niedziela, 16 czerwca 2024

Zmobilizowałam się

 niedzielnie, Kochany Pamiętniczku :) 

Wzięłam się za przesadzenie anginki (tak, to geranium), bo coś mi ostatnio klapała. Moja anginka całe lata rosła w ciaśniutkiej doniczce, taki łykowaty, wyciągnięty badylek i mimo przycinania i chuchania nie dało się z nią nic zrobić. Zazdrościłam koledze z pracy, u którego anginka zasłaniała całe okno. A i ja sama lata świetlne temu miałam cudowne geranium, dostałam od nieodżałowanej Feluni, wielka donica, tak mi się rozrosła, że nie mieściła się w mieszkaniu nam ( w moim do dziś zajmowanym M3 mieszkaliśmy wtedy we czwórkę). Wystawiłam ją na korytarza, a sąsiąd (najgorszy, jakiego miałam, straszny egoista, już nie żyje) wyprowadzając swojego boksera, czasem szedł po linii najmniejszego oporu i bokser podlewał nieszczęsny kwiatek, no i badyl zdechł.

Nie pamiętam, skąd miałam tę anginkę, ale przesadzona do nowej donicy strzeliła w ciągu kilku miesięcy i teraz mam tak


Już jej trochę ciasno na tym parapecie, ale naprawdę nie mam zielonego pojęcia, gdzie ją upchnąć... Zobaczymy, czy przeżyje przesadzanie, już mam w razie W 


nową, też długo nie chciała ruszyć. Lubi dużo wody, podlewam więc obficie co dzień na spodeczek. Ktoś w komentarzach (bo anonim) pisał, że musi mieć południową wystawę, z tym u mnie problem, bo mam okna od wschodu i słońce zazwyczaj tak do 11.30. Trudno, musiała się zaaklimatyzować. Nie obcinam, nie formuję, ja się z badylami w tańcu nie certolę, rosną, jak chcą, albo i nie rosną :) 

No a potem się zmobilizowałam i w miarę ogarnęłam loggię (wciąż brakuje mi taniej siły roboczej do porządnego posprzątania u wyniesienia bajzlu. Wywaliłam już wszystkie bratki i stokrotki, jednak w takich małych skrzynkach nie rosną dłużej, no i zawsze mam mszyce. Była już nędza z biedą, więc wywaliłam i mam teraz tylko begonie, tych mszyce nie ruszają i diw pelargonie, komarzyce i próbuję w tym roku zazielistkować balkon, zobaczymy. Zielistki na zimę wywalam na korytarz, odpukać, nikt ich stamtąd jeszcze nie ukradł, a jak ktoś sobie weźmie odnóżkę, żadna strata, bo to chwast :) 

I tak balkonowo jest



Asparagus latem na balkonie wariuje, chociaż ponoć nie powinien stać w przeciągu, a tu czasem okrutnie piździ. W domu sypie się cały czas, mam wieczną choinkę, tak mu igły lecą, a tu jest cudny, soczysty i też muszę pomyśleć o nowej donicy dla niego :)



I tak ogarniam resztę badylowni z rozpędu i co ja paczę?


Pieniążek się okocił. Dostałam go od Inżynierowej, długo marniał, potem odbił, a teraz się koci. Czyżbym miała wygrać na loterii? Albo bogato wyjść za mąż? Kto wie...

No i wózeczkiem się pochwalę.

To już kolejny, bodaj piąty. Pierwszy kupiłam, jak Inżynier wyjechał na Erasmusa i zostałam sama jak palec. Dotąd mieliśmy rytuał cotygodniowych zakupów w śp. Piotrze i Pawle, no bo miałam osiołka do dźwigania. Nie zhańbił się nigdy ciągnięciem wózeczka, nawet jak już wpadł sporadycznie z UK (wtedy nie miał samochodu w PL), zawsze niósł zakupy jak wierny osiołek. Oburzał się, gdy kupiłam wózeczek, mówił: jest mama za młoda na wózeczek. Wtedy nikt nie woził jeszcze zakupów w ten sposób, mnie sąsiadki zaczepiały i pytały: po co to pani, a ja patrzyłam na nie z politowaniem, jak zasuwają obładowane siatami. Mój kręgosłup nie był za młody na wózeczek - może dlatego do dziś nie mam z nim większych problemów?

Inżynierowa jeszcze w UK, nie mając trzydziestki nawet, kupiła sobie wózeczek, bo nie od razu mieli samochód, a i gdy go mieli, jak chciała sobie sama połazić, leciała z wózeczkiem.

A lekko licząc - na samym Manhattanie kupuję na tydzień (czasem hurtem, jednego dnia) 1 kg ziemniaków, kilo pomidorów co najmniej, włoszczyznę, kalafior, buraczki, szparagi, fasolkę, bób, jajka, owoce, mięso, chleb w piekarni (zazwyczaj dwa, zamrażam), potem spożywka w Biedronce, jak mam czas to jeszcze chemia i inne wynalazki. Gdybym miała to dźwigać (a nawet duża torebka jest dla mnie za ciężka już), zwariowałabym. Wózeczek to najlepszy przyjaciel samotnej dziewczyny :) 20 litrów ziemi bez problemu dowiozłam do domu, czasem też zgrzewkę mineralnej, ale tej ostatnio nie kupuję, raz, że ekologia, dwa, że nie ma nigdzie Staropolanki w okolicy, a to jedyna woda, jaką uznajemy. W nieodżałowanej piątce pani zawsze dla nas miała Staropolankę, jak byliśmy w czwórkę, kupowaliśmy 5-litrowy baniak, czasem szedł w jeden dzień. Nie piliśmy żadnych kolorowych wynalazków ani soków. Tylko Staropolanka. Dopóki produkowano, piliśmy Grodziską, w szklanych butelkach, teściowa miała układy i załatwiała całe skrzynie, bo było o nią trudno.
Inżynier niedawno przeanalizował skład wszystkich wód mineralnych i głaszcząc mnie po głowie stwierdził, że matka go genialnie żywiła - a że w Auchan, gdzie robi zakupy, Staropolanka jest, to za każdym razem kupuje też zgrzewkę dla mnie - no i dlatego nie latam za wodą mineralną, bo mam :) 

Po zakupy do miasta (ja, wsiowa, tak to brzmi: po zakupy do miasta) nie lubię jeździć z wózeczkiem, bo to jeszcze trzeba wciągnąć do bimby czy do autobusu, a niestety, czasem zdarzają się jeszcze niespodzianki i nadjeżdża taki ze stopniami, a nie niskopodłogowy. Do bimby ze stopniami już się ledwo wdrapuję, jak nie ma przystanku wiedeńskiego, a co dopiero z wózkiem :) 

SKS, nieciekawa rzecz.

Ale rozwiązując quiz, który miał ocenić, ile mam lat, dowiedziałam się, że mam 18.

No, zatem nie jest AŻ tak źle :P 

I wycwaniłam się, ciężkie rzeczy zlecam Inżynierowi - kupuje mi w Internecie, a że nie lubię paczkomatów, zamawia do siebie i dowozi. A jak coś kurierem, to też do niego, bo on pracuje z domu. Niby tak jak ja, ale nie muszę się wkurzać, czekając na kuriera. On jest oazą spokoju :P 

A jutro zaczyna się najcięższy tydzień w miesiącu i już teraz zastanawiam się, ile dni będę pracowała dodatkowo za friko?

Bo na pewno nie zmieścimy się w terminie.

I tak, jestem jedyna i niezastąpiona, bo w tydzień ogarnę to, co powinnam na spokojnie robić w dwa.

Oczywiście, kosztem mojego zdrowia, ale cóż.

Życie :P


7 komentarzy:

  1. Wraz z nami wymrze pokolenie, ktore dwutygodniowa prace umialo ogarnac w tydzien, nastepcy beda potrzebowac trzech. Albo nastepcow potrzeba bedzie trzech.
    Czy Ty masz na swoim balkonie miejsce, zeby sobie posiedziec? Czy tez wszystkie zakamarki sa zakwiecone? :))) Fajnie to wyglada i pewnie masz dobre powietrze w mieszkaniu. Lubie kwiaty, duzo ich mam, ale nie az tyle co Ty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam, mam jeszcze dużo miejsca, a miałabym jeszcze więcej, gdybym wreszcie ten koszmarny bajzel na nim posprzątała, ale naprawdę nie mam siły na to. Obiecuję sobie, że jak zamknę ten numer to się za to wezmę, ale jak przyjdą te upały, to niestety... No i siatkę wypadałoby wymienić, bo ma już ze 20 lat... Mogiła, nie loggia :)

      Usuń
    2. Tylko że ja nie umiem siedzieć na balkonie i na ławeczkach, kontemplować i nic nie robić, zaraz mnie dupa boli :P

      Usuń
  2. Bardzo dziękuję za pokazanie wózeczka, super sprawa, na pewno bardzo ułatwia życie :)))
    Skorzystam z rad na temat anginki, będę eksperymentować, teraz stoi na wschodnim oknie, wywalę na taras na większe słońce, może się zmobilizuje, a jak nie, postraszę sekatorem ;))
    Pozdrawiam serdecznie, Agness :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O ile masz taras osłonięty od wiatru i deszczu. Nie lubi ich i nie lubi moczenia liści :)

      Usuń
  3. Zaraz przeniosę anginkę na południowe okno,latem nic tam nie stawiam, bo myślałam, że za gorąco ! Dobrego tygodnia, niech się zmobilizują i pospieszą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale podlewaj solidnie, latem jak jest dużo słońca - codziennie i na podstawkę, nie bezpośrednio.

      Usuń