wtorek, 15 kwietnia 2025

Gdy się człowiek

 robi starszy, wszystko w nim po trochu parszy-
wieje, Kochany Pamiętniczku :) 

I tak: nózia jeszcze puchnie, ale już mniej, za to sikam jak zepsuta strażacka sikawka.

Opuchlizna schodzi, kiedy łażę, ale primo po pierwsze - nie za bardzo mam czas teraz na łażenie, bo "ten" tydzień, primo po drugie nie za bardzo mi się chce, choć pogoda ładna.

Nie lubię bez celu, a każde wyjście po zakupy kończy się ubytkiem na koncie prawie dwóch stów, a lodówka i tak świeci pustkami.

No dobra, na Manhattanie wiosna pełną gębą


 szparagi (zakazane w moim menu, ale oj tam, oj tam, lepiej grzeszyć i potem żałować, niż żałować, że się nie grzeszyło) po 48 zł za kilo, ale co za rozkosz dla podniebienia i jaki miły smród po sikaniu :) 

Na Biedronkę się obraziłam za to wino i nie byłam tam od miesiąca, nie licząc wizyt w niej na włościach, ale tam nie podawałam karty Biedronki, więc tym bardziej zaskoczył mnie SMS o treści: Dzień dobry, jestem Tomasz, Kierownik sklepu Biedronka ul. ...... Jesteśmy gotowi na Twoje świąteczne zakupy - bla, bla, bla... Zapraszamy.

Pocałujta wójta w rzyć :) 

Musze chodzić okrężną drogą, bo remontują ulicę w okolicy i nie da się przejść, ale i tam wolę do Lidla czy do Aldi. Dziś byłam w Aldim i choć nie dostałam wszystkiego, co potrzebuję, byłam po 17, na Manhattan pójdę w piątek, mam umowę z Panią M., że mogę być później w pracy, zakupy zrobiłam spokojnie. W Aldi jest mniejszy wybór, ale wcale nie gorszy, a ceny nie różnią się od lidlowskich czy biedronkowych tak znacząco, żeby robiło mi to różnicę. 

Za to dużo miejsca między regałami, dobry towar - moje ulubione twarożki i jogurty, i... żadnego odsyłania do kas samoobsługowych, po prostu ich nie ma. Cena z półki jest na kasie, nawet towary przecenione ze względu na krótki termin przydatności są nabijane perfekcyjnie :) 

A i dzisiaj, gdy wypakowywałam multum zakupów, podleciała laska i podniosła mi koszyk mimo moich protestów, bym nie musiała się schylać, wyciągając zakupy na ladę. I nie chciała przejść przede mnie, mimo że miała trzy rzeczy, a ja piedyliard... I tak zgodnie z moją spiskową teorią dziejów zaczęłam się zastanawiać, czy już wyglądam na taką niedołężną starowinkę, czy też laska miała jakieś grzechy na sumieniu i pokutę do odbębnienia. Podziękowałam jeszcze raz, ona wychodziła,  ja jeszcze ogarniałam zakupową kuwetę :P

I coś sobie zrobiłam w nadgarstek, ale to już w domu, pobolewa, zastanawiam się, jak jutro wylezę z wanny, a to wszystko przez lampkę do czytania, która wzięła i zdechła - pewno nie do naprawienia, bo ledowa i chujwiejak wymienić żarówkę (włącza się i pada), mam wrażenie, że padł przełącznik... Wstawiłam do kąta, jak będzie święto lasu i P. się zjawi - może coś ogarnie. Jak nie, kupię nową, w końcu na coś muszę kasę wydawać, a niespecjalnie mimo pierdyliarda lampek w chacie mam taką do czytania, a do wydruczków muszę mieć lampkę...

I coś się zacięło w wieży Eiffla, ale pan zakładający rolety mówił, że przetrwają 10 lat bez kota i bez małych dzieci, a to już więcej od remontu minęło.  Szukałam już, ale za mało jeszcze, czy jakaś firma wymieni rolety, ale nie znalazłam takiej, która wymieni na drukowane (nie musi być wieża Eiffla), ale nie znalazłam... Nie chcę zwykłych rolet, chcę z nadrukiem. Firma, która moje zakładała - na rolety w całym domu wydałam 2500 zł, wtedy to była kasa! - już zniknęła z Koziołkowa...

Namęczylam się, ale zakładam, że kiedyś jebnie.  Nic to, założę nowe.

Rekuperacja.

Nienawidzę. Nie można otworzyć nic na oścież, bo... rekuperacja.

Inżynier ma.

I dlatego źle mi tam.

Bo ja, wstając teraz, otwieram szeroko balkon i mam powietrze. Może ze spalinami, może jeszcze nie za ciepłe, ale - powietrze.

A nie to z rekuperacji, rzekomo bez wirusów, bez bakterii, bez robactwa...

Ale jakieś takie niemiłe, duszące (wymieniają filtry, czy co tam trzeba).

A i tak nie pachnie tak jak u mnie - badylami (czasem dusząco), świeczkami (tak, wiem, niezdrowo, jakieś tam związki chemiczne), czy czasami nawet gnojem z pobliskich pól pod Koziołkowem :) Wonieje mi mokrym psem i... kuwetami (sprzątanymi i stojącymi w łazienkach, żeby nie było).

Czuję się zamknięta i zmiażdżona. Za dziećmi wyłażącymi na ogród należy błyskawicznie zamykać drzwi, bo rekuperacja.

I tak sobie myślę, że już nie nadaję się do współczesnego życia i do niektórych wynalazków :)

No dobra, zajączkowanie blisko. Jako poganka mam na wszystko wyjebane, odmówiłam nawet udziału w wielkanocnym śniadaniu na D., choć zapraszali. Ja nie zapraszam, bo nie widzę sensu w lataniu przy garach od bladego świtu, by nakarmić wiele luda. Sama też nie widzę sensu w jechaniu na włości (chyba w niedzielę wielkanocną tak rankiem nic nie jeździ, a po co ganiać biednego I.?). Moja Wielkanoc to leżing i leniwing. Nie widzę sensu w jedzeniu "tradycyjnych" potraw. Bo szkodzą mi w większości na wątrobę, więc zjem normalnie. I nie, Chrystus zmartwychwstanie, mimo że nie święcę pokarmów, nie poszczę (z racji wieku nie muszę, ale co to za bóg, którego egzystencja zależy od tego, co zjem?).

Sałatki nie robię, bo nie da się jej zrobić dla jednego człowieka, żeby nie musiał jej żreć przez kilka dni.

Kupnej nie chcę, bo sama chemia.

Owszem, mam majonez, chrzan kupię na Manhattanie, bo w marketach sama chemia z pirosiarczanem sodu i innymi cudami... Na Manhattanie od Grześkowiaka ma dobry skład.

Jajka mam, wbrew medialnej histerii ani nie podrożały, ani ich nie brak.

A jajka lubię, więc zjem :)

Może Inżynierostwo wlecą, może zawiozą na włości - rybka mi to.

W piątek (ten Wielki) wszystko jedzie do druku, ale litościwa Pani M... jak wyżej.

A potem jest tylko trzydniowy długi weekend.

Chciałam urlop po 1 maja, ale jak zwykle - wiatr w dupę. Przesunęli pyry i  nie zaakceptowali urlopu.

Ale pod koniec maja będę miała dwa tygodnie wolne, aczkolwiek jeszcze nie te na wczasy pod gruszą. Ale DWA TYGODNIE freelancer...

11 maja planowany wypad do Umarlaków.

Zając do ogółu wnuków poszedł, szarpnęłam się - i Łobuzy, i druga Banda dostały po równo, chociaż miałam opory, ale oj tam, oj tam, do grobu kasy nie zabiorę, a koniec blisko.

Poszkodowany jest Mały T., dostanie tylko słodycze, ale sorry Winnetou...

I o dziwo, Mała Wiedźma na SMS, że poszła kasa na jej konto - podziękowała. Też SMS. Jestem w szoku :) 

Czarną kredą w kominie czas to zapisać...

Z K. dostałam MSG, że zmarł mój kuzyn, młodszy ode mnie...

W zeszłym roku mniej więcej o tej samej porze, dostałam SMS, że zmarła jego siostra, starsza ode mnie o kilka lat.

Nie daję rady jechać w "tych" dniach, mało tego - choć to Wielkopolska, to miejsce odcięte komunikacyjne od Koziołkowa. Inżynier nie dostanie urlopu, żeby mnie podwieźć. Zresztą nie miałabym sumienia, żeby go o to prosić, każdy ma swoje życie, a on był tam, mając jakieś 4 lata. Zależy mi na pracy, a dopóki nie umrę, albo nie odejdę - jestem niezastąpiona, taki lajf, mało kto to rozumie.

Kuzynce jeszcze posłałam kwiaty.

Kuzynowi już nie, bo zawiadomienie mnie w przeddzień pogrzebu, tak że nawet nie miałam na to szans - w sumie kuzynowi potrzebne są  te kwiaty, jak umarłemu kadzidło...
No, mam wyrzuty sumienia, ale...

Zawiadomienie wysłał jego bratanek, którego widziałam ostatni raz, jak stał w łóżeczku i obgryzał farbę ze szczebelków...

I na moją odpowiedź już nic nie odpisał.

Tak w sumie to dla mnie obcy już ludzie.

On pewnie myśli, że ja się wykręcam.

Mnie zależy na pracy, bo cóż, jest jak jest.

Każdy ma swoje piekło.

A kuzyn był chrześniakiem mojego ojca. I jak to w tej rodzinie modne - był alkoholikiem. Tak, wiem, o umarłych albo dobrze, albo nic.

Ale nawet mój ojciec, też alkoholik, ale funkcjonujący do czasu, sam mówił, że R. już nigdzie nie poleci, bo wciąż mu siarę robi.

Opiekowała się nim zmarła w zeszłym roku siostra, dla mnie - bohaterka. Nie pracował, wisiał na niej.

Po jej śmierci, zawiadamiający mnie o tym ich bratanek, pisał, że on się nim zajmie, bo wujek go słucha.

 Nieważne, w sumie to nie jest moja bajka.

Łączą nas więzy krwi, ale jakże nietrwałe.

I tak liczyłam członków rodziny, z naszej krwi, paru się znalazło.

I na serio - z nikim  nie mam ani ja, ani moje dzieci kontaktu.

Osobiście mam luźny kontakt z rozwiedzioną żoną mojego kuzyna. Nawet nie wiem, czy on jeszcze żyje.

To już nie te czasy, gdy rodziny trzymały się razem.

Z FB dowiedziałam się, że mąż (nawet nie wiedziałam, że to jej mąż) córki szwagra ma białaczkę. Że mają założoną zbiórkę, nie, nie na leczenie, ale na... żywność dla kóz, koni i innych zwierząt.

Więc - żyję swoim życiem, w sumie bez rodziny.

I tak, jestem szczęśliwa.

Mimo wszystko.

Bo tak :) 

 

Więc.

Może jestem bez serca.

Może jestem starą wariatką.

 A może już pozostaje mi tylko słuchanie piosenek i...


 

 Nie ma opcji, ale cieszę się, że wciąż żyję...

Cieszę się każdą chwilą, bo jak mówi stare chińskie  przysłowie: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny :) 

Znaczy się, Sztaudynger, moja miłość tak mówi...

I to by było na tyle :) 

Okrutnam, ale cóż, tak wyszło :P 

 

 

 


6 komentarzy:

  1. Ja jakos nie tesknie do tych resztek mojej rodziny, bo ci bardziej mi znani i bliscy juz dawno za TM, a kolejnych pokolen nie znam, kontakty sie rozluznily z wiadomych przyczyn.
    U nas wielki piatek to tez swieto, ewngelicy tak maja, a ja w landzie ewangelickim, choc wszedzie ludnosc gremialnie odchodzi z kosciola, dorobili sie w koncu pycha i straszeniem, ze nie wspomne o grzesznym zyciu. W niedziele pogrillujemy na balkonie u najmlodszej, moze pozniej pojdziemy na spacer, luzik, zadnych sniadan, bo ktora z nich chcialaby tak wczesnie wstawac, mnie to pasuje, bo i tak swiat nie obchodze. Odpoczne sobie przez te kilka dni i tyle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie dziś się Inżynier buntował, bo pracuje w międzynarodowym korpo, że nawet Indie mają wolne, a ultrakatolicka Polska zapieprza. Ja mam już ogarnięte wszystko i mam na święta wyjebane :)

      Usuń
  2. Najbardziej lubiłam wyjeżdżać na Wielkanoc! Zaczęłam od studiów- szalone wypady do Zakopanego, wiosna w górach , cudo.Potem już z L. I dziecięciem jeździliśmy do Szklarskiej, raz do Kołobrzegu.Ale odkąd mamy zięcia, a potem i wnuki to zostajemy w do.u.Dzielimy się nimi na święta z drugimi dziadkami.Lubię, bez szaleństw, ale miło sobie posiedzimy, pogadamy.Tak świecko- ludowo- zającowo😀A, lubię dekorować dom , rzeżucha wyrosła za szybko, nie wiem, czy wytrzyma do poniedziałku?!Spokojnej pracy!( a my już śpimy przy otwartym oknie! Do kitu ta rekuperacja! )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My nigdzie nigdy nie wyjeżdżaliśmy, dopiero ja przełamałam tę tradycję, jadąc do Barana na Gwiazdkę sama, a potem już było z górki, bo Pierworodny nie mógł na święta przyjeżdżać przez 8 lat. Ale na starość jestem szczęśliwa, że nie muszę nigdzie jeździć i nawet Wigilia na włościach jest dla mnie wyprawą w daleki świat :) Wielkanoc wywalczyłam, bo na choinkę mi zrywać się i obżerać bladym świtem? A kiedyś i na rezurekcję chodziłam, a teraz poganka :) Tak, mnie się nie podoba, ale nie dyskutuję, nie mój cyrk, nie moje pchły, dlatego cenię sobie szeroko otwarty balkon :)

      Usuń
  3. kurcze te rolety da się naprawić, zapewne mechanizmy padły, ja bym Ci to naprawiła ;-) koszt mechanizmu 25 zł ( już w detalu tak sprzedaję ;-) i nowa taśma żeby przykleić. To co na kiedy się umawiamy ?
    Z rodziną to chyba wielu tak ma, ja ostatnio dowiedziałam się, że syn mojego bliskiego kuzyna to stolarz meblowy, a ja szukałam. Niestety dowiedziałam się na pogrzebie tego syna. Święta, święta i po świętach, robimy Nelsonkowi gniazdka na podwórku żeby szukała ;-) Zakupałam sękacze podlaskie zamiast babki tradycyjnej, zrobię paschę bo bardzo lubię, a z resztą żarcia to pewnie tradycyjnie jajka i biała ;-) hehehe jak słyszę te pasztety, galarty, sałatki. Człowiek coraz mniej je a i tak dupa rośnie hahaha,
    Pomyśl o tych roletach ;-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę o Tobie i jak się zdecydujesz na jazdę do mnie, nic nie będziesz naprawiała, bo Ci po łapach dam :) Działa, wystarczyło delikatnie pokręcić, a i tak powinnam znów remont zrobić, ale mi szkoda kasy i siły nie mam. Może uda mi się kopyta wcześniej wyciągnąć. A Ty dawaj znać, bo u mnie to nie takie proste, nawet niektóre weekendy mam zaplanowane na pól roku naprzód, ale na pewno znajdziemy jakiś wspólny wolny :) Albo w tygodniu - jak możesz, bo ja mam czasem tygodnie wolne :)

    OdpowiedzUsuń