wtorek, 1 kwietnia 2025

I już

 kwiecień do drzwi zapukał, Kochany Pamiętniczku, jak ten czas zapinkala... A i ten szybko minie, bo za kilka dni znów zsyłka na pół tygodnia (ojacierpiędolę), potem cyk i zamykanie majowego numerku, Wielkanoc, pyry i już pierwszy maja.

Mam 29 dni urlopu, czyli 58 dni w sumie. Rozpiskę musiałam zrobić, sobie a muzom dla HR, bo i tak wiadomo, że nie mam kiedy tego wybrać, ale jakieś 2 tygodnie muszę znaleźć hurtem, bo za to dostaniemy podgruszowe - ja z moim dochodem łapię się na 600 zł, a to piechotą nie chodzi. Choć moja kochana AR jest lepsza - stamtąd, jako ich były pracownik, który odszedł na rentę dostałam ostatnio 1800 zł. No ale każda kaska jest mile widziana, co nie? Zwłaszcza przy takiej dziadowskiej pensji, jaką mam :) 

A, świat się śmieje...

 







Wszystko kwitnie i szaleje, a zapowiadają, że w weekend mróz będzie. I mroźno ma być, jak będę znów wykorzystywana na wycugu. No nic, zobaczymy :) 

Wczoraj dwa razy dzwonili z UM, pewno z pytaniem, czy przyjdę w sprawie dowodu. Jak to ja - telefonu nie odebrałam, nie odbieram telefonów, numer sprawdziłam, stąd wiem, że to UM. Jutro pójdę w przerwie (którą sobie sama zrobię)... Bo dziś siedziałam po godzinach, z dobrego serca, bo jak piszą - nie wiedzą, kiedy wracam do pracy, przez te 15 lat nie oswoili się z cyklem moich dyżurów, mimo że co miesiąc emilki ślę, a pali im się. W sumie głupio robię, ale cóż, głupia się urodziłam i głupia umrę, ten model tak ma.

Byłam dziś w Lidlu i korytko rzeżuchy takie jak pudełko zapałek - 10 zł bez jednego grosza. Więc kupiłam dwie paczki rzeżuchy za 89 groszy jedna i


  Będę miała tyle rzeżuchy, że głowa mała :) 

Jeśli tylko nie zapomnę podlewać :) 

I patelnie teflonowe wyrzuciłam, naczytawszy się o szkodliwości teflonu. Nie da się ukryć, że po jakimś czasie zawsze gdzieś tak jakaś ryska jest, nie ma zmiłuj. 

Kupiłam sobie więc patelnię granitową, bardzo mi się podoba, jest taka wesoła, o :) I pokryweczkę ma.

Czuję, że powoli zacznę wywalać te garnki emaliowane i kupię granitowe. Jak kupowałam emaliowane, ktoś mnie  ostrzegał, że emalia traci kolor i to prawda. A tak mi się podobały. I ryski na emalii też są.

Wprawdzie tę granitową patelnię kupiłam z aluminium, nie było ze stali, a nie szukałam, tylko kupiłam w okolicy. 

Więc z garnkami powoli.

Bo tak sobie myślę, że tylko ryję i ryję, i nic z tego życia nie mam. Chciałam kupić bluzkę na lato, podobała mi się szalenie, ale uzgodniłam z panią, że przymierzę w domu i jak coś zwrócę (bo na Manhattanie kupowałam). Bluzka OK, weszłam w nią, ale rękawki wszystkie bluzki mają takie wąskie, a ja mam ramiona z bułami. Trudno, odniosłam, nie mam nowej bluzki, będę musiała do miasta jechać, czego nie cierpię, a i w sklepach dla słonic ceny są słone, czasami z palca wyssane, bo też wielkiego wyboru nie ma i wszystko z tworzywem sztucznym jest :( 

A schudnąć nie schudnę, nie ma opcji.

No nic, dosyć lamencenia :) 

I taką fotkę Alienka znalazłam, z pierwszych urodzin. Co złapał? Książeczkę, a jakże, no i sprawdziło się, bo czyta jak głupi :) 


 I nie jest to książeczka do nabożeństwa, jak sugerowano na FB. Zbieram miniaturowe książeczki, to akurat wspomnienia Szymona Kobylińskiego są - ktoś jeszcze pamięta tego genialnego rysownika?

Coś mi się wygło - brakuje mi tej przesuniętej godziny - nie, że nie mogę wstać, wstaję OK, bo budzą mnie pierwsze promienie słońca i świt, ale... brakuje mi tej godziny w ciągu dnia. Jakoś tak.

A może zwyczajnie się starzeję?

Bo...


 72 lata temu pobrali się, właśnie 1 kwietnia. I dziś widzę, jak mało ze sobą rozmawialiśmy, jak mało wiem, jak wiele było niedomówień. Tak, to była Miłość przez duże M. Wiem, że Mama długo się opierała - Tato był od niej o 8 lat młodszy. W tamtych czasach to robiło różnicę. Wiem też, że o Mamę starało się wielu kawalerów z wioski - cóż, była nauczycielką, a nauczyciel w tamtych czasach,  zwłaszcza na wsi to był ktoś. Zaraz po księdzu proboszczu :) Ojciec zaś był hmmm... rozchwytywany wśród panienek, bo nie da się ukryć - był przystojnym mężczyzną. Ale wtedy to był mezalians wsiowy. Bo dzieliły ich (ona stara) lata i... wykształcenie. Tak, nie dorastał Mamie do pięt, ale... był inteligentny i to bardzo, taką złośliwą inteligencją, którą też po nim odziedziczyłam ;) Bo wszyscy mówią, że jestem do niego podobna, choć ja tego podobieństwa nie widzę. Rozum zaś mam na 120% po Mamie. Podejrzewam, że do małżeństwa skłoniła ich ciąża - ale to tylko moje podejrzenie, bo ja podejrzliwa jestem i węszę, ale tego nie wywęszę już i nie mam się od kogo dowiedzieć. Nie ma opcji. Dlaczego tak sądzę? Bo i ja, i mój brat mieliśmy taką samą wadę słuchu. Jako że to były lata sześćdziesiąte, kiedy zaczęliśmy tracić słuch - coś było na rzeczy, ale wtedy nikt tego nie rozwikłał, a teraz już nie ma opcji. Jedną z teorii podsunął szwagier (TEN chuj), że być może to skutek konfliktu serologicznego. Że nie jestem pierwszym dzieckiem (taką też spiskową teorię dziejów miałam, że jestem primo po pierwsze nieślubna - daty temu przeczą, primo po drugie - adoptowana - uroda i charakterek temu przeczą, mniejsza z większym) :) Ale... Do 1959 r., kiedy to urodził się mój brat nikt nie miał zielonego pojęcia, że jest konflikt serologiczny. Mama miała RH minus. Ja też mam RH minus. Być może pierwsza ciąża obumarła (tak zmarła mama mojej mamy - w trzeciej ciąży) - szwagier tłumaczył, że wtedy powstały przeciwciała - czyli ja urodziłam się w sumie cudem. Po mnie urodziła się Marysia - nawet nie znam daty jej urodzin ani śmierci, grób zlikwidowano jak jeszcze byłam mała (musiałabym dotrzeć do archiwów, ale co to da?). Zaginął mi gdzieś zeszyt Mamy, z którego pamiętam tylko taki zapis: Byłam z Dorotką na grobie Marysi i wróciłam z cmentarza zdruzgotana. Dorotka wzięła łopatkę, zaczęła kopać na grobku i mówić: pupuniu, chodź do mnie, chcę się z Tobą pobawić. Nie było pomnika, gróbek był obramowany deską, tyle pamiętam. Nawet tabliczki żadnej nie było. Po śmierci Mamy Ojciec nie opłacił prolongaty i grób zlikwidowano. Marylka żyła 3 dni.

Paweł. Mój brat. Nie wiem, czy był wcześniakiem, ale wciąż mówiono, że gdy Mama go rodziła, to lekarz pytał Ojca, kogo ratować, matkę, czy dziecko, a Ojciec twardo obstawał przy ratowaniu obu... 

Udało się, przeżyła i Mama, i Paweł.

Inna bajka to już jego dalsze losy.

I to, że nie potrafiłam go uratować. Mając do wyboru moje dzieci i ich spokój.

Cóż, do dziś nie śpię dobrze i czuję się przeklęta, gdy w filmach pokazują bezgraniczną miłość rodzeństwa.

U mnie była to miłość jednostronna, służebna.

Zawsze służyłam wszystkim.

Jako worek do bicia.

Ale ja nie o tym...

Więc patrząc na tę fotkę myślę...

O tych wpisach - kilka takich mam, gdzie Ojciec podpisuje się Syneczek.

Relacja starsza kobieta - młodszy mężczyzna? 

Podpisy pod fotkami w albumach rodzinnych - Mama była mistrzynią kaligrafii i złośliwych podpisów (po kimś się ten talent ma, pomijając kaligrafię, tu się wyrodziłam, rodzice oboje mieli piękne pismo), a albumy pełne są zdjęć piękności z R. i nie tylko.

I złośliwe zapytanie znajomego Ojca, gdy stałam z nim (z ojcem, nie ze znajomym) na przystanku autobusowym, akurat przygarnął mnie ramieniem i mówił do mnie: widzisz, jaka kochana jesteś: Kaziu, to już takie młode ogarniasz? Na co mój Ojciec oburzony: ale to moja córka jest...

I tabuny kandydatek na moją nową mamę, walczących o moje uznanie, bo to mnie Ojciec pytał: którą mam wziąć? Odrzekłam - bierz, która Ci pasuje, ja już matki nie potrzebuję. I tak mając 18 lat dostałam macochę jak z bajki o złych macochach, ale to już inna bajka...

I tyle rzeczy, przebijających się przez mroki pamięci-niepamięci - które może mi się przyśniły, a może chcę je po prostu wymazać?

Zatrzeć? 

Nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka?

Które bolą jak cholera?

Jedno wiem. Nawet gdybym musiała się zaprzyjaźnić z tym Niemcem, który klucze chowa (na razie trzymam się od niego z daleka), nigdy nie zapomnę, jak siedzę na brzegu łóżka chorej już wtedy bardzo Mamy, która  trzyma mnie za rękę i mówi: o Pawła się nie boję tak, jak o ciebie. Mężczyznom zawsze łatwiej w życiu. Boję się, że sobie nie poradzisz. Pamiętaj jedno: ucz się, żebyś nigdy nie była zależna od nikogo. Żebyś była samodzielna i nie musiała oglądać się na mężczyznę...

To było jak Jej testament. Kilka tygodni później zmarła. Miałam wówczas 16 lat. Brat miał 11.

Ja wyszłam na ludzi i tak, nigdy nie byłam zależna od mężczyzny. Zawsze miałam swoje zdanie, chociaż często się z nim nie zgadzałam. Swoją kasę. I swoje wybory. Nie żałuję ich. 

Brat swoje życie przegrał na własne życzenie.

A może ja się za mało starałam o niego?

Odwracając role i wracając do stereotypów: to mężczyzna powinien troszczyć się o kobietę.

Tak wychowałam synów.

Myślę, że wychowałam ich dobrze.

Może nie do końca idealnie, ale dobrze.

Tak mi się wszystko pod kopułką dziś kotłowało z okazji tej rocznicy... 


I zawsze, słysząc 

... myślę o Nich. O tym, jak niewiele wiem o swoich rodzicach...

I już wiele rzeczy się nie dowiem.

A może to i lepiej?

 

Na ekranie, on ją kocha i umiera nawet dla niej...

Ale czasem trudniej jest żyć, niż umrzeć, co nie?

Taki nieprimaaprilisowy co roku mam ten 1 kwietnia...

 

 

 

 


10 komentarzy:

  1. Taka ladna Twoja mama w tej pieknej slubnej sukni. Moja szla do slubu bedac studentka, biedna jak mysz koscielna, nawet na fotografa nie mieli, zreszta w jakims codziennym ubraniu brala slub, a dopiero pozniej zloto na obraczki dala chrzestna ojca. Rodzicow powiadomili juz po ceremonii, zeby oszczedzic im wydatkow, bo dziadek wtedy byl wyrzucony z wojska za "spoznienie" z frontu zachodniego, a on tylko szalal z kochanka, a nie szpiegowal. No ale bieda byla, bo pracy nie mogl dostac, tylko babcia pracowala, wiec moi rodzice nie chcieli ich narazac na koszty wlasnego slubu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam do dziś jej ślubną obrączkę. I w sumie - moją ślubną. Próba 333. My byliśmy też biedni - obrączki dał nam mój Ojciec. Eks swoją zgubił, nie wiadomo gdzie. Ja dziś moją założę na mały palec, a biorąc ślub, musiałam ją zmniejszyć, bo mi z palca zlatywała. Dziś mogę założyć na "ślubny" palec obrączkę mojego dziadka, z grawerem daty jego ślubu, też próba 333. Takie tam rocznicowe - każdy ma swoje wspomnienia... Mój ślub to historia na nowy wpis na blogu, może się kiedyś odważę :) Było wesoło :)

      Usuń
  2. Jakoś smutno mi się zrobiło. Nie wiem jak pocieszyć. Córce szczególnie brakuje matki, z którą tak wcześnie musiałaś się rozstać. Chłopców swoich wychowałaś wspaniale. A konflikt serologiczny znam osobiście, zaraz po porodzie dostałam przeciwciała i wpisano mi do dowodu osobistego. Mieczykowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie RH minus wykryto przypadkiem. Mieszkałam w Hance, napadło nas, żeby zrobić sobie takie badanie do dowodu, w Hance było laboratorium. Koleżanka z pokoju też miała RH minus, więc badano nas dwa razy, żeby się upewnić, że nie zaszła pomyłka. W ciąży byłam pod opieką, nic się nie działo, nie dostałam przeciwciał. Dopiero w drugiej dostałam, bo byłam łyżeczkowana :) To tak gwoli uzupełnienia ;) U mamy dopiero po 4. ciąży stwierdzono konflikt :(

      Usuń
  3. Dzięki za odpowiedź.
    Urodziłam dwóch chłopców w odstępie 5 minutowym. Nie bliźnięta a dwojaczki. Pamiętam jak mówiono, że każda następna ciąża byłaby zagrożona. Teraz już wiem, że Rh odziedziczyłam po ojcu. To u mnie bracia starsi, stali się moimi opiekunami. No cóż takie jest życie.Mieczykowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że podzieliłaś się ze mną swoimi losami. To miłe ;) I fajną masz ksywę, bo... tak jakoś lubię i Mieczyka, i mieczyki :)

      Usuń
  4. Zazdroszczę wszystkim, którzy mają rodzeństwo i rodzinę- bliższą, dalszą, i dobre z nimi relacje . Ja czuję się samotna, jak kołek w płocie.
    Tak się jakoś wszystko przedziwnie poukładało, starsi krewni zmarli, młodych nie ma. A znajomi podzieleni na dwa fronty, pisowsko-kościołowy i ten drugi anty, strach się odezwać na jakikolwiek temat, aby się nie narazić.
    Żeby nie było- mam brata, który raz w życiu był dla mnie miły, kiedy dzieliliśmy spadek po rodzicach. Zaraz potem przestał.
    I tak to jakoś dziwnie jest, dopada mnie chandra, że ani zajeść, ani zapić.
    Trzeba przeczekać.
    Całusy Stara Jędzo :), trzymajmy się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, czasem trzeba... Ja krewnych praktycznie nie mam, z pokolenia rodziców odeszli, z moim pokoleniem nie miałam prawie żadnych kontaktów. Szkolne i studenckie znajomości się porozpadały, dorosłe najpierw skutecznie tępiła teściowa, nikt jej nie pasował. Z rodziną Eksa wyszłam źle nawet na fotografii. Dobre relacje mam z I., poprawne z P. A przyszywane dzieci z czasów studenckich chłopaków mają swoje życie i są daleko. Owszem, mamy kontakt, ale to nie jest wlatywanie na herbatkę. Sąsiedzi to żadni znajomi. W sumie mieszkając w mieście wojewódzkim nie mam nikogo, z kim chciałabym tak naprawdę iść do kawiarni czy na spacer. Mam dobrych znajomych w necie - to widać takie czasy są. Więcej mam i bardziej lubię kontakty netowe niż realne - jestem rasową introwertyczką. Rozumiem Twój ból, bo czasami też bym chciała, żeby mnie ktoś realnie pogłaskał po łysej główce (czego nienawidzę, ale czasem się chce). No nic to, Michałku, trzymajmy się :) Wiosna idzie, jak to zimno zniknie, to znów będzie się chciało żyć :)

      Usuń
    2. Jak to zimno zniknie, to nastanie u mnie czas ogrodowy, na co się bardzo cieszę. Kiedyś mi napisałaś, że gdybyś miała ogród, to byś z niego nie wychodziła:). Jak mi robota dokuczy, to zawsze wspominam Twoje słowa, i uśmiecham się przy tym, i krzyż mniej od schylania boli :).
      Ponawiam moje zaproszenie- gdyby kiedyś, coś, jakoś, to pamiętaj, zawsze jesteś mile widziana. Willa Ela,
      Całusy!



















      Usuń
    3. Dziękuję za zaproszenie, pamiętam, doceniam, ale na razie nie ma opcji ruszania tłustego tyłka z domu :) Jak wygram w totka i będę miała na prywatny helikopter, to zaraz do Ciebie przylecę :) :*

      Usuń