lat temu przeczytałam (zapisać czarną kredą w kominie) Kochany Pamiętniczku "Blackout" Marca Elsberga.
Cały, od deski do deski, jednym tchem.
A potem na HBO była ekranizacja tej książki, którą też wciągnęłam...
No a wczoraj blackout w Hiszpanii, Portugalii i częściowo we Francji - idealnie wg scenariusza z tej książki.
Z tym, że do dziś nie wiadomo, co było jego przyczyną.
W książce okazało się, że blackout zapoczątkowało zhakowanie inteligentnych liczników prądu we Włoszech.
Takie liczniki zakładają ostatnio i u nas.
Nie, żebym krakała.
Ale eksperci (chociaż ja mam ograniczone zaufanie do ekspertów - nigdy nie wiem, czy to rzeczywiście eksperci eksperci, czy jacyś eksperci celebryci z bożej łaski) mówią, że i u nas to może być.
Z tym się akurat zgodzę, bo wiadomo, że nasza energetyka leży i kwiczy. Niedoinwestowana od lat, a i ceny mamy powalające na kolana, choć niewiele z tego idzie na modernizację.
(I tak sobie z nutką melancholii wspominam moją pracę w nieistniejącym już czasopiśmie WE - z branży elektroenergetyki, z nieodżałowanym naczelnym AN, który już nie żyje, a który był dla mnie bardzo fajnym naczelnym, zawsze mówił, że jak ja mówię, że tak ma być napisane, to tak ma być. I nigdy się do niczego nie przyczepił, żadnej literówki mi nie wymawiał. Inna bajka, że żadna z "redachtórek" nie chciała się tego tykać, bo to niemedyczne, a one były wielkimi specjalistkami od medycyny. Ten blackout mi o nim przypomniał. Lata temu to było, czasopismo padło po śmierci prezesowej z Auschwitz, sponsorki i dobrodziejki AN. A ja z problemami OZE byłam od lat za pan brat właśnie dzięki WE - jak to się czasem dziwnie plecie).
A że w chwili, gdy rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, Inżynier kopnął matkę i co nieco ogarnęliśmy (żarcie niestety częściowo wylądowało na śmietniku, bo zapomniałam, że mam skitrane zapasy), więc mam na stanie: powerbank (właśnie dziś go doładowałam, a to jest porządny bardzo powerbank), radio tranzystorowe, na dokładkę na korbkę i solarne, tak że w razie W nie muszę lecieć do chińskiego marketu (w Hiszpanii i Portugalii wykupili wszystkie radia), baterie (jutro uzupełnię zapas), latarkę, lampę naftową z zapasem nafty, kuchenkę z zapasami nabojów (chociaż mam kuchnię gazową), świeczek ci u mnie dostatek, no i prowiantu też mam dość - znaczy się, nie jestem nawet w stanie zużyć w takim tempie tego, co mam w zamrażalniku i w lodówce, jako jednostka społeczna jednoosobowa, chyba że dowlecze się do mnie Pierworodny, to zmogą moje zapasy w okamgnieniu.
Czyli ja, gnębiona za sianie paniki blackoutowej jestem tak mimochodem na nią przygotowana, bez kłopotu. Internetów nie będzie, telefonów też nie, ale dam radę przetrwać. Mam spory stosik nieprzeczytanych książek :) No i pracować nie będę musiała, bo i redakcja nie pociągnie bez prądu. Chociaż mój powerbank uciągnął kiedyś pół dnia pracy bez prądu - w redakcji mieli, ja nie. Internet miałam mobilny (mam go od cholery), no ale blackout to blackout - umarł w butach - nie ma nic.
A, zapas srajtaśmy uzupełniłam dziś, blackout nie powinien tak długo trwać.
No i jest ciepło, więc nawet w zimnej wodzie można się spokojnie myć.
Tyle o tym, co może jebnąć. Nie musi, ale może, a strzyżonego nikt już nie strzyże :)
Ale o mało nie zeszłam na zawał z powodu ZUS.
Wczoraj, z leksza się leniąc, stwierdziłam, że coś za długo trwa przyznawanie mi renty rodzinnej. Pomęczyłam wujka i okazało się, że mają na to 30 dni. Sprawdziłam na blogu i 30 dni minęło 12 kwietnia.
Udało mi się wejść na PUZUS i skrobnęłam emilka z uprzejmym zapytaniem, czy dają mi tę rentę, czy mam się wypchać sianem i pakułami...
Dziś w południe przypomniałam sobie, że pytałam i...
Ni chujenki nie mogłam wejść na portal.
Na tym samym legitnym loginie i na tym samym legitnym haśle, które zapisałam również na papiurku, i które sprawdzałam pierdyliard razy. ZUS nie wpuszczał, wysyłam mi na emilka tysiąc kodów dostępu i wszystkie nic nie dawały.
Już chciałam samobójstwo popełnić, bluzgałam jak rasowa wnuczka szewca (a co, ma się tę moc), ale stwierdziłam, że nie dam się... i poszłam do Lidla.
Na parterze zahaczyłam o szparę unijną, a w niej, o dziwo - leżał list z ZUS...
Przyznano mi rentę rodzinną, ale ją zawieszono, bo moja emerytura jest wyższa.
Tak jak się spodziewałam, nie występowałam z tego powodu o nią, bo nic mi to wtedy nie dawało.
Ale żeby dostać wdowią, musiałam mieć przyznaną rodzinną.
Eks ma najniższą urzędową. Zwaloryzowaną już na bieżąco - kurde, nawet nieboszczykom dobrze uleżałym waloryzują :)
A ja na swoje podwyżki dalej haruję.
Zakładam więc, że dostanę tę wdowią, nie będą to kokosy, bo jakieś góra 200 zł netto (a może i mniej, bo ściągną z tego podatki jeszcze w chuj), ale na waciki będzie.
Zaś 25% od nowego roku (zapisane w kajeciku - dożyć do stycznia 2026) to już powinno być ok. 400 zł na rękę, a po to się warto schylić.
I jeszcze się przejadę po zamknięciu kolejnej gazetki do ZUS, żeby się upewnić, że tam wszystko gra i buczy, chyba że uda mi się na ten jebany panel wejść.
Czyli moja uczciwość w papierkach została jednak nagrodzona. :)
No cóż, podziękowałam Eksowi za to, że mnie chociaż takim wdowim groszem wspomoże... Po swojemu mnie kochał, a że wyszło jak wyszło, wola boska i skrzypce.
Jednocześnie przeprowadziłam symulację tego, że jesteśmy razem (finansową, of course). I wynikało z niej, że to nieprawda, że para ma lepiej. Dodając moje dochody i jego, dzieląc na dwa - byłabym w plecy o kwotę, którą mogę odłożyć co miesiąc.
I tak, wiem, w bogactwie i w biedzie, ale...
W życiu nic nie jest proste.
I jednocześnie myślałam o rozmowie z teściem Inżyniera, który odwożąc mnie z Dnia Dziadostwa, długo i zawile przekonywał mnie, że składanie podania o rentę wdowią nie ma najmniejszego sensu w mojej sytuacji. Że przeprowadzał taką analizę dla znajomego, mającego emeryturę podobną do mojej i że to się temu znajomemu nie opłacało, więc i ja nie mam się fatygować. Pół godziny mi tak tłumaczył, dodając, że jemu też się nie opłaca (zastanawiam się, jakie kokosy ma, że mu się nie opłaca, ale w sumie lotto mi to). Napisałam mu dziś, że dostałam tę rentę, ale i tak dalej twierdzi, że się to nie opłaca. No cóż, 200 zł na waciki (rachunek za prąd na dwa miesiące, 10 butelek wina na miesiąc - mnie się to opłaca) ;)
Jak dobrze mieć czasem swój własny rozum i zmobilizować się do tego, że warto o coś zapytać - w pysk nikt nie da, a można zyskać.
Dla gołodupca takiego jak ja, jak przestanie pracować i 200 zł piechotą nie chodzi :)
Ufff, ale się napisałam.
Bez fotek, bo nic się nie działo fotkowego :)
Jutro jeszcze wypad na Manhattan (dzień bez Manhattanu dniem straconym), no a potem niech się święci 1 Maja.
Ta wyprawa jeszcze nie jest sprecyzowana, ale oglądałam fotki w necie i na pewno nie będę właziła na wieżę widokową, będzie na niej sajgon, a ma 120 stopni.
To nie na moje siły i nie na moje serce, odpuszczę. Młodzi jak będą chcieli - wlezą, choć widzę ich czarno, taka prawda.
A ja zawsze mogę i kundla, i Łobuzów popilnować.
Ale nie piszę na zapas scenariusza - co ma być, będzie.
Zapisano w kajeciku: kupić małą wodę mineralną (bo 1,5 l Staropolanki nie będę wlokła, nie będzie gdzie tego wysikać, a i swoje waży) oraz baterie na zapas :)
Brzmi jak plan, Kochany Pamiętniczku. Jak dobry plan. A nawet jak nie wypali, to jeszcze mam kilka dni wolności.
A dziś już był emilek: Pani Basiu proszę rzucić swoim cudownym okiem na zaproszenie.
Rzuciłam.
Kurwa.
A mam wolne do niedzieli.
Wiem, są ludzie redakcji, pracujący nawet w długi weekend.
I dlatego nigdy nie chciałam być redaktorką :)
Do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku.
Małosolne ukisiły się znów koncertowo, ale sól, sól... :)
No dobra, koniec jojczenia :)













































