niedziela, 9 czerwca 2024

Letnim

 modo wstałam o 4.20, bo tak mnie słońce budzi, Kochany Pamiętniczku.

A że to dzień wyborów do Europarlamentu, a ja miałam jechać na włości, tom uwinęła się migusiem i poleciałam zagłosować, oczywiście, jebiąc PiS i przyległości.

A potem luknęłam na jak dojadę i... wybrałam w sumie fatalną opcję... Tramwaj, z którego miałam mieć 5 minut na przesiadkę jednak się spóźnił, no i na przesiadkę miałam tylko 2 minuty, a panu w autobusie się spieszyło. Ostatnim rzutem na taśmę wpadłam jednak do autobusu, dzięki czemu nie musiałam kiblować godzinę, czekając na następny. 

I tak sobie jechałam i jechałam, kontemplując pola i lasy zielone (czy mi się tylko wydaje, że w tym roku zieleń jest jakaś zieleńsza?), a przedtem kontemplowałam miasto me, w którym w sumie czuję się jak człowiek z buszu, tak zdziczałam.  Miasto, mimo że Rozkopanem zwane, jednak jest piękne, są nowe nasadzenia zieleni i kwiaty kwitną.

Jadąc zaś przez Tarnowo Podgórne kontemplowałam ulicę Poznańską, długą, główną, przyozdobioną dziś flagami Polski, UE i krajów ze Wspólnoty. Robiło wrażenie. Wracając, gawędząc z Inżynierem, a ten, jako umysł ścisły, wszystko przelicza na procenty, podkreślał w rozmowie, że właśnie TP - to jego gmina - szczyci się tym, że pislandia dostaje tu wielkie baty za każdym razem. I dobrze, prawidłowo, tak ma być :D 

I tak sobie jechałam i jechałam, w rytmie latino love, aż dojechałam do włości. Potem kawałek per pedes (i dobrze) i już byłam u celu, a że mnie bystre ślepka Łobuzów wypatrzyły, to drzwi do chaty były szeroko otwarte, a na progu stał komitet powitalny - Alienek tulący moje kapcie (mam tam swoje kapcie na stałe, a co, nawet łyżkę do butów specjalną mam) i Kalafiorkówna. Ledwo wlazłam na próg, a piszczeli jak zarzynane prosięta, Kalafiorkówna rechocąc udawała, że zamyka przede mną drzwi... 

 

Tak, niektórych witają chlebem i solą, a mnie kapciami.


 

I te kapcie najmilsze memu sercu, bo to znaczy, że i tam mam swoje miejsce na ziemi, chociaż jestem z doskoku. Że czekają na mnie. Że jestem swoja.

Wyściskali, wytulili, obślinili, braki w uzębieniu pokazali, hojną wróżką Zębuszką się pochwalili, przedszkolne romanse omówiliśmy detalicznie i poszli skakać na kopule, którą dostali w prezencie od matki.


Alienek ma kłopoty z synchronizacją ruchową (jednak poród kleszczowy daje o sobie znać), więc to dla niego idealna zabawka, a na plac zabaw mają jednak pół godziny szybkiego spaceru, a nie zawsze ma kto z nimi lecieć. Więc to całkiem sensowny zakup, a i wykorzystali mnie do imentu, każąc obserwować swoje akrobacje.

W międzyczasie przerobiliśmy tematy karaluchów w taczce, które okazały się ślimaczkiem...


Omówiliśmy wszystkie badyle na ogródku i dlaczego nie należy ich zrywać, smrodek dydaktyczny jechał aż do zmarłych myszek...


Były i białe maki, i różowe, i tłumaczenie, jakie te dzieci są ciekawe, a jakie przemądrzałe, że głowa mała :) 

I ślimaczki - kocą się na potęgę (bo chyba się nie ślimaczą). posypali wczoraj czymś na nie, a mnie od tego bąble na nogach wylazły, ale mam nadzieję, że jak wylazły, tak zlezą :)




Inżynier kucharzył


A jest mistrzem 


Było przepyszne. Towarzystwo było super, oczywiście teść znów miał swoje poglądy na całokształt, ale mam już na to wyjebane, bo czy mu się to podoba, czy nie, ja tam mam seksualny stosunek do pisiorów - kocham ich, a co kocham, to pierdolę. 

No i z lekka ma krzywo pod kapturkiem, albowiem wlazł na tę kopułę w ramach pochwalenia się, jaki jest gibki i zwinny mimo lat. Też bym wlazła, mimo że gibka i zwinna nie jestem już, ale... powstrzymuje mnie od ułańskiej fantazji wizja wózeczka w razie W. No nic, niech ma, dostał brawa. Ale jak słucham jego rozmów z dziećmi, to cieszę się, że moje ze mną tak nie rozmawiają. Takiego natłoku sprzecznych wizji przeszłości to jeszcze nie spotkałam. A ja z moimi w 99% mam kompatybilność.

Nieważne :) 

Z Inżynierem sobie też pogawędziłam, bóle wątrobowe na jego biedną głowę wylałam, ulżyło. Tym bardziej że się ze mną zgadza, że jest jak jest...

Życie.

Po grillu spacerek na plac zabaw,  zaszczyt mnie kopnął, bo mogłam pchać wózek z Małym T., co było dla mnie zbawieniem, bowiem nawet te mizerne 20 stopni w pełnym słońcu to dla mnie zabójczy upał. Inżynier został ogarnąć pogrillowy bajzel, skoczył zagłosować i podjechał na plac zabaw, zanim my się tam dowlekliśmy. 

Wyściskana i wylizana zostawiłam całą bandę i pojechaliśmy do mnie. Okazało się, że wymiana tonera jest prosta jak budowa cepa (żeby mi ten przemądrzały informatyk z pracy pokazał, nie zawracałabym dupy dziecku), klawiaturkę mi podłączył tę bezprzewodową, czystą jak umyta dupa niemowlęcia, jednak działa, więc żadna spacja ani nic mi się nie zacina... 

Bez bicia - jestem koszmarnym prosięciem i moja star klawiatura jest uświniona, bo jem przy komputerze.

Mam nadzieję, że nowa dłużej przetrwa, bowiem kupiłam taką bez szpar, w które może coś wpadać :)

I pisze mi się na niej bosko :P

A ajfonik dostał nowe ubranko :) 


Prawda, że piękne?

Alienek spojrzał na nie i od razu powiedział: nie dotykaj moich urządzeń. Czyta po angielsku, rozumie, tłumaczy gładko, ale już nie mówi tak dobrze. Nic, to nadrobi się później, jest mądrym chłopakiem, aczkolwiek wielkim Łobuzem i...

No dobra, na wady spuszczamy zasłonę milczenia.

A na FB okazało się, że rocznik mojego brata miał zjazd ze szkoły podstawowej z okazji 50-lecia jej ukończenia.

Nie wiedziałam, że jedna ze znajomych to z jego rocznika. Wrzuciła zdjęcie, którego nie znałam - brat nie miał.

Posłałam Inżynierowi, żeby znalazł wujka. Nie znalazł, bo pamięta go uczesanego, a nie z fryzurą a la Chopin... 

A ja mam zdjęcie Inżyniera też z takim błędem młodości a la Chopin (tak, mają po mamusi kręcone włoski) i dopiero po tym starym zdjęciu zauważyłam, jak bardzo podobny jest do mojego brata.

A jadąc do mnie dyskutowaliśmy właśnie o nazwiskach i o rodzinie (jeszcze nie widziałam wtedy tego zdjęcia). Bo sama żałuję, że nie wniosłam o to, by dzieci miały podwójne nazwisko... I tak się przepychaliśmy sentymentem do nazwisk. Moje oczywiście żyje, ale już nie w linii z mojej krwi. Mnie to boli. Taki tam temat na przepychanki z dzieckiem...

I tak pięknie minął mi kolejny dzień życia.

Darowany znów.

A jutro apiać orka na ugorze, ale nieważne.

Akumulatory naładowałam na zapas :) 

O tym też gawędziliśmy, jadąc do mnie, bo teść I. mówił, że on by się tak nie dał wykorzystywać, rzuciłby robotę.

No i?

Też bym opowiadała przy stole odgrzewane kotlety? 

Był w Rzymie na wycieczce i niczym się nie pochwalił, opowiadał kawały z brodą dłuższą niż ta Matuzalemowa.

Każdy ma swój sposób na życie.

Mnie się mój podoba, choć na niego jojczę.

No cóż :)  


2 komentarze:

  1. Ja tez przez weekend podladowalam sie razem z Toya dlugimi spacerami i tez od jutra ide tyrac, choc chyba wolalabym... nie, nie wolalabym w domu, nie jestem tam sama. Wole wiec wychodzic, chocby na kila godzin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przytulam mocno. To przykre, gdy trzeba tak się izolować...

      Usuń