wtorek, 29 kwietnia 2025

Kilka

 lat temu przeczytałam (zapisać czarną kredą w kominie) Kochany Pamiętniczku "Blackout" Marca Elsberga.

Cały, od deski do deski, jednym tchem.

A potem na HBO była ekranizacja tej książki, którą też wciągnęłam...
No a wczoraj blackout w Hiszpanii, Portugalii i częściowo we Francji - idealnie wg scenariusza z tej książki.

Z tym, że do dziś nie wiadomo, co było jego przyczyną. 

W książce okazało się, że blackout zapoczątkowało zhakowanie inteligentnych liczników prądu we Włoszech.

Takie liczniki zakładają ostatnio i u nas.

Nie, żebym krakała.

Ale eksperci (chociaż ja mam ograniczone zaufanie do ekspertów - nigdy nie wiem, czy to rzeczywiście eksperci eksperci, czy jacyś eksperci celebryci z bożej łaski) mówią, że i u nas to może być.

Z tym się akurat zgodzę, bo wiadomo, że nasza energetyka leży i kwiczy. Niedoinwestowana od lat, a i ceny mamy powalające na kolana, choć niewiele z tego idzie na modernizację.

(I tak sobie z nutką melancholii wspominam moją pracę w nieistniejącym już czasopiśmie WE - z branży elektroenergetyki, z  nieodżałowanym naczelnym AN, który już nie żyje, a który był dla mnie bardzo fajnym naczelnym, zawsze mówił, że jak ja mówię, że tak ma być napisane, to tak ma być. I nigdy się do niczego nie przyczepił, żadnej literówki mi nie wymawiał. Inna bajka, że żadna z "redachtórek" nie chciała się tego tykać, bo to niemedyczne, a one były wielkimi specjalistkami od medycyny. Ten blackout mi o nim przypomniał. Lata temu to było, czasopismo padło po śmierci prezesowej z Auschwitz, sponsorki i dobrodziejki AN. A ja z problemami OZE byłam od lat za pan brat właśnie dzięki WE - jak to się czasem dziwnie plecie).

 A że w chwili, gdy rozpoczęła się inwazja Rosji na Ukrainę, Inżynier kopnął matkę i co nieco ogarnęliśmy (żarcie niestety częściowo wylądowało na śmietniku, bo zapomniałam, że mam skitrane zapasy), więc mam na stanie: powerbank (właśnie dziś go doładowałam, a to jest porządny bardzo powerbank), radio tranzystorowe, na dokładkę na korbkę i solarne, tak że w razie W nie muszę lecieć do chińskiego marketu (w Hiszpanii i Portugalii wykupili wszystkie radia), baterie (jutro uzupełnię zapas), latarkę, lampę naftową z zapasem nafty, kuchenkę z zapasami nabojów (chociaż mam kuchnię gazową), świeczek ci u mnie dostatek, no i prowiantu też mam dość - znaczy się, nie jestem nawet w stanie zużyć w takim tempie tego, co mam w zamrażalniku i w lodówce, jako jednostka społeczna jednoosobowa, chyba że dowlecze się do mnie Pierworodny, to zmogą moje zapasy w okamgnieniu.

Czyli ja, gnębiona za sianie paniki blackoutowej jestem tak mimochodem na nią przygotowana, bez kłopotu. Internetów nie będzie, telefonów też nie, ale dam radę przetrwać. Mam spory stosik nieprzeczytanych książek :) No i pracować nie będę musiała, bo i redakcja nie pociągnie bez prądu. Chociaż mój powerbank uciągnął kiedyś pół dnia pracy bez prądu - w redakcji mieli, ja nie. Internet miałam mobilny (mam go od cholery), no ale blackout to blackout - umarł w butach - nie ma nic.

A, zapas srajtaśmy uzupełniłam dziś, blackout nie powinien tak długo trwać.

No i jest ciepło, więc nawet w zimnej wodzie można się spokojnie myć. 

Tyle o tym, co może jebnąć. Nie musi, ale może, a strzyżonego nikt już nie strzyże :) 

Ale o mało nie zeszłam na zawał z powodu ZUS.

Wczoraj, z leksza się leniąc, stwierdziłam, że coś za długo trwa przyznawanie mi renty rodzinnej. Pomęczyłam wujka i okazało się, że mają na to 30 dni. Sprawdziłam na blogu i 30 dni minęło 12 kwietnia. 

Udało mi się wejść na PUZUS i skrobnęłam emilka z uprzejmym zapytaniem, czy dają mi tę rentę, czy mam się wypchać sianem i pakułami...

Dziś w południe przypomniałam sobie, że pytałam i...

Ni chujenki nie mogłam wejść na portal.

Na tym samym legitnym loginie i na tym samym legitnym haśle, które zapisałam również na papiurku, i które sprawdzałam pierdyliard razy. ZUS nie wpuszczał, wysyłam mi na emilka tysiąc kodów dostępu i wszystkie nic nie dawały. 
Już chciałam samobójstwo popełnić, bluzgałam jak rasowa wnuczka szewca (a co, ma się tę moc), ale stwierdziłam, że nie dam się... i poszłam do Lidla.

Na parterze zahaczyłam o szparę unijną, a w niej, o dziwo - leżał list z ZUS...

Przyznano mi rentę rodzinną, ale ją zawieszono, bo moja emerytura jest wyższa.

Tak jak się spodziewałam, nie występowałam z tego powodu o nią, bo nic mi to wtedy nie dawało.

Ale żeby dostać wdowią, musiałam mieć przyznaną rodzinną.

Eks ma najniższą urzędową.  Zwaloryzowaną już na bieżąco - kurde, nawet nieboszczykom dobrze uleżałym waloryzują :) 

A ja na swoje podwyżki dalej haruję.

Zakładam więc, że dostanę tę wdowią, nie będą to kokosy, bo jakieś góra 200 zł netto (a może i mniej, bo ściągną z tego podatki jeszcze w chuj), ale na waciki będzie.

Zaś 25% od nowego roku (zapisane w kajeciku - dożyć do stycznia 2026) to już powinno być ok. 400 zł na rękę, a po to się warto schylić.

I jeszcze się przejadę po zamknięciu kolejnej gazetki do ZUS, żeby się upewnić, że tam wszystko gra i buczy, chyba że uda mi się na ten jebany panel wejść.

Czyli moja uczciwość w papierkach została jednak nagrodzona. :) 

No cóż, podziękowałam Eksowi za to, że mnie chociaż takim wdowim groszem wspomoże... Po swojemu mnie kochał, a że wyszło jak wyszło, wola boska i skrzypce.

Jednocześnie przeprowadziłam symulację tego, że jesteśmy razem (finansową, of course). I wynikało z niej, że to nieprawda, że para ma lepiej. Dodając moje dochody i jego, dzieląc na dwa - byłabym w plecy o kwotę, którą mogę odłożyć co miesiąc. 

I tak, wiem, w bogactwie i w biedzie, ale...

W życiu nic nie jest proste.

I jednocześnie myślałam o rozmowie z teściem Inżyniera, który odwożąc mnie z Dnia Dziadostwa, długo i zawile przekonywał mnie, że składanie podania o rentę wdowią nie ma najmniejszego sensu w mojej sytuacji. Że przeprowadzał taką analizę dla znajomego, mającego emeryturę podobną do mojej i że to się temu znajomemu nie opłacało, więc i ja nie mam się fatygować. Pół godziny mi tak tłumaczył, dodając, że jemu też się nie opłaca (zastanawiam się, jakie kokosy ma, że mu się nie opłaca, ale w sumie lotto mi to). Napisałam mu dziś, że dostałam tę rentę, ale i tak dalej twierdzi, że się to nie opłaca. No cóż, 200 zł na waciki (rachunek za prąd na dwa miesiące, 10 butelek wina na miesiąc - mnie się to opłaca) ;)

Jak dobrze mieć czasem swój własny rozum i zmobilizować się do tego, że warto o coś zapytać - w pysk nikt nie da, a można zyskać.

Dla gołodupca takiego jak ja, jak przestanie pracować i 200 zł piechotą nie chodzi :)

 Ufff, ale się napisałam.

Bez fotek, bo nic się nie działo fotkowego :)

Jutro jeszcze wypad na Manhattan (dzień bez Manhattanu dniem straconym), no a potem niech się święci 1 Maja.

Ta wyprawa jeszcze nie jest sprecyzowana, ale oglądałam fotki w necie i na pewno nie będę właziła na wieżę widokową, będzie na niej sajgon, a ma 120 stopni.

To nie na moje siły i nie na moje serce, odpuszczę. Młodzi jak będą chcieli - wlezą, choć widzę ich czarno, taka prawda.

A ja zawsze mogę i kundla, i Łobuzów popilnować.

Ale nie piszę na zapas scenariusza - co ma być, będzie.

Zapisano w kajeciku: kupić małą wodę mineralną (bo 1,5 l Staropolanki nie będę wlokła, nie będzie gdzie tego wysikać, a i swoje waży) oraz baterie na zapas :)

Brzmi jak plan, Kochany Pamiętniczku. Jak dobry plan. A nawet jak nie wypali, to jeszcze mam kilka dni wolności.
A dziś już był emilek: Pani Basiu proszę rzucić swoim cudownym okiem na zaproszenie.

Rzuciłam.

Kurwa.

A mam wolne do niedzieli.

Wiem, są ludzie redakcji, pracujący nawet w długi weekend.

I dlatego nigdy nie chciałam być redaktorką :) 

Do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku.

Małosolne ukisiły się znów koncertowo, ale sól, sól... :) 

No dobra, koniec jojczenia :) 

 


 

 

niedziela, 27 kwietnia 2025

Kolejna

nocowanka za mną, Kochany Pamiętniczku :)  

Nielekko było, ale przeżyłam. 

Jeszcze w piątek wlazłam do zielarni i jako żem szwendała się po necie, zanabyłam, płacąc drożej niż za zboże, bo te u nas tanie jak barszcz ostatnio - podagrycznik i przytulię w tabletkach. Podagrycznik wiadomo - sezon szparagowy, to chodzę dosłownie jak na szpilkach. A do tego szpikuję się i diosminą, nacieram maściami wszelakimi, to też swoje kosztuje, pokrzywę piję litrami, do tego skrzypowit i...

Niby kopytka odpuściły, ale kostki nie. No i nawet pijąc te 2 litry dziennie, ile można ziółek zmieścić w tym wszystkim?

A przytulia wyskoczyła mi gdzieś znienacka i o dziwo, pasuje mi do wszystkiego jak ulał, a do tego nie ma interakcji z innymi  rzeczami. Więc weszłam do zielarni z duszą na ramieniu, była pani, która sprawdziła w kompiku, że przytulia jest i to w pigułkach (w necie jest tego od cholery, ale ja nie lubię w necie kupować, bo muszę prosić i czekać aż dostanę). Ale albo nowa, albo z doskoku, bo rzeczonej przytulii szukała dobre 10 minut na półkach. Znalazła, z głupia frant zapytałam o podagrycznik w pigułkach i... wyszłam lżejsza o 100 zł bez 28 groszy :) Ale... (wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od ale) już po trzech dniach (w tym dwóch szparagowych) igiełek prawie nie ma, a i z moich obrzmiałych kostek z lekka czasem widać kosteczki, których nie widziałam od dawna. Pigułek zaś jest w jednym słoiczku 100, w drugim 90, więc lekko licząc to wydatek na 3 miesiące, przytulii po tych 3 miesiącach trzeba zrobić trochę przerwy, więc opłaciła się skórka za wyprawkę. A i opuchnięte dotąd przeguby łapek jakby zmalały, więc może jest dla mnie jeszcze nadzieja?

W sobotę rano (a śpię przy szeroko otwartym balkonie) obudziłam się zmarznięta, z lodowatymi rękoma i z trudem ułożyłam dzienne pasjanse, ręce mi drętwiały, ale żeby mi było zimno, to coś nowego. 

Wstałam, stąpnęłam bosą nogą na podłogę i noga mi odpadła z zimna. Tak sobie przy szeroko otwartym balkonie spałam, a... był przymrozek. Kordełkę mam ciepłą, a tylko rączki na kordełce, więc wyszło jak wyszło.

Poleciałam po pieczywo, bo wiadomo, co Łobuz to inne żądanie, dokupiłam pasztetowej, bo bez tego nie ma życia, ogarnęłam wszystko, ale... zapomniałam kupić masła. Ja nie smaruję masłem, na stole stał rabanek, ale że ma już tydzień, to za świeży nie był i bałabym się to dać Łobuzom :) Więc na drzwiach przykleiłam sobie kartkę z napisem MASŁO :)

A po drodze było całe pole fiołków, których nie miało prawa już być, ale były


 I jedyna flaga, na dokładkę maryjna, nie papieska 


na całym osiedlu świadczyła o głębokiej żałobie narodowej.

Na moim osobistym osiedlu wisiała jedna państwowa, więc pytanie, czy wywieszona awansem na 1 maja, czy też żałobna?

Jak widać, żałobę naród przeżywał z przytupem i półobrotem.
Amen.

Przyjechali, od razu mieszkanie skurczyło się jakoś, zrobił się zamęt i rejwach, ale pomidorowa z ryżem była na posterunku. Tylko rano, trąc rzodkiewkę do serka zdarłam sobie palec (nie lubię siekanej rzodkiewki, lubię tartą), co przeszkadzało mi, bo co kawałek odpadał mi plaster, bo co rusz łapa pod wodą.

Inżynier zwinął się stosunkowo szybko, a przy okazji o mało nie spadł z fotela, wreszcie zrozumiał, co jest nie tak z tym nabytkiem i że na trzeźwo się z niego też zlatuje :)

A ja zostałam z Łobuzami, więc aczkolwiek za ciepło nie było (znaczy się w słońcu pot się z człowieków lał, ale w cieniu można było zmarznąć od lodowatego powietrza), wywlokłam ich na najlepsze na świecie lody do Cytrynowej.

Po drodze na korytarzu na suficie zauważyliśmy 


 ale nie ruszała się. Teraz przed chwilą sprawdzałam i jej nie ma. I. mówi, że są takie zabawki, to mi też wyglądało na zabawkę.

Radochę mieli, bo Alienek zabrał kartkę z napisem MASŁO i machał mi nią cały czas przed oczami, żebym nie zapomniała masła kupić, zaśmiewając się, że mam sklerozę :) I potłukli się o to, kto ma kartkę nieść.

Wleźliśmy zaraz do Aldika, gdzie szedł tyłem, niosąc mi kartkę na wysokości oczu, rechocąc, no i był ubaw.

Przede mną przy kasie  stało małżeństwo z zakupami na wojnę, ale widząc mnie z kostką masła i użerającą się z Łobuzami, sami zaproponowali, że mnie przepuszczą :) 

Uff, są jeszcze dobrzy ludzie, ja też tak przy kasie robię.

No i poleźliśmy na te lody 


 a towarzystwo co minutkę jęczało: daleko jeszcze? No daleko, ale lody warte grzechu. Oburzona Kalafiorkówna, zmęczona życiem jojczyła, że mogliśmy lody w Aldiku kupić :) 

Dowlekliśmy się wreszcie i smak lodów (dostali w wafelku, a nie w kubku, jak groziłam) zrekompensował im tę wędrówkę.

A że rzut beretem był Rossmann, to poszliśmy, bo kończy mi się dezodorant. Alienek rzucił się na pastę do zębów, bo właśnie mu się kończyła (pisałam do Synowej, a ona że faktycznie, zabrał resztkę, ona by wydusiła, on już nie, zakupy planowali na niedzielę, mnie to rybka, kupiłam). Kalafiorkówna próbowała mnie naciągnąć na jakieś torebki z jednorożcem, brokatowe i pinkowe do wyrzygania, ale nie było ceny, więc odpuściłam - ma tych pierdół więcej niż ustawa przewiduje. 

No a że z Alienkiem mam na pieńku o to nieczesanie bocianiego gniazda na głowie (a włoski ma jak Eks - gęste, same się proszą o targanie, ale mimo tego, że codziennie głowę myje, są nieapetyczne), poszłam szukać grzebienia. Niejako na przekór Synowej po ostatniej scysji.

No i odkryli szczotki z lusterkami, made in China, zamykają się i jest takie małe puzderko...

Kupiłam dwie, bo i Kalafiorkówna nie mogła być poszkodowana, a kosztowały niewiele.

Alienek od razu zaczął się czesać...


 A przed sklepem na słońcu odkryli puszczanie zajączków z lusterka :)

Alienek pierwsze co zrobił po kąpieli, to się uczesał, dziś rano po przebudzeniu uczesał się znów (Inżynier twierdzi, że  mu przejdzie, ale mam nadzieję, że nie, bo nakomplemenciłam mu jaki z niego teraz fajny gość) i... wycałowałam i wygłaskałam, wyszarpałam bez skrupułów, bo co czesane to czesane. 

Z Kalafiorkówną się namęczyłam co niemiara, bo rozczesanie takich długich kudłów (a podcinają je regularnie), włoski ma jak jedwab (jak te moje wyrzucone warkocze) to jednak wyczyn. Ale też rano czesała je sobie sama, a w domu zawsze czeka na matkę.

Tylko znów mieli nieobcięte pazury, ale nie dali sobie ich obciąć...

Dokładając do tego niechlujne zachowanie przy stole - dużo jeszcze pracy przede mną.

Bo my jedliśmy zawsze - w kuchni, bo tam miałam stół - wszyscy, stół był nakryty zawsze, nie było zmiłuj. A oni sami sobie robią, co chcą, szkoda gadać. Inżynier szykuje A. śniadanie do szkoły, zawsze, bo mama nie wstanie. Wstawała, jak ja byłam, no ale humor miała wisielczy. Kanapki w wykonaniu I., jak się dowiedziałam, wołają o pomstę do nieba. Skoro tak, zastanawiam się, dlaczego sama ich nie zrobi? Ja robiłam, mimo tego, że pracowałam, a Eks nie pracował.

Nie wnikam.

Ale...

Na kolację zjedli tyle, że bałam się, że na rano nie zostanie nic w lodówce :) 

Ale miałam jajka i boczek, więc jak coś - dałabym radę.

Smakowało im, mimo że nie było NIC słodkiego do chleba, zeżarli pół kilo małosolnych (ocalały trzy na rano) i zamówili kolejną porcję, jak do nich pojadę. Synowa odpisała, że oprócz I. wszyscy lubią ogórki i ona nie nadąża z kupowaniem... Gotowców. Nie zhańbiła się kiszeniem. No logicznie rzecz biorąc - kilo ogórków chyba 10 zł w tej chwili, chrzan, koperek i czosnek 5 zł - za 15 zł, nie licząc czasu, przypraw i wody mam kilo małosolnych. Kilo kupnych małosolnych kosztuje w tej chwili 34 zł. Dla mnie kalkulacja jest prosta. 

Ale morda w kubeł :) 

W każdym razie kanapka w wykonaniu Alienka


 była ekstra. Pasztet borowikowy z ketchupem, ostrym, bo ja taki lubię :) Zakąszana małosolnym i rzodkiewką, więc w sumie zdrowa, bo żaden cukier :) Ketchup zabrał do domu, bo oni takiego dobrego nie mają. I pasztet też :) A masła żadne z nich nie chciało jeść.

Kąpią się już sami, już nie razem, bo tak zarządziłam, to już nie ten wiek, że do jednej wanny...

Ułożyli swoje akcesoria  w łazience, a mi serce zamarło na widok szczoteczki K. Musiałabym swoją cały rok używać, a i tak nie byłaby tak zmasakrowana. Poszperałam w zapasach i mam, pinkową, a jakże, ultra soft. Wzięła łaskawie. Opierdalam I. rano, a on, że dopiero zauważyli, jak pakowali utensylia na wyjazd. WTF? Korzystają z tej samej łazienki i nikt z nich nie widział, że szczoteczka nie nadaje się nawet do mycia fug? A ciągają dzieci z grubą kasę do ortodontów.

Nic, gacie opadają, nie będę bardziej papieska od papieża.

Uśpiłam i padłam, kręgosłup bolał tak, że nie mogłam się z boku na bok przekręcić, a i spanie z Alienkiem to wyższa szkoła jazdy...

Przeżyłam, nawet nie myślałam, o której wróci dziecko me, ze zalkoholizowanego spotkania inżynierów :) 

Pobudka była o 6.02. Spaliśmy z głowami po przeciwnych stronach łóżka, bo z Alienkiem inaczej się nie da...  O 6.02 zlądował na mnie nieśmiało, pod pachę... Wylazł i zaczął mnie ślinić, no co można zrobić, jak nie miziać i przytulać?

Dostał mahjonga, żeby siedział cicho, a ja poleciałam się ogarnąć do łazienki.

Ogarnęłam się, wstała w międzyczasie Kalafiorkówna, dostała drugiego ajpada, z puzzle, żebym mogła ogarnąć śniadanie.

Bo u mnie to dla nich cała operacja logistyczna - przenieść wszystko z kuchni do pokoju. I nie, nie poszłam po linii najmniejszego oporu - ma być porządne śniadanie, jak w porządnej rodzinie zawsze było.  


Breakfast at Tiffany's niech się schowa przy breakfast at Grandma's. Nie ma obrusów, bo na te kilka posiłków nie opłaca mi się wyciągać ceraty i potem ją chować (my jadaliśmy na kolorowych ceratach), a obrusy przy tak nieogarniętych dzieciach są bez sensu, na dokładkę Alienek tak mlaszcze, że powinien jak u Borejków - dostać w paszczę. Zwrócę uwagę, zje dwa kęsy cicho, za chwilę znów mlaszcze.

Posłałam fotkę Synowej, odpisuje, że w domu nie mają tak dobrze...

A stół mają duży, kuchnię przestronną. Chociażby w sobotę i niedzielę tak siąść razem...

Nevermind... 

Starałam się ich utrzymać w ryzach, bo drzwi nie mam, a czort wie, kiedy wrócił ten najstarszy Łobuz...

Chyba wyrobili normę neta na tydzień :)

Jeść nie chciał, bo mało, że poszli na steki, to jeszcze przed północą byli na kebabie.

Ale było widać, że pobalowali.

Ogarnął się, w międzyczasie toczyłam wojnę z K., bo ona włazi w kapciach na meble. I uważa, że może, bo w domu włazi. Pomijam fakt, że u nich w domu po wszystkich meblach łażą sierście, a kanapę rozwalili skacząc po niej (nie kupują nowej na razie, bo Kundel ją jeszcze doprawi na amen), u mnie w domu nie było opcji w kapciach na kanapę. To nie amerykański film, gdzie w butach kładą się na łóżku. A że panna K. lubi wymuszać i stawiać na swoim, oburzona stanowczym zakazem zaczęła mi wywlekać, że jestem niemiła, bo nie lubię Kundla...

Oj, była to merytoryczna dyskusja, ze smrodkiem dydaktycznym. I mimo jej uporu wygrałam ja, właziła na kanapę, a jakże, bez kapci i bez skakania :) Mimo że jestem niemiła.

Ale okazało się później, że jednak jestem miła, bo... Pójdę z nią kupić kwiatki, których mama jej nie chce kupić, a ona chce je hodować, bo lubi też kwiatki... No cóż, narażę się Synowej, ale co mi szkodzi kupić dwie doniczki ogrodowych kwiatków? Zmarnieją? Trudno... Przy całemu uwielbieniu sierściuchów nie ogarniam nienawiści do badyli. Że jestem gorsza, bo nie jestem fanką sprzątania po sierści? Jak trzeba, nakarmię,  sprzątnę. A że nie jestem fanką? Toleruję. 

A na fotki dowodowe, że dzieci żyją jeszcze, dostaję zwrotne fotki, jakie słodkie są sierście.

Nie ogarniam, ale dziwna jestem, cóż, ten model tak ma...

Poszliśmy jeszcze na tyrolkę, gdzie serce krwawiło mi na widok stresu syna, próbującego uspokoić walczące ze sobą jego potomstwo. Mieli wyjątkowo ciężki poranek, a ja dobiłam dziecko, mówiąc, że nie pamiętam takich walk plemiennych. Próbował dyskutować, że też się kłócił z bratem. Nie zaprzeczam, ale nie aż tak. Na ich skarżenie na siebie odpowiadałam, że nie słyszałam, kto zaczął, wobec tego, żeby było sprawiedliwie - biją się na własny rachunek.

Działało.

Byli zawsze bardzo za sobą, co zdziwiło Barana, gdy ich poznał. Mówił, że nie widział jeszcze takiego zgodnego rodzeństwa.

Fakt, Inżynier wzdycha czasem: no cóż, to jest mój brat... 

Jest jak jest, ale gdy patrzę na stosunki rodzeństwa w rodzinach obu mych Synowych - moi chłopcy są idealni, choć tak różni jak ogień i woda. Ale kompatybilni są, aczkolwiek sugerowano mi, że jeden może być synem listonosza, tak różne mają charaktery. Odpowiadałam ze stoickim spokojem - ogrodnika :) 

Odprowadziłam ich do auta, gdzie Kalafiorkówna, jej książęca wysokość upomniała się o buziaczka i rzekła: kocham cię, babciu...

A Alienek jak się dossał do moich polików, to z trudem go odczepiłam, zapewniając dwadzieścia razy, że na pewno nie umyję buzi do środy, żeby te całuski nie zniknęły, no i wycałowałam wyczesaną czuprynę...

A potem, po niezliczonych kiwankach, serduszkach i całuskach, zanim Inżynier wyjechał z parkingu, poszłam do chaty...

Smutna, ale jednocześnie zadowolona :) 

Ogarnęłam przejście tornada...

Reszta dnia upłynęła mi spokojnie.

Jutro na Manhattan po ogóraski, same się nie ukiszą.

W środę na wycug.

Niańczyć  Kundla.

Będzie się działo, jak myślę.

Na co mi przyszło na stare lata: na sprzątanie gówien, przed czym broniłam się całe życie :) 

Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród :P 

 


 I znów bez pachnie jak bez... 

I łzy są pełne łez...

A grudzień szaleje od nowa, apiać :) 



 I dlatego dziś śpię przy zamkniętym balkonie... :) 


UPDATE :)

No i znów cały pogrzeb na nic :) 

Nie jadą do ZOO do Berlina (po napisaniu notki wyskoczyła mi wiadomość), bo 1 maja też w Berlinie jest świętem.

I umówiliśmy się na Szachty.

O Szachtach marzyłam od lat, ale bałam się tam iść sama, a to rzut beretem.

 

Więc jednak: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :) 

 

 


sobota, 26 kwietnia 2025

W szoku

 jestem, Kochany Pamiętniczku :) 

W wielkim szoku.

Budzę się rano, bladym świtem, a na Ajpadziku wyskakuje od razu wiadomość, że Kalafiorkówna nie chce na konie, chce do babci.

Się zastanawiam, czy jej coś nie zaszkodziło?

Bo o koniach to może cały dzień nawijać...

Ale...

Może wanna? Bo jak poprzednio u nich byłam, reklamowała, że jak to, babcia jest, a wanny nie ma? Bo oni mają tylko prysznic, a dzieci uwielbiają wannę. I gąbkę, i kąpiel w pianie...

 

Coś jednak w genach ma. Bo jak dzieci były małe, Eks wylądował w szpitalu i poszliśmy się pomodlić o jego zdrowie. Wychodzimy z kościoła, Inżynier rozgląda się wokół i mówi: a gdzie są pierniki? Tłumaczę mu, że to czwartek, więc nie ma stoisk z piernikami (stały zawsze w niedzielę. A dziecię patrzy na mnie i rzecze: jak nie ma pierników, to nie ma Pana Boga :)

 

Ta filozofia z wanną skojarzyła mi się z tamtą.

 

No i wyszło, że Inżynier miał wtedy rację.

A ja lecę kupić ryż i inne specjały. Ryż, bo pomidorowa ma być z ryżem, a ja ryżu nie mam, bom zjadła dawno, dawno temu i nie kupuję, bo nie jestem fanką ryżu.

 

No ale jak Kalafiorkówna chce ryż, to ryż dostanie.

Tak się wariuje na stare lata...

piątek, 25 kwietnia 2025

Ogólnonarodowa

 histeria, Kochany Pamiętniczku, z powodu śmierci papieża. Podsycona przez Ążeja, który ogłosił sobotę dniem żałoby narodowej.

Qui bono?

Jeśli kogoś ta śmierć obeszła, to nikt mu nie zabrania być w żałobie. 

Ale cała reszta? To histeria.

Tak samo jak histerią były wizyty JPII i jego śmierć.

Ciocia miała do mnie pretensje, że nie byłam ani razu na spotkaniu z JPII, a był  w mojej wiosce dwukrotnie. Ona sama przyjechała, ale nawet tego nie wiedziałam, że jest w Koziołkowie, nie dała znaku życia. Była głęboko religijna, może dlatego, że jej brat, kleryk, zginął w Mauthausen?

Nie mam pojęcia.

Ja sama pamięć o wujku pielęgnuję, aczkolwiek wiem o nim tylko tyle, ile mi opowiedziano, a mówiono mało, no i z mojego przelotnego kontaktu z zakonem marianów (bo do niego należał), gdy znalazłam w papierach po Cioci jego listy z obozu koncentracyjnego.

Sama, mimo licznych powiązań z Kościołem, jednak skończyłam jako apostatka. Choć poza ostatnią, ta nową, wymuszoną niejako parafią z głupim klechą, który podczas kolędy potraktował mnie jak niedorozwoja, ponieważ nie kręciło mnie tłumaczenie, że budują kolejny kościół dla mojego dobra, mimo że stara parafia leży dokładnie w takiej samej odległości od mojego bloku jak nowa.

Omijam wszystko, co jest dla mojego dobra, bo zazwyczaj chodzi o zabranie mojego dobra doczesnego.

Ale tak ogólnie moje "życie" w Kościele  nie było złe.

Lata przedszkolne, w przedszkolu prowadzonym przez zakonnice (które jakieś 2 lata temu dopiero zamknęły swoją placówkę w R., z powodów, a jakże - braku powołań i finansowych).



 Do przedszkola chodziły wszystkie dzieci ze wsi. W tym i dzieci milicjantów, prywatnej inicjatywy, tak wówczas tępionej, chłopskie, dzieci spółdzielców z pegeerów.

Nie było żadnej segregacji.

Nie mam pojęcia, ile wtedy kosztowało przedszkole, czy w ogóle coś płacono za nie.  I już nie mam kogo o to zapytać. 

Siostry były też w wiosce pielęgniarkami - wciąż mam w oczach siebie, siedzącą na korytarzu, czekającą na zastrzyk. We wsi nie było lekarza - był felczer, zastrzyki robiła zakonnica.

Zakonnice opiekowały się też szpitalką - która stoi do dziś, naprzeciwko kościoła. Mieszkały tam kobiety stare, samotne, bez rodziny. W tym i Agata bez nosa, której panicznie się bałam. Dopiero jako dorosła skojarzyłam, że była to wsiowa dziewczyna dla wszystkich (delikatnie mówiąc), która nos straciła w wyniku choroby wenerycznej.

Więc tak - to było moje dzieciństwo i sypanie kwiatków, które dla nas, dziewczynek, było przeżyciem. Sama okrutnie przeżywałam, gdy któregoś roku (a bieda u mnie w domu aż piszczała) nie miałam długiej sukienki, tylko krótką i nie mogłam sypać na środku rzędów.

Potem śmierć mamy, która mną, szesnastoletnią  wstrząsnęła tak, że proboszcz wyrzucił mnie bez rozgrzeszenia, bo odważyłam się zapytać, dlaczego Bóg jest tak niesprawiedliwy, że zabrał mamę, a nie ojca?

I jak z nieba spadł wtedy do parafii mój Eda, który nie tylko ogarnął tę tragedię, ale i postawił mnie do pionu. Który dla dzieci i młodzieży był na tym zadupiu błogosławieństwem. Którego list, pełen goryczy i zniechęcenia do dziś mam. Bo w listopadowy wieczór kazano mu się znienacka spakować i przeniesiono go na inną placówkę. Bo ktoś zgłosił do kurii, że ksiądz nie ma szacunku, bo krótkich gatkach po boisku z chłopakami lata...

Był dla mnie jak brat, jak starszy brat, a kochałam się w nim beznadziejnie, o czym wiedział. Mieliśmy kontakt długo, wpadał do mnie w czasie studiów, brał do knajpy i stawiał obiad, bo wiedział, że głoduję.

I kłócił się ze mną do upadłego o słowa z plakatu nad moim łóżkiem w akademiku: "i Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę, a nie bać się, że pęknie nić...".

Zawiadomiony o ślubie z Eksem tylko cywilnym, przysłał serdeczne życzenia, nie komentując.

Zaś rodzony wujek Eksa, notabene ksiądz, zranił go na pogrzebie babci Eksa (a swojej siostry), nie witając się z nim, bo... nie mieliśmy ślubu kościelnego. Eks wujka uwielbiał, ale miał fazę na niebranie kościelnego (braliśmy go 6 lat później, sama nie wiem po co). Ciotka Eksa, nawiasem mówiąc mama najsłynniejszego wówczas polskiego tenisisty zapytała tegoż wujka, dlaczego z Eksem się nie wita, skoro odwiedza Wojtka, który też nie ma ślubu kościelnego...

Mojego Edę zaś odnalazłam po latach (bo nasze kontakty się urwały, moje małżeństwo totalnie wyrwało mnie z obiegu), kiedy zgadałam się z koleżanką z Auschwitz   o jakiejś dupereli i ona mówi: ale nasz ksiądz często wspominał o bibliotekarce, którą znał, mówił o niej, że albo będzie dobrą katoliczką, albo dobrą ateistką... I tak się okazało, że Eda wylądował w Kiekrzu, gdzie do dziś czasami odwiedzam jego grób. Był tylko 8 lat starszy ode mnie, zmarł okrutną śmiercią - na raka żołądka. Prosił o skromny grób, przywalili go srebrną płytą.

Wbrew temu, co mówi Wiki, nie jest skromna :) Można też o nim znaleźć wiele innych informacji. Drążyłam, bo to dla mnie ważny człowiek.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Edward_Nawrot

I w mojej przedostatniej parafii proboszczem był wikary, który w R. był zaprzyjaźniony z moją mamą :) Od razu wiedziałam, że to on, patrząc na jego charakterystyczny podpis na tablicy ogłoszeń, gdy sprowadziłam się na Dębiec.

I tak, też był moim dobrym duchem.

Ochrzcił moich synów, nieślubnych w świetle prawa kanonicznego. Nie wnikał w szczegóły.

Wspominają go do dziś dobrze, byli u niego ministrantami. Potrafił sprzedać samochód, by dofinansować ministranckie kolonie. 

Mój ojciec wypowiadał się o nim z lekkim lekceważeniem. Na podstawie plotek. Jest kanonikiem. Z tego co wiem, nadal żyje. 

I pomógł mi spokojnie pochować mojego brata, nie wnikając w szczegóły, a musiał wiedzieć, że popełnił samobójstwo.

Więc jak widać, w moim kościelnym jeszcze żywocie raczej nie spotkałam złych ludzi.

Ale... 

Wiele się złożyło na to, że i ja, i Inżynier (choć drążyłam, dlaczego - ale w sumie rozumiem, a był naprawdę religijny, to long story na inną notkę, może napiszę, może nie) odeszliśmy oficjalnie.

Bo tak.

Bo to nie chodzi o tych kilku(nastu) dobrych ludzi w naszym życiu.

Tu chodzi o całokształt, o obłudę i zakłamanie instytucji.

I dlatego - nie płakałam po żadnym papieżu.

A Pierworodny na swoją pierwszą randkę z dziewczyną, która mi się szalenie podobała, szedł właśnie w dniu śmierci JP II, kiedy wszystko było ogarnięte histerią - Santo Subito :)

I jeszcze te fanatyczne teksty teściowej, o proroctwach, o przepowiedni Malachiasza...

No cóż, co ma być, będzie.

Jeśli wierzyć Biblii, będzie koniec świata, zostanę osądzona za swoje grzechy.

I nie zmartwychwstanę, nie usiądę ze sprawiedliwymi po prawicy Jego.

No cóż. Mój wybór. 

Nie żałuję.

Okazuje się, że  jutro zląduje tylko Alienek z ojcem.

Ojciec idzie na lumpkę (no dobra, na spotkanie z kolegami, nie umiem, jak moja teściowa odcinać go od świata). Kalafiorkówna idzie w niedzielę na konie, więc... Ojciec jej musiałby w niedzielę rano bladym świtem wracać na włości, żeby ona zdążyła na konie. Oczywiście, ojciec mógłby przyjechać sam, ale Alienek... chce do babci, nie jest fanem jazdy konnej. Jest fanem babcinych zabawek ;) 

Zaprotestowałam przeciw wracaniu syna po balandze bladym świtem. 

Politechnikę kończył i mimo że na stare lata przystopował z alkoholem, zawsze to spotkanie inżynierów. O, przepraszam, magistrów inżynierów.

Więc niech się wyśpi, odalkoholizuje u spokojnie śniadanie podane przez matkę zje.

Wciąż jest moim dzieckiem.

Ja przestałam być dzieckiem dokładnie 20 lat temu, gdy zmarła Ciocia.

Już nikt dla mnie specjalnie nie robił makaronu i śmierdziela.

Więc dopóki mogę, dopóki siłę mam, chcę, by moje dzieci były jeszcze dziećmi. 

A Alienek to inna bajka, nie mam faworytów, wnuki są równe, idealne.

Ale Alienek, szurający nogami tak, że do grobu mnie wpędza, wciąż pracujący w pocie czoła z logopedą - czasami potrzebuję tłumacza, podczas gdy jego ojca rozumiem nawet wtedy, gdy nie wydaje dźwięku  - wciąż ma takie specjalne miejsce w kąciku mego serca.

Bo tylko on przychodzi - jak jego ojciec kiedyś - zawsze, bez proszenia, na mizianie. Lubi drapanie po pleckach (ja, nienawidząca tego, drapię z rozkoszą). Jest popierdolony bez mała tak jak ja.

Marudzi przy jedzeniu. Nie wolno mi go rozpieszczać, bo zaburzam stabilizację, której potrzebuje.

No ale...

Jest najbardziej w moim życiu - ten miesiąc w UK, kiedy był tylko mój.

Cóż, tak wyszło.

Starałam się przy każdym z tej bandy, ale... No, nie wyszło.

Więc  (nie zaczyna się zdania od więc) co ja za to mogę?

Że mam cały słoik kremu pistacjowego i polezę rankiem po bułki mleczne?

Zaś co do Kundla - odmówiłabym z rozkoszą... 

Ale... To moja jedyna opcja, że nie legnę na fotelu wieczorem 30 kwietnia i nie poleżę na nim do 4 maja.

Więc trudno, coś za coś :)

Ale będę mu nadawała tak, że może zwariować.

Ale coś mi się wydaje, że on lubi, jak ja go wyzywam, bo wysuwa wtedy ten różowy jęzorek i patrzy mi w oczy tak, jakbym była jego ostatnią miłością w życiu.

Ale wiem, co sobie gad myśli: pierdol, pierdol, ja posłucham, a i tak gówno po mnie sprzątać będziesz...

Taki cwaniak...

I nie, nie będę drapała po brzuszku, a nóżki może lizać,  bo nóżkom  się wygło znienacka i (odpukać) nie puchną. Znaczy się kostki wciąż są nietenteges. Ale same stópki są OK, a nawet klapki zlatują, bo są za luźne.

Alem się dziś nanotowała, Kochany Pamiętniczku.

A jeszcze czeka mnie juterko przesadzanie begonii.

Ponieważ nędzne stokrotki z Aldiego zwariowały na maksa i są cudne, zanabyłam dziś nędzne begonie (za supercenę) z Lidla :)

Bo na stokrotkach z kwiaciarni, za 10 zyla PL grasują już mszyce :|

A w loggii coraz mniej miejsca,  bo właśnie zlądował tam badyl domowy, albowiem potykaliby się o niego jutrzejsi sublokatorzy.

Cdn. :) 

 

 

 

 

czwartek, 24 kwietnia 2025

Święta

 święta i po świętach, Kochany Pamiętniczku :) 

Bardzo się ucieszyłam, że nie dałam się namówić na śniadanie na D., jak mi Inżynier napisał, że jadą na 11, a plan był, że w samo południe. Nawet nie sprawdzałam, jak zbiorkom funkcjonował, bo nie chciało mi się. Trochę żal było spotkania z Łobuzami, bo pogoda przecudna była, a ja tyłka z domu nie ruszyłam, ale oj tam, oj tam, nie można mieć wszystkiego.

 Miałam święty spokój :) 

I tak już w drugie święto chciałam sobie zrobić Dzień Dziecka, znaczy się, założyłam, że nigdzie nie lezę, więc zrezygnowałam z mycia głowy (czasem musi ten czerep odpocząć), gdy wtem nagle, znienacka włączył się Pierworodny, z pytaniem o której się spotkamy na lodach. No tak, najłatwiej "zaprosić" matkę na lody, wiadomo, że zapłaci. A do siebie nie zaprosili. Inżynier pogłaskał i napisał, że nie mieli dwóch tygodni na sprzątanie.

Ale luz, święta, pogoda letnia, walić niezaproszenie, kijki wzięłam w dłoń, plecaczek na plecy i polazłam do Cytrynowej. O dziwo, byli prawie punktualnie, o 15.04. Ja byłam o 15.00 :) Przegubowiec olał mnie totalnie, ani nie szczeknął, ani nie warknął, na imię nie reagował, nie był mną absolutnie zainteresowany, nawet do zdjęcia zapozował pokazując zadek.

Debil :) 

Rozmowy były takie nijakie,  letnie, bez sensu i niewiele się dowiedziałam, poza tym, że MW będzie chodziła do liceum w Krzesinach - ponoć ma doskonały dojazd PKP i nie będzie traciła czasu na dojeżdżanie w mieście. 

Choć mieszkam od 52 lat w Koziołkowie, w temacie szkół średnich jestem debilką - moje liceum było najlepsze w całej Polsce (fakt niezbity), moi chłopcy szkoły średnie wybierali sobie sami - kierując się swoimi marzeniami, nie moim zdaniem, więc nie drążyłam. Im zależało tylko na tym, żeby nie iść do ogólniaka, bo tam była biologia (moja mama się w grobie przewraca do dziś), a oni nie cierpieli tego przedmiotu :) Co oczywiście spowodowało wojnę w całym klanie R., włącznie z Eksem, bo u R. wszyscy muszą być lekarzami (w tym pokoleniu nie ma już ani jednego), a sam Eks zapomniał, jaki opór stawiał, nie chcąc być konowałem.

Ja zaś z powodu wyboru Inżyniera, który wybrał ówczesne technikum kolejowe, zostałam odsądzona przez szwagrów od czci i wiary, zaś mówiąc wprost - zwyzywana od kurw, że zgodziłam się na to, by on poszedł do tej szkoły. A wtedy była w niej najlepsza klasa informatyczna w całej wiosce i żeby się do niej dostać, nauczył się nawet na pamięć całego hymnu Polski, żeby sobie podnieść stopień z muzyki, którą olewał ciepłym strumieniem moczu.
Dostał się, skończył z wyróżnieniem i choć tego nigdy nie powiedział wprost - myślę, że docenił moje NIE dla całej familii.

Pierworodny zaś ostatnio sam przyznał, bez bicia, że źle zrobił, nie słuchając matki i specjalnie zawalając egzamin na Akademię Ekonomiczną, bo chciał iść na politologię, gdzie też zdawał. Tam zdał.

Dziś żałuje - ale jak mówiłam - nie naciskałam, każdy miał zakodowane, że uczy się dla siebie, nie dla stopni i nie dla mnie.

Ja swojej decyzji nie żałuję - chciałam na polonistykę. Mój polonista, nawiasem mówiąc, znakomity gość, ale... bardzo nieśmiały, a dziewczyny, zwłaszcza te seksowne długo po nim jechały, rumienił się przez nie, powiedział mi, że dzieci są okrutne (wiedział, co mówi), że z moim słuchem będę miała w szkole przerąbane (wtedy po polonistyce w rachubę na takim zadupiu, jak mój Heimat, w grę wchodziła tylko szkoła, o prasie nikt nie marzył). I powiedział mi, że właśnie dowiedział się, że otwarto w Koziołkowie bibliotekoznawstwo i informację naukową - i tym sposobem urządził mnie (w najlepszym tego słowa znaczeniu) na całe życie. Chociaż marzyła mi się praca ze starodrukami, ale i to, co mnie spotkało - chwalę sobie. Dziś dzięki komputerom i w bibliotece praca byłaby dla mnie OK, ale... A, long story i na inną notkę.

A wracając do naszych baranów - jeżeli MW to pasuje, to mnie też :) 

Papryczek jak zwykle był milczący i płaczący, bo... oblał się odrobiną wody, pijąc ją z butelki. A temperatura była latowa, a i śmigus-dyngus był. No ale to jest Papryczek. Serio - jestem trochę przerażona, bo to było nie było 10-latek, a zachowuje się jak trzylatek.

No nic.

I tak nie mam z nimi ani kontaktu, ani na nic wpływu.

Wychowywać ani dawać dobrych rad nie próbuję.

Jako że miałam kijki, zaproponowałam spacer - chcieli mnie odprowadzać do domu, ale powiedziałam, że tym razem ja ich odprowadzę.  

I poszliśmy, w krainę wspomnień.

Na naszą "rodzinną" ulicę. Czasem chodzę tam sama, ale miło było tam pospacerować z Pierworodnym, dla którego to są też wspomnienia. Wyprowadzał się stamtąd mając 6 lat... I nie jest mu to tak obojętne, jak Inżynierowi. 

Synowa podśmiechiwała się, że oni tuz  kundlem spacerują i "ona na pamięć to umie".

Ale dla nas była to konfrontacja tego, co pamiętamy i tego, co nowe jest.

To były dobre chwile.

Zakwitały właśnie bzy. No dobra, lilaki :)
W ogrodzie skrzat się chował...
Magnolie już przekwitały...
Za to różanecznik był w pełnej krasie.
A i zajączki się czaiły w ogródkach i na oknach - do wyrzygu było plastikowych szkaradzieństw na parapetach :)
A Synową kręciło robienie fotek mojej kubańskiej dupy, gdy ja fociłam piękne okoliczności przyrody, podrzucając kijki komu się dało (z kijkami trudno focić). Dopiero w domu na kompie zauważyłam, że z buta malowniczo zwisa mi plaster z obtartej pięty, ale nic już się więcej nie obtarło :)

 Bajka...

Dotarliśmy do przystanku, gdzie była ławka, a że mi akurat bateria w jednym uchu padła, chciałam ją wymienić, ale...

MW zameldowała, że źle się czuje - mnie też niewiele brakowało, bo upał był, a nie kupiłam wody. A że nadjeżdżał mój autobus, a i oni mieli za chwilę swój - pożegnaliśmy się i dobrze, bo chwilę po tym, jak dojechałam do domu, przeszła burza, niewielka, ale zawsze :)

Kolejne dwa dni przekiblowałam  w chacie, chociaż budząc się, obiecywałam sobie, że pójdę w stronę słońca.

Poszłam, dopiero dziś.

A warto było


 I na Manhattanie były już komarzyce.

I zaćmienie  umysłowe mnie dopadło, z czego mieli polewkę i gość, u którego co roku kupuję komarzyce i jego rozmówca.

Płaciłam za zakupy i mówię: nie za mało pan policzył - gdy wydawał mi resztę.

Policzył jeszcze raz  i mówi - nie :)

Zamiast być zadowolona, że mniej zapłaciłam, dalej mi nie pasowało.

Odeszłam, pomacałam w wózeczku, wracam i mówię: ale to za 2 komarzyce, nie za 4.

Goście zdębieli. Mówi, że cztery...

A ja znów swoje i że maturę ponad 50 lat temu miałam, z matmy słaba byłam...

Im się zgadza, mi nie.

A ja, głupia cipa, zaćmienie umysłowe miałam i ni chujenki nie wiem, dlaczego dwie komarzyce po 7 zyla za sztukę policzyłam na 21 zł.

Czyli gość policzył OK, a ja się ośmieszyłam.

Tak jak z tą kuchenką gazową, którą można spokojnie odsunąć.

Czy to już alzheimer, drogie Bravo, czy zwykła wpadka?

Nie wiem...

Po drodze wleciałam jeszcze do Aldika i kupiłam pelargonie zwisające


 

 I tu mnie oszukali na cenie, bo na regale było 19,90, a kasa nabiła 27,90.

Ale że lało jak z cebra, do domu wróciłam mokra jak mysza (nie miałam trzeciej ręki do trzymania parasola), stwierdziłam, że nie polecę reklamować.

A że przedtem Inżynier zapytał, mówiąc, że mam prawo mówić NIE, czy wzięłabym na nocowankę Łobuzy (a obiecałam im taką frajdę), no i jego, że wróci wieczorem (taaa, znamy to wieczorem), więc...

 Osapnąwszy i wybiwszy sobie z tego siwego głupiego łba porządny obiad, bo i tak zostanę ze stertą jedzenia (Alienek pyrów nie tyka kijem nawet, nie mówiąc o innych warzywach - warzywo jest tylko jedno - frytki z ketchupem, a ja nie mam miejsca w zamrażalniku na żadne frytki), zatem wstawiłam


kurczakowo-wołowy, ze świeżą maggi, wyszedł ojapierdolę, będzie pomidorówka albo rosołek, co kto sobie zaśpiewa, ojciec Łobuzów zarzeka się, że nie tknie, bo idzie na lumpkę...

Małosolne zakisiłam, cały dom nimi pachnie - w zeszłym roku żarli na potęgę, w tym nie wiem, czy im się nie odwidziało, ale już z młodym koperkiem z baldachami i z chrzanem, więc są obłędne...

I kopnąwszy się w tę tłustą kubańską dupę, posadziłam wszystkie badyle, choć Niechciałomiś protestował.

Tak więc weekend będę miała w miarę pracowity, ale potem mam jeszcze cały tydzień wolnego :) 

Tak naprawdę wolnego.

SMS dostałam, że dowód jest już gotowy (miał być około 2 maja). Ale żeby go odebrać, dostałam termin rejestrując się do odbioru na... 21 maja :)

Na paszport jeszcze nie składałam, nie dojrzałam po tym, jak wycofałam termin jadąc na wycug.

Nie potrzebuję go, złożę podanie tylko dlatego, że mam go za friko i fotkę mam.

Nie ruszam tej tłustej kubańskiej nigdzie.

Home sweet home.

I zastanawiam się nad kupieniem mascary do brwi, bo mi osiwiały doszczętnie i ledwo je widać.

Ktoś coś - warto?

I nie, nie wydam stówy albo i więcej na makijaż permanentny brwi :) 

Jestem Szkotką wyrzuconą ze Szkocji za skąpstwo :) I na rolkę trafiłam, na której kosmetyczka chwali sadełko na mordzie, mówiąc, ze odmładza.

Coś w tym jest, bo ja nie narzekam :P 
 

UPDATE

Dosłownie przed momentem zostałam wrobiona (no dobra, zgodziłam się sama, bez bicia) na zajmowanie się Kundlem (na włościach), bo u mnie by chatę zdemolował z badylkami, jest na nie pies) w długi weekend majowy.  

Wprawdzie tylko od rana do wieczora, bo oni jadą do ZOO w Berlinie - taka rodzinna tradycja z okazji urodzin Synowej, ale...

No, nie będę sama :)

Widziałam, że ten Kundel to samo zuo...

Ale...
Dobrze być z bliskimi.

A potem wracać do home sweet home :) 

Kurde, jeszcze się zasierściuchuję na amen :P

Nie cierpię sierści...

 

 

piątek, 18 kwietnia 2025

Ojacierpiędolę

Kochany Pamiętniczku :) 

Jak wiadomo, nie podpisała mi urlopu, bo pyry się przeniosły z 30 kwietnia na maj. 

Ale nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło - wracam do pracy 5 maja :P Bo 2 maja mamy wolne za 3 maja i tym pięknym sposobem mam 2 tygodnie wolnego, nie biorąc ani jednego dnia urlopu :) Bo ani mi się śni przed 1 maja na pocztę zaglądać.

Dziś miałam od rana dyspensę, a jakże, od pani M., bo Manhattan jutro wybiórczo pracuje, a ja już nie jestem jak sarenka i zakładałam, że mogą być kolejki.

Budząc się rano, znalazłam na MSG pytanie od pani Odkrówkowej,  z wczoraj, czy jeszcze żyję. 

Wysłane o 21.53, a ja padłam ze zmęczenia o 21.30, bo to był bardzo intensywny dzień, jak zawsze w "tym" tygodniu.

Opisałam, że żyję, ale co to jest za życie? I tak sobie miło pogawędziłyśmy, gdy się suszyłam po kąpieli i śniadanko szamałam.

A Boss, niby już nie-Boss o 22.53 przysłał wywiad do korekty, zupełnie, jakby chciał sprawdzić, czy punkt 9 będę na posterunku.  No tom skorekciła, susząc kudły i mnie nie przyłapał. Coś mi mówiło, że tak będzie :) 

A oczu nie chciałam otworzyć, bo sen miałam nad ranem disneyowski. Śniło mi się, że wysiadłam na "mojej" stacji w R., że jechałam do domu, a jednocześnie chciałam wracać do Koziołkowa. I mijały się pociągi, wykolejały, wkolejały, jechały nie tam, gdzie trzeba. Zła, ruszyłam w stronę domu, ale na zakręcie, koło kościoła, okazało się, że... nie ma drogi do domu, za to rozciąga się bezkresne pole, zarośnięte na czerwono-żółto-biało kwiatami...

I nagle na to pole wjechały wszystkie maszynki z maszynek i z mojej gazetki, takie te tam Jelonki, Claasy, Masseye, z kosiarkami,  pługami, podsiewaczami, maszynami do strip-tillu, kopaczkami, robotami pielącymi, bronami i innymi cudami, i pole zaczęło w oczach brązowieć i zielenieć... 

A mojego domu już nie było...

Kolory były takie, że do teraz je widzę i za nic nie chciałam się  obudzić, otworzyć oczu, ale...

Mus miałam - albo sen, albo Manhattan  i ogarnięcie kuwety :) 

Widok za oknem rozbudził mnie, był obiecujący


 Chociaż wczoraj cały dzień siedziało na siatce antysrajdowej takie cuś.


 Ciem? Kapciem :) Tak, to była ćma, odleciała wieczorem, cuda wianki są, temperatura jest niespotykana o tej porze roku, śpię przy szeroko otwartym balkonie i jest mi za gorąco. W dzień wczoraj było 28 stopni.

Wygrało poczucie obowiązku, ale sen jeszcze wieczorem pamiętam, a to rzadkość.

W piekarni majątek zostawiłam, a kupiłam tylko dwa chleby orkiszowe, keksa, bo lubię, mazurek kajmakowy (taki jak rolada, rozklepał mi się w siatce mimo kartonu, ale rozklepany też jest pyszny, a to jest mazurek, a nie ta tektura mazurkopodobna) i kawałek sernika z bezą. 101 zł 48 gr. 

Pewno więcej opłaciłoby mi się samej piec, ale primo po pierwsze, może nie wyjść (a zazwyczaj pieczone z okazji nie wychodzi), a primo po drugie - kiedy, jak latałam od roboty do kompa, sprawdzając, czy już coś doszło (a Boss w tym numerze był aktywny).

U rzeźnika wzięłam na wstrzymanie, bo w sumie mam pełną zamrażarkę (wyciągnęłam kawałek, tak 20-cm schabu w całości i upiekłam, nie cudując z dodatkami i nie rozmrażając - wyszedł przepyszny). A mam jeszcze w lodówce dwa cyce kurzęce, bo - głupia ja. Oglądałam sobie roli, czekając na pracę i Maciej Kuroń pokazał cyc kurzęcy po czesku i mam zamiar to popełnić.

Bo mam wreszcie zamiar zjeść porządny obiad, po tygodniu, kiedy 3 dni jechałam na zupie jarzynowej z włoszczyzny (średnio lubię),  a następne trzy na ogórkowej (bo zakisiłam ogórki, no wyszła z reszty rosołu ogórkowa na trzy dni).

Gotowanie dla singla o kant dupy jest. 

A już dla starego, co trzech talerzy nie wciągnie naraz to masakra. 

Nakupiłam jeszcze pieścichłopów i potem żonkili - w taki dzień jak dziś to musowo mieć żonkile, bo nie jestem antysemitką, chociaż współczesny Izrael a tamci nasi współrodacy to chyba dwie różne nacje...

Wróciłam do domu lżejsza o kolejne jakieś 300-400 zł. Nie liczyłam. W dupie mam.

Do grobu nie zabiorę, co najwyżej będę kiedyś zęby w ścianę wbijać, co może być wesołe, bo niewiele mi ich zostało :) 

Ale do brzegu, jak pisał nieoceniony Paweł T.

Baterie zaczęłam wywalać z jeszcze szwendających się lampek, bo się pokończyły, a jak tak leżą, to się zlewają.

A Inżynier pisał, sfrustrowany: Anglia nie pracuje... Niemcy nie pracują... RPA nie pracuje... Indie nie pracują... ale Polska, najbardziej katolicki kraj w Europie, w Wielki Piątek pracuje.

Hehehe, obśmiałam, on apostata, ja apostatka, a Wielkanoc nam w głowie.

Sfrustrowany był, nie, że jak ja czekał na robotę, choć jego korpo tylko w PL pracowało, ale... nie miał motywacji :) 

I tak jedno szło, a drugie nie szło, ale...

 


 rabanka tradycyjnie zrobiłam, krzywego jak zawsze, ale z irlandzkiego masełka :) I od razu się zawielkanocniło :) 

Potem, wymieniając baterie


 przy wejściu do mieszkania tradycyjnie jednak postawiłam wielkanocną choinkę, która wkurza jedną z moich synowych (nie powiem którą), bo wkurza ją to, że u mnie zawsze gdzieś są jakieś lamki :P

No a kto bogatemu zabroni?

To, że one nie mają serwetek i innych dupereli, to nie dowód, że ja ich mieć nie mogę.




 Osiedle też się przystroiło na święta, a mój clematis, kupiony z dwoma zdychającymi listkami odżył i


 

może wyrośnie na człowieka?
 

Redakcja też się dziś sprężyła (gdybym ja tam szefowała, sprężałaby się co miesiąc, nie pracując po godzinach, ale nie warto już dziś o nic walczyć), skończyliśmy przed 16. Ja już mało, że wszystko pracowe zrobiłam, to jeszcze poprałam, posprzątałam, kilka odcinków serialu oglądnęłam, pograłam, pogotowałam...

Jestem kobietą pracującą, żadnej pracy się nie boję - i nie chwaląc się, nawet jak mam Niechcieja, to ogarniam kuwetę, bo tak.

 Bo mogę, choć niechcemisie.

Bo na końcu niechcemisienia widzę relaks :) 

I to jest piękne i motywujące.

A z dobrych (oby, odpukać) nowin. Wczoraj pisze do mnie Pierworodny, że zdał SEP. Gratuluję, ale pytam po co? (myślałam, że to jest na wieki wieków amen, ale nie, co 5 lat trzeba odnawiać). Ostatnio leciał do mnie z UK, żeby to zdawać. W sumie SEP powinnam mieć nawet ja, bo wg przepisów BHP może mnie to zabić (odpukać, od lat mnie nikt na szkolenia nie wysyła, a w stacjonarnej epoce co rusz zjawiał się dziadek szkolący, w najmniej odpowiednim momencie mojego cyklu, który wyjaśniał mi, że ze względów BHP nie powinnam nawet kabla z gniazdka wyciągać, nie mając uprawnień, ani żarówki wymieniać i inne takie sranie w banie, dziadek miał za takie szkolenie w firmie płacone więcej niż ja za cały miesiąc, cudna fucha). 
P. odpisuje, że może więcej zarabiać, ja sprawdzam koszta kursu... Pytam, czy zakład opłacił. Nie, sam zainwestował w siebie.

Jestem w szoku.

On milknie.

No ja cała w skowronkach piszę do I., bo sobie myślę, że ale jak, tyle kasy. I czuje się winna, bo powinnam (kurwa, kiedy ja zmądrzeję?) mu ją dać.

I z Inżynierem gadając, w przeciągu kilku minut dowiaduję się więcej, niż przez pól godziny wyciągania z P. wieści.

A wyciągałam mu jak psu z gardła.

I mówi mi, że nie mam dawać mu kasy, niech coś raz zrobi na własny rachunek.

Wyjaśnia detalicznie o co lotto.

I na moje, że w takim razie dam na zbliżające się urodziny (bo ja, kurwa, niereformowalna jestem, nie da się ukryć, kocham te moje pisklęta jednakowo, choć tak różne są i na różne sposoby mi nerwy szarpią - po kim one takie są? Bo na pewno nie po mnie).

I I. mówi, że wreszcie mu matka zmądrzała.

Kurtyna.

Piszę do P., gratulując, podbijając bębenek i opierdalając, że nie informował mnie tak, jak brata.

A ten gad: że do brata dzwonił, a do mnie pisał, robiąc zakupy.

Kurwa, kamyk mi do ogródka wrzucił, żem głucha.

I pisze, że jaką do O. tylko na sobotę i niedzielę. Wracają w niedzielę. Czy mogą wpaść w poniedziałek. 

I szczyt mojej asertywności: odpisuję: a może ja do Was w poniedziałek wlecę?

Bo niby dlaczego ja mam latać z ciastem, z kawką, przestawiając meble, żeby wszyscy się zmieścili przy stole, latać z każdym gównem z kuchni (niestety, moja kuchnia jest nie do ogarnięcia dla laika) i do kuchni?

Zmywać?

Odpisał, że musi to uzgodnić z żoną.

No i cisza w eterze.

Gadam o tym z I., a ten: musieliby zacząć dwa tygodnie temu sprzątać, żeby mamę na kawę zaprosić.

Wiem.
Ale nie jestem sanepidem.

Moja Mama, pracująca w czasie okupacji u Niemca jako pokojówka, opowiadała, że  pani domu co rano chodziła w białych rękawiczkach, sprawdzając kurze. Ja zdejmuję okulary i jak nie widzę kurzu, da się żyć. 

Wiem, że mają wciąż bajzel, bo wciąż tłumaczą, że sprzątają.

Ale ja nie chcę iść do nich na kawę, żeby oceniać bajzel. Nawet niedomyty kibel przeżyję.

Nie rozumiem tylko jednego: dlaczego ja wciąż muszę mieć siły, by gościć cztery osoby, a oni nie mają siły, by podać herbatę jednej? Mogą być do tego słone paluszki, mnie ro rybka. U Inżyniera wyżeram chipsy, bo sama ich nie kupuję nigdy, nie marudzę, że nie ma kawioru :)

Stara jestem, wbrew temu, że jadę w życie Błękitnym Expresem, robiąc dobrą minę do złej gry, czasami chcę nic nie robić.

Ano :) 

Do dziś cisza. Nie odzywam się.  Nie wyrywam przed orkiestrę.
Wiem, że mama Synowej zaprasza ich, lamentując, ile o ona musi się narobić. Ma dużą kuchnię, zmywarkę i inne bajery, których ja nie mam. Mam ciasną, nieergonomiczną kuchnię bez stołu (z własnej głupoty). Jej mama ma na karku jeszcze dwóch pojebanych chłopów (mówię, jak jest, ja bym takie egzemplarze przez okno wywaliła), cierpi w milczeniu i bierze sobie dodatkowe 4 osoby na kark :) 

A ja zdobyłam się na asertywność i powiedziałam:a  może ja bym do Was wpadła? Może jakiś spacer, jak pogoda będzie, albo jakieś lody, jak coś będzie otwarte?

I choć ja za te lody bym płaciła, to i tak warte to mojego niewysilania się.

A jakie będą święta?

Nie wiem.

Dla mnie to po prostu wolne do 4 maja.

Bo tak, mimo tych rabanków i wielkanocnych choinek - jestem wolna...

Wolna od tego, że coś muszę. No dobra, od pracy nie jestem.
Ale wolna od tego, że święta jestem już od dawna.

Nawet przed apostazją byłam od  tego wolna.

Ustępuję tylko przed Gwiazdką, ale to dla wnuków.

One i tak mają swoje piekło, bo wciąż nie ogarniają, dlaczego ich rówieśnicy chodzą do kościoła, a one nie (to Łobuzy, nigdy nie były w kościele). Inżynierostwo miało ślub cywilny w plenerze, chociaż jej rodzina jest bardzo religijna, aż do bólu. Nikt nie zaprotestował, przeszli nad tym do porządku dziennego, ale w sumie to dziwna rodzina jest. Ja na jej miejscu protestowałabym z transparentami :) Ale może to ja dziwna jestem :P

Od Pierworodnego te z Dżemorem są chrzczone, bo tak, bo takie było życzenie ich dziadostwa (nie moje), ślub kościelny też brali ich rodzice, bo co powiedziałaby cała O. na brak ślubu kościelnego? 

No i proszę, jedno święto kościelne w PL, a tyle przemyśleń :)

Wszystkim Czytaczom,  tym wierzącym i tym niewierzącym - pięknych, dobrych dni, przeżytych bez spiny, niech Wam miną w spokoju :) 


 

wtorek, 15 kwietnia 2025

Gdy się człowiek

 robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy-
wieje, Kochany Pamiętniczku :) 

I tak: nózia jeszcze puchnie, ale już mniej, za to sikam jak zepsuta strażacka sikawka.

Opuchlizna schodzi, kiedy łażę, ale primo po pierwsze - nie za bardzo mam czas teraz na łażenie, bo "ten" tydzień, primo po drugie nie za bardzo mi się chce, choć pogoda ładna.

Nie lubię bez celu, a każde wyjście po zakupy kończy się ubytkiem na koncie prawie dwóch stów, a lodówka i tak świeci pustkami.

No dobra, na Manhattanie wiosna pełną gębą


 szparagi (zakazane w moim menu, ale oj tam, oj tam, lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło) po 48 zł za kilo, ale co za rozkosz dla podniebienia i jaki miły smród po sikaniu :) 

Na Biedronkę się obraziłam za to wino i nie byłam tam od miesiąca, nie licząc wizyt w niej na włościach, ale tam nie podawałam karty Biedronki, więc tym bardziej zaskoczył mnie SMS o treści: Dzień dobry, jestem Tomasz, Kierownik sklepu Biedronka ul. ...... Jesteśmy gotowi na Twoje świąteczne zakupy - bla, bla, bla... Zapraszamy.

Pocałujta wójta w rzyć :) 

Musze chodzić okrężną drogą, bo remontują ulicę w okolicy i nie da się przejść, ale i tam wolę do Lidla czy do Aldi. Dziś byłam w Aldim i choć nie dostałam wszystkiego, co potrzebuję, byłam po 17, na Manhattan pójdę w piątek, mam umowę z Panią M., że mogę być później w pracy, zakupy zrobiłam spokojnie. W Aldi jest mniejszy wybór, ale wcale nie gorszy, a ceny nie różnią się od lidlowskich czy biedronkowych tak znacząco, żeby robiło mi to różnicę. 

Za to dużo miejsca między regałami, dobry towar - moje ulubione twarożki i jogurty, i... żadnego odsyłania do kas samoobsługowych, po prostu ich nie ma. Cena z półki jest na kasie, nawet towary przecenione ze względu na krótki termin przydatności są nabijane perfekcyjnie :) 

A i dzisiaj, gdy wypakowywałam multum zakupów, podleciała laska i podniosła mi koszyk mimo moich protestów, bym nie musiała się schylać, wyciągając zakupy na ladę. I nie chciała przejść przede mnie, mimo że miała trzy rzeczy, a ja piedyliard... I tak zgodnie z moją spiskową teorią dziejów zaczęłam się zastanawiać, czy już wyglądam na taką niedołężną starowinkę, czy też laska miała jakieś grzechy na sumieniu i pokutę do odbębnienia. Podziękowałam jeszcze raz, ona wychodziła,  ja jeszcze ogarniałam zakupową kuwetę :P

I coś sobie zrobiłam w nadgarstek, ale to już w domu, pobolewa, zastanawiam się, jak jutro wylezę z wanny, a to wszystko przez lampkę do czytania, która wzięła i zdechła - pewno nie do naprawienia, bo ledowa i chujwiejak wymienić żarówkę (włącza się i pada), mam wrażenie, że padł przełącznik... Wstawiłam do kąta, jak będzie święto lasu i P. się zjawi - może coś ogarnie. Jak nie, kupię nową, w końcu na coś muszę kasę wydawać, a niespecjalnie mimo pierdyliarda lampek w chacie mam taką do czytania, a do wydruczków muszę mieć lampkę...

I coś się zacięło w wieży Eiffla, ale pan zakładający rolety mówił, że przetrwają 10 lat bez kota i bez małych dzieci, a to już więcej od remontu minęło.  Szukałam już, ale za mało jeszcze, czy jakaś firma wymieni rolety, ale nie znalazłam takiej, która wymieni na drukowane (nie musi być wieża Eiffla), ale nie znalazłam... Nie chcę zwykłych rolet, chcę z nadrukiem. Firma, która moje zakładała - na rolety w całym domu wydałam 2500 zł, wtedy to była kasa! - już zniknęła z Koziołkowa...

Namęczylam się, ale zakładam, że kiedyś jebnie.  Nic to, założę nowe.

Rekuperacja.

Nienawidzę. Nie można otworzyć nic na oścież, bo... rekuperacja.

Inżynier ma.

I dlatego źle mi tam.

Bo ja, wstając teraz, otwieram szeroko balkon i mam powietrze. Może ze spalinami, może jeszcze nie za ciepłe, ale - powietrze.

A nie to z rekuperacji, rzekomo bez wirusów, bez bakterii, bez robactwa...

Ale jakieś takie niemiłe, duszące (wymieniają filtry, czy co tam trzeba).

A i tak nie pachnie tak jak u mnie - badylami (czasem dusząco), świeczkami (tak, wiem, niezdrowo, jakieś tam związki chemiczne), czy czasami nawet gnojem z pobliskich pól pod Koziołkowem :) Wonieje mi mokrym psem i... kuwetami (sprzątanymi i stojącymi w łazienkach, żeby nie było).

Czuję się zamknięta i zmiażdżona. Za dziećmi wyłażącymi na ogród należy błyskawicznie zamykać drzwi, bo rekuperacja.

I tak sobie myślę, że już nie nadaję się do współczesnego życia i do niektórych wynalazków :)

No dobra, zajączkowanie blisko. Jako poganka mam na wszystko wyjebane, odmówiłam nawet udziału w wielkanocnym śniadaniu na D., choć zapraszali. Ja nie zapraszam, bo nie widzę sensu w lataniu przy garach od bladego świtu, by nakarmić wiele luda. Sama też nie widzę sensu w jechaniu na włości (chyba w niedzielę wielkanocną tak rankiem nic nie jeździ, a po co ganiać biednego I.?). Moja Wielkanoc to leżing i leniwing. Nie widzę sensu w jedzeniu "tradycyjnych" potraw. Bo szkodzą mi w większości na wątrobę, więc zjem normalnie. I nie, Chrystus zmartwychwstanie, mimo że nie święcę pokarmów, nie poszczę (z racji wieku nie muszę, ale co to za bóg, którego egzystencja zależy od tego, co zjem?).

Sałatki nie robię, bo nie da się jej zrobić dla jednego człowieka, żeby nie musiał jej żreć przez kilka dni.

Kupnej nie chcę, bo sama chemia.

Owszem, mam majonez, chrzan kupię na Manhattanie, bo w marketach sama chemia z pirosiarczanem sodu i innymi cudami... Na Manhattanie od Grześkowiaka ma dobry skład.

Jajka mam, wbrew medialnej histerii ani nie podrożały, ani ich nie brak.

A jajka lubię, więc zjem :)

Może Inżynierostwo wlecą, może zawiozą na włości - rybka mi to.

W piątek (ten Wielki) wszystko jedzie do druku, ale litościwa Pani M... jak wyżej.

A potem jest tylko trzydniowy długi weekend.

Chciałam urlop po 1 maja, ale jak zwykle - wiatr w dupę. Przesunęli pyry i  nie zaakceptowali urlopu.

Ale pod koniec maja będę miała dwa tygodnie wolne, aczkolwiek jeszcze nie te na wczasy pod gruszą. Ale DWA TYGODNIE freelancer...

11 maja planowany wypad do Umarlaków.

Zając do ogółu wnuków poszedł, szarpnęłam się - i Łobuzy, i druga Banda dostały po równo, chociaż miałam opory, ale oj tam, oj tam, do grobu kasy nie zabiorę, a koniec blisko.

Poszkodowany jest Mały T., dostanie tylko słodycze, ale sorry Winnetou...

I o dziwo, Mała Wiedźma na SMS, że poszła kasa na jej konto - podziękowała. Też SMS. Jestem w szoku :) 

Czarną kredą w kominie czas to zapisać...

Z K. dostałam MSG, że zmarł mój kuzyn, młodszy ode mnie...

W zeszłym roku mniej więcej o tej samej porze, dostałam SMS, że zmarła jego siostra, starsza ode mnie o kilka lat.

Nie daję rady jechać w "tych" dniach, mało tego - choć to Wielkopolska, to miejsce odcięte komunikacyjne od Koziołkowa. Inżynier nie dostanie urlopu, żeby mnie podwieźć. Zresztą nie miałabym sumienia, żeby go o to prosić, każdy ma swoje życie, a on był tam, mając jakieś 4 lata. Zależy mi na pracy, a dopóki nie umrę, albo nie odejdę - jestem niezastąpiona, taki lajf, mało kto to rozumie.

Kuzynce jeszcze posłałam kwiaty.

Kuzynowi już nie, bo zawiadomienie mnie w przeddzień pogrzebu, tak że nawet nie miałam na to szans - w sumie kuzynowi potrzebne są  te kwiaty, jak umarłemu kadzidło...
No, mam wyrzuty sumienia, ale...

Zawiadomienie wysłał jego bratanek, którego widziałam ostatni raz, jak stał w łóżeczku i obgryzał farbę ze szczebelków...

I na moją odpowiedź już nic nie odpisał.

Tak w sumie to dla mnie obcy już ludzie.

On pewnie myśli, że ja się wykręcam.

Mnie zależy na pracy, bo cóż, jest jak jest.

Każdy ma swoje piekło.

A kuzyn był chrześniakiem mojego ojca. I jak to w tej rodzinie modne - był alkoholikiem. Tak, wiem, o umarłych albo dobrze, albo nic.

Ale nawet mój ojciec, też alkoholik, ale funkcjonujący do czasu, sam mówił, że R. już nigdzie nie poleci, bo wciąż mu siarę robi.

Opiekowała się nim zmarła w zeszłym roku siostra, dla mnie - bohaterka. Nie pracował, wisiał na niej.

Po jej śmierci, zawiadamiający mnie o tym ich bratanek, pisał, że on się nim zajmie, bo wujek go słucha.

 Nieważne, w sumie to nie jest moja bajka.

Łączą nas więzy krwi, ale jakże nietrwałe.

I tak liczyłam członków rodziny, z naszej krwi, paru się znalazło.

I na serio - z nikim  nie mam ani ja, ani moje dzieci kontaktu.

Osobiście mam luźny kontakt z rozwiedzioną żoną mojego kuzyna. Nawet nie wiem, czy on jeszcze żyje.

To już nie te czasy, gdy rodziny trzymały się razem.

Z FB dowiedziałam się, że mąż (nawet nie wiedziałam, że to jej mąż) córki szwagra ma białaczkę. Że mają założoną zbiórkę, nie, nie na leczenie, ale na... żywność dla kóz, koni i innych zwierząt.

Więc - żyję swoim życiem, w sumie bez rodziny.

I tak, jestem szczęśliwa.

Mimo wszystko.

Bo tak :) 

 

Więc.

Może jestem bez serca.

Może jestem starą wariatką.

 A może już pozostaje mi tylko słuchanie piosenek i...


 

 Nie ma opcji, ale cieszę się, że wciąż żyję...

Cieszę się każdą chwilą, bo jak mówi stare chińskie  przysłowie: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :) 

Znaczy się, Sztaudynger, moja miłość tak mówi...

I to by było na tyle :) 

Okrutnam, ale cóż, tak wyszło :P 

 

 

 


środa, 9 kwietnia 2025

Home

 sweet home, Kochany Pamiętniczku :)
Znów podłogę całowałam po powrocie.

Czysta była, bom czystą zostawiła.

Ale nie narzekam, te cztery dni, a w sumie pięć darowane od życia są.

Alem zmęczona okrutnie, jak koń po Wielkiej Pardubickiej.
Inżynier zabrał mnie w sobotę po południu, bo wychodziłam z założenia, że jak wylatuje w niedzielę o 12.30 (wylatywał o 11 z minutami, tak zorganizowany jest...), to nawet jak wleci po mnie o 8, zabierze, a i ogarnąć musi moje lary i penaty, bo to i podłączyć trzeba i znów pokazać mi jak co działa, gdzie klikać - niby wiem, ale nie mój cyrk, nie moje pchły, nie ma letko :) 

Wszystko szło fajnie, ale we wtorek okazało się, że nie mam SE w lapku, a powinnam mieć, bo to firmowy program, ale nie ma i chuj. Dobrze, że nikt z redaktorów się nie indyczył i dosłali to w Wordzie, tym razem oni mieli więcej roboty. Drukarka też inna niż moja, drukowała jakby chciała i nie mogła, a do skanera musiałam latać z każdą stroną osobno, nie to co w domu - siedzę przy biurku i po lewej mam skaner... 

Ale ogarnęłam, zamknęłam, maszynki też, bo nie uprzedzając mnie przerzuciły się na poniedziałek.
Dziś zaś krówki zamykałam, no jak zawsze, ale się zamknęły na amen. No może nie na amen, bo nie są zautoryzowane, ale jutro jestem w domu i już wszystko na luzie i na spokojnie.

Home sweet home, I love you :) 

Bratki dzielnie przetrwały ten cały armagedon pogodowy, nawet pieścichłopy wyglądały jak nowe. Mam nową metodę - wlewam do wody 2-3 krople Domestosu i stoją dłuuuugo. Z tych wodę wypiły, ale stały zakonserwowane :) 

Na całe moje szczęście następny wycug raczej nie za szybko, może w ogóle koniec. Kolejny wypad w sierpniu, to Inżynierowa ma  cały miesiąc urlop, a Łobuzy siedzą w chałupie. Potem, ewentualnie to już prościzna - oba pójdą do jednej budy, przystanek pod szkołą. Zdążę na powrotny autobus i nie będę musiała łazić tyle. 7 km codziennie to nie w kij dmuchał i to od rana.

Ale to były fajne wędrówki. Alienek miał zwyczaj marudzić, za ile będzie autobus. Pytał tak co pół minuty. Odpowiadałam: jak przyjdzie pora na Telesfora (był kiedyś taki program Pora na Telesfora). Dziś dla odmiany zaczęła jojczyć Kalafiorkówna, a ten smarkacz: nie marudź, przyjedzie, jak przyjdzie pora na Telesfora :) 1 : 0 dla mnie.

I cukierki na przystanku - jako nagroda (Zozole, noszę w torebce, bo czasem zasycha mi w gardle i nie ma na to mocnych) - papierki wrzucane do mojej kieszeni, i śmichy chichy z babci  śmietniczkowej :) I tradycyjne protesty, że babcia nie jest stara, babcia jest młoda :) 

Już poprzednim razem jechały z nami dwie panie, wysiadające na tym samym przystanku. Teraz, ponieważ nie chodziliśmy do piekarni, okazało się, że panie są ze szkoły Alienka i chętnie go zabiorą - mogłabym wtedy jechać z Kalafiorkówną przystanek dalej i nie wlec się do przedszkola. Panie przesympatyczne, ale Alienek twardo rzekł, że nie, że podziękuje, bo babcia... No bo babcię kocha :) 

Nie miałam siły ranić mu serca, to tylko kilka dni.

A mamy z nich sporo naszych momentów, aczkolwiek Alienek, pierdolący jak najęty o golemach z Minecrafta (nie dogadałam się z Inżynierem na temat Minecrafta, cóż, nie moje dzieci, nie moja odpowiedzialność, ja mogę tylko je kochać), nie zwracał uwagi na takie fajne drobiazgi, jak drące się wniebogłosy ptasiory, na wróbliszony, mieszkające na murku jego budy w gniazdach po jaskółkach


 

 na piłki na drzewie :)
Za to Kalafiorkówna była uważną słuchaczką i zapamiętywała wszystko, dopytując się o nazwy roślinek i drzew. Może będą z niej jeszcze człowieki :) 






Nogi moje potrzebują ruchu, nie lekarza, aczkolwiek zdaję sobie doskonale sprawę z tego, że coś mi pikawka szwankuje. Jednak mam tak okropne doświadczenia z kardiologami, że odpuszczę i chuj, na razie daję radę, a jak padnę na ulicy, to się prędzej dostanę niż z zapisów.

Koniec tematu. Po tych porannych włóczęgach, aczkolwiek wracałam ledwo żywa, dysząca i zdychająca, moje nogi lekko znów wchodzą w buty.

Wiedziałam, że to głównie siedzenie na dupie całymi dniami.

Za wszystkie dobre rady jestem bardzo wdzięczna, ale i tak zrobię po swojemu.

A dlaczego z taką radością wróciłam do domu?

Bo...

Mam multum zastrzeżeń do Synowej, patrząc na to, jak ta chałupa wygląda, widząc ją non stop z telefonem albo z tabletem, znikającą w biurze zaraz po położeniu dzieci, bo musi coś drukować do pracy (obrazki dla swoich dzieci w przedszkolu). Mnie to rybka, mam swoje zabawki, a i o 21 byłam trupem.

Dół był ogarnięty w miarę, lepiej niż ostatnio, ale... Wszechobecne zwały sierści, nie, nie kręci mnie sierść w kubku. Na ubraniu mogę mieć, to rybka, ale sierść w żarciu to mnie przerasta. Zresztą biurko, przy którym pracowałam było też usłane warstwą sierści, sierść osiadała na wszystkim. Synowi to nie przeszkadza, ale mi tak. To nie jest moja bajka.

Poza tym czuję się tam jak intruz, bo cóż - stara jestem, mam swoje nawyki toaletowe, swoje ma też Synowa. Proponowałam jakieś zawieszenie broni, bo albo przepychamy się do łazienki, albo włazimy sobie w drogę w kuchni. I to nie tak, że wymagam obsługi jako gość, ale muszę coś zjeść i wypić coś ciepłego przed wyjściem, bo zemdleję inaczej. Ona je dopiero w pracy, ale kuchnię okupuje, bo przygotowuje śniadanie dla Alienka i... karmi psa. Najważniejsze jest nakarmienie psa. Pies jest alfą i omegą, ale też jest wściekła, że musi wstawać o 5, żeby go wyprowadzić. Jak Inżynier jest w domu, spada to wszystko na jego barki, choć jak podkreślała kilkakrotnie Kalafiorkówna - pies jest mamy, bo mama za niego zapłaciła. Trudno, żebym ja latała z psem. Muszę się wykąpać rano, stara jestem i muszę. Nie maluję się, nie okupuję łazienki, ale też nie jestem w niej swobodna, bo wszędzie kafelki i prysznic. Zero dywanika. Nie ma się czego chwycić. A na kafelkach ślizgam się, a i wytarcie się z moją tuszą to jest wyzwanie. Tam nawet nie ma gdzie odłożyć świeżych rzeczy - miejsce na jakąś szafkę czy cuś blokuje olbrzymia kuweta, z której koty teraz nie korzystają, bo drzwi od łazienki muszą  być zamknięte, bo... kundel tam włazi i broi. Koty mają osobne kuwety na górze, w niedokończonej łazience, każdy ma osobną. Kundel jeszcze po schodach nie wlezie.

To nie jest mój dom, nie krytykuję, ich gust, ich sprawa. Ale jestem stara i nie ma tak, że się tam wpycham, bo to jest ich interes, że przyjeżdżam, nie mój.

Nie będę sadziła sloganów o miłości do wnuków. Kocham je, ale nie poczuwam się do obowiązków - robię to dla syna.

Gdy on jest w domu - mam full wypas.

Synowa zaś w poniedziałek (w niedzielę przed wylotem Inżynier nastawił przepyszny rosołek, obiad był, ja też opędzam niedzielę rosołkiem, nie o to chodzi) napisała mi, czy ma mi coś kupić, bo ona nie gotuje, ma gotowce. Odchudza się. Przechodzi na wege. Te odchudzające vege to są gotowce z Biedronki, o składzie tablicy Mendelejewa. Pije tylko colę, co z tego, że zero? Mam to w dupie, ale martwię się o syna, bo też odżywia się na własną rękę. Wygląda okropnie. Ja też, ale jestem już stara. Nieważne. Dzieci też jedzą byle co, zwłaszcza Alienek, wróg wszelkich warzyw, owoców i innych zdrowych rzeczy.
A ja wciąż widzę mój dom. Stół nakryty do każdego posiłku, który jedliśmy razem. Fakt, wróciłam do pracy, gdy dzieci były już odchowane. Ale i wtedy, gdy nie miałam popołudniowej zmiany i w weekendy jedliśmy razem posiłki. Nakryty stół, my razem. Tu dzieci same grzebią w lodówce albo im ktoś coś pichci, znaczy smaruje, albo płatki na mleku. Nie siedzą razem przy stole. Ona na lapku, on się miota po pracy, ogarniając coś, co się ogarnąć nie za bardzo da. Ona pracuje na cały etat, ale do 12 (od 7), bo to przedszkole.

Jest wciąż zmęczona, mimo że ma sprzęty, które tańczą, śpiewają, recytują, dają dupy i gotują.

Najważniejszy jest pies.

Odpisałam, że nie, kupiłam sobie coś z zestawu Makłowicza. Że poproszę o odgrzanie, bo ja tych wszystkich ustrojstw, łącznie z air frajerem nie umiem obsługiwać. Stara jestem, moja edukacja zakończyła się na kuchence i piekarniku. Myślałam o frajerze, ale potem stuknęłam się w ten głupi łeb: po co mi to? Pracuję z domu, mogę sobie coś upichcić. Za gaz płacę niecałe 20 zł na miesiąc, a za prąd mi skoczy, może niewiele, ale skoczy.

A wieści głoszą, że firma nie ma się za dobrze.

W sumie tym razem nawet to mną nie wstrząsnęło - jak padnie albo mnie wypierdolą, no cóż - wola boska i skrzypce.

Będę łazić i giry nie będą mi puchnąć.

A wracając do żalów - nie mówiłam nic I., bo po co?

Jego bajka, nie skarży się, a nie będę najeżdżała na jego żonę.

Nie osiągnę nic, a jego stracę.

Niewarta skórka za wyprawkę.

Wkurzyła mnie jednak maksymalnie, bo Alienek nie ma grzebienia. Gdyby miał jeża - no problem.  Ale ma gęstą czuprynę i nieczesana wygląda okropnie, mimo że myje łeb co dzień. Mówię, że kupię mu grzebień, a ona: czy jakbym chciała, żeby się czesał, to nie kupiłabym mu grzebienia?

Kurwa.

I o to się pożaliłam, jak wrócił, mówiąc jednocześnie, że zwracałam uwagę, żeby dzieciom obciąć paznokcie, bo mają brudne szpony...

Nienawidzę, mam takie zdjęcia Papryczka nawet, noworodek z długimi, brudnymi szponami.

Moi chłopcy do  dziś mają idealnie obcięte. Jak ja. Tak, mam zaniedbane paznokcie, zero lakierów, cudów, manicure :)

A Inżynier: nie umiem im obcinać paznokci, to działka żony.

Mówiłam, nie obcięła.

Taki mają podział, kurwa.

Pomijając walające się wszędzie zwały sierści, kociej...

Zaniedbane koty, które nie mają wody ani karmy (uzupełniałam kilka razy, za pierwszym pytając skąd wziąć na MSG, bo widziałam Edzia głodnego, dowiedziałam się, że za to został moim fanem, hahahaha, ja go wytresowałam, na hasło: Edek, łapka, cofał łapkę i nie haczył mnie pazurkami, gdy przeciskałam się między biurkiem a drapakiem)


 Za to dosypanie karmy na miseczce wygrałam los na loterii :) 

A dziś rano Księżniczka, niedotykalska, ideał z cyklu: nie rusz, bo przetrącę, która nawet Edka nie toleruje, wiła mi się wokół nogi, gdy wstałam i poleciałam sobie śniadanie zrobić, żeby nie blokować kuchni... I dała się cztery (sic!) razy pogłaskać, prężąc się rozkosznie...


 ... chociaż wczoraj patrzyła na mnie z pogardą :) 

A tutaj łajza nad łajzami



 czekająca aż zlezę, żeby jej o 10 dać wałówkę i wywlec na sikupę...


 Żegnał mnie tak czule, jak własnej matki nie żegnał, gdy dowiedział się, że odjeżdża w nieznane.

Te sierściuchy to ale gupie są.

Ale co ja na to poradzę?

I tak, pomijając tony sierści i inne takie niezmienione status quo, ja, kobieta z innego wymiaru, matka Polka, zakopałabym się pod ziemię, bo nawet na lenteksie i bez odkurzacza na kolanach co dzień ogarniałam podłogę na mokro. Nie mając żadnej sierści.

Porażał mnie widok Łobuzów, wychodzących po kąpieli w piżamkach i tarzających się z kundlem po podłodze. Całujących go koło ogona.

Dających się lizać po twarzy, chociaż - lojalnie przyznaję, że matka wrzeszczała, że nie zbliżać twarzy do psa.

Wylatujące rano z łóżka i tarzające się z tym psem w piżamach znów, bez względu na prośby, żeby poszły zęby umyć i ogarniać się do niewoli :)

Puszczane na głodnego do tejże...

Bo zjedzą w szkole bądź w przedszkolu.

To zupełnie nie moja bajka...

Więc mimo wszystko jest mi źle.

I dlatego w piekarni kupowałam wg zamówienia (włażąc do niej  już bez obstawy).

A we wtorek polazłam do Klamerki



 Pierogi z młodą kapustką (3) i z buraczkami i fetą (3) - 21 złotych :)

No ale w sumie byłam na wakacjach, co nie...

A dziś okazało się, że Inżynierowa  chce coś kupić w Biedronce dla nich na obiad (dla nich, nie dla mnie).

Odpisałam, że chciałam wziąć jej męża do Klamerki, bo ona ma swoje jedzenie.

Stanęło na Klamerce, ale Inżynier prosto z samolotu musiał do pracy.

Więc poszłam do Klamerki, gdzie czekała synowa, ale...

Wiem, perfidna jestem do bólu. Ona była przekonana, że ja za wszystko płacę, jak zwykle, a wydałam niemało w piekarni i...

Jak ja kogoś zapraszam, to dbam o niego.

Nie wpraszałam się, byłam potrzebna.

Też miałam robotę, więc... zamówiłam pierogi dla siebie i poszłam do domu, mówiąc, że zapłacę za swoje.

I tak też uczyniłam.

Bo nie widziałam powodu, by wydawać więcej niż wydałam co dzień w piekarni i nie, nie są to teraz groszowe sprawy :) A u nich bułki kupowane przez I. w Biedronce lądują w bio, na moich oczach trafiło tam pięć. Ja bym je ususzyła i przerobiła na tartą bułkę, albo do mielonego wcisnęła.

Ale jak wiadomo - jestem Szkotką wyrzuconą ze Szkocji za skąpstwo :) 

Rano zaś poszłam do Biedronki wracając z odprowadzki, kupiłam sobie róże i tulipany, a także dobre wino...

No co, sama siebie nagrodziłam.

Inżynier odwdzięcza się inaczej.

Jego żona jest zła, gdy przerywam jej relaks na kanapie, prosząc o kawę dla jej męża i dla mnie.

A tak w ogóle...

Jestem podła na maksa.

Klasyczny model wrednej teściowej.

Tej z kawałów...

Pranie powieszone, łóżeczko - całe, nie połamana kanapa, posłane (dzieci skakały, a mnie odsądzano od czci i wiary, gdy nie pozwalałam wnukom skakać po meblach)...

To nie je bajka, ale i tak było cudnie...

Żeby jeszcze wreszcie przyszła wiosna, w nie tylko obiecywała, że idzie, idzie...

Magnolie ocalały, ale będzie ciężko...Gdzie strumyk płynie z wolna...
Myślałam w promieniach słońca idąc, że to wiosna, a to kolejne zimno szło...
Taki fajny widok mają z okna, ale rolety wciąż spuszczone są. Chociaż patrząc na całokształt nie dziwię się.

A teraz chyba długo wpisu nie będzie, bo nic się nie dzieje, a i tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze pisanie, bo jutro wstać trzeba, może już nie skoro świt, ale...

Życie to nie je bajka :)

PS Wino było dobre.