pracując.

Amen :) 

Chłopacy lecieli o każdej porze dnia i nocy i to, co sobie zażyczyła, było święte. Nie mówię już o tym, ile moich planów spaliło na panewce, bo nawet mając swojego malucha, koniecznie musiała jechać naszym maluchem, bo tak :) 

Jednak dużo mi do niej chyba brakuje, bo ja się zatnę, a nie powiem (ostatnio się doczytałam, że to jest bardzo nie fair i powoduje traumę u innych), ale cóż. Jestem inny model.

I dlatego morda w kubeł.

Mais, on revenons  à nous moutons.

Gimnastykę poranną zaczęłam uskuteczniać, albowiem rolek się naoglądałam. No i nie ma co ukrywać, jeszcze trochę, a chodzić przestanę.

Już drugi dzień, brawo ja.

W poniedziałek, kopnąwszy się w tę kubańska, albowiem gdy słonko rano świeci, to mnie szlag, gdy lecę do kibelka, bo nie spuszczam rolet w całej chałupie, a przez okna już niewiele widać...

Pomyłam w kuchni i w małym pokoju i ach, i och, i cut, mjut i ożeszki laskowe. Nawet anginka odżyła.

Na więcej mi nie starczyło, nie nie sił - ochoty.

Do pani M. napisałam o kaskę za ekstrasa, jest na urlopie, ale odpisała, że zaraportowała Bossowi. Ja tam nie mam zamiaru z nim negocjować. Zrobiłam to dla pani M., niech ona się z nim tłucze.

Oszczędzam moje nerwy, tym bardziej że zamiast dwóch tygodni wolnego mam tydzień, bo...

No bo taki pojebany jest harmonogram, że nie mam nawet kiedy wziąć urlopu, a wszyscy emilkują, że proszą o pośpiech, o ogarnięcie, bo mają urlopy, a na to Boss odpisuje hip-hip, hurra.

Kurwa.

Wzdech, wydech...

Kontemplując zatem przecudne dwa pomieszczenia, poleciałam na Manhattan dziś, w sumie tak dla jaj, bo mam co jeść, ale w końcu wyjść z chaty trzeba, a zapowiadają upały.

I tak taki badylek na mej trasie znalazłam


 i wujek mówi, że to pozłotka kalifornijska. Jak biedna zabłądziła w me okolice, tego naprawdę nie wiem.

I tak połaziłam po okolicznych sklepach i po Manhattanie, ale tragedia - wydałam mnóstwo kasy, a żadnych badylków nie dostałam, a stare poschły. Jednak 18,99 za trzy leluje w Biedronce to jednak mnie przerosło i na razie wystarczają mi trzy niepadnięte jeszcze róże. Nawet moja badylowa rozrzutność ma swoje granice.
A tak się prezentują, bo małe przemeblowanie było, ale o tym za chwilę.

Wróciwszy z rajdu po Manhattanie i innych zakątkach, gdzie i chleb pradawny, pieczony na płaskurce zanabyłam (pyszny, aczkolwiek drogi w chuj), poleciałam z bio do śmietnika. Albowiem od niedzieli kisiło mi się w szczelnie zawiniętym worku bio w loggii, no bo jestem biedna i po co ja rodziłam dwójkę dzieci, skoro ze śmieciami muszę dygać sama? W poniedziałek zapomniałam, że się kisi, ale dziś miałam już drugi worek bio, bo jako roślinożerca mam masę bio. A inna bajka, że do śmietnika nie wyjdę nieubrana, więc muszę założyć cyckonosz, co w poniedziałek mnie przerosło.

Mniejsza z większym, dziś lecę do śmietnika na galowo, z dwoma workami w ręku i okazuje się, że akurat ŚMIECIARA przyjechała :) Radość dla moich wnuków, wciąż widzę Alienka stojącego w oknie, piszczącego na widok śmieciarki i całą ekipę tegoż pojazdu, machającą do niego. To były piękne dni.

Ale przy moim osiedlowym śmietniku zatrzymuję się z respektem, czekając aż panowie (szanuję tych ludzi, to oni sprzątają moje brudy, bez nich zginęłabym w śmieciach i syfie) opróżnią swoje kontenery i będę miała dojście do bio. Pan zaś kiwa na mnie i pokazuje, że mam wrzucić śmieci do kontenera, który za chwilę wyląduje w samochodzie. Kręcę głową, że nie, bo to zmieszane, a ja mam bio, co też wrzeszczę (miałam słuchawki w uszach, śmieciara warczała, więc pokazywał, sądząc, że nie usłyszę). Macha ręką i pokazuje, że mam wrzucać. Wrzeszczę dalej. podnosząc worki, widać, że sama zielenina, ale dalej kiwa i wzrusza ramionami... Cóż. Podchodzę, a w zmieszanych ktoś pięknie wywalił czyściuteńkie kartony - może po meblach... Wrzucam moje bio, uśmiecham się i wrzeszczę: pan każe, sługa musi :) Uśmiecha się promiennie. Nie wiem, czy zajarzył, że mu Panią Twardowską cytuję, ale w sumie to bez znaczenia.

I tak się zastanawiam teraz, po jakiego chuja męczę się, segregując śmieci i płacąc coraz więcej za ich wywóz, szantażowana dodatkowo podwyżką cen za niesegregowanie (kto w 11-pietrowym bloku zmusi wszystkich lokatorów do takiego dokładnego segregowania, jakie ja uskuteczniam, lecąc następnego dnia do śmietnika z garstką zmieszanych, albowiem kostki z rosołu śmierdzą wtedy niemiłosiernie, a innych zmieszanych nie mam?). 

Po raz drugi dziś


Bo o ile papier, plastik, szkło - rozumiem, to reszty śmieci nie.

Ale cóż robić... U mnie właśnie bio jest najwięcej, bo żrę zielone.

I za każdym razem myślę, po co ja te dzieci robiłam, po co na nie dmuchałam i chuchałam, skoro i tak sama muszę ze śmieciami latać? ;)

No dobra, wina sobie sama na stare lata naleję, taką mam nadzieję :P

I po południu, ostatnim rzutem na taśmę, zwlokłam się z fotela i pomyłam resztę okien - w dużym pokoju i nareszcie rozkminiłam tę cudną ściągaczkę do okien, za którą zapłaciłam jak za zboże, która zaoszczędza mi dużo czasu, skakania po drabince, co przy moich zaburzeniach błędnika jest tragedią...

Operacja Windows zakończona sukcesem, następna gdzieś na jesieni, jak tempearatury pozwolą. 

Stać mnie na zamówienie mycia okien.

Ale... Cieszę się, że mimo prawie siedemdziesiątki na karku, ogarnęłam to sama :) 

Nie chwalę się już na FB, bo zaraz moje psiapsi piszą, że one mają więcej okien...

Na parterze. 

Myłabym :) 

No i mają mężów, aczkolwiek u mnie na kwaterze żaden chłop nie zhańbił się jeszcze myciem okien. Widziałam, jak Eks mył okna u teściowej - i nie było opcji. Chłopcy myją perfekcyjnie, to też widziałam, aczkolwiek nie u nas w domu, ale po tym, jak jako małoletnie nicponie wybrali się na eskapadę za okno - nie było i nie ma opcji, że mogą coś umyć, może w loggii, ale tam to i ja sama się nie boję :P

Ciocia po siedemdziesiątce miała dochodzącą dziewczynę do mycia okien i do sprzątania. 

Mieszkała na parterze, ale w starym budownictwie, firany miała - ja od dawna nie mam firan, nie powiesiłabym.

I to właśnie ta dziewczyna, nie mogąc dostać się do mieszkania, podniosła alarm...

U mnie alarm podniesie I., jak mu któregoś dnia nie odpiszę.

Ale jeszcze miesiąc na posterunku muszę trwać, bo tak :) 

Siem dzisiaj napisałam, już zmierzchło...

Planu na jutro nie mam, ale... 

Potrzebuję karimaty, a nie mam pojęcia, czy wsadziłam ją do komórki, czy wydałam.

A Pierworodnego już nie poproszę, by wpadł.

Nie cierpię chodzenia do komórki.

Będzie się działo...


I tak czasem zwykłe dni mnie przerastają, a idą upały...



niedziela, 23 czerwca 2024

Dzień

 Ojca dziś, Kochany Pamiętniczku. 

To ta moja sukienka, którą wciąż pamiętam...

Takie zdjęcie tym razem. 

Na resztę spuszczam zasłonę milczenia, bo tak. 

Za dużo jest we mnie goryczy. Niestety.

Na cały świat.

piątek, 21 czerwca 2024

I tak

już lipiec za mną, Kochany Pamiętniczku, jak wiadomo, żyję w tempie nadświetlnej :) Obczaiłam dziś zapisywanie w Wordzie na podstawie mówienia, ale...

Widocznie coś jest nie tak z moim głosem (Eks zawsze mówił, że dziwnie mówię, bywali też tacy, co brali mnie za cudzoziemkę, chociaż ja sama nie widzę ani nie czuję różnicy, ale może dla AI coś w tym jest, bo gdy mówię: kropka, to zapisuje krótka, dopiero po chwili zmienia to na kropkę). Mniejsza z większym, lepiej pisać i poprawiać, oczywiście bez przesadyzmu, nikt mi za to tu nie płaci, niż poprawiać po AI. Może kiedyś, ale fajnie wiedzieć, że jest taka opcja, co nie.

A jeszcze umieć się nią posługiwać, to dopiero wypas :) 

W miarę szybko wyrwałam się dziś z pracowych kajdan, albowiem Boss chciał mecz oglądać.

I tak o 18 zostałam dopieszczona przez D., która po odejściu G. ciągnie ten wózek sama z samozaparciem i co miesiąc deklaruje, że mnie kocha :) 

Ja ją też, bo jak zapytam, to odpowiada, powie, co jest grane, jest młoda, obiecująca, na odcisk mi nie włazi, czegóż chcieć więcej?

Nie pytam, co chce osiągnąć, mogłaby być moją córką, a niełatwą drogę wybrała, bo media to bagno.

I nie, nie masz tam swojego zdania, choćbyś był geniuszem pióra, liczy się polityka. Ogólnokrajowa, resortowa, firmowa. Lawirowanie, dawanie dupy kolejnym ekipom. To próbowałam wytłumaczyć Pierworodnemu, który uparł się na politologię. Nie dotarło, a zakręcił sobie w życiorysie, choć do dziś podziwiam jego wiedzę i ogrom tego, co ogarnia, a czego nie ogarniam ja. 

Bo czasami po prostu nie chcę.
A pełnia szczęścia jest, gdy zażyję piguły na uspokojenie i spokojna jak puls nieboszczyka krążę między kompikami i stołem (kombinuję z biurkiem, ale na stole wygodniej)

a po kątach mam


inne badyle, aczkolwiek dziś niemiło zaskoczyła mnie Biedronka, w której dupy badylowej nie urywało, liczyłam na więcej z okazji zakończenia roku szkolnego. Być może gros wykupiono wczoraj, ale mijając po drodze młodzież spieszącą na ten podniosły event, nie widziałam nikogo z wiechciem badyli.

U nas dom w tym dniu zamieniał się w wielki ogród, brakowało naczyń, do których można było wkładać bukiety, aczkolwiek nie były to cudne dzisiejsze wiązanki z kwiaciarni, a bukiety z domowych ogródków, często z piwonii, których moja mama nie lubiła, mówiąc, że są wsiowe.

Sama nie mam kompleksu wsi (nie wiem, czy był to kompleks) i uwielbiam piwonie. A moim najskrytszym, niespełnionym marzeniem jest dostać na urodziny bez. Wiem, że nigdy się nie spełni, ale pomarzyć można :) 

Tak samo jak nie spełni się cała masa marzeń - innych. Cóż.

Za to ostatnie sny wpędzają mnie w - nie wiem jak to określić - panikę?

Pamiętam je dokładnie, są takie realistyczne i śnią mi się wszystkie Umarlaki. Znaczy się, tęsknią za mną i chcą mnie u siebie.

A ja chciałabym dociągnąć chociaż do czterdziestki Inżyniera (jeszcze trochę brakuje), a potem niech wali się świat.

I tak będzie wygrańcem, bo ja matkę straciłam mając 16 lat.

Do tego wszystkiego sny są zakręcone, zniszczone podłogi, ściany, zgubiona karta bankomatowa - wpadam już w obsesję, sprawdzając po raz kolejny w portfelu, czy ją mam...

Anyway...

Wstawszy rano, nakręcona alarmami RCB na Manhattan pobieżyłam, dowiedziałam się, że Pan od Pomidorków w przyszłym tygodniu będzie dopiero w piątek, więc zanabyłam dużo pomidorków, resztę bez przesadyzmu, ale i tak wracając do chaupki ledwo wózeczek ciągnęłam, gościa z oknami (to chyba oni wczoraj tak kuli, gdy czekałam na gazowników w aparatach, doprowadzając mnie do szału, jak i ćwiczące zawsze w czwartek F16 i inne takie tam) wywaliłam z windy, bo zbliżała się 9.00 i miałam rację, jego nikt nie rozlicza co do minuty, a na mnie czekał już emilek do Bossa.

Ogarnęłam tego emilka, a potem poszło spokojnie...

Wózeczek wypakowałam.

Obiad ugotowałam. Pyszny, na dwa dni :) 

Chatę ogarnęłam, łącznie z praniem.

Szybko, już o 15.30 było po bólu i po krzyku.

Oglądnęłam Obywatela X, jestem w szoku, nie znałam tego filmu. Mną, wielbicielką amerykańskich kryminałów i osobą, która żyła w tamtej rzeczywistości - wstrząsnął. Nie tylko ze względu na kapitalną grę aktorów, zwłaszcza zmarłego właśnie, ale w pięknym wieku już Donalda, ale na kolejne rozdwojenie jaźni. Znaczy się, na fakt, jak wiele osiągnęliśmy dzięki pierestrojce i innych takich tam. Nie chce mi się tego tłumaczyć i nie wiem, czy moje dzieci by to też tak odebrały, ale spróbuję im powiedzieć, co czułam, oglądając ten film. Z Inżynierem mnie marzec '68 połączył na swój sposób. 

Obywatela X znienacka sprezentował nowy Max, przeszłam tam z HBO - nie żałuję, chociażby dla tego jednego filmu było warto.

Ale pracę skończyłam dziś po 18, bo tak dochodziły teksty. Więc ogarnianie kuwety i Obywatel X były w międzyczasie i to jest bonus home office.

Jestem zdyscyplinowanym pracownikiem, zorganizowanym, oblatanym w te klocki, co włączyć, co wyłączyć i...

Tak, oglądam w czasie pracy filmy.

Gram.

Oglądam rolki.

Nudzę się.

Robię rzeczy pozapracowe, których nie robiłabym w pracy stacjonarnej, tracąc bezpowrotnie mijający czas, a tego, jak każdy mam coraz mniej.

Ale nawet gdy mi wyłączą prąd, potrafię pracować i zapobiec katastrofie.

Teraz czekam na nadejście burzowego kataklizmu, który zbliża się do wioski. Znając ten model (znaczy się mnie) prześpię go, oby moja wioska i przyległości ocalały.

Coś za dużo tych kataklizmów w tym roku...

Cóż mam rzec - życie.

A jeszcze rano zbuntowały mi się Angry Birds i...

Musiałam zmieniać hasło do FR, wpadłszy w panikę, bo pokazywało mi, że mam iPada 10 (nie mam, jak babcię w kapcie) i loguję się z miejscowości, o której w życiu nie słyszałam. Nie męczyłam Inżyniera, po prostu zmieniłam hasła i git majonez :) 

Ale ile mnie to nerwów kosztowało!

 I nie mam absolutnie pomysłu na jutro, bo w zasadzie wiem, że śniadania do łóżka nikt mi nie poda, obiad mam, roboty żadnej (to nie jest pogoda na mycie okien, a i NIECHCEMISIĘ).

Jakieś propozycje na jutro?




 



środa, 19 czerwca 2024

Padnięta

 dziś jestem, Kochany Pamiętniczku i na nic nie mam siły.

Jak to w czasie zamykania, a niby mamy mniej stron w tym miesiącu. Fakt, mamy ich mniej, co nie zmienia tego, że robimy wszystko w jeden dzień, jak zawsze...

Najbardziej wkurza mnie jedna z dziewczyn, zawsze dosyła teksty do III korekty, bo zmieniała. Fakt, pracuje na urlopie, ale to jest jej broszka, że nie zrobiła wszystkiego wcześniej, czekałam na jej teksty przed jej urlopem, nawet po godzinach, nie dosłała, jej ból. A dziś w najgorszym młynku dosyła nie tylko to, co nie zrobiła przed, ale i to, co zrobiła - do III. Bo namieszała.

Oczywiście zrobiłam, ale grzecznie opierdoliłam. Że i owszem, można grzebać, ale wtedy zaznacza się gdzie. Ludzie nie mają wyobraźni - wydaje im się, że to taka wielka przyjemność czytać ich utwory po raz enty. Jedna para kaloszy, że to są rzeczy nudne jak flaki z olejem, jedyny dziennikarz z ostrym piórem zmarł. Inna bajka, że dawno, dawno temu, w szanującym się wydawnictwie (notabene należącym do jednego z gangsterów epoki transformacji gospodarczej) i w innych ówczesnych wydawnictwach pracowało parę korektorek (w Wybiórczej do niedawna tak było, ale tam cała korekta poszła na bruk, bo cięli koszty i wychodzili z założenia, że redaktorzy sobie poradzą, z pomocą AI) i była zasada, że żadna korektorka nie czyta drugi raz tego samego tekstu, a już na pewno nie czyta po sobie. Po prostu - nie widzi się błędów.

Więc ja, czytając drugi raz, i owszem, muszę widzieć błędy, które puściłam, ale też widzę doskonale, gdzie ktoś po mnie jednak grzebał...

No ale czytać trzeci raz, skoro mi nawet za to nie płacą, bo umowę mam na dwie korekty?
W momencie, kiedy do kibla lecę ja ostatnim wzdechu?

No nie... Tym bardziej, że dziewczyna jest krótko mówiąc upierdliwa i domaga się wyjaśniania, dlaczego raz mam Koło Gospodyń Wiejskich w Pipidowie Górnym dużymi literami, a raz mam koła gospodyń wiejskich małymi...

Jak się nie zna zasad, trzeba wierzyć, że korekta wie, co robi, a poza tym czasami przerażają mnie najprostsze pytania, na które odpowiada każdy słownik, a wystarczy frazę w wyszukiwarkę wklepać...

Jeszcze 2 dni, jednak zamkniemy w piątek i będę freelancer.

Dobre i to.

Z nagotowanego na zapas rosołku (to genialne rozwiązanie jednak jest, a moja lodówka jest jeszcze genialniejsza, bo trzyma produkty) wczoraj miałam krupnik, a dzisiaj tak przepyszną ogórkową, że ojacierpiedolę.

Na jutro nie mam pomysłu, może dla odmiany normalny obiad, bo aż takiego zapieprzu nie powinno być.

Anginka się sfochała po przesadzeniu, ale powoli odzyskuje fason (odpukać) i mam nadzieję, że nic jej nie będzie.

Łobuzy dziś zakończyły przedszkolną przygodę, z tym, że Alienek pożegnał je na zawsze. Teraz taka moda, że nawet przedszkolacy żegnają progi tego przybytku w stroju jak z amerykańskich college, ale Alienek słodko wyglądał. Oscary dostali wszyscy. Kalafiorkówna chodziła z zerówkowiczami, choć jest młodsza, ale tak wyszło. Ona jeszcze rok pochodzi do przedszkola.

Moi chłopcy na studiach mieli takie birety hamerykańskie. Ja nie, trochę żal, ale cóż, to były inne czasy...

A ja patrzę na stare fotografie i...


 takie było moje pożegnanie przedszkola. Moja przyrodnia siostra, moja pierwsza w życiu miłość, nigdy niespełniona, chyba nawet nie wiedział, że się w nim kochałam i to długo, już nie żyje, zmarł rok temu na parkinsona, i ja.
Jedyny błąd ortograficzny, który trafił mi się w szkolnym życiorysie, zawdzięczam jemu. Napisał w dyktandzie "wsówka" i ja też tak napisałam, bo chciałam mieć tak jak on :P Chociaż wiedziałam, że to błąd.

Ot, potęga dziecięcej (dziecinnej?) miłości...

Kto by pomyślał, że skończę jako korektorka?  

Tę sukienkę do dziś pamiętam. Szyła ją pani Urbaniakowa, to był seledynowy jedwab (sic!). ja byłam wrogiem falbanek, ona wsadzała je wszędzie, gdzie się dało i nie dało. A na piersi miałam przyszyty klucz wiolinowy z czarnej aksamitki. Gdzieś mam inne zdjęcia, może poszukam.

Jakie pierdoły się czasem pamięta, a tyle ciuchów zginęło w pomrokach dziejów. 

Nicowany płaszcz mamy, futro ze źrebaka, które potem nosiłam, sztuczne zielone futro z paczki z Francji, które przerobiłam sobie po śmierci mamy na minipłaszczyk z kapturem...

A nie pamiętam, co wczoraj jadłam na kolację.

Upływa szybko życie, jak potok mija czas...

niedziela, 16 czerwca 2024

Zmobilizowałam się

 niedzielnie, Kochany Pamiętniczku :) 

Wzięłam się za przesadzenie anginki (tak, to geranium), bo coś mi ostatnio klapała. Moja anginka całe lata rosła w ciaśniutkiej doniczce, taki łykowaty, wyciągnięty badylek i mimo przycinania i chuchania nie dało się z nią nic zrobić. Zazdrościłam koledze z pracy, u którego anginka zasłaniała całe okno. A i ja sama lata świetlne temu miałam cudowne geranium, dostałam od nieodżałowanej Feluni, wielka donica, tak mi się rozrosła, że nie mieściła się w mieszkaniu nam ( w moim do dziś zajmowanym M3 mieszkaliśmy wtedy we czwórkę). Wystawiłam ją na korytarza, a sąsiąd (najgorszy, jakiego miałam, straszny egoista, już nie żyje) wyprowadzając swojego boksera, czasem szedł po linii najmniejszego oporu i bokser podlewał nieszczęsny kwiatek, no i badyl zdechł.

Nie pamiętam, skąd miałam tę anginkę, ale przesadzona do nowej donicy strzeliła w ciągu kilku miesięcy i teraz mam tak


Już jej trochę ciasno na tym parapecie, ale naprawdę nie mam zielonego pojęcia, gdzie ją upchnąć... Zobaczymy, czy przeżyje przesadzanie, już mam w razie W 


nową, też długo nie chciała ruszyć. Lubi dużo wody, podlewam więc obficie co dzień na spodeczek. Ktoś w komentarzach (bo anonim) pisał, że musi mieć południową wystawę, z tym u mnie problem, bo mam okna od wschodu i słońce zazwyczaj tak do 11.30. Trudno, musiała się zaaklimatyzować. Nie obcinam, nie formuję, ja się z badylami w tańcu nie certolę, rosną, jak chcą, albo i nie rosną :) 

No a potem się zmobilizowałam i w miarę ogarnęłam loggię (wciąż brakuje mi taniej siły roboczej do porządnego posprzątania u wyniesienia bajzlu. Wywaliłam już wszystkie bratki i stokrotki, jednak w takich małych skrzynkach nie rosną dłużej, no i zawsze mam mszyce. Była już nędza z biedą, więc wywaliłam i mam teraz tylko begonie, tych mszyce nie ruszają i diw pelargonie, komarzyce i próbuję w tym roku zazielistkować balkon, zobaczymy. Zielistki na zimę wywalam na korytarz, odpukać, nikt ich stamtąd jeszcze nie ukradł, a jak ktoś sobie weźmie odnóżkę, żadna strata, bo to chwast :) 

I tak balkonowo jest



Asparagus latem na balkonie wariuje, chociaż ponoć nie powinien stać w przeciągu, a tu czasem okrutnie piździ. W domu sypie się cały czas, mam wieczną choinkę, tak mu igły lecą, a tu jest cudny, soczysty i też muszę pomyśleć o nowej donicy dla niego :)



I tak ogarniam resztę badylowni z rozpędu i co ja paczę?


Pieniążek się okocił. Dostałam go od Inżynierowej, długo marniał, potem odbił, a teraz się koci. Czyżbym miała wygrać na loterii? Albo bogato wyjść za mąż? Kto wie...

No i wózeczkiem się pochwalę.

To już kolejny, bodaj piąty. Pierwszy kupiłam, jak Inżynier wyjechał na Erasmusa i zostałam sama jak palec. Dotąd mieliśmy rytuał cotygodniowych zakupów w śp. Piotrze i Pawle, no bo miałam osiołka do dźwigania. Nie zhańbił się nigdy ciągnięciem wózeczka, nawet jak już wpadł sporadycznie z UK (wtedy nie miał samochodu w PL), zawsze niósł zakupy jak wierny osiołek. Oburzał się, gdy kupiłam wózeczek, mówił: jest mama za młoda na wózeczek. Wtedy nikt nie woził jeszcze zakupów w ten sposób, mnie sąsiadki zaczepiały i pytały: po co to pani, a ja patrzyłam na nie z politowaniem, jak zasuwają obładowane siatami. Mój kręgosłup nie był za młody na wózeczek - może dlatego do dziś nie mam z nim większych problemów?

Inżynierowa jeszcze w UK, nie mając trzydziestki nawet, kupiła sobie wózeczek, bo nie od razu mieli samochód, a i gdy go mieli, jak chciała sobie sama połazić, leciała z wózeczkiem.

A lekko licząc - na samym Manhattanie kupuję na tydzień (czasem hurtem, jednego dnia) 1 kg ziemniaków, kilo pomidorów co najmniej, włoszczyznę, kalafior, buraczki, szparagi, fasolkę, bób, jajka, owoce, mięso, chleb w piekarni (zazwyczaj dwa, zamrażam), potem spożywka w Biedronce, jak mam czas to jeszcze chemia i inne wynalazki. Gdybym miała to dźwigać (a nawet duża torebka jest dla mnie za ciężka już), zwariowałabym. Wózeczek to najlepszy przyjaciel samotnej dziewczyny :) 20 litrów ziemi bez problemu dowiozłam do domu, czasem też zgrzewkę mineralnej, ale tej ostatnio nie kupuję, raz, że ekologia, dwa, że nie ma nigdzie Staropolanki w okolicy, a to jedyna woda, jaką uznajemy. W nieodżałowanej piątce pani zawsze dla nas miała Staropolankę, jak byliśmy w czwórkę, kupowaliśmy 5-litrowy baniak, czasem szedł w jeden dzień. Nie piliśmy żadnych kolorowych wynalazków ani soków. Tylko Staropolanka. Dopóki produkowano, piliśmy Grodziską, w szklanych butelkach, teściowa miała układy i załatwiała całe skrzynie, bo było o nią trudno.
Inżynier niedawno przeanalizował skład wszystkich wód mineralnych i głaszcząc mnie po głowie stwierdził, że matka go genialnie żywiła - a że w Auchan, gdzie robi zakupy, Staropolanka jest, to za każdym razem kupuje też zgrzewkę dla mnie - no i dlatego nie latam za wodą mineralną, bo mam :) 

Po zakupy do miasta (ja, wsiowa, tak to brzmi: po zakupy do miasta) nie lubię jeździć z wózeczkiem, bo to jeszcze trzeba wciągnąć do bimby czy do autobusu, a niestety, czasem zdarzają się jeszcze niespodzianki i nadjeżdża taki ze stopniami, a nie niskopodłogowy. Do bimby ze stopniami już się ledwo wdrapuję, jak nie ma przystanku wiedeńskiego, a co dopiero z wózkiem :) 

SKS, nieciekawa rzecz.

Ale rozwiązując quiz, który miał ocenić, ile mam lat, dowiedziałam się, że mam 18.

No, zatem nie jest AŻ tak źle :P 

I wycwaniłam się, ciężkie rzeczy zlecam Inżynierowi - kupuje mi w Internecie, a że nie lubię paczkomatów, zamawia do siebie i dowozi. A jak coś kurierem, to też do niego, bo on pracuje z domu. Niby tak jak ja, ale nie muszę się wkurzać, czekając na kuriera. On jest oazą spokoju :P 

A jutro zaczyna się najcięższy tydzień w miesiącu i już teraz zastanawiam się, ile dni będę pracowała dodatkowo za friko?

Bo na pewno nie zmieścimy się w terminie.

I tak, jestem jedyna i niezastąpiona, bo w tydzień ogarnę to, co powinnam na spokojnie robić w dwa.

Oczywiście, kosztem mojego zdrowia, ale cóż.

Życie :P


sobota, 15 czerwca 2024

O mało

dziś nie umarnęłam, Kochany Pamiętniczku.

A było tylko 25 stopni :|

Poleciałam na Manhattan, ale nie było nic ciekawego, a do warzywek wszędzie kolejki jak za komuny po srajtaśmę, więc wzdech - nie będzie ani ostatnich już  szparagów, ale bób jeszcze długo będzie, ale naszła mnie ochota na botwinkę, której obecnie nie mam.

Nie można mieć wszystkiego.

Dowlokłam się do ogrodnika, gdzie trochę badyli zanabyłam.

Powrót do domu, wypakowanie.

I jako że sobota to do Lidla, bo go 13 otworzyli po remoncie.

Po ziemię, bo jednak anginkę trzeba przesadzić.

Rośnie jak na drożdżach, a mam plan przesadzania.

Nowy Lidl bardzo mi się podobał, a przy nowych lodówkach orgazm miałam, tak tam chłodziło.

Przesympatczyna pani przy kasie samoobsługowej, bo mało, że ogarnęła niewykładanie na miejsce na rzeczy odłożone, to jeszcze mi te 20 l ziemi pomogła do wózeczka zapakować :P I gdy niekumająca od upału gdzieś wpieprzyłam paragon, otwierający bramkę, otworzyła mi ją...

A w chałupie, po wyniesieniu do śmietnika wszystkich odpadów, bio i niebio, bo kości idą do zmieszanych, a  śmierdzą następnego dnia jak cholera, a jak wiadomo, rosołek był na gnatach...

... ległam i...

Przesadzać będę jutro.

Zgodnie z planem :) 

I niech ta noc znów taka zimna będzie, wysypiam się jak od dawna nie spałam... Na kordełkę kładę kocek i te 8 stopni w chałupce nad ranem to jest to :P


piątek, 14 czerwca 2024

Maszynki

 za mną, Kochany Pamiętniczku :)

Jak zwykle miło, ą, ę, bułkę przez bibułkę, A. dosłał tekst w dwóch wersjach, pytając, która lepsza. Lepsza moim zdaniem okazała się zredagowana przez AI, co skłoniło mnie do stwierdzenia, że pora umierać, na co A. cały dzień protestował i nawet na pożegnanie napisał, że jestem niezastąpiona. Inna bajka, że po AI też poprawiałam.

A potem wieczorem pobawiłam się z nią i tak:


wygląda: oglądać Euro jej zdaniem. Zaczyna się dziś Euro, ale tak jak bawiło mnie, gdy było w Koziołkowie, tak jest mi zupełnie obojętne.

Jak i cały sport. Za młodu jeszcze towarzyszyłam moim sympatiom w meczach, sama dzielnie stałam w podstawówce na bramce, ceniona, a jakże, ale...

Żaden sport mną nie zawładnął, dziedzina ta jest mi zupełnie obojętna. Nie podniecam się tenisem, aczkolwiek Fibaka znam osobiście. Kiedyś byłam fanką jazdy figurowej na lodzie - lubię popatrzeć czasem na YT, ale bez przesady.

Sport jest poza moją sferą erotogenną i nie podnieca mnie nic. Żadne tam "Polska, Polska". 

Tak jak nie uznaję żadnych festiwali, Tańców z Gwiazdami i bez nich.

Nie tylko religia jest opium dla ludu, jak pisał Marks :P 

I dalej AI pokazała mi


jak mam krzywo pod sufitem. No cóż, ja pod sufitem mam prosto, krzywo mam pod kapturkiem, ale nie będę jej już pytać, bo mnie dziecko oświeciło, że takie pytania drastycznie wpływają na moje zużycie prądu.

Agrorządca miał być zamknięty wieki temu, przesunęło się na poniedziałek, ale w poniedziałek nie ma opcji - nie mam czego zamykać.

Ludzie słali emilki, że urlopy, że delegacje, nie, NIKT nie ogarnął. 

Ciekawa jestem, o ile znów się wszystko przesunie?

No ale w moim wieku pozostaje mi tylko morda w kubeł, zwłaszcza po emilku od naczalstwa, że kombinują jak koń pod górkę i w sumie homoniewiadomo.

Zaszczyt mnie kopnął, dostałam DWIE fotki wnuków po fryzjerze.

 I od razu mi się nasunęło, że MW, obsmyczona prawie do gołej skóry, ona, z burzą nieuczesanych (i niestety, nieumytych, więc żadne tam och i ach) kudłów, jest BARDZO podobna do mnie...


 Mam na niej dokładnie tyle samo lat, ile ona ma dziś.
Takie obsmyczenie zażyczyła sobie sama, nie mam  z nią żadnego kontaktu.

Moje znajome od razu zaczęły się buntować, że jak to, że niekobiece, że takie piękne włoski...

A ja mam na ten temat odmienne zdanie - bardzo kobiece, bardzo wygodne...

Eks zawsze chciał mieć żonę z długimi - zagarnia je za ucho kuszącym gestem - kłakami, odpuścił, gdy ten długi kłak zawinął się Pierworodnemu koło dużego palca od nogi, gdy liniałam na potęgę po porodzie i o mało mu go nie odciął. Ulga, że nie zawinął się koło siusiaka :P  

A mój ojciec zawsze, gdy się ostrzygłam, wniebowzięty był, gdy odzyskiwał swojego Hajduczka.

A wtedy, gdy wlazłam do fryzjera, z ulicy, na Wierzbięcicach - zaczęłam powoli odzyskiwać siebie i nie skrzywdziłam dzięki temu dzieci.

Więc krótkie włosy rządzą i wymiatają.

Aczkolwiek Pierworodny jest fanem kitek (bo wkurwiają go loczki poranne).

Inżynier strzyże się krótko, ale są dowody na loczki. Z czasów Sikory i sprzed epizodów męskiego przerzedzania czupryny :) 

Zdjęć nie będzie, bo i tak wszystko jest za bardzo identyfikowalne...

Fotel gamingowy zanabyłam.

I nie, nie że gram, w starym zapada się co jakiś czas ta dźwignia i lecę na dół. Znaczy się, dupa znów cięższa.

Inżynier kupił, bo ja na niego zwalam internetowe zakupy, oczywiście, kasę oddaję, Jak znajdzie chwilę, dojedzie, zmontuje, bo odebrał u siebie.

Ale awantura była, że pojeździmy po sklepach, że fotel fotelowi nierówny, że sranie w banie. A ja pojechałam do M1, ojapierdolę, co to była za wyprawa, siadłam na 3 fotele i wiem, czego potrzebuje moja dupa :) Koniec z duposzeczkami podtykanymi wszędzie, będzie OK :P

Tak mi wygodniej, nie czekam na kuriera, zero stresu. 

Zmontować sama bym nie dała rady.

Ale to może poczekać.

Amazon dla Postmena ogarnięty, bo też będzie miał na przodzie czwórkę.

Rankiem ogarnęłam Manhattan, pomna na ubiegłą sobotę, gdzie nigdzie się nie mogłam dopchać i dziś 


 5 godzin się gotował, kurczakowo-wołowy, lodówka pełna...

A  ja jutro rozglądnę się za badylkami, może za winem, bo zasłużyłam...

Chata ogarnięta...

I podoba mi się nowe HBO, właśnie wciągam 



na podstawie książki Rowlings, tej od Harry'ego Pottera... Kocham takie kryminały, angielskie...

Miłego weekendu :) 



niedziela, 9 czerwca 2024

Letnim

 modo wstałam o 4.20, bo tak mnie słońce budzi, Kochany Pamiętniczku.

A że to dzień wyborów do Europarlamentu, a ja miałam jechać na włości, tom uwinęła się migusiem i poleciałam zagłosować, oczywiście, jebiąc PiS i przyległości.

A potem luknęłam na jak dojadę i... wybrałam w sumie fatalną opcję... Tramwaj, z którego miałam mieć 5 minut na przesiadkę jednak się spóźnił, no i na przesiadkę miałam tylko 2 minuty, a panu w autobusie się spieszyło. Ostatnim rzutem na taśmę wpadłam jednak do autobusu, dzięki czemu nie musiałam kiblować godzinę, czekając na następny. 

I tak sobie jechałam i jechałam, kontemplując pola i lasy zielone (czy mi się tylko wydaje, że w tym roku zieleń jest jakaś zieleńsza?), a przedtem kontemplowałam miasto me, w którym w sumie czuję się jak człowiek z buszu, tak zdziczałam.  Miasto, mimo że Rozkopanem zwane, jednak jest piękne, są nowe nasadzenia zieleni i kwiaty kwitną.

Jadąc zaś przez Tarnowo Podgórne kontemplowałam ulicę Poznańską, długą, główną, przyozdobioną dziś flagami Polski, UE i krajów ze Wspólnoty. Robiło wrażenie. Wracając, gawędząc z Inżynierem, a ten, jako umysł ścisły, wszystko przelicza na procenty, podkreślał w rozmowie, że właśnie TP - to jego gmina - szczyci się tym, że pislandia dostaje tu wielkie baty za każdym razem. I dobrze, prawidłowo, tak ma być :D 

I tak sobie jechałam i jechałam, w rytmie latino love, aż dojechałam do włości. Potem kawałek per pedes (i dobrze) i już byłam u celu, a że mnie bystre ślepka Łobuzów wypatrzyły, to drzwi do chaty były szeroko otwarte, a na progu stał komitet powitalny - Alienek tulący moje kapcie (mam tam swoje kapcie na stałe, a co, nawet łyżkę do butów specjalną mam) i Kalafiorkówna. Ledwo wlazłam na próg, a piszczeli jak zarzynane prosięta, Kalafiorkówna rechocąc udawała, że zamyka przede mną drzwi... 

 

Tak, niektórych witają chlebem i solą, a mnie kapciami.


 

I te kapcie najmilsze memu sercu, bo to znaczy, że i tam mam swoje miejsce na ziemi, chociaż jestem z doskoku. Że czekają na mnie. Że jestem swoja.

Wyściskali, wytulili, obślinili, braki w uzębieniu pokazali, hojną wróżką Zębuszką się pochwalili, przedszkolne romanse omówiliśmy detalicznie i poszli skakać na kopule, którą dostali w prezencie od matki.


Alienek ma kłopoty z synchronizacją ruchową (jednak poród kleszczowy daje o sobie znać), więc to dla niego idealna zabawka, a na plac zabaw mają jednak pół godziny szybkiego spaceru, a nie zawsze ma kto z nimi lecieć. Więc to całkiem sensowny zakup, a i wykorzystali mnie do imentu, każąc obserwować swoje akrobacje.

W międzyczasie przerobiliśmy tematy karaluchów w taczce, które okazały się ślimaczkiem...


Omówiliśmy wszystkie badyle na ogródku i dlaczego nie należy ich zrywać, smrodek dydaktyczny jechał aż do zmarłych myszek...


Były i białe maki, i różowe, i tłumaczenie, jakie te dzieci są ciekawe, a jakie przemądrzałe, że głowa mała :) 

I ślimaczki - kocą się na potęgę (bo chyba się nie ślimaczą). posypali wczoraj czymś na nie, a mnie od tego bąble na nogach wylazły, ale mam nadzieję, że jak wylazły, tak zlezą :)




Inżynier kucharzył


A jest mistrzem 


Było przepyszne. Towarzystwo było super, oczywiście teść znów miał swoje poglądy na całokształt, ale mam już na to wyjebane, bo czy mu się to podoba, czy nie, ja tam mam seksualny stosunek do pisiorów - kocham ich, a co kocham, to pierdolę. 

No i z lekka ma krzywo pod kapturkiem, albowiem wlazł na tę kopułę w ramach pochwalenia się, jaki jest gibki i zwinny mimo lat. Też bym wlazła, mimo że gibka i zwinna nie jestem już, ale... powstrzymuje mnie od ułańskiej fantazji wizja wózeczka w razie W. No nic, niech ma, dostał brawa. Ale jak słucham jego rozmów z dziećmi, to cieszę się, że moje ze mną tak nie rozmawiają. Takiego natłoku sprzecznych wizji przeszłości to jeszcze nie spotkałam. A ja z moimi w 99% mam kompatybilność.

Nieważne :) 

Z Inżynierem sobie też pogawędziłam, bóle wątrobowe na jego biedną głowę wylałam, ulżyło. Tym bardziej że się ze mną zgadza, że jest jak jest...

Życie.

Po grillu spacerek na plac zabaw,  zaszczyt mnie kopnął, bo mogłam pchać wózek z Małym T., co było dla mnie zbawieniem, bowiem nawet te mizerne 20 stopni w pełnym słońcu to dla mnie zabójczy upał. Inżynier został ogarnąć pogrillowy bajzel, skoczył zagłosować i podjechał na plac zabaw, zanim my się tam dowlekliśmy. 

Wyściskana i wylizana zostawiłam całą bandę i pojechaliśmy do mnie. Okazało się, że wymiana tonera jest prosta jak budowa cepa (żeby mi ten przemądrzały informatyk z pracy pokazał, nie zawracałabym dupy dziecku), klawiaturkę mi podłączył tę bezprzewodową, czystą jak umyta dupa niemowlęcia, jednak działa, więc żadna spacja ani nic mi się nie zacina... 

Bez bicia - jestem koszmarnym prosięciem i moja star klawiatura jest uświniona, bo jem przy komputerze.

Mam nadzieję, że nowa dłużej przetrwa, bowiem kupiłam taką bez szpar, w które może coś wpadać :)

I pisze mi się na niej bosko :P

A ajfonik dostał nowe ubranko :) 


Prawda, że piękne?

Alienek spojrzał na nie i od razu powiedział: nie dotykaj moich urządzeń. Czyta po angielsku, rozumie, tłumaczy gładko, ale już nie mówi tak dobrze. Nic, to nadrobi się później, jest mądrym chłopakiem, aczkolwiek wielkim Łobuzem i...

No dobra, na wady spuszczamy zasłonę milczenia.

A na FB okazało się, że rocznik mojego brata miał zjazd ze szkoły podstawowej z okazji 50-lecia jej ukończenia.

Nie wiedziałam, że jedna ze znajomych to z jego rocznika. Wrzuciła zdjęcie, którego nie znałam - brat nie miał.

Posłałam Inżynierowi, żeby znalazł wujka. Nie znalazł, bo pamięta go uczesanego, a nie z fryzurą a la Chopin... 

A ja mam zdjęcie Inżyniera też z takim błędem młodości a la Chopin (tak, mają po mamusi kręcone włoski) i dopiero po tym starym zdjęciu zauważyłam, jak bardzo podobny jest do mojego brata.

A jadąc do mnie dyskutowaliśmy właśnie o nazwiskach i o rodzinie (jeszcze nie widziałam wtedy tego zdjęcia). Bo sama żałuję, że nie wniosłam o to, by dzieci miały podwójne nazwisko... I tak się przepychaliśmy sentymentem do nazwisk. Moje oczywiście żyje, ale już nie w linii z mojej krwi. Mnie to boli. Taki tam temat na przepychanki z dzieckiem...

I tak pięknie minął mi kolejny dzień życia.

Darowany znów.

A jutro apiać orka na ugorze, ale nieważne.

Akumulatory naładowałam na zapas :) 

O tym też gawędziliśmy, jadąc do mnie, bo teść I. mówił, że on by się tak nie dał wykorzystywać, rzuciłby robotę.

No i?

Też bym opowiadała przy stole odgrzewane kotlety? 

Był w Rzymie na wycieczce i niczym się nie pochwalił, opowiadał kawały z brodą dłuższą niż ta Matuzalemowa.

Każdy ma swój sposób na życie.

Mnie się mój podoba, choć na niego jojczę.

No cóż :)  


sobota, 8 czerwca 2024

Powinszowałam

 bladym świtem, Kochany Pamiętniczku.

I zaraz potem przelałam kasę, w sumie niemałą. Bo tak, bo taka ze mnie sadomasochistka. Doczekałam się: dziękuję mamo na MSG.

Wzięłam poprawkę na to, że jest w pracy, a to nie jest taka praca, że może sobie pogawędzić na MSG, no ale...

Cisza w eterze.

Inżynierowa, dostawszy mniej, sumitowała się, że za dużo.

Nevermind.

Nie kupuję prezentów, bo wiem, że każdy ma swoje marzenia, a i ja nie latam po sklepach.

Miło byłoby usłyszeć: kupię sobie plecaczek, a jakim marzyłem, dołożę do prawa jazdy, cokolwiek. 

Toner mi się w drukarce kończy, a na samą myśl o kolejnej wizycie pracowego informatyka mam dreszcze, taka jestem już nietowarzyska. Fakt, ma psi obowiązek mnie obsłużyć, jestem na home office legalnie. Ale... 

Nie chciałam prosić Pierworodnego, skoro unika mnie jak diabeł święconej wody...

Zagadałam Inżyniera, a dla niego to nie takie hop siup, bo 70 kilometrów w sumie...

Ale zaprosił na obiad w niedzielę i powiedział, że mnie odwiezie i ogarnie tę drukarkę. pogoda fajna, więc sobie pojadę, PEKA się sama nie wyjeździ, od grudnia będę jeździła za friko (jeszcze nie wiem, czy we wszystkich trzech strefach, w A na pewno), a do wyjechania mam kilkanaście złotych, co biorąc pod uwagę, że rzadko jeżdżę w B i C, potrwa, a kasa potem przepada. I lubię te autobusowe wycieczki, bo jadę wokoło przez miasteczka i wioski, a z Inżynierem tylko autostradą, a i za okno nie patrzę, bo gadamy :)

Sytuacja poszła rozwojowo, bo okazało się, że nie będzie obiadu, ale będzie grill z całą kompanią N. Wzdech, ale cóż, nie będę fochów strzelała, Łobuzy zobaczę, kwiatki jeszcze nieprzekwitnięte w ogrodowym pierdalniku, no i ogarnie mi tą drukarkę. A to potrzebne, bo teraz będą gorące dni i tak jak ze wszystkimi w razie W mogę się dogadać, że zrobię II korektę w PDF tak z Bossem tej opcji nie ma...

A czerwiec jest i mimo zapowiedzi nic się nie zmieniło.

Ekstrasa zamknęliśmy wolnym walcem tylko dlatego, że Boss tam się nie wtykał. Ja się ze wszystkimi dogaduję i wiem, że oni się modlą o jak najdłuższe życie dla mnie :) 

A o kaskę będę się od razu upominać, co z tego, że sobie rękawów nie wyrywałam, ale mój czas, stracony na czekanie na pracę też kosztuje. Bo to nie jest tak, że o, sobie wyjdę. Nie, czekam godzinami, żeby popracować  20 minut. Nie będą mieli tak słodko, jak odejdę, bo młodzi nie mają czasu na takie czekanie za darmo. 

Fakt, czekając, wciągnęłam 3. sezon Łasucha - niby SF, ale z dydaktycznym smrodkiem i w sumie przesympatyczny. Z przesłaniem. Łamie ono serce, ale cóż - taka prawda - jako ludzie nie zasłużyliśmy na Ziemię.

Anyway, polecam.

A dziś obiecałam sobie, że po raz ostatni byłam w sobotę na Manhattanie. Tam się zrobiło jakieś szaleństwo, nowe stragany i ludzi jak mrówków, nie mogłam się z wózeczkiem przecisnąć. I nie, że stali młodzi, to potrafię zrozumieć, pracują w tygodniu, więc sobota to ich dzień, ale wszystkie staruchy z okolicy z wózeczkami się też zleciały (w tym i ja, ale usprawiedliwiona, bo pomidorki)... Przy każdym straganie kolejki jak za komuny za srajtaśmą, więc szłam i szłam, aż doszłam do budki Ukrainki. Kolejki wielkiej nie było, bo kobitka ma najdrożej na całym targu, budka już w alejce, więc luz i nikt mi na głowę nie włazi. A że wiele nie potrzebowałam, tom stanęła. Ale... Orżnęła mnie na złotówkę, wydając resztę, co zauważyłam po czasie, zamiast 4 zł wydała mi 2 i dwie pięćdziesięciogroszówki, więc w pierwszej chwili myślałam, że jest OK. Nie reklamowałam, nie wracałam, ale też więcej u niej nic nie kupię. Nie lubię takich drobnych cwaniaczków. Zaś pani, u której kupowałam badyle i nie mogłam wydłubać drobnych (mam dziadowską portmonetkę), oddała mi 50 groszy, bo dałam jej za dużo. I to szanuję, bo ja też, gdy widzę, że ktoś się myli na swoją niekorzyść, oddaję :) 

A potem mycie korytarza (again, dobrze, że raz w miesiącu, wolałabym za to zapłacić w czynszu i mieć z głowy). Myślałam, żeby poszukać kogoś, kto to zrobi, ale... Za 20 zł nikt się po to nie schyli, a skoro ja, starucha, z trudem się ruszająca ogarniam to w niecałe pół godziny, to 20 zł moim zdaniem jest dobrą stawką. To 40 zł za godzinę bez wyrywania sobie rękawów. Za moich młodych lat, na studiach brałabym taką fuchę z pocałowaniem ręki (nie mówięo konkretnych 20 zł wtedy, ale o stawce). Tym bardziej, że narzędzia plus woda i chemia ode mnie :) 

Gdybym miała porządną wnuczkę... Ale nie mam :) 

Trudno. Czasami w ogóle nie wiem, ile mam wnuków.

Sama latałam do babci na drugi koniec wsi, bo babcia, sama w chałupie, niechodząca po złamaniu główki kości udowej, za całą rozrywkę mająca radio i książki, chłopka z 3 klasami szkoły podstawowej, czytała namiętnie. O TV nie było wtedy mowy, my mieliśmy jako jedni z pierwszych i nielicznych we wsi (cała moja klasa przychodziła na Disneya). Babcia nie chciała z nami mieszkać, mieszkaliśmy na piętrze w szkole, nie zeszłaby na dwór, u siebie na parterze wychodziła na ławeczkę posiedzieć.  Do biblioteki musiałam latać regularnie, bo inaczej babcia lameciła :) I nie było to dla mnie jakimś ciężarem, fajnie było pogadać z babcią o książkach - sama byłam molem książkowym.
Z Małą Wiedźmą mam kontakt zerowy, takoż z Papryczkiem.

Ostatnio łapię się na tym, że nie mam z nimi o czym rozmawiać. Absolutnie. Mają swoje telefony.

Nie wiem, jak będzie z Alienkiem i Kalafiorkówną, ale na razie jestem zasypywana nowinami, pytaniami, przytulana, obśliniana, odpychana, popychana, psuta (w sensie, że jak się na babcię skoczy, to może się uda ją zepsuć, będzie frajda), obdarowywana kwiatkami z miedzy i z ogródka, które muszę koniecznie zabierać, a z rysunków mogłabym galerię otworzyć, jak również z arcydzieł ręcznych... I nie, że ktoś im każe, nawet Kalafiorkówna, niebędąca w teamie moich wielbicieli leci od proga z rysunkiem, przy następnej wizycie jarając się, że arcydzieło jej rąk jest na poczesnym miejscu... (a zaczyna mi już miejsc brakować na ekspozycję). A Alienkowy pierwszy portret całej familii, gdzie jestem na honorowym miejscu wisi na EKSPONOWANYM miejscu na lodówce, zaraz pod arcydziełem jego Ojca, kultowym, które od zawsze wisi w mojej kuchni i bez którego ta kuchnia nie byłaby moją kuchnią. Kiedyś wisiało to arcydzieło nad stołem latami, ale że stołu od dziesięciolecia nie ma, to i musiało zawisnąć w kuchni. I... Wiem, że dla Inżyniera jest to ważne, że to wciąż w kuchni jest.

Takie to tam pokręcone domowe historie :)  



Nie mówiąc już o pudłach i walizach z takimi skarbami. No cóż, jestem starą wariatką i nie umiem ich wyrzucić.

A zaliczyłam dziś Rekiny w Sekwanie, jakoś tak, mimochodem, bez drżenia serca, jakie wzbudziły we mnie kiedyś Szczęki. Myśląc sobie na spokojnie, że dobrze, że posłuchałam Inżyniera i pamiętamy inny Paryż (żart).

A potem Godzilla minus one, jakże inna od znanych mi Godzilli, ze smrodkiem dydaktycznym.

Pranie, obiad, przesadzanie i minął dzień.

A jutro rano na wybory, a jakże, bo bezustannie trzeba JEBAĆ PiS i Konfederację.

Nie ma innej opcji.

A potem się zobaczy :)

czwartek, 6 czerwca 2024

Czerwiec

 znów migusiem leci, Kochany Pamiętniczku...

Dni są wciąż coraz dłuższe i coraz dłużej jest jasno, co całkowicie zaburza mój życiowy rytm, bo już o 21 padam na pysk, tak się wyregulowałam.

W końcu wpadłam na dragi z melatoniną i przeważnie zasypiam jak aniołek, nie jak niemowlę, bo te nie śpią jak należy.

O ile apostatka może być aniołkiem, ale w sumie, dlaczego nie?

E. się odezwała, aczkolwiek z niejakim fochem, bo coś tam przesunęła, a ja napisałam, że 12 nie mogę.

Nosz, kurwa, nie mogę, bo zgubiłam z harmonogramu jeden dodatek i dopiero materiał do niego uświadomił mi, że dodatek jest. Czy wyjdzie tak jak powinien 12 to wielkie homoniewiadomo, ale nikt, kto nie jest ze mną na co dzień nie ogarnia tego pierdalnika. A mnie na nim zależy, bo dzięki tej jebanej pracy, której mam naprawdę dość, idę do sklepu i nie patrzę na ceny z rozpaczą. 

Pismo przyszło z ZUS, że ojaciepierdolę, jaka to ja jestem bogata. Mam całe 3100 z groszami emerytury, no brutto, brutto, z tego ładnie golą jeszcze, ale zaczynałam od 1400 na rękę, więc jednak moja ciężka praca jakoś tam procentuje :P 

I stać mnie na te jebane badyle, na których, olaboga



sublokatora odkryłam, wywalając je do śmieci :) Się napasł za darmo, o. 

A dziś na Manhattanie wróciły pomidorki u Pana od Pomidorków, oczywiście leciałam ze śrubką w dupie. Ceny nawet niższe, niż przed rokiem 12,99 za kg, nie wiem, po ile bawole serca, ale nie kupowałam ich, bo jeden taki pomidor starcza mi na 3 dni :|

Moja dieta antydnowa mówi: nie żryj pomidorów. Z piwa potrafiłam zrezygnować, pijam bardzo rzadko i okazyjnie, ale z pomidorów nie umiem... Ale w sobotę znów polecę i kupię sobie takie bawole serce, a co...

Kalafiorki przecudne i przesmaczne, też u Pana od Pomidorków, też nie powinnam żreć.

Ale żrę, tak samo jak szparagi i potem w nocy cierpię.

Kto bogatemu zabroni, no kto?

Dobra, nie gadamy o choróbskach, delektujemy się dobrym żarełkiem.

Wleciałam też dziś do rzeźnika i była przecudna zrazowa, pani aż pod sufit poskoczyła, że wzięłam cały kawałek, bo chciałam trzy rozbite, a została taka sierota, więc wzięłam bez animrumrania, rozbiła mi je kapitalnie, będą zrazy, a nie bitki jak ostatnio, z takiej niedorobionej zrazowej, bo nie było co zwijać. I jeszcze poradę gratis dostałam, żeby przemrozić, bo przemrożona wołowina lepsza. Co wiedziałam od bydełka, ale nie do końca. Kiedyś nienawidziłam wołciela, bo twardy był i łykowaty, ale to z tych krówek, co to już mleka ze starości nie dawały i szły pod nóż... A cielęcina (tę teściowa załatwiała) to szła dla dzieci, bo zdrowa, aczkolwiek ona sama taka nie za bardzo była też - sucha. Dziś wiem, że to nie z ras mięsnych, ale mlecznych. Cielęciny jeszcze u mojego rzeźnika nie spotkałam, bo ja u rzeźnika mięso kupuję, nie w markecie ;) 

Za to w Biedrze, do której wpadłam już kurcgalopkiem trafiłam na przesympatycznego kasjera - bo i zakręcone zakupy były, wydawało mu się, że mam za wysoki rachunek (kasjerowi, sic!), potem się okazało że rachunek jest OK, ale wieczko w lodach pęknięte...

Do domu wleciałam na ostatniej petardzie, bo ja jestem - w sumie mimo braku nadzoru na home office - obowiązkowa. Mówiąc wprost - pojebana jestem.

Koleżanka pisze ( w poniedziałek, po moich pracowych godzinach), że ona idzie na urlop od piątku i sranie w banie. Odpisuję, że OK, ogarnę. I co? Mija czwartek, a od niej nic. Nie wiem, jak to rozwiąże, ale gdybym miała dostosowywać się do urlopu KAŻDEGO w tym interesie, pracowałabym 24 godziny na dobę przez 32 dni w każdym miesiącu :P 

W dupie już to mam, jutro kibluję, bo zamykamy ekstras, który miał być zamknięty w maju, a który przesunięty na 7 czerwca został ogarnięty tylko dlatego, że na larum biłam.

I tak, kurwa, TA kasa, niewyobrażalna za takie nic, zdaniem mojego Bossa, należy mi się jak psu zupa. Nie odpuszczę. Amen...

A z innych okoliczności przyrody, jesień już blisko, lecą kasztany z drzewa ;) 


Jak rudy lecą grad.

A ja, co dzień przed lusterkiem stając (no dobra, nie co dzień, ale czasem się tam zatrzymuję) widzę w nim coraz starszą kobietę, która zasłania mi dostęp do niego. I nie daje się odepchnąć, tylko sterczy.

Ja, nienawidząca wszystkiego, co się w skórę wciera, załamałam się i...

Mam balsam Nivea, który pracowicie co rano po kąpieli wcieram w te paskudne już giry, bo skóra na nich pękała mi aż do krwi.

Kurwa, mimo tego, że nawadniam się systematycznie.

I w ten zakazany mord też wcieram Nivea do face and body, bo liniał jak ten żmij nie przymierzając.

Kosztowało mnie to w sumie prawie stówę, ale pocieszam się, że starczy na długo (no balsam chyba na miesiąc). Co to jest w porównaniu z kosmetykami za tysiące, odmładzającymi o 50 lat? Ja tam nie mam takich aspiracji, chcę tylko, żeby nie linieć i nie krwawić, jak te żmije i inne węże :P 

Ale tak jak brwi mi już prawie nie widać, bo zsiwiały, tak rzęsy mi zgęstniały i urosły od lekarstwa na jaskrę, które ma właśnie takie działanie uboczne :P

Jakie to wszystko jest, delikatnie mówiąc, popierdolone.

I po raz pierwszy od lat nie wyszłam przed orkiestrę ani z życzeniami, ani z prezentem dla Pierworodnego.

Stosuję zasadę Scarlett O'Hara -  ogarnę to jutro...

Być może ranię go, ale cóż. Sama jestem mocniej zraniona.

Tak jakby.

Kurwa, czy ja kiedyś dorosnę? I zacznę się cenić?


wtorek, 4 czerwca 2024

Wujka

 pytać musiałam, Kochany Pamiętniczku. 

Tak, mam głowę do nazwisk jak dziurawe sito. Nie pamiętam nazwisk ludzi, z którymi kiedyś pracowałam - pamiętam je wybiórczo i pojęcia nie mam, wg jakiego klucza, bo nie jest tak, że nie pamiętam tych, których lubiłam albo nie :) 

W Auschwitz latami naśmiewałam się ze Słonkiem z Brydakowej - co roku był jej artykuł o szczepionce przeciwko grypie, co roku z identycznymi błędami, i co roku ta sama konkluzja - że szczepionka na grypę jest jak yeti, no może nie do końca - ale co roku trzeba się szczepić, inaczej nie działa.

I co roku dostawaliśmy w ramach "wdzięczności" za zamieszczenie artykułu szczepionki dla całej załogi. Ja swoje oddawałam chętnym, którzy po każdej z nich niezłe jazdy mieli, a ja przez całe 10 lat pracy w Auschwitz grypy nigdy nie miałam.

Załamałam się dopiero w czasie pandemii, gdy Inżynier wiercił mi dziurę już nie w brzuchu, ale w dupie, no i zaszczepiłam się z wieloma przygodami. Ale tylko dwa razy (a może trzy? Nie chce mi się szukać papierków). I tak się zastanawiam, czy te wszystkie moje późniejsze przypadłości to jednak nie są skutkiem tych szczepień?

Nie, nie jestem antyszczepionkowcem, ale swoje z tym przeszłam, zwłaszcza jak Inżynier miał wszystkie objawy polio po szczepieniu przeciw polio i jak Eks stosował metody (niesprawdzone, nieudowodnione, niepoparte badaniami naukowymi) swojego ojca...

Są na tym świecie rzeczy, o których się filozofom nie śniło.

A wracając do naszych baranów - zastanawiam się, czy to już ten Niemiec, co klucze czasami chowa (mój nie chowa, wchodząc do chaty od razu odkładam klucze na miejsce przy wejściu i Niemiec jest bez szans). 

Czy tylko normalna skleroza?

Bo nie ruszam się już jak sarenka, w podskokach, zauważyłam, że planuję w wyprzedzeniem co i jak. Czasem zapisuję, ale tylko terminy pracowe, żeby wiedzieć, kiedy muszę być na baczność, umówione, a odległe - jak ten okulista w październiku.

Moje życie, dzięki samotności jest bardzo uregulowane i dlatego czasami, aby zburzyć jego monotonię ogłaszam ogólnodomowy Dzień Dziecka i zamiast się najpierw wykąpać, myję tylko zęby i jem śniadanie, a dopiero po śniadaniu biorę kąpiel... :) 

Takie tam rozrywki starszej pani.

I wiem, jak to zabrzmi, ktoś kiedyś mi zarzucał, że moje stosunki z Inżynierem są nienormalne.

A ja się właśnie łamię, co zrobić z Pierworodnym.

Zbliżają się jego urodziny, no ba, nie byle jakie, bo 44 (a imię jego 44).

Niedawno poprosił mnie o pożyczkę (ale sądzę, że to raczej na wieczne nieoddanie). Niezapłacenie tego spornego rachunku (ponoć telefon MW został zhakowany, gdy był zepsuty i nabił rachunek na 1200 zł) groziło im zablokowaniem rodzinnych telefonów i wpisaniem na listę dłużników.

Anyway, nevermind, kto daje trzynastolatce telefon na abonament? Sama mam na kartę i jako że nie dzwonię, spokojnie na rok wystarcza mi niecałe 100 zł. 

To jedna z tych genialnych akcji mojego - nie da się ukryć, wymarzonego, wyczekanego, wywalczonego, uwielbianego pierwszego dziecka.

Oczywiście, dostanie na urodziny kasę, wiem, że ładuje wszystko w swoją rodzinę, i chuj mu w plecy, bo w dupę by miał przyjemność, pracuje ciężko i zamiast słuchać brata, robi po swojemu. 

Gdzie popełniłam błąd w wychowaniu?

I dlaczego mam wyrzuty sumienia, że dostaje mniej niż brat?

Ale od chwili gdy lakonicznie na MSG poprosił (sic!) o tę kasę, już się do mnie nie odezwał.

Owszem, ocalił mi niedawno te wyłączone w czasie odkurzania monitorki bez animrumrania, ale też (kiedy to było) przez ten cały czas ani jednego dnia się do mnie nie odezwał, nie zapytał, czy żyję, czy już na dnie z honorem ległam. A mam swoje lata, co nie?

Nikt z nich, z tej ekipy nie zapytał.

Zapraszałam do kontaktu, mówiąc, że dostosuję się do ich harmonogramu (teraz rodziny mają harmonogramy).

I nic.

Na lody zapraszałam.

Dzieciom posłałam kasę na Dzień Dziecka, napisałam do MW. Nie raczyła nawet odpowiedzieć.

Nie moja wina, żem głucha i nie dzwonię. 

Mamy te same media, te same internety. I MW ma nowy telefon, nie wiem, czy znów na abonament. I kontaktuje się z całym światem, łącznie z Japończykami i och, i ach i półobrót. No ale babcia jakaś taka niewydarzona chyba jest.

W sumie - pierdolę.

Będę złą babcią, takie też bywają.

Chociaż szkoda mi, bo MW przeżywałam jak mrówka okres, bo jak to - ja, taka młoda i już babcia? Dużo mnie kosztowało, bardzo dużo, pogodzenie się z faktem, że jestem JUŻ babcią.

Inżynier co dzień kontroluje, czy matka żyje. Cierpliwie znosi pojebane niekiedy matczyne akcje. Tłumaczy wszystko jak krowie na rowie i jeszcze nigdy nie usłyszałam od niego, że on nie lubi pisania na MSG czy innym gównie, bo to nie rozmowa. Fotki śle i on, i jego druga lepsza połowa. Fotki Łobuzów, of course, aczkolwiek połowa Łobuzów raz jest fanką babci, raz utopiłaby babcię w łyżce wody. Taka niezależna istota z niej jest...

Jak te ich sierściuchy - jeden to przydupas, a drugi ma fantazje...

Koniec lamencenia.

A jeszcze jedno - wciąż widzę tę zaniedbaną kuchnię u mojej teściowej, gdy z brzuchem już wielkim, stałam, smażąc plędze dla całej ekipy z domu na ulicy M., łącznie z interesantami z warsztatu, których zapraszała teściowa, mówiąc: takie dobre plędze usmażyłam...

A ja zastanawiałam się wtedy, czy będę mogła tak samo mocno kochać tę Skwareczkę, która rosła w moim brzuchu, jak tego Misia Kuleczkę, który już w moim życiu był? 

Że to chyba nie jest możliwe.

Jakie to wszystko jest popierdolone i dlaczego tak bardzo boli?