niedziela, 27 kwietnia 2025

Kolejna

nocowanka za mną, Kochany Pamiętniczku :)  

Nielekko było, ale przeżyłam. 

Jeszcze w piątek wlazłam do zielarni i jako żem szwendała się po necie, zanabyłam, płacąc drożej niż za zboże, bo te u nas tanie jak barszcz ostatnio - podagrycznik i przytulię w tabletkach. Podagrycznik wiadomo - sezon szparagowy, to chodzę dosłownie jak na szpilkach. A do tego szpikuję się i diosminą, nacieram maściami wszelakimi, to też swoje kosztuje, pokrzywę piję litrami, do tego skrzypowit i...

Niby kopytka odpuściły, ale kostki nie. No i nawet pijąc te 2 litry dziennie, ile można ziółek zmieścić w tym wszystkim?

A przytulia wyskoczyła mi gdzieś znienacka i o dziwo, pasuje mi do wszystkiego jak ulał, a do tego nie ma interakcji z innymi  rzeczami. Więc weszłam do zielarni z duszą na ramieniu, była pani, która sprawdziła w kompiku, że przytulia jest i to w pigułkach (w necie jest tego od cholery, ale ja nie lubię w necie kupować, bo muszę prosić i czekać aż dostanę). Ale albo nowa, albo z doskoku, bo rzeczonej przytulii szukała dobre 10 minut na półkach. Znalazła, z głupia frant zapytałam o podagrycznik w pigułkach i... wyszłam lżejsza o 100 zł bez 28 groszy :) Ale... (wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od ale) już po trzech dniach (w tym dwóch szparagowych) igiełek prawie nie ma, a i z moich obrzmiałych kostek z lekka czasem widać kosteczki, których nie widziałam od dawna. Pigułek zaś jest w jednym słoiczku 100, w drugim 90, więc lekko licząc to wydatek na 3 miesiące, przytulii po tych 3 miesiącach trzeba zrobić trochę przerwy, więc opłaciła się skórka za wyprawkę. A i opuchnięte dotąd przeguby łapek jakby zmalały, więc może jest dla mnie jeszcze nadzieja?

W sobotę rano (a śpię przy szeroko otwartym balkonie) obudziłam się zmarznięta, z lodowatymi rękoma i z trudem ułożyłam dzienne pasjanse, ręce mi drętwiały, ale żeby mi było zimno, to coś nowego. 

Wstałam, stąpnęłam bosą nogą na podłogę i noga mi odpadła z zimna. Tak sobie przy szeroko otwartym balkonie spałam, a... był przymrozek. Kordełkę mam ciepłą, a tylko rączki na kordełce, więc wyszło jak wyszło.

Poleciałam po pieczywo, bo wiadomo, co Łobuz to inne żądanie, dokupiłam pasztetowej, bo bez tego nie ma życia, ogarnęłam wszystko, ale... zapomniałam kupić masła. Ja nie smaruję masłem, na stole stał rabanek, ale że ma już tydzień, to za świeży nie był i bałabym się to dać Łobuzom :) Więc na drzwiach przykleiłam sobie kartkę z napisem MASŁO :)

A po drodze było całe pole fiołków, których nie miało prawa już być, ale były


 I jedyna flaga, na dokładkę maryjna, nie papieska 


na całym osiedlu świadczyła o głębokiej żałobie narodowej.

Na moim osobistym osiedlu wisiała jedna państwowa, więc pytanie, czy wywieszona awansem na 1 maja, czy też żałobna?

Jak widać, żałobę naród przeżywał z przytupem i półobrotem.
Amen.

Przyjechali, od razu mieszkanie skurczyło się jakoś, zrobił się zamęt i rejwach, ale pomidorowa z ryżem była na posterunku. Tylko rano, trąc rzodkiewkę do serka zdarłam sobie palec (nie lubię siekanej rzodkiewki, lubię tartą), co przeszkadzało mi, bo co kawałek odpadał mi plaster, bo co rusz łapa pod wodą.

Inżynier zwinął się stosunkowo szybko, a przy okazji o mało nie spadł z fotela, wreszcie zrozumiał, co jest nie tak z tym nabytkiem i że na trzeźwo się z niego też zlatuje :)

A ja zostałam z Łobuzami, więc aczkolwiek za ciepło nie było (znaczy się w słońcu pot się z człowieków lał, ale w cieniu można było zmarznąć od lodowatego powietrza), wywlokłam ich na najlepsze na świecie lody do Cytrynowej.

Po drodze na korytarzu na suficie zauważyliśmy 


 ale nie ruszała się. Teraz przed chwilą sprawdzałam i jej nie ma. I. mówi, że są takie zabawki, to mi też wyglądało na zabawkę.

Radochę mieli, bo Alienek zabrał kartkę z napisem MASŁO i machał mi nią cały czas przed oczami, żebym nie zapomniała masła kupić, zaśmiewając się, że mam sklerozę :) I potłukli się o to, kto ma kartkę nieść.

Wleźliśmy zaraz do Aldika, gdzie szedł tyłem, niosąc mi kartkę na wysokości oczu, rechocąc, no i był ubaw.

Przede mną przy kasie  stało małżeństwo z zakupami na wojnę, ale widząc mnie z kostką masła i użerającą się z Łobuzami, sami zaproponowali, że mnie przepuszczą :) 

Uff, są jeszcze dobrzy ludzie, ja też tak przy kasie robię.

No i poleźliśmy na te lody 


 a towarzystwo co minutkę jęczało: daleko jeszcze? No daleko, ale lody warte grzechu. Oburzona Kalafiorkówna, zmęczona życiem jojczyła, że mogliśmy lody w Aldiku kupić :) 

Dowlekliśmy się wreszcie i smak lodów (dostali w wafelku, a nie w kubku, jak groziłam) zrekompensował im tę wędrówkę.

A że rzut beretem był Rossmann, to poszliśmy, bo kończy mi się dezodorant. Alienek rzucił się na pastę do zębów, bo właśnie mu się kończyła (pisałam do Synowej, a ona że faktycznie, zabrał resztkę, ona by wydusiła, on już nie, zakupy planowali na niedzielę, mnie to rybka, kupiłam). Kalafiorkówna próbowała mnie naciągnąć na jakieś torebki z jednorożcem, brokatowe i pinkowe do wyrzygania, ale nie było ceny, więc odpuściłam - ma tych pierdół więcej niż ustawa przewiduje. 

No a że z Alienkiem mam na pieńku o to nieczesanie bocianiego gniazda na głowie (a włoski ma jak Eks - gęste, same się proszą o targanie, ale mimo tego, że codziennie głowę myje, są nieapetyczne), poszłam szukać grzebienia. Niejako na przekór Synowej po ostatniej scysji.

No i odkryli szczotki z lusterkami, made in China, zamykają się i jest takie małe puzderko...

Kupiłam dwie, bo i Kalafiorkówna nie mogła być poszkodowana, a kosztowały niewiele.

Alienek od razu zaczął się czesać...


 A przed sklepem na słońcu odkryli puszczanie zajączków z lusterka :)

Alienek pierwsze co zrobił po kąpieli, to się uczesał, dziś rano po przebudzeniu uczesał się znów (Inżynier twierdzi, że  mu przejdzie, ale mam nadzieję, że nie, bo nakomplemenciłam mu jaki z niego teraz fajny gość) i... wycałowałam i wygłaskałam, wyszarpałam bez skrupułów, bo co czesane to czesane. 

Z Kalafiorkówną się namęczyłam co niemiara, bo rozczesanie takich długich kudłów (a podcinają je regularnie), włoski ma jak jedwab (jak te moje wyrzucone warkocze) to jednak wyczyn. Ale też rano czesała je sobie sama, a w domu zawsze czeka na matkę.

Tylko znów mieli nieobcięte pazury, ale nie dali sobie ich obciąć...

Dokładając do tego niechlujne zachowanie przy stole - dużo jeszcze pracy przede mną.

Bo my jedliśmy zawsze - w kuchni, bo tam miałam stół - wszyscy, stół był nakryty zawsze, nie było zmiłuj. A oni sami sobie robią, co chcą, szkoda gadać. Inżynier szykuje A. śniadanie do szkoły, zawsze, bo mama nie wstanie. Wstawała, jak ja byłam, no ale humor miała wisielczy. Kanapki w wykonaniu I., jak się dowiedziałam, wołają o pomstę do nieba. Skoro tak, zastanawiam się, dlaczego sama ich nie zrobi? Ja robiłam, mimo tego, że pracowałam, a Eks nie pracował.

Nie wnikam.

Ale...

Na kolację zjedli tyle, że bałam się, że na rano nie zostanie nic w lodówce :) 

Ale miałam jajka i boczek, więc jak coś - dałabym radę.

Smakowało im, mimo że nie było NIC słodkiego do chleba, zeżarli pół kilo małosolnych (ocalały trzy na rano) i zamówili kolejną porcję, jak do nich pojadę. Synowa odpisała, że oprócz I. wszyscy lubią ogórki i ona nie nadąża z kupowaniem... Gotowców. Nie zhańbiła się kiszeniem. No logicznie rzecz biorąc - kilo ogórków chyba 10 zł w tej chwili, chrzan, koperek i czosnek 5 zł - za 15 zł, nie licząc czasu, przypraw i wody mam kilo małosolnych. Kilo kupnych małosolnych kosztuje w tej chwili 34 zł. Dla mnie kalkulacja jest prosta. 

Ale morda w kubeł :) 

W każdym razie kanapka w wykonaniu Alienka


 była ekstra. Pasztet borowikowy z ketchupem, ostrym, bo ja taki lubię :) Zakąszana małosolnym i rzodkiewką, więc w sumie zdrowa, bo żaden cukier :) Ketchup zabrał do domu, bo oni takiego dobrego nie mają. I pasztet też :) A masła żadne z nich nie chciało jeść.

Kąpią się już sami, już nie razem, bo tak zarządziłam, to już nie ten wiek, że do jednej wanny...

Ułożyli swoje akcesoria  w łazience, a mi serce zamarło na widok szczoteczki K. Musiałabym swoją cały rok używać, a i tak nie byłaby tak zmasakrowana. Poszperałam w zapasach i mam, pinkową, a jakże, ultra soft. Wzięła łaskawie. Opierdalam I. rano, a on, że dopiero zauważyli, jak pakowali utensylia na wyjazd. WTF? Korzystają z tej samej łazienki i nikt z nich nie widział, że szczoteczka nie nadaje się nawet do mycia fug? A ciągają dzieci z grubą kasę do ortodontów.

Nic, gacie opadają, nie będę bardziej papieska od papieża.

Uśpiłam i padłam, kręgosłup bolał tak, że nie mogłam się z boku na bok przekręcić, a i spanie z Alienkiem to wyższa szkoła jazdy...

Przeżyłam, nawet nie myślałam, o której wróci dziecko me, ze zalkoholizowanego spotkania inżynierów :) 

Pobudka była o 6.02. Spaliśmy z głowami po przeciwnych stronach łóżka, bo z Alienkiem inaczej się nie da...  O 6.02 zlądował na mnie nieśmiało, pod pachę... Wylazł i zaczął mnie ślinić, no co można zrobić, jak nie miziać i przytulać?

Dostał mahjonga, żeby siedział cicho, a ja poleciałam się ogarnąć do łazienki.

Ogarnęłam się, wstała w międzyczasie Kalafiorkówna, dostała drugiego ajpada, z puzzle, żebym mogła ogarnąć śniadanie.

Bo u mnie to dla nich cała operacja logistyczna - przenieść wszystko z kuchni do pokoju. I nie, nie poszłam po linii najmniejszego oporu - ma być porządne śniadanie, jak w porządnej rodzinie zawsze było.  


Breakfast at Tiffany's niech się schowa przy breakfast at Grandma's. Nie ma obrusów, bo na te kilka posiłków nie opłaca mi się wyciągać ceraty i potem ją chować (my jadaliśmy na kolorowych ceratach), a obrusy przy tak nieogarniętych dzieciach są bez sensu, na dokładkę Alienek tak mlaszcze, że powinien jak u Borejków - dostać w paszczę. Zwrócę uwagę, zje dwa kęsy cicho, za chwilę znów mlaszcze.

Posłałam fotkę Synowej, odpisuje, że w domu nie mają tak dobrze...

A stół mają duży, kuchnię przestronną. Chociażby w sobotę i niedzielę tak siąść razem...

Nevermind... 

Starałam się ich utrzymać w ryzach, bo drzwi nie mam, a czort wie, kiedy wrócił ten najstarszy Łobuz...

Chyba wyrobili normę neta na tydzień :)

Jeść nie chciał, bo mało, że poszli na steki, to jeszcze przed północą byli na kebabie.

Ale było widać, że pobalowali.

Ogarnął się, w międzyczasie toczyłam wojnę z K., bo ona włazi w kapciach na meble. I uważa, że może, bo w domu włazi. Pomijam fakt, że u nich w domu po wszystkich meblach łażą sierście, a kanapę rozwalili skacząc po niej (nie kupują nowej na razie, bo Kundel ją jeszcze doprawi na amen), u mnie w domu nie było opcji w kapciach na kanapę. To nie amerykański film, gdzie w butach kładą się na łóżku. A że panna K. lubi wymuszać i stawiać na swoim, oburzona stanowczym zakazem zaczęła mi wywlekać, że jestem niemiła, bo nie lubię Kundla...

Oj, była to merytoryczna dyskusja, ze smrodkiem dydaktycznym. I mimo jej uporu wygrałam ja, właziła na kanapę, a jakże, bez kapci i bez skakania :) Mimo że jestem niemiła.

Ale okazało się później, że jednak jestem miła, bo... Pójdę z nią kupić kwiatki, których mama jej nie chce kupić, a ona chce je hodować, bo lubi też kwiatki... No cóż, narażę się Synowej, ale co mi szkodzi kupić dwie doniczki ogrodowych kwiatków? Zmarnieją? Trudno... Przy całemu uwielbieniu sierściuchów nie ogarniam nienawiści do badyli. Że jestem gorsza, bo nie jestem fanką sprzątania po sierści? Jak trzeba, nakarmię,  sprzątnę. A że nie jestem fanką? Toleruję. 

A na fotki dowodowe, że dzieci żyją jeszcze, dostaję zwrotne fotki, jakie słodkie są sierście.

Nie ogarniam, ale dziwna jestem, cóż, ten model tak ma...

Poszliśmy jeszcze na tyrolkę, gdzie serce krwawiło mi na widok stresu syna, próbującego uspokoić walczące ze sobą jego potomstwo. Mieli wyjątkowo ciężki poranek, a ja dobiłam dziecko, mówiąc, że nie pamiętam takich walk plemiennych. Próbował dyskutować, że też się kłócił z bratem. Nie zaprzeczam, ale nie aż tak. Na ich skarżenie na siebie odpowiadałam, że nie słyszałam, kto zaczął, wobec tego, żeby było sprawiedliwie - biją się na własny rachunek.

Działało.

Byli zawsze bardzo za sobą, co zdziwiło Barana, gdy ich poznał. Mówił, że nie widział jeszcze takiego zgodnego rodzeństwa.

Fakt, Inżynier wzdycha czasem: no cóż, to jest mój brat... 

Jest jak jest, ale gdy patrzę na stosunki rodzeństwa w rodzinach obu mych Synowych - moi chłopcy są idealni, choć tak różni jak ogień i woda. Ale kompatybilni są, aczkolwiek sugerowano mi, że jeden może być synem listonosza, tak różne mają charaktery. Odpowiadałam ze stoickim spokojem - ogrodnika :) 

Odprowadziłam ich do auta, gdzie Kalafiorkówna, jej książęca wysokość upomniała się o buziaczka i rzekła: kocham cię, babciu...

A Alienek jak się dossał do moich polików, to z trudem go odczepiłam, zapewniając dwadzieścia razy, że na pewno nie umyję buzi do środy, żeby te całuski nie zniknęły, no i wycałowałam wyczesaną czuprynę...

A potem, po niezliczonych kiwankach, serduszkach i całuskach, zanim Inżynier wyjechał z parkingu, poszłam do chaty...

Smutna, ale jednocześnie zadowolona :) 

Ogarnęłam przejście tornada...

Reszta dnia upłynęła mi spokojnie.

Jutro na Manhattan po ogóraski, same się nie ukiszą.

W środę na wycug.

Niańczyć  Kundla.

Będzie się działo, jak myślę.

Na co mi przyszło na stare lata: na sprzątanie gówien, przed czym broniłam się całe życie :) 

Kto ma pszczoły, ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma smród :P 

 


 I znów bez pachnie jak bez... 

I łzy są pełne łez...

A grudzień szaleje od nowa, apiać :) 



 I dlatego dziś śpię przy zamkniętym balkonie... :) 


UPDATE :)

No i znów cały pogrzeb na nic :) 

Nie jadą do ZOO do Berlina (po napisaniu notki wyskoczyła mi wiadomość), bo 1 maja też w Berlinie jest świętem.

I umówiliśmy się na Szachty.

O Szachtach marzyłam od lat, ale bałam się tam iść sama, a to rzut beretem.

 

Więc jednak: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech :) 

 

 


11 komentarzy:

  1. A co przeszkadza swieto w zwizytowaniu berlinskiego ZOO? Przeciez oni maja otwarte.
    Zmordowana jestem i chwilowo mam dosc dzieci wszelkiego autoramentu. Dzieci to ZUO!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa, bo bym zapomniala! Zakwasilam grudnia, dostal sok z drogich bio-cytryn i myslisz, ze sie ugial? Nie zakwitl, a tu maj puka do drzwi, wiec raczej los jego przesadzony, bo ja glupkow nie toleruje w najblizszym otoczeniu, dostal ultimatum, nie skorzystal, pojdzie na kompost.

      Usuń
    2. Wzięli pod uwagę to, że skoro w DE jest również święto, to w ZOO będzie tłok, no i tłok na drogach. Moim zdaniem - mądrze uczynili. Mnie to pasuje, bo jak dobrze pójdzie, zwiedzę wreszcie Szachty, choć na wieżę widokową nie wlezę, pewno będę niańczyć kundla na dole, bo on też nie łazi po schodach. Pojadą w terminie nieświątecznym. Zgadzam się, dzieci to ZUO, ale jakie kochane. To już nie wiem, co z Twoimi grudniami nie tak. Moje szaleją... Może mnie kochają? Trzymam za Ciebie kciuki :)

      Usuń
  2. se sprawdziłam co to Szachty choć nasampierw przeczytałam na szachy :D no więc tam jest wieża co ma 25 metrów, wciągniesz kubańską ? żeby Wam pogoda dopisała ! Wnuki są fajne ! wiem coś o tym hihihi Czytałam o podagryczniku, znajoma ma dnę i szukałam dla niej ratunku ale w Koro nie ma zielarni a w aptekach nie mają, ale to nic ja się nie boję aledrogo ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak podjadę, zobaczę, ocenię, ale skoro na 3. piętro nie daję rady, to co się będę na siłę pchać? Każę sobie dosłać fotki ze szczytu :) Tak, podagrycznik działa, lepiej niż leki (od leków na dnę się łysieje, a ja już nie mam z czego łysieć). Na Alledrogo są tabletki z podagrycznika. No i to zielsko wszędzie rośnie, może u Was gdzieś na czystych terenach jest? Po co przepłacać?

      Usuń
    2. pacz Pani nie pomyślałam, że można poszukać na łąkach, zaraz oblukam czego szukać bo np jaskółcze ziele rośnie u mnie w ogródku, dziś odkryłam ;-) Dam znać czy znalazłam, jak nie to wpadnę do ogródka mp ;-)

      Usuń
    3. Sylwia, wpadaj, jeszcze dopłacę za pozbycie się draństwa :-) Podagrycznik w ogródku to katastrofa, rozrasta się bardziej niż perz.

      Usuń
  3. Ale jesteś super babcią! Ja działam podobnie, kiedy wnuki są u mnie rozpieszczam, ale i cywilizuję :-) Kurdesz, z tym podagrycznikiem i przytulią to chyba wreszcie spróbuję, pół ogródka mi skolonizowały. a kostki też mam opuchnięte. Nie ma to jak relacja z pierwszej ręki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że mogłam się przydać :) I nie, nie jestem superbabcią, jestem zwyczajną babcią :)

      Usuń
  4. Właśnie szykuję się do długoweekendowej nocowanki moich.Bez rodziców,bo sobie wyjadą.Tak wolę, mniej pracy, więcej swobody!Brawo za wygraną bitwę o uczesane włoski!( znam trud rozczesywania długich blond!).A tak sobie myślę, co ma w głowie młoda kobieta, z dobrym mężem, udanymi dziećmi, pięknym domem, niezbyt ciężką pracą- że nie stara się o to wszystko zadbać, pielęgnować,? Wspólne posiłki, rozmowy przy stole,czas dla dzieci, męża. Zwierzaki są fajne, ale przecież nie ważniejsze.( Ach, zrzędzę?) Odpoczywaj, a wiesz, że ja też nigdy nie byłam na Szachtach? Zdaj relację!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to z Alienkiem walczyłam o używanie grzebienia. Z Kalafiorkówną nie ma problemu, wie, że musi się dać rozczesać, bo jej się kołtun robi. Ale tą szczotką zaczęła czesać się sama. No nic, zobaczymy, jak się to dalej potoczy. Synowa nie ma łatwej pracy - ma chyba 30 dzieci w grupie, wiem, że w zeszłym roku miała 3-latki. Ja bym oszalała. Inna bajka, że ma tyle udogodnień w domu, o jakich ja nigdy nawet nie marzyłam, a nie ogarnia nic. I najważniejsze są sierściuchy, ale zauważyłam, że odkąd jest Kundel, zaniedbuje koty. I zawsze zwierzęta są ważniejsze od ludzi, a to mnie już drażni na maksa. No nic, jestem najpodlejszą teściową na świecie i tak już zostanie :)

      Usuń