środa, 19 czerwca 2024

Padnięta

 dziś jestem, Kochany Pamiętniczku i na nic nie mam siły.

Jak to w czasie zamykania, a niby mamy mniej stron w tym miesiącu. Fakt, mamy ich mniej, co nie zmienia tego, że robimy wszystko w jeden dzień, jak zawsze...

Najbardziej wkurza mnie jedna z dziewczyn, zawsze dosyła teksty do III korekty, bo zmieniała. Fakt, pracuje na urlopie, ale to jest jej broszka, że nie zrobiła wszystkiego wcześniej, czekałam na jej teksty przed jej urlopem, nawet po godzinach, nie dosłała, jej ból. A dziś w najgorszym młynku dosyła nie tylko to, co nie zrobiła przed, ale i to, co zrobiła - do III. Bo namieszała.

Oczywiście zrobiłam, ale grzecznie opierdoliłam. Że i owszem, można grzebać, ale wtedy zaznacza się gdzie. Ludzie nie mają wyobraźni - wydaje im się, że to taka wielka przyjemność czytać ich utwory po raz enty. Jedna para kaloszy, że to są rzeczy nudne jak flaki z olejem, jedyny dziennikarz z ostrym piórem zmarł. Inna bajka, że dawno, dawno temu, w szanującym się wydawnictwie (notabene należącym do jednego z gangsterów epoki transformacji gospodarczej) i w innych ówczesnych wydawnictwach pracowało parę korektorek (w Wybiórczej do niedawna tak było, ale tam cała korekta poszła na bruk, bo cięli koszty i wychodzili z założenia, że redaktorzy sobie poradzą, z pomocą AI) i była zasada, że żadna korektorka nie czyta drugi raz tego samego tekstu, a już na pewno nie czyta po sobie. Po prostu - nie widzi się błędów.

Więc ja, czytając drugi raz, i owszem, muszę widzieć błędy, które puściłam, ale też widzę doskonale, gdzie ktoś po mnie jednak grzebał...

No ale czytać trzeci raz, skoro mi nawet za to nie płacą, bo umowę mam na dwie korekty?
W momencie, kiedy do kibla lecę ja ostatnim wzdechu?

No nie... Tym bardziej, że dziewczyna jest krótko mówiąc upierdliwa i domaga się wyjaśniania, dlaczego raz mam Koło Gospodyń Wiejskich w Pipidowie Górnym dużymi literami, a raz mam koła gospodyń wiejskich małymi...

Jak się nie zna zasad, trzeba wierzyć, że korekta wie, co robi, a poza tym czasami przerażają mnie najprostsze pytania, na które odpowiada każdy słownik, a wystarczy frazę w wyszukiwarkę wklepać...

Jeszcze 2 dni, jednak zamkniemy w piątek i będę freelancer.

Dobre i to.

Z nagotowanego na zapas rosołku (to genialne rozwiązanie jednak jest, a moja lodówka jest jeszcze genialniejsza, bo trzyma produkty) wczoraj miałam krupnik, a dzisiaj tak przepyszną ogórkową, że ojacierpiedolę.

Na jutro nie mam pomysłu, może dla odmiany normalny obiad, bo aż takiego zapieprzu nie powinno być.

Anginka się sfochała po przesadzeniu, ale powoli odzyskuje fason (odpukać) i mam nadzieję, że nic jej nie będzie.

Łobuzy dziś zakończyły przedszkolną przygodę, z tym, że Alienek pożegnał je na zawsze. Teraz taka moda, że nawet przedszkolacy żegnają progi tego przybytku w stroju jak z amerykańskich college, ale Alienek słodko wyglądał. Oscary dostali wszyscy. Kalafiorkówna chodziła z zerówkowiczami, choć jest młodsza, ale tak wyszło. Ona jeszcze rok pochodzi do przedszkola.

Moi chłopcy na studiach mieli takie birety hamerykańskie. Ja nie, trochę żal, ale cóż, to były inne czasy...

A ja patrzę na stare fotografie i...


 takie było moje pożegnanie przedszkola. Moja przyrodnia siostra, moja pierwsza w życiu miłość, nigdy niespełniona, chyba nawet nie wiedział, że się w nim kochałam i to długo, już nie żyje, zmarł rok temu na parkinsona, i ja.
Jedyny błąd ortograficzny, który trafił mi się w szkolnym życiorysie, zawdzięczam jemu. Napisał w dyktandzie "wsówka" i ja też tak napisałam, bo chciałam mieć tak jak on :P Chociaż wiedziałam, że to błąd.

Ot, potęga dziecięcej (dziecinnej?) miłości...

Kto by pomyślał, że skończę jako korektorka?  

Tę sukienkę do dziś pamiętam. Szyła ją pani Urbaniakowa, to był seledynowy jedwab (sic!). ja byłam wrogiem falbanek, ona wsadzała je wszędzie, gdzie się dało i nie dało. A na piersi miałam przyszyty klucz wiolinowy z czarnej aksamitki. Gdzieś mam inne zdjęcia, może poszukam.

Jakie pierdoły się czasem pamięta, a tyle ciuchów zginęło w pomrokach dziejów. 

Nicowany płaszcz mamy, futro ze źrebaka, które potem nosiłam, sztuczne zielone futro z paczki z Francji, które przerobiłam sobie po śmierci mamy na minipłaszczyk z kapturem...

A nie pamiętam, co wczoraj jadłam na kolację.

Upływa szybko życie, jak potok mija czas...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz