piątek, 26 lipca 2019

Byłam

wczoraj na tej manifie, jak planowałam, Kochany Pamiętniczku.
Oczywiście, Pierworodny nawet pocałuj mnie w dupę nie powiedział, ale już nie pytałam, bo po co sobie nerwy szarpać?
Tyle czasu chodziłam sama, to i teraz pójdę. I nawet z balkonikiem też.
Amen.

Wystałam godzinę, bo raz, że upał, dwa, że po godzinie mówcy zaczęli w piętkę gonić, bełkotać, powtarzać się i pleść androny. No to do widzenia ślepa Genia, nic tu po mnie. Potem na przystanku widziałam, że coraz więcej młodych zrywa się, było widać, że z manify, bo z naklejkami i flagami. I tak zaprzepaszczają potencjał, bo to powinno być, krótko, jasno i na temat, a nie pierdolenie o Szopenie. Ci, którzy idą na takie imprezy wiedzą, czego chcą. A cierpliwość do godziny trwających dyrdymał mają tylko pisiory.
I tak mi miło tydzień zmierza do końca, aczkolwiek wkurw z lekka mnie trzęsie, bo ktoś się napraszał o randkę, a teraz mówi, że mamusia przyjedzie :P
Nieważne.
Tylko dlaczego ja mam być w zawieszeniu cały dzień? Nie masz czasu, mów, że nie masz, potrafię zrozumieć, umówimy się next time.
W szparze unijnej koperta.
Macam (towar macany należy do macanta, jak wiadomo). Karta.
Ki czort?
Ta, o której chłop nie wie leży w szufladzie, bankowa jeszcze chyba ponad rok ważna, w totka nie wygrałam, sponsora nie mam.
Otwieram.
Ta, o której chłop nie wie. Bo poprzednio przysłana ma jakiś feler i nie działa, zatem mam używać tej. PIN zostaje.
I myślę, jak czasem dziwnie się plecie, bo jakoś tak wyszło, że nie włożyłam karty do portfela, a myślałam, żeby ją użyć do kupna odkurzacza. A że nie miałam jej przy sobie, zapłaciłam codzienną i dobrze, bo zaoszczędziłam sobie nerwów, jakby mi się zawiesiła czy cuś.
I jedna klepka w przedpokoju ma maleńki odprysk, nic mi nie upadło nigdy, za to auteczka i inne  rzeczy tam trzaskały, więc pewno się coś odłupało, a Yugo, który ssie jak smok to wyciągnął.
Carramba.
Psuje mi to humor i widzę już zrujnowaną podłogę w przedpokoju i kolejny remont...

I tak życie się powoli kula.
Gorąco jak diabli.
Okna brudne, ale nie mam kiedy (bo praca) umyć, a i natchnienia też nie mam.

Lenia za to mam :) 

UPDATE

Moja idealna Synowa właśnie wrzuciła na Fejsbuczka głęboką i złotą myśl.

Jak najbardziej się ze wszystkim zgadzam.
Tylko, kurwa mać, dlaczego za jej wybory mam płacić ja?
Bo płacę.
Powinna się, głupia cipa, zastanawiać, co wrzuca. Bo niektórzy czytają ze zrozumieniem. I tak, rozumiem, że to się odnosi do powyższych postulatów.
Ale, KURWA MAĆ.
To ona jest odpowiedzialna za to, że na wszelkie "dobre rady" moje reagowała jak reagowała.
Może to nie były mądre rady, ale nie faworyzowałam Pierworodnego, pokazywałam jego wady i...
Ale ona go kocha wciąż.
Ja też.
Tyle, że ja go kocham miłością mądrą. Nie na pokaz.
A może to ja mam nasrane w tym głupim łbie, mimo lat, sama już nie wiem.

Że olewała wszystko i wszystkich, bo ona jest jedyna, niepowtarzalna i olaboga, gdzie jest czerwony dywan, orkiestra touche i oklaski? Gdzie korona, fajerwerki? Idzie królowa, królowa jest tylko jedna i... nieważne, czy płonie świat, ważne, że wszyscy na nią patrzą, jaka to ona piękna, mądra i klękajcie narody, na kolana, na kolana, na kolana, oczy w dół, bo blask majestatu was oślepi.

Tekstem polecę: kurwa, ja pierdolę.

Amen.

Wiem. Wredna jestem, ale dobrze mi z tym :P


Idę po piwo, nie mam wyjścia :D
I abstrahując: Fejs cierpliwy jest, wszystko zniesie.
Tyle że protest na Fejsie można sobie w sumie w dupę wsadzić.
Też protestuję na Fejsie.
Ale i realnie staję.
Miała szansę, jest w miejscu, gdzie się protestuje w realu.
Ano, widział kto królową na manifie?
A mogła zostać królową manify :)

Jeżukolczasty, jaka ja jestem okrutna i jak bardzo jej nienawidzę...
Nie da się ukryć :P 

czwartek, 25 lipca 2019

Wciągnęłam

na jednym posiedzeniu prawie, Kochany Pamiętniczku.



Jestem w szoku. I boję się.
Inżynier wprawdzie powiedział, że stracił szacunek do BBC, bo to taka tuba, jak u nas TVP dla pisiorów.
Ale serial jest do bólu...
Scenariusz jest możliwy do bólu.
A i ja mogę czegoś takiego spokojnie dożyć.
Porażające.

A ponaddziewięćdziesięcioletnia babcia mówi w ostatnich scenach:

 Trudne to stulecie.|Trudniejsze niż się spodziewałam.
Signor, ile minęło dni
- od 31 grudnia 1999 r.?|-  .
 10 000, jak mgnienie oka.
10 000  dni temu byłam tu,|w tym domu.
Wasza matka była w kuchni|i myślałam sobie:
"No proszę, udało się.|Jaki fajny świat.
Brawo, Zachód,|daliśmy radę, przetrwaliśmy".
Idiotka. Jaką byłam kretynką.
Nie dostrzegałam tych klaunów
i potworów zmierzających w naszą stronę,|potykających się o siebie w uśmieszkach.
Boże, co za cyrk.
I wystarczyło 10 000  dni.
Jeszcze wina.
Co tylko dowodzi,|że potrzebujemy pieniędzy.
Dom idzie pod młotek.
Kupię sobie coś małego,|a resztę podzielicie na cztery.
Zostało nas troje.
- Daniela nie ma.|- Odszedł.
Wiem. Mam na myśli was czworo.
Za wiele nie dostanę,
nadal jesteśmy w dołku.
Ale ten dom był skarbonką od lat,|jest ruiną.
I ja, druga ruina, mówię:|przejdźmy dalej.
- To miło z twojej strony.|- Owszem.
Co nie zmienia faktu,
że to wszystko wasza wina.
- Co?|- Wszystko!
- Czyja? - Wasza!|- Jak to?
Banki, rząd, recesja,
Ameryka, pani Rook.
Wszystko poszło nie tak,|z waszej winy.
Co ja zrobiłam?
Dlaczego mam odpowiadać za cały świat?
Bo odpowiada każdy z nas.
Możemy sobie oskarżać innych,
gospodarkę, Europę,
opozycję, pogodę
albo ogromne fale historii,
jakbyśmy nie mieli na nie wpływu,|tacy bezradni i malutcy...
ale to wciąż nasza wina.|Wiecie, dlaczego.
Przez tę koszulkę za funt.
Nie potrafimy się jej oprzeć.
Widzimy koszulkę za funta|i myślimy "To okazja, biorę".
Nie, żeby była najlepsza.
Akurat nadaje się pod spód, na zimę.
Sklepikarz zarabia na niej|marne 5 pensów,
a jakiś chłopek z polem , 0, 001 pensa
i uważamy,|że to w porządku, wszyscy.
Przekazujemy funta i wkupujemy się|w ten system na zawsze.
Widziałam, jak zaczynało się psuć|w supermarketach,
kiedy zastąpili kasjerki|automatycznymi kasami.
- To nie nasza wina. Nienawidzę ich.|- Ja też.
- Wkurzają mnie.|- Ale nic nie zrobiłyście.
 lat temu, czy wyszłyście,
pisałyście skargi, zmieniłyście sklep?|Nie!
Postękałyście i to wszystko.
A dziś kasjerek nie ma
i to my do tego dopuściliśmy.
- Ale...|- I myślę, że lubimy te automaty.
Chcemy ich.
Bo możemy sobie przejść|z zakupami,
nie patrząc tej kobiecie w oczy.
Tej która zarabia mniej od nas.
Pozbyliśmy się jej. Brawo.
Zatem tak, to nasza wina.
To my stworzyliśmy ten świat.
Gratulacje. Na zdrowie.

Utinam falsus vates sim. 

wtorek, 23 lipca 2019

Ostatnio



zaczynam wątpić w to, czy jestem przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku.
W domu, wiadomo, jak coś nie tenteges, Miśków wina, a jakże, bo rozbisurmaniły się niebywale.
A to coś schowają, a to coś przestawią, a to odemkną, nie domkną i takie tam.
Normalka.
Ale stoję ja w kuchni, a jak wiadomo, z lekka ślepa jestem, rzucam okiem za okno i co ja paczę?
Wraith.
Siedzi na ławeczce, z pieskiem, taki małym, chyba a la york, się bawi.
Kieca do kostek, brązowa i te białe, długie włosy.
Dreszcze mi po plecach poszły, a żołądek wylądował w gardle. Rachunek sumienia robię i nie, trzeźwa jestem, nie piłam procentów. Więc sruuu do pokoju, po bryle, wracam (bo z pokoju przez balkon nie widzę), a po Wraith nawet smród nie został.
No w biały dzień i na trzeźwo mieć, omamy, nosz...
Coś ze mną nie tak.
Parę dni później identyczna sytuacja, więc diagnozuję, że ze mną coraz gorzej.
Rachunki sprawdzam, czy zapłaciłam składkę na PZU, już myślę, żeby Inżynierowi pisać, gdzie ma papierów szukać i żeby się w pracy upomniał o odprawę, bo żadnej nie dostałam, może coś skapnie.
Z Wraith żartów jak wiadomo, nie ma.
Kilka dni później lezę do śmietnika, też bez okularów, więc pole widzenia nieco rozmazane mam, pacze, a Wraith do auta wsiada. Nogi się pode mną ugięły i spierdalałam do domu prawie jak Zatopek albo inna Kirszenstein-Szewińska, rekord pobiłam :)
No, ocalałam tym razem.
Ale sobie mówię, guz na mózgu się powiększa, pora umierać, żeby tylko nie bolało, olaboga.

I w sobotę, ciesząc się życiem (jeszcze), kulam się do Lidla, w okularkach, a jakże, ostro widzę, jaki piękny jest świat i... Wraith.
Stanęłam jak wryta i się lampię.
A to młoda dziewczyna, nie wiem, dlaczego w takie ciepłe dni łazi w takim burym chałacie do kostek, a głowę ma bieluteńką, te białe postronki sięgają jej poza dupę. Ma po prostu powplatane we włosy takie białe sznurki. A na smyczy za nią faktycznie york :P
Korciło mnie, żeby jej powiedzieć, że napędziła mi niesamowitego stracha, ale może nie wie, co to Wraith, zresztą i ja tego słowa poprawnie nie wymówię, więc pomyśli, że w okolicy stara wariatka mieszka i też będzie miała traumę :)
A Wraith to dla znających Stargate :)
Można sobie wygooglać :D

Wkurza mnie ten nowy odkurzacz, maksymalnie. Tak go chwalili w internetach, pierwszy raz kupiłam coś z internetowych poleceń. Jarało mnie to, że nie latam od kontaktu do kontaktu, karku nie zginam, no ale w praniu było już tylko coraz gorzej. Szarpie mój biedny dywanik, kanapy nim nie sprzątnę, ten mały ma taką kwadratową dziurkę jak ćwiartka pudełka do zapałek i gówno sam sprzątnie. Przy listwach nie odkurzy, w szparę między szafę a ścianę nie wjedzie, no obraz nędzy i rozpaczy. Taka elektryczna szczotka i to wcale nie taka dokładna, zwykłą lepiej sprzątnę.
No cóż.
Dojrzewałam.
W poniedziałek pojechałam do pracy, bo czosnek się kończy, a kupiłam czosnek od Grzesia, a i ogórki ma takie dobre, że ojapierdolę. Więc pojechałam odebrać zamówienie i wracając wlazłam do naszego osiedlowego AGD. Jakiś to pokomunistyczny sklep, tam kupiłam meble dla dzieci na kredyt dla MM, tam Eks kupił komodę i jednoosobowe łóżko, wydając na to pół kredytu, co udało mi się z trudem odkręcić.
Mniejsza z większym. Na wprost drzwi stoi on, dzielnie prężąc muskuły, przeceniony z 185 zł na 95. (Inżynier kupił na Amazonie iRoombę przecenioną o połowę, też o tym myślałam, ale ponad 1000 zł - bo takie są u nas w promocji, za coś, co posprząta w sumie jak mój bezprzewodowy, nie dziękuję.)
Pytam, w czym haczyk.
Nie ma haczyka, jest promocja.
Kupuję, ale nie zabieram, bo oprócz jebanej torebki tacham te ogórasy i czosnki od Grzesia :)



Pani jest tak uprzejma, że mówi, że poczeka na mnie, bo wszystkie egzemplarze AGD mają w sklepie w jednym egzemplarzu, bo to mały sklepik w blaszaku.
I tak lecę znów do domu jak Zatopek itede i z wózeczkiem z powrotem. Pudło nie mieści się do wózeczka, ale sam odkurzacz już tak, więc zostawiam pudło w sklepie i lecę do domu.
W domu okazuje się, że pan sprzedał mi nie takie worki, więc apiać (kilometr w jedną stronę), w sklepie okazuje się, że worki są OK, tylko ja jestem sierotą społeczną i wkładam je nie tym końcem.
Kurtyna.
Po drodze wlatuję do chińskiego badziewia, bo dzieci kochane tak opaprały mi szczotkę do kibla, że żadne czyszczenie nie pomaga, i choć kupiłam wypasioną za 30 zeta, jednak ją wypierdolę i kupię chińską. Za 3 zeta. Nie żal przy wypierdalaniu :D
Siatkę dostaję, plastikową.
I kupuję sobie świeczki w szkle, bo jesień blisko.
No, urok chińskich sklepików, badziew za grosze.
W domu włączam po raz kolejny Yugo, jeżukolczasty, jak on ssie.





Jakkolwiek to nie zabrzmiało :)
Znajduję miejsce na nowy grat, podlewam badyle i wyciągam świeczki.
Jedna, druga, trzecia rozlatuje mi się po wyjęciu z pudełka na kawałki, kawałki na podłogę, a ja na boso. Nie, nie spadła, była stłuczona, tak nieszczęśliwie odtworzyłam, że kawałki spadły. Wycofuję się jak saper z pola minowego, wskakuję w kapcie, na całe szczęście nie rozcięłam sobie nic, no ale do wieczora sprzątałam mikroskopijne kawałki szkła, bo wraz z idącym słońcem lśniły w coraz to innych miejscach.
Nie włączałam odkurzacza, a mam ich DWA, bo bałam się o worki i o ten zbiornik, szklane kawałki były jak brzytwa.
Dziś warzywka ogarnąwszy potuptałam do domu, zadowolona, bo do piątku mam wolne, potem maszynki, a potem znów wolne parę dni.
Upałów nie ma, nie jest za gorąco, więc hulaj dusza, piekła nie ma.
Czereśnie czarne, piękne, soczyste kupiłam na Manhattanie i lezę do Galerii. Papierowa torebka przecieka, więc wyciągam tę chińską reklamówkę, żeby w nią schować czereśnie i sruuu :) Pół palca przecięte, ręka zalana krwią, krwawię jak zarzynane prosię. Mam chusteczki do dupy, zawsze to jakaś dezynfekcja, ale chusteczka przemaka momentalnie. Wpadam do apteki, myśląc, że to jednak krew. Pani magister w panice, staram się nie plamić krwią i nawet mi się to udaje. Woda utleniona, plaster, wypadam na ławkę. Ogarniam się.
Zanotować w kajeciku: nie kupować badziewia w chińskim sklepiku, oprócz szczotki do kibla (worki na śmieci kupione tam śmierdzą tak, że wyeksmitowałam je na balkon, poduszka pod dupę na fotel komputerowy ze sznureczkami do wiązania, coby nie spadała od razu po przywiązaniu straciła sznurek). Foliówka nadaje się do krojenia chleba, moje noże tępsze są, a przecięłam żyłę na ukos. Jak będę kiedyś chciała ze sobą skończyć, to tylko chińską foliówką.
No nic.
Jest 18.52 gdy piszę i w dupie mam, czy wstępniak dziś dojdzie. Czekam od 15. I tak poszłam im na rękę, bo miało być zamykane wczoraj, ale im coś wypadło.
Nawet mimo całej mojej sympatii do pani piszącej wstępniak.
Wstanę jutro, to zrobię, teraz mam ochotę na zimne piwo.
Pieniądze, które mi płacą nie są warte mojego czasu.

Jak wstane jutro wcześnie, to na giełdę chcę jechać, trzeba się rozglądnąć za badylami dla Umarlaków i coś zaplanować.
Na Pierworodnego nie liczę, to było pierdu, pierdu, jak zwykle, teraz cisza w eterze. W sumie nie znalazł nawet czasu, by pojechać do swojego ojca na grób. Życie :D Ja też nie byłam u Eksa :) No ale - mniejsza z większym. Ja od lat z coraz większym trudem ogarniam całą rodzinę.
Pytałam, czy pójdą ze mną w czwartek na demonstrację.
Cisza.
Prezenty zabrał dla MW, też cisza.
Ani jednego dziękuję, nic. Nic, czy się podobały, czy nie.
Pytałam żonę Inżyniera, ale jej też nie dziękowali, ona uważa, że nie potrzeba.
A ja uważam, że trzeba.
Dziękuję za każdą chwilę, którą mi ofiarowała z Alienkiem i Kalafiorkówną, bo to jest jej czas, nie spotkała się z koleżankami, kolegami, przyjaciółmi, dała ten czas mi.
Nie musiała.
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
I boleję, że Pierworodny mych nauk nie pamięta.
Boleję tym bardziej, że wciąż słyszę, ile to robią dziadkowie dla nich.
Tak, ale ja pracuję. Dojeżdżam do pracy.
Nie mam siły ani warunków na niańczenie dwojga dzieci. Nie mam zamkniętego i ogrodzonego podwórka, schowków na rowery i basenu.
Daję, ile mogę i na ile mnie stać.
Też chciałabym usłyszeć dziękuję.
A nieważne, wracamy do starych relacji :P
Jak zazwyczaj bywało, nie mam ich adresu.
Oni mają klucze do mojego mieszkania, ale Inżynier już bąkał o zwrocie, bo to jego klucze.
I ja się o nie upomnę :)

A jutro na obiad ogórkowa z poprzedniej partii ogórasków od Grzesia, bo głupia cipa nie zrobiłam ich w słoiku, licząc, że jednak Pierworodny się skusi. Tak, głupia ze mnie cipa, co nie?
Za to ogórkowa na trzy dni palce lizać.
Mlask.
Bo i ogóraski zacnie się ukisiły :P




niedziela, 21 lipca 2019

Ponieważ

Synowa obawiała się burzy, Kochany Pamiętniczku, umówiłyśmy się, że ja pojadę do niej.
O jeżu kolczasty, jak się zacukał na mój widok, potem mordka mu się zbananiła, a potem rzucił mi się w ramiona no i dalej było już z górki.
Kupiłam samochód, za grosze, wbrew groźbom. Przecież nie chodzi mi o wywożenie wszystkich zabawek do UK, ale zabawy i radochy było tyle, że ojapierdolę, bo okazało się, że auteczko samo jeździ na napęd sprężynowy (nie miałam o tym pojęcia, kupując).
Przed wyjściem szybka audiencja u Inżyniera, wszędzie się coś dzieje.
Potem szybka rundka do starego ZOO, gdzie i Kalafiorkówny się nanosiłam do bólu kręgosłupa (z rozmów z koleżanką Synowej, z samym Inżynierem wiem, że wszyscy z mojego pokolenia mówią, że to jakaś paranoja z tym noszeniem dzieci non stop, znaczy się, nie ja jedna jestem pojebana), o mało orła nie wywinęłam, goniąc Alienka wiejącego za kordon sanitarny dla kucyków. Zwiał pod taśmą, a ja ledwo równowagę utrzymałam, goniąc Skubańca.
Potem lody, spacer na bimbę. Popołudnie spędziłam na robieniu wirtualnej laurki dla Małej Wiedźmy, która jutro kończy 9 lat.
Jak to minęło.
A Alienek popisówkę odstawił, dźwigając z pokoju prababci, która w szpitalu jest, deskę, tak ponad pół metra na 30 cm, na której babci serwowano obiady, gdy nie wstawała z łóżka. Wyniósł, nie wywlókł z pokoju, przetachał przez przedpokój, i z mocą rzucił na podłogę.
Niezłe ziółko z niego rośnie.
Zatem na niwie rodzinnej spokój, love i peace.

Gorzej zaś dzieje się w kraju, przerażona jestem skalą nienawiści, brunatnej nienawiści, rozlewającej się po całym kraju. Jak powódź, jak zaraza, nieszanująca i nieuznająca żadnych kordonów sanitarnych.
Tak było w Niemczech w latach trzydziestych.
Niektórzy z nas uczyli się historii, pamiętają co było później, niektórzy może mieli z tym osobistą styczność.
Ale Ci z Bogiem, honorem i ojczyzną na ustach - nie wiedzą, co czynią.
Ten Kościół nie jest już moim Kościołem. I nawet jeżeli będę smażyła się w piekle, w smole i cierpiała z powodu gorąco, którego nienawidzę, będę smażyła się w dobrym towarzystwie.

Wiem, smoła, piekło - to wszystko  przenośnie.
Ale wciąż myślę o tej dziecięcej modlitwie (chodziłam do przedszkola prowadzonego przez zakonnice, innego w mojej wsi nie było). Co rano śpiewaliśmy:
Grzeczne dziecko, gdy wstanie,
Nie prosi o śniadanie,
tylko ładnie umyje buzię, rączki i szyję.
Potem ładnie uklęknie i przeżegna się pięknie.
Trzyma rączki złożone, nie obraca się w stronę.
Nie obraca, nie kręci, bo ma zawsze w pamięci,
że Pan Jezus jest wszędzie
i za złe karać będzie.

Hmm... Małe dziecko za złe?
Teraz, na trzeźwo, z perspektywy lat przeżytych patrząc, dlaczego Bóg, będący miłosierdziem ma karać małe dzieci, a odpuszczać prawdziwym zbrodniarzom?
Takim, jak ci, którzy teraz nami rządzą, gwałcąc po drodze wszystkie zasady i prawa?
Tym jedynie słusznym?
Tym, każącym także i mi "wypierdalać".
Gdzie?
Za co?
Pracuję, płacę podatki, także po to, by ci wymachujący różańcami i świętymi obrazkami, niepracujący, żyjący z pomocy społecznej, ale mający na bilety na mecz, na piwo, na stanie na drodze i wrzeszczenie do mnie "wypierdalaj" mieli te swoje pieniążki.
Kurwa mać.
Tylko kto na nich zarobi, jak ja wypierdolę?
I tak, jestem inna.
Kiedyś, wieki temu, pracowałam z dziennikarzem z "elyty", a jakże, z Warszawy, z Wprostu. Gadu, gadu, pierdu, pierdu, wyszło na jaw, że mam dużo znajomych gejów. Pan prawie w szał wpadł. Że jak to, ja, taka porządna kobieta, zadaję się z takimi popaprańcami. Że to są podludzie, że oni są inni. Na moje: ja też jestem inna, oburzył się. Jak to, pani nie jest inna. Ma pani męża. Powiedziałam, że to nie ma nic do rzeczy, jestem inna, bo jestem kaleką. I społeczeństwo, aczkolwiek nie całe, bo na mojej drodze spotkałam wielu wspaniałych ludzi, jest dla mnie czasami okrutne. Pan na to: jaką kaleką. A ja na to spokojnie: - Panie J., przecież pan wie, że niedosłyszę i zapewniam pana, że często odczuwam swoje kalectwo. A on na to: nie jest pani kaleką, bo tego nie widać.
Nie polemizowałam dalej, bo polemika z idiotą sprowadza nas do jego poziomu, a to dla mnie jednak za wysoko :P
Moi znajomi geje są bardziej męscy niż wielu moich znajomych hetero. I czuję się w ich towarzystwie bardziej kobietą, niż w gronie hetero.
I mają wielkie serce.
Akceptują mnie zawsze, aczkolwiek potrafię być niezłą zołzą.
Czasem strzelają  focha.
Ale są dobrymi ludźmi, i to się liczy.
Miałam w życiorysie wycieczkę do Berlina z bandą 21 gejów. Hetero byłam tam ja, Inżynier i jedna dziewczyna z Warszawy. Towarzystwo było międzynarodowe, nawet ktoś z Ameryki się znalazł :) I to jedno z najfajniejszych wydarzeń w moim życiu. Bo to są fajni ludzie. Seks nie był w ogóle na tapecie, za to bawiliśmy się znakomicie.
I boję się...




 Tego się boję. Bardzo. Bo w tym świecie będą żyć moje wnuki. A nie wiem, czy któreś z nich nie będzie inne. I co? Różowy trójkąt?
Bo nie spełnia zasad, nie mieści się w ramach?
Bo świat zwariował?



piątek, 19 lipca 2019

Tydzień

przeleciał jak błyskawica, Kochany Pamiętniczku.
Ale to był fajny tydzień, nie da się ukryć.
Jednak rozciągnięcie zamykania na pięć dni odciążyło moje biedne patrzałki, a i ludzie oczy przecierali ze zdumienia, że nie latam jak chmura burzowa.
Ale materiały spływały spokojnie, jeden za drugi, emilki wpadały po skończeniu jednego, żyć, nie umierać.
A i kotecki były przesympatyczne, bo jak inaczej nazwać takie cudo?





W międzyczasie miałam wąty, że za przeczytanie strony formatu A4 zapłacono mi jak za cały miesiąc pracy, że to nieuczciwe, ale kumpela, która mi to załatwiała, znaczy się, tę fuchę, ofuknęła mnie: się wie, się dostaje...
No wiedziałam, wiedziałam, ale w tym tygodniu stwierdziłam, że jestem warta każdych pieniędzy, po przeczytaniu w tekściku na dwa A4, że Stanisław Mrożek...
I nie, że ten Stanisław raz, nie, konsekwentnie, w całym tekście.
Nie dowierzam już własnej pamięci i przeryłam Internet tam i z powrotem, żeby się upewnić, że jednak Stanisław nie jest Stasiem :)
Jestem warta tej kasy, którą mi płacą, bo większość osób testowanych na okoliczność Stasia twierdziła, że się czepiam, bo Stasio, a jakże, Stasiem jest :)
Otóż nie, nie jest.
I nie wiem, kto, kurwa im maturę dał, bo wśród osób twierdzących, że to Stasio byli też ludzie z doktoratem.
Kurtyna.
Więc jestem warta tej kasy, skoro nawet dyrektor teatru (sic!)  nie zauważył kotecka.
Mniejsza z większym, nie mam już wyrzutów sumienia :D

Jedyne, co mnie wkurwiało, to Cezar, bo mało, że odnoszę wrażenie, że chce wygryźć Jasia, który debilem jest, ale kochanym debilem, to...
Na dokładkę mu jedzie z gęby, zębów nie myje, kłania mi się na korytarzu zginając się w pas, co mnie zawsze denerwuje, bo np. G., w wieku Pierworodnego, witający mnie na co dzień grzecznym "dzień dobry pani Basiu", a na pytanie, czy ma coś dla mnie odpowiada zawsze: "dobre słowo, szeroki uśmiech i serce na dłoni" nigdy się nie zgina jak scyzoryk. Tak samo zgina się w pas mecenas, który zgolił ze mnie w sumie więcej niż zarabiam w dwa miesiące - za nic. Bo to, co mi zaoferował, mogłam zrobić sama za frico. Ale ufałam, że przykłada się do swojej pracy tak, jak ja do mojej. Nieważne :)  Ktoś musi się bogacić, co nie?
Ale wiem, że na G. mogę liczyć, jak puszczę błąd, bo weźmie to na swoją dupę. A Cezar niszczy w niszczarce wydruki. I, kurwa, jak pójdzie błąd, a on sadzi ich od cholery, mimo że jest dr inż. i zwali to na mnie, dam mu popalić. W redakcji przechowujemy wydruki.
W każdej redakcji przechowuje się wydruki.
Nie ma redakcji bez błędów, chochliki nie śpią.
Z byle kim :P
I korekta nie jest po to, żeby błędów nie było, bo zawsze będą, korekta jest po to, by było ich mniej.
I taką sztamę mam z ludźmi.
A Cezar jest albo w moim wieku, albo starszy i...
O nie, ja wprawdzie nie latam co 5 minut do Bossa, a wchodząc do jego gabinetu żegnam się, aczkolwiek niewierząca jestem, z czego mają wszyscy polewkę.
Ale: nie kabluję, nie wygryzam, trzymam mordę na kłódkę. Aczkolwiek robię zrzuty ekranu, jak wyżej zamieszczony.
Inaczej nikt nie wierzy w to, że klimat może się ocielić :D
 No nic. Zamknęłam na spokojnie, aczkolwiek przede mną jeszcze przesunięte na wtorek warzywka, a potem - wielka niewiadoma jeszcze - maszyny. Po drodze nowy kwartalnik i takie tam. Więc wolne raczej z doskoku i na raty.
Kiedyś w moim Heimacie na blaszaku był napis: rób kupę na raty. Wspominam go z łezką w oku, ilekroć życie układa mi się na raty, ale nie narzekam, bo niby i na co?
Właśnie Inżynier dosłał mi filmik z biednymi kotełkami. iRombę kupił, biedne kotełki :) Ja jestem niezadowolona z tego bezprzewodowego, bo w zakamarki nie wjedzie, nie ma końcówek. Widziałam w sklepie małe, zgrabne, z wymiennymi szczotkami, wjadące  w każdy kąt, niewiele ponad 200 zł, ale: gdzie ja to schowam? Muszę najpierw ogarnąć tę kuwetę.
Pytanie: kiedy?
Życie pędzi coraz prędzej.
Synowa pojechała z dziećmi na spacer do starego ZOO. Wysiadają z bimby, a Alienek rozgląda się i robi: brmmm, brmm. Zniesmaczony, bo babci na przystanku nie ma :)
Serce mi pękło z radości.
A co.
Bo tak w sumie, to...
A, nieważne.
W niedzielę byliśmy w Deli Parku. Pojechałam z ciotkami Alienka. A moje wnuczęta z dziadkiem.
Alienek zasnął na 15 minut w samochodzie, więc humoru nie miał, nie za bardzo interesowało go wszystko. Kalafiorkówna za to, idealna dziewczyna, z zadatkami na rudzielca (genów nie wymażesz) spała prawie cały czas, znaczy się prawie 4 godziny z pięciu włóczęgi.
A Alienek pokazał charakter.
Charakterek ma po tacie.
A po kim ma charakterek tata?
Po mamie, of course.
A kto jest mamą taty Alienka?
Oczywiście Stara Jędza :)
 We własnej osobie :) Nawet taka stara jest nówką nieśmiganą, albowiem tam w środku ma wciąż dwadzieścia lat, a może mniej :) Tę piękną fotkę zawdzięczam Zmorce, która raz zainstalowawszy przeklętą aplikację nie zawahała się jej znów zainstalować. I tak patrząc na tę moją starą mordę, zaczynam siebie coraz bardziej lubić. Bo co ja jestem winna, że się zestarzałam? Na razie nie aż tak bardzo, ale niewiele już mi brakuje. Na każdą z tych zmarszczek zapracowałam uczciwie, całym swoim życiem.
Tymi dniami i nocami, których nie przespałam.
I tymi, kiedy zrywałam się, bo byłam potrzebna. Pracując, prasując, lecąc do roboty, jakakolwiek by ona nie była.
Odmawiając sobie rzeczy i chwil, o których marzyłam, a których już się nie da odtworzyć, bo za późno, bo nie ma ich.
I nie, nie żałuję.
Bo moja dewiza się nie zmienia: życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

I tak było w Deli Parku.
Bo Alienek, aczkolwiek niedospany, pokazał charakterek.
Nie nadążały za nim dwie młode ciotki, dziadek i babcia razem wzięci. Schwytanie go w obiektyw graniczyło z cudem, albowiem nie stawał i nie pozował wdzięcznie, szedł swoją drogą, pod wiatr i pod słońce.
Swoimi drogami...



 Próbował się nawet dogadać z mamuciątkiem... Tłumaczył mu jak dziecku, po polsku, po angielsku (zmieniając angielski na niemiecki, pamięta ktoś, o jakiej piosence myślę?)...
 ... robale też hołubił, kamieniami karmił, żadnego się nie bał,  przytulał, miział, ale one takie jakieś...
 Tu palpitacji dostawałam i wywlekałam za frak, bo lawendowe pola roiły się od pszczół, bąków i innych nektaropijców, a nie mam pojęcia, na co Smarkacz jest uczulony, wolałam nie sprawdzać...


A potem już był incoguto (incognito), w czapeczce, okularkach i za Bonda robił. Na starym Ursusie, z którego matka go przemocą zwlekła, bo ja nie dałam rady.

Obiadu w knajpie nie zjedliśmy. Bo za drogo. Ok. Potrafię zrozumieć, nie każdy ma tyle kasy, co ja. Pojechaliśmy do przydrożnej pizzerii. Na widok tabunu much na stole zrezygnowałam z jedzenia pizzy. Inni jedli, i chwalili. Alienek odmówił stanowczo. Alienkową pizzę spakowano zatem w pudełko i pojechali. Ponoć dwie minuty po ruszeniu zażądał pizzy :p
Na mnie w lodówce czekał obiad, więc obyło się bez sensacji żołądkowych. Pomijając moją awersję do pizzy i do makaronu, nie jadam pizzy poza Pizza Hut, a makaron tylko jak rodzina podaje i robię dobrą minę do złej gry :)  Makaron liczy się tylko w rosole.

Rozbestwiłam się. Tylko pranie dziś zrobiłam po powrocie z pracy.
A tak błądzę po necie. Piszę tu. Kto bogatemu zabroni?
Jutro też jest dzień.
Niekoniecznie muszę go dożyć, co nie? :)

Wracając z pracy wsiadłam do bimby. Jak to ja, nieśmiało, wszystkie miejsca zajęte. Więc chyłkiem ukradkiem, nie stawać przy młodych, by nie czuli się zobligowani do wstawania...
Przycupnęłam między siedzeniem ze starą babą, wiem, też jestem starą babą, a młódką czytającą książkę. W uszach mam słuchawki i tango.
Ktoś mnie dotyka w ramię, podskakuję, jak klacz na wyścigach przez płotki.
Dres - ten typ - aczkolwiek w letnim wydaniu...
- Pani siada, i wskazuje miejsce po drugiej stronie bimby, której unikałam, bo tam same młode byczki siedziały, a ja nie lubię wymuszać miejsca do siedzenia. Byczki-intelektualiści, a jakże, z książeczką, z aplikacjami na srajfonie, z wzrokiem wbitym w siną dal. Takie tam różne typy, intelektualne.
Padłam.
Posłałam mu mój najpiękniejszy uśmiech (czy uśmiech staruchy może być piękny? Mam nadzieję, że poczuł się dowartościowany i niech mu dni lekko płyną) i klapnęłam. Nie, żebym tych trzech przystanków nie przejechała żywa, ale...
I tak sobie przez resztę drogi myślałam, czy powinnam dziękować kobiecie, która go wychowała, czy pozory mylą, czy ja już jestem takim próchnem, że na mój widok dresy miękną?

Dosyć na dziś, pranie trzeba powiesić, a bladym świtem na Manhattan lecieć.
Ale się rozpisałam,jak jakiś Mrożek nie przymierzając :D



sobota, 13 lipca 2019

Fajna

sobota, Kochany Pamiętniczku.
Nawet pogoda, aczkolwiek pozmieniała nam plany, nie zdołała schrzanić wszystkiego.
Żona Inżyniera jest poprawna politycznie do bólu, ale właśnie za to zaczynam ją cenić.
Bo to nie jest tak, że z wyszczerzonymi kłami rzucam się na synowe i rozszarpuję je na strzępy.
Tak, mam do niej żal, że bardziej świętuje urodziny swoich sierściuchów, jak moje.
Ale...
Pamięta o Dniu Babci i innych takich tam, aczkolwiek o Dniu Matki już nie, no ale i ja nie czuję się matką żadnej z moich synowych więc jesteśmy kwita, co nie? :)
Mniejsza z większym, przyleciała na dwa tygodnie do PL.
Na moje pracujące dwa tygodnie. Nie zatrzymała się u mnie, ale u swojego taty. W sumie jak dla mnie OK.
I ona czuje się tam dobrze, i ja nie rozdzieram szat.
Aczkolwiek, gdy po spacerze w starym ZOO, przerwanym przez ulewę (i siedzenie w pawilonie dla małp, w którym o mało nie zemdlałam z braku tlenu, z Kalafiorkówną w objęciach, z zamianą "hej siup, zmiana dup", bo ja zaczęłam latać za Alienkiem, a Synowa ją karmić :)
Alienek zwiał znudzony oglądaniem małp, fontann i rybek. I nie trafiały do niego argumenty, że nie ma mamy :P
Kolana sobie rozwalił, ale ojojanie podziałało. W przeciwieństwie do tego, gdy wlazł z piasek, albowiem tam go naprawdę zabolało. Mnie też boli ziarnko piasku w bucie, więc zrozumiałam.
I tak, w takt i rytm padającego deszczu zlądowaliśmy na gofrach i kawie, a mały cwaniak zajadając się goferem bez cukiera, klepał się po brzuszku, jęcząc z rozkoszą "mniam, mniam". Następnie zwiał do piaseczku i znów tragedia.
Do domu doszliśmy pieszkom.
Ile kosztowało mnie wlezienie na to piętro z wózkiem, zamilknę.
Jestem stara, niedołężna.
No,  może nie tak do końca. Więcej kosztowało mnie łażenie po podłodze, klejącej się i lepiącej na każdym kroku. Butów nie zdjęłam. Przerosło mnie to. Jak i zamknięte okna. W sumie nieważne, przeżyłam, oddychając głęboko, mimo kanarka, psa i klejącej się podłogi, klejącej tak, że nie mogłam buta oderwać.
I na tym klejkim labrador, no... jak zapora przeciwczołgowa.
Momentami współczuję Inżynierowi, ale to nie moja bajka.
Ominęło mnie spotkanie z jego teściem, z bratem Synowej i jego narzeczoną.
Lubię moją Synową, bo aczkolwiek jest hmmm... bez polotu, ale jest sprawiedliwa. Nie da się ukryć.
Ja też nie jestem idealna.
Doskonale widzę swoje wady.
Jutro jedziemy do Deli Park.
Będzie się działo.

W sumie - zaczyna mnie to bawić.

Ja i zabawa?
Serio?

I :) Chapeau bas. Dla mamyKlarki :) 
Niewiele osób mi pomogło w życiu tak, jak ona.






czwartek, 11 lipca 2019

35 lat

minęło, Kochany Pamiętniczku, od chwili, gdy po raz drugi w życiu zostałam najszczęśliwszą kobietą na świecie.
To były ciekawe lata, pełne wrażeń, jazdy z górki i pod górkę.
I niech tego nie usłyszy szczęście - ale to były szczęśliwe lata, mimo burz, zawirowań, naporów.
Na palcach jednej ręki mogę policzyć chwile, kiedy nie dogadywaliśmy się.
Ale to zawsze mijało.
Mój młodszy syn, Inżynier, skończył dziś 35 lat.
To darowane lata. Wiem, że mogę na niego zawsze liczyć. Że o mnie dba i pamięta. Dziś sam rano napisał, że chce pogadać, a ja na to, że nie trzeba, że nie chcę mu tego dnia zakłócać. A on: ale ja chcę. Wciąż jest mi mama potrzebna.
I to jest najlepsza zapłata za te lata. Choć może zapłata jest złym określeniem, ale nie potrafię inaczej tego określić. Brakuje mi słów.
Jest dobrym, mądrym człowiekiem. Z wielkim sercem.
I choć kocham ich obu tak samo, nie ukrywam już sama przed sobą, że jest moim oczkiem w głowie.
Nigdy mnie nie opuścił, nawet wtedy, gdy odszedł.
Jest na co dzień.
I dlatego zdrowie Inżyniera dziś :)

Niech los będzie dla Niego łaskawy. Zawsze.

A z innej beczki: w szparze unijnej znalazłam list. No, szpara unijna do tego służy, więc żaden cut, mjut i ożeszki.
W liście kod do karty płatniczej.
Tej, o której chłop nie wie.
WTF?
W zeszłym tygodniu wydawałam z niej kasę, wszystko grało i tańczyło.
Sprawdzam kartę, ważna do 2021 roku.
Ki diabeł? Jako że dziś byłam do 13, pojechałam do banku. Fakt, że kiedyś zapomniałam do niej PIN i za wyrobienie nowego musiałam zabulić 15 zł, no ale nie prosiłam o nowy, karta ważna, ja w panice, że ktoś sobie inną kartę wyrobił i mnie okrada.
Okazało się, że to stara karta, w sensie bez chipa i zawsze są jakieś cuda wianki przy płaceniu nią. Dostanę więc nową kartę, a że PIN przyszedł pierwszy to całe zamieszanie. Trudno :) Dobrze, że się wszystko wyjaśniło, a ja oczywiście miałam rozrywkę i motywację na łażenie w kolejnym upale.

Przez te parę chłodniejszych dni czułam się jak w raju, a i moje badylki też

Koleusy tak pięknie wybujały na balkonie :)
Może na zdjęciu tego nie widać, ale liście są wielkości mojej dłoni.

A na chodniku na osiedlu rośnie sobie, mimo braku deszczu i pryskania przez dozorcę


Jak wielka jest czasem wola życia, co nie?

Też taką mam.

Kocham budzić się co rano, nawet po koszmarnym śnie, z bolącymi kosteczkami i znów chłonąć życie.
Nadchodzący dzień.
Jakkolwiek paskudny by nie był, za rok już to nie będzie bolało, przynajmniej nie tak mocno, jak boli dziś.

Pierworodny, odkąd się wynieśli, dostawszy to, co im do szczęścia było potrzebne plus przelew na konto, nawet na wiadomości nie odpisuje. Ona również. No cóż. W razie czego ich będzie urząd skarbowy ścigał, nie mnie. W dupie to mam. Kiedyś leciałabym do US po papiery, teraz mam wyjebane.

A, US zwrócił mi nadpłatę, za te moje aparaty słuchowe. No i zonk. Podałam nr konta, bo mam dość użerania się z listowym i... zonk. Dostałam dwa razy po dwa złote zwrotu, osobnym przekazem na konto, bo taką nadpłatę miałam 2 lata temu i rok temu :) Chapeau bas, bez odsetek, ale oddali, a ja już na tym laskę położyłam. Dołożyłam 3 złote i starczyło na to urodzinowe piwo Inżyniera :)
Zatem jeszcze raz zdrowie Jubilata.

Nie marzyłam nigdy, w najśmielszych snach, że dożyję takich dni. Zostałam sama na tym świecie mając 16 lat.
Więc tym bardziej dziękuję ci, życie, że mogę się cieszyć tak długo moimi dziećmi. W sumie już 39 lat :) I chcę więcej i więcej.
Pazerna się zrobiłam, a co :)

niedziela, 7 lipca 2019

Dwie

polopiryny uratowały mi życie, Kochany Pamiętniczku.
W piątek bolało mnie tak prawe ramię, że omal nie padłam z bólu wieszając pranie, ale w myśl zaleceń TEGO szwagra, ortopedy nawiasem mówiąc, wieszałam, bo twierdził zawsze, że jak boli, to ruszać.
W sobotę rano ledwo dałam radę zakupy zrobić, ciesząc się, ze posprzątałam w piątek. Włoszczyznę na rosołek obrałam ostatkiem sił, po południu wyciągnięcie ręki było wysiłkiem na miarę wejścia na Mount Everest i zastanawiałam się, jak dam radę w poniedziałek, bo nie mogłam ręki do gryzonia wyciągnąć. Zgiętą jeszcze dało się jako tako działać, ale wyprostowanie to był wyczyn, że ojapierdolę.
Przeprosiłam się więc z ketonalem w żelu, ale pomógł, jak umarłemu kadzidło, znaczy nie zaszkodził.
Dobre i to było, co nie?
Ostatkiem sił ściągnęłam pranie, złożenie go to była jazda bez trzymanki.
Kordełki nie mogłam strzepnąć, żeby ją rozłożyć.
I założywszy piżamę, co było wyczynem na miarę salta mortale zaczęłam się zastanawiać, co zażyć, żeby umrzeć szybko.
I dupa.
Nic na stanie nie było, co popite alkoholem zaprowadziłoby mnie w krainę wiecznej szczęśliwości i szczęścia, a i alkoholu tyle w domu nie było.
Jazda na SOR to jak wiadomo sport ekstremalny, więc?

Pora umierać.
Przeciwbólowych w domu nie mam nic a nic, albowiem nie boli mnie nic, w sensie, że takie bóle, co to paracetamol czy inne gówno.

I uświadomiłam sobie, że przez ten cały bajzel z rodziną przestałam rano pić wodę z cytryną i imbirem, bo zawsze ktoś potrzebował kuchni na gwałt, a u mnie się dwie osoby nie mieszczą, zabiją się, obracając się z nożem.
A imbir bardzo dobrze robi na stawy i trzyma te moje bóle w ryzach i myślę, że gdyby moja mama to piła, pożyłaby dłużej.

I nagle...
Tadam.
Po urodzeniu Pierworodnego dostałam takich bóli rąk, że wygięło mi dłonie w sierp. Szwagier zaaplikował mi jednorazowo 6 polopiryn i kazał ruszać łapami.
Nie uwierzycie, podziałało :)

Więc wzięłam dwie polopiryny, bo sześciu to się bałam, wtedy miałam lekarza pod ręką jak coś, a teraz sama. Jeżu kolczasty, jak ja się pociłam w nocy, że ojapierdolę. Ale... Rano wstałam prawie nówka nieśmigana :) Podnosiłam rękę nieśmiało, żeby się za uchem podrapać, bo wczoraj było to fizyczną niemożliwością.
I tak, te dwa wiecznie bolące palce u lewej ręki bolą, ale reszta to już pikuś :D
Co jakiś czas macham rączkami jak wiatraczek, żeby sprawdzić, czy wszystko nadal działa i już dwie polopirynki dziś zażyłam, a i na noc zaaplikuję sobie jeszcze jedną, a kto bogatemu zabroni?

Z Inżynierem pogawędziłam.

A z Pierworodnym zamilczałam, wlecieli dopiero po stół po południu. Mieli wlecieć wczoraj, ale "im nie pasowało". Z Fejsika dowiedziałam się, że celebrowali w jednej z najdroższych knajp w PZ jej imieniny. Zachowałam się nieładnie i nawet życzeń nie złożyłam, ale zapowiedziałam już dawno temu, że mają do wyboru celebrację albo imienin, albo urodzin. Nie stać mnie na celebrowanie w tak rozrośniętej społeczności i tego, i tego. Wszyscy wybrali urodziny i tego się trzymam. Ale knajpa do której poszli? Mnie samej oko zbielało, jak tam zapłaciłam rachunek. A i ona dziś przyszła w wypasionych nowych butach, na moje oko co najmniej 300 zł. A żyją na kredyt.
Niech im będzie.
Mieli przyjść po 13, zatem zjadłam sobie po 12 mój z trudem wczoraj upichcony rosołek. Poczęstowałam zielonym groszkiem, bo wiem, że lubią i wczoraj kupiłam i kawą.
Groszek jedli, jakby tydzień nic w ustach nie mieli :D
Smacznego.
Po 16 oznajmili, że muszą się zwijać, bo muszą jeszcze obiad ugotować.
Uśmiechnęłam się czule i rzekłam, że u mnie już po, wczorajszy rosołek zjadłam, pół kubka rosołku mi zostało :)
Jeśli liczą na obiadki, to się przeliczą, nie ma opcji.
Nie zaprosili mnie nawet na kawę do siebie, a wypadałoby mieszkanie pokazać, co nie?
Chociaż w sumie nie spieszy mi się tam.

Ona nawet nie wie, co mają, a co nie, bo po pracy jest taka padnięta i zmęczona, że już nie może.
Więc znów wszystko spada na Pierworodnego. A ten jest rozgarnięty inaczej, choć dobra dusza :P

No ja przepraszam, też jestem po pracy zmęczona. I nie pracuję do 15, ale bardzo często po 10-12 godzin.
I jestem o te 26 lat od niej starsza :)

Więc jeśli ktokolwiek myśli, że dam się w cokolwiek wrobić, to się myli.
I tak zostanie, Elżbietka też nie pojechała na chrzciny małego Archiego, bo miała inne plany :P

Królowa jest tylko jedna, co nie?

No, a ze mnie niezła Stara Jędza i to się nie zmieni.

A mój ból stawu to od klimatyzacji. W pokoju mam nieustawnie, wieje mi na ramię cały czas. Okna nie chcę otwierać, bo mam palarnię pod nosem. Jutro zabiorę chustę do pracy, bo jednak to nie żarty takie zapalenie!

I tym optymistycznym akcentem żegnam się z Tobą, Kochany Pamiętniczku, do napisania.
Nie wiadomo kiedy, bo i nie wiem, jak się pracowe dni potoczą, a w tym miesiącu kumulacja - trzy gazetki :P



piątek, 5 lipca 2019

Przejdźmy

do przyjemniejszej części życia, Kochany Pamiętniczku, bo ile można się stresować i wkurwiać.
Umówiona byłam z Pierworodnym na wyprawę do IKEA po biurko, bo stół kuchenny, na którym stało wszystko w małym pokoju chcieli do swojej kuchni. Poprosili, żeby nie było. W sumie trochę mnie bolało, bo to nasz pierwszy i jedyny stół, przy którym spędziliśmy kilkanaście pięknych lat we czwórkę i przy którym, połykając łzy kroiłam chleb, myśląc: doczekać dnia, w którym chleb dla czworga znów pokroję dopomóż mi, Panie.
No wiem, wariatka :)
W sumie żaden cud miód, po prostu stół.
Ale...
Będą kiedyś fotki, bo zeskanuję.

Wbrew rządowemu, pisiorowskiemu nawoływaniu do bojkotu chciałam biurko z IKEA.
Na tyle, ile mi zostało, ikeowskie mebelki są the best. Jeszcze mnie do reszty nie pojebało.

Zatem mały pokój po liftingu wygląda tak :)

Jest miejsce i na skanowanie, i na lekturę, i na inne takie tam :)
Podoba mi się, na co dzień z tego nie korzystam, ale.
Jest mój klimat :P

A Lidl trafił na listę sklepów zakazanych, albowiem

i
i

Dobre piwa, nie powiem. Ale najlepsza jest łomża miodowa i piwa z Brovarii :)

Pierworodny od poniedziałku idzie do pracy, więc i mniej go będę mogła wykorzystywać. Ale jest.
Synowej podoba się w nowej pracy, aczkolwiek sama byłam dziś świadkiem, jak płakała po telefonie swojej mamy. Nie chciała powiedzieć o co, a ja nie drążyłam tematu. W okolicy mają szkołę dla Małej Wiedźmy i dwa przedszkola dla Papryczka. Dla MW już złożyli papiery.

Mam nadzieję, że się powoli wszystko poukłada.
Po pod górkę powinno być z górki, a potem znów pod. C'est la vie, nie ma innej opcji.

Lato jest teraz CUDOWNE. Brakuje tylko deszczu. Ale że jest, jak jest, wesoło nie będzie.
Trudno.
Żyć trzeba.
Nawet gdy prawa ręka tak boli, że sięgnięcie do myszki to wyczyn.
Ale boli, to trzeba ruszać.
Kolanko tak się samo naprawiło :P
To i rączka będzie nówka nieśmigana :D
Nie ma innej opcji :p
Pranie się samo nie powiesi :)

czwartek, 4 lipca 2019

Urodzony

4 lipca, Kochany Pamiętniczku.
Mój o 5 lat młodszy brat.
Miałby dziś 60. urodziny.
Nie dożył pięćdziesiątki, sam sobie odebrał życie.

I dlaczego czuję się winna?

Spieprzył swoje życie na własne życzenie, a ja czuję się podle, że nie podałam mu wtedy ręki, choć podawałam pierdyliard razy przedtem.

Sama zostając bez pomocy, gdy jej potrzebowałam.

I omal nie zostałam zgwałcona przez jego kolegę, będąc sama w domu z nieletnimi dziećmi... W jego urodziny. Bo mając klucze od mojego mieszkania przyszedł do niego pić z kumplem. Skąd wzięłam siłę, by wywalić za drzwi z hukiem dwóch rosłych, młodych, pijanych facetów, sama nie wiem. Widocznie miałam w sobie instynkt przetrwania.

Może nie powinnam tego pamiętać?

Ale pamiętam, że powiedziałam mu nie, gdy przyszedł do mnie ostatni raz. I wziął ode mnie moje ostatnie 10 zł  z portfela. Że musi poukładać swoje życie sam, bo jestem odpowiedzialna za moje dzieci.
Odchodząc powiedział, że odda mi całą kasę, którą ode mnie wziął w życiu.
Oddał.
Ale to nie było fair z jego strony, bardzo nie fair.

I nie, życie nie sypało mi kwiatów pod nogi.
Nie jechałam, jak sądził, na opinii, uczyłam się, dochodząc do wszystkiego sama. Mimo mojej wady słuchu, miał taką samą. Ale on zwalał na nią wszystkie swoje życiowe wtopy, ja zaś uważałam ją za dar. I na to, że mając 11 lat został sierotą. Ja zostałam nią mając 16 lat.
To nie za mną biegał na boisko, namawiając mnie do nauki, to ja za nim biegałam, mówiąc, że dość piłki, że pora się pouczyć.
Byłam spędzana kopniakami z boiska.

I to ja dzieliłam się z nim moim stypendium, załatwiałam mu naukę w technikum w Poznaniu, gdy skończył zawodówkę w K.
Internat. W K., żeby nie musiał męczyć się z pijącym ojcem. I w PZ. Tu już płaciłam za niego.
Poszedł na piwo z kolegami, zamiast na poprawkę.
Bo tak mu pasowało.
Miał do mnie pretensję, że skończyłam studia, a on wylądował w odlewni.
W której zarabiał więcej niż praktykujący lekarz, o co oburzał się mój szwagier.
Ale nie znalazł czasu, by jakoś mnie wesprzeć, gdy leżałam na patologii ciąży.
Za to "donosił mi", że mój mąż siedzi u mamusi na kawie, a w mieszkaniu w szklankach na fusach pleśń rośnie.
Ja bym jemu te szklanki umyła i nawet o tym nie wspominała, gdyby na tej patologii był.

Gdy rodziłam Inżyniera, pojechał na wycieczkę do Bułgarii, bo Pierworodnym powinien się mąż opiekować.
Tyle, że Eks pojechał wtedy do DE na ogórki i nie, że zarobił, nie, pojechał, bo miał taką fantazję, pojechał z teściową.
Long story.
Z Bułgarii przywiózł mi butelkę Słonecznego Brzegu i za każdymi odwiedzinami dręczył, że nie piję.
Jak miałam pić, mając na głowie cały dom i dwóch synów?
Więc w końcu wypił ten koniak sam.

I mój rajd po całym mieście, gdy gospodyni doniosła, że zniknął z radarów.
Po spelunach Starołęki, do których nie weszłabym później bez ochroniarza i w których WSZYSCY znali moje dzieci, bo chodził z nimi pijąc...
Kupował im lody, żeby nie mówiły mamie, że chodzą po knajpach, zamiast po Dębinie.
 Wrócił po trzech dniach, cały, nówka nieśmigana, z megakacem, bo spontanicznie pojechał na jakieś wiejskie wesele.
I jego romans ze starszą kobietą. Nie, nie przeszkadzało mi to.
Ale poznałam ją dopiero po jego śmierci, bo nie chciała się ze mną spotkać, bo... miałam wyższe wykształcenie.
Kurwa.
Na pogrzeb nie przyjechała, ale za to przy kremacji była i na moje, że nie chcę Go oglądać w trumnie, poleciała jednak Go oglądać i wypadła z okrzykiem, że jak żywy w tej trumnie leży.
I niebiosom dzięki za naszego proboszcza, bo tylko jego telefon do K. umożliwił mi pochowanie Ciebie bez cyrków.
Bo zadzwonił i powiedział, że byłeś jego ministrantem lata temu.
Kurwa.
Powiedziałam mu tylko, że znaleźli Ciebie na Dębinie. Nie drążył tematu, a na pewno wiedział, co się stało.

I tak, zapłaciłeś, kretynie, za wszystko, mając w chuj ubezpieczeń, długów, które ścigały mnie nawet po 10 latach, mimo przedawnienia.

I po co Ci to wszystko było? Bo nie umiałeś pić?
Ja też nie umiem, ale na razie nie spierdoliłam sobie życia.
I mam nadzieję, że nie spierdolę.
Sześćdziesiąt lat, wiesz, Kretynie, jaka to fajna data? Nic nie musisz, wszystko możesz.
Ja ją zaliczyłam.
Nie wiem, czy mam się cieszyć. Ale w naszej personalnej rodzinie, ja najdłużej ciągnę ten wózek pod górkę. 

Inżynier po pogrzebie wylądował na OIOM, umierając na wirusowe zapalenie mięśnia sercowego, bo nie przyznał się, że źle się czuje, żeby mnie nie dobijać.

Nie umarł, za co mu cześć i chwała, bo wtedy chyba ja skończyłabym ze sobą, kontynuując rodzinną tradycję.

I nie byłoby Alienka, Kalafiorkówny i innych takich tam.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech. 

Mam nadzieję, że wszystko już tam przemyślałeś z pozostałymi Umarlakami, że cieszysz się tam lepszym życiem i jeżeli jestem Ci coś winna jeszcze, odpokutowałam już. Myciem grobów, kurwa, bezsennymi nocami i tym, że to jednak ja w ostateczności płacę wszystkie rachunki.
Swoje i cudze.

Happy Birthday, Pawełku...  <3


środa, 3 lipca 2019

Jest

ciepło, aczkolwiek chłodnawo, Kochany Pamiętniczku :)
Brakuje tylko deszczu.
Ponoć taka pogoda ma się utrzymać jakiś czas, co mnie rajcuje.
Znów czuję się jak ta mała, szczęśliwa wówczas dziewczynka, która latem leżała pod wiśnią na kocyku, w sweterku, bo jej zimno było.
Nie było mi zimno dziś, aczkolwiek odczuwałam momentami mroźne podmuchy, albowiem nieźle piździło.
Nie mam nic przeciwko takiemu latu, no ale jestem w mniejszości, więc morda w kubeł.

Pracowo w normie, darcie mordy dało efekty, przyszłam na 5 godzin i poszło jak z płatka. W miejscach, gdzie nikt nic nie "rzeźbił". W miejscach rzeźbienia klimat się ocielił. Jak zawsze, bo u nas się ociela, nie ociepla :D Takie słowniki u chłopów :D No ale mniejsza z większym, do Bossa z pielgrzymką nie poszłam, albowiem chyba mu to ocielenie klimatu nie służy i był jak bryła lodu.

Za dużo miałam ostatnio stresów, żeby sobie coś dokładać.
Na razie na listek bobkowy do niedzieli i całą resztę mam w dupie. Głęboko.
Bo tak.
Bo mogę, bo chcę, bo mi wolno.

Rozmawiałam wczoraj z M., śpijmą nocą już.
Sama nie wiem, która z nas ma większe kłopoty życiowe, ale obiektywnie przyznaję, że jednak ona.
Bo ja nie jadę na prochach, żeby spać. Wystarcza mi alkohol, ale i bez tego daję radę. A ona bez procha nie zaśnie, co najgorsze, to są prochy na receptę. Ale też bierze na swoje barki wszystko, łącznie z siostrą (sic!) od lat robiącą długi i żyjącą na szerokiej stopie. I dziećmi, które są bardziej genialne jak moje, ale... Niepoukładane do bólu, do szpiku kości, nawet bardziej niż moje.
I o ile ja wyrosłam z bycia matką Polką, ona nie.
Do tego zazdrosny mąż i lata pracy za granicą.
Jednak każdy ma swoje piekło.
Nie chciała wierzyć w moje teksty, ale przecież nie ściemniałam.
Umiem mówić NIE, aczkolwiek serce rozrywa mi się wtedy na strzępy, że nie dbam o Brzdąkwę.
Tylko rozum mówi mi, że Dylążek ma już prawie 40 lat i to on sam wkręcił i siebie, i mnie w tę maszynkę.
Więc nie, dużymi literami mówię NIE.

Dziś rano zadzwonił na MSG. Zdziwiona pytam dlaczego dzwoni. A on, że chce mieszkanie pokazać. Hmmm... Jestem TU, na miejscu, może wypadałoby zapytać, czy chcę do nich przyjechać na kawę, herbatę, na wycieczkę krajoznawczą? To tylko 4 przystanki, po drodze mi z mojej pracy, sieciówkę mam. No ale OK, pokaż.
Jebłam.
Są tam od poniedziałku popołudnia, a dziś środa rano.
Musiałabym się nieźle namęczyć, żeby w sumie w jeden dzień zrobić taki bajzel na kółkach, jaki zobaczyłam. Wygląda na to, że meble były wstawione do zdjęć, które oglądałam, ale może to i lepiej. Mam tu na myśli tę białą, skórzaną kanapę. Mniejsza z większym. Stołu w kuchni też nie ma, pytanie, czy mogą dostać ten mój. Ale na każdym, dosłownie każdym meblu i na pralce leżał jakiś lump. Na podłodze też. A szaf stało tam ze trzy co najmniej. Na posłaniu na podłodze moje wnuki. Okryte niepowleczonym kocem, a dałam powłoczki. Dając pytałam, czy dwie starczą, nawet się nie zająknął, że teść dzieci przywiózł, że potrzeba więcej. Spokojnie dałabym więcej koców i powłok. Jeszcze z 6 koców na stanie mam, jak nie więcej. A stara pościel trzymana jest na zasadzie: jakby ktoś musiał rzygać albo jakiś urok, bo pamiętam, jak się szarpałam, gdy nic nie można było kupić, nic nie schło, a dzieci rzygały.
Taki ze mnie chomik.
Mniejsza z większym.
Gemela na medal.
I na widoku chemia ode mnie, gdybym nie dała mydła i szamponu, tudzież ręczników, co z tego, ze starych, pewno by się wycierali w te lumpy leżące po kątach.

Mniejsza z większym.
Pierdolę.
Piszę do Inżyniera, a ten tonem pocieszająco-lejącym ze śmiechu odpisuje: niech mama poczeka aż sprowadzą to, co mają w garażu.

Faktycznie, będzie się działo.

M. mówiła, że jej synowa to też taki okaz bałaganiący. Tyle, że jej syn sprząta, aczkolwiek to syzyfowa praca. I martwi się o wnuczkę, na razie żłobkową, jak będzie się czuła, wstydząc się zapraszać koleżanki do śmietnika.
Odpisuję, że ja się nie martwię, bo dziecko chowane w bałaganie bałaganu nie zauważy i nie będzie się wstydzić.
A M. na to, że zauważy porządek u koleżanek i będzie się wstydziła speluny.
Mądrze prawi, polać jej.

No i? Nie pojadę tam sprzątać, nie mój bajzel. Przed 10 laty może bym poleciała, ale teraz nawet nie mam siły. Zresztą po sprzątnięciu swojego kwadratu jestem zlana zimnym potem i zmęczona, więc nie ma opcji.

I tak sobie gawędziłyśmy o ciężkim losie teściowych z naszego pokolenia: oczekuje się od nas dyspozycyjności, pracowania, bo wiadomo, pecunia non olet, zachwycania się i zajmowania wnukami, bycia silnymi, zwartymi, gotowymi, no i tego jebanego tatuażu na czole: obowiązek matki Polki...

A... Przepraszam?

Serio?

Wystarczy, że jak superwomen zmagam się z ocieleniem klimatu. To musi być bardzo bolesne, jak on się tak cieli, cieli i ocielić nie może.
Na serio zaś, jestem bardzo zaniepokojona zmianami klimatycznymi i naprawdę czarno wszystko widzę, zwłaszcza przy ty, co wyczyniają pisiorowate pojebańce.
I jednocześnie myślę o tym ocie(P)leniu i o młodych: na moje, że same pampersy zabijają wielu ludzi, odpowiadają, że "no przecież jak to można w te tetrowe pieluchy". Jakoś można, no ale ja się nie znam, bo to i pranie, i suszenie, i wieszanie, i składanie i - to się nie da.
Maybe.
Wiem, że będę niedługo znów dziwadłem na Manhattanie, bo będę miała swoje woreczki na pierdoły.
Dopiero niedawno "moja" pani przyzwyczaiła się, że robię zakupy logicznie: jeden worek: najpierw pyry, potem włoszczyzna i to, co się nie gniecie i że nie lubię pakowania wszystkiego po kolei w oddzielną foliówkę.
Nie uświadamiam jej, że jest mi ciężko wlec się do śmietnika ze wszystkim potem, bo to i nogi trzeba ogolić, włos natapirować, rzęsy zrobić, cyckonosz założyć, pazurki pomalować i inne takie tam :)
Inżynier mnie tego nauczył, kiedyś w dresowych spodniach za Chiny Ludowe nie poszedł ze śmieciami.
Teraz śmiga i nie marudzi, oczywiście u siebie, bo... pampersy się wylewają ze specjalnego kubła...

A w pracy D. zrobiła mi reklamę, kolportując, jaką to jestem wredną teściową. Wszystkie "młode" w wieku Pierworodnego na mój widok przewracają oczami.
W sumie obchodzi mnie to tak bardzo, że aż wcale.

Stojąc w kolejce, na pytanie: czy pani jest ostatnia, zawsze odpowiadam NIE. Są gorsze ode mnie. 
I tego się trzymam :)

I nie, nie poinformowałam ich, że w sumie mam 4 dni wolne i mogę się zająć dziećmi. Pierworodny jutro idzie podpisywać.
Nie, nie zajmę się, bo nie chcę mieć bólu dupy u mnie, a siedzenie w ich bajzlu średnio mnie rajcuje.

Zresztą nawet nie znam ich adresu :) Nie podali. Pierworodny powiedział, że przyśle, ale...
Znam ulicę, ale stoi na niej w chuj bloków.

A moja kochana Synowa od wyjścia w poniedziałek z mojej chaty nawet słowem się nie odezwała.

Deklarowała zaś niedawno, że mnie bardzo kocha.
I jak tu wierzyć w miłość?

Nadzieja jest matką głupich. Błogo mi, żem sierotą :D Że zacytuję mistrza mego.

Do napisania, Kochany Pamiętniczku :)



poniedziałek, 1 lipca 2019

Po burzy

jest pogoda, co nie, Kochany Pamiętniczku?
Wynieśli się, ale aż mi było żal Pierworodnego, tak oberwał.
Jak napisał Kierownik Budowy, ona ma wielkie ego i nie ustąpi. No to trafiła kosa na kamień, moje ego jest większe. I pamięć mam dobrą.
Za miłość płacę miłością, za pożądanie pragnieniem..
A za zniewagę?
Nie mszczę się. Karma to suka. Ja tylko czekam.
Powitała mnie w T-shircie z napisem "Królowa jest tylko jedna". Jakkolwiek głupia bym nie była, nie witałabym teściowej in spe w takiej koszulce.
Baran świadkiem i sam ją obśmiał.
Nie, ta zniewaga krwi nie wymaga, przyjęłam do wiadomości, że królowa jest tylko jedna, sama mam multum koszulek z głupimi napisami, umowę o pracę podpisywałam w koszulce z napisem w stylu: alkohol to twój wróg, lej go w mordę. Po angielsku, z cichą nadzieją, że Boss nie zna angielskiego. Zna, perfekcyjnie. Ale też wezwał mnie znienacka z poprzedniej pracy, bo po moich trzymiesięcznych występach gościnnych  dojrzał do dania mi pensji, a nie jałmużny :)
Więc nie zawsze głupi T-shirt przeważa.
A potem były inne kwiatki, łącznie z zarzucaniem mi, że im nie pomagam.
Przy jednoczesnym tekście: co będziesz matce kasę oddawał, my jesteśmy młodzi, coś nam się od życia należy. Spędziła pół roku na utrzymaniu Pierworodnego, bo jak stwierdziła wśród czatowych znajomości, nie wiedząc, z kim rozmawia: praca w UK jest, ale trzeba chcieć i musieć pracować. Nie, to nie byłam ja :) A że ona i nie chciała, i nie musiała, to nie pracowała, miała frajera.
Baran wie. Kierownik Budowy wie. Usta milczą, dusza śpiewa.
Baran jakoś do niej nigdy wielką miłością nie zapałał, a kilka lat z nią spędził.
A i Kierownik Budowy zna ją jak zły szeląg.
I jakoś nikt nie jest jej fanem, a ja kilku mam, i owszem :)
Mniejsza z większym.
Dotarło do mnie, że to Pierworodny ma być szczęśliwy, nie ja.
I jest.
Ale nie znaczy to, że ja muszę tańczyć i grać, bez popierdywania.
Nic jej nie zawdzięczam, oprócz dwójki wnuków, zresztą wychowywanych bezstresowo. Z tym, że Mała Wiedźma jest bardziej stawiana do pionu, a Papryczek to synek mamusi.
Co też mi się nie podoba, bo nie lubię synków mamusi i córeczek tatusia oraz vice versa.
Dziecko to dziecko i każde dostaje co do grama tyle samo serca ode mnie.
Za innych nie odpowiadam.
I dlatego teraz powiedziałam: synu, ty tak, Twoja żona nie.
No ale wyszło jak wyszło i się zwaliła.
Z brudnymi kopytami (bo ją nogi bardzo bolą), z tłustymi kłakami szczotkowanymi wszędzie, doczyścić szczotki z kłaków nie mogę, kłaki to coś, czego nienawidzę bardziej niż inni pająków.
Po raz pierwszy od 30 lat miałam zatkaną umywalkę. Kurwa mać. I opypraną, bo po sobie nie opłucze i nie zniży się do przetarcia.
Darłam mordę na Pierworodnego, bo tak mi łatwiej.
Sprzątał, ale next time już nie pamiętał.
On w Biedronce, gdy brałam towar z półki chciał go pakować do wózka. Nie dlatego, że jest złodziejem, nie, on po prostu był daleko stąd.
Może w kolejnej kreskówce.
I kobieta, która nie spuszcza klapy od kibla?
Ja w pracy nie spuszczam, albowiem nasze sprzątaczki nie są od mycia klapy i klapa, nawiasem mówiąc jedna z najdroższych na rynku jest od miesięcy obrypana zaschniętą krwią. Więc podnoszę, wiedząc gdzie nie dotykać, ale nie spuszczę, bo znów kolejne dotknięcie. Ale w domu, gdzie myte co dzień? Nie spuści klapy, kobieta?
Tfuuuj :)

Więc pomijając tłuste włoski i sceny, że wszyscy jej mówią, że jest gruba (jest, do dwóch kanapek zużywa pół słoika majonezu, bo kocha majonez), że nie ogarniam tej całej miłości...

Przyjechała wczoraj z fochem po 22.
Żeby się ze mną nie widzieć.
Pierworodny mówi: niech mama idzie spać. Oczywiście, mogłam, ale... U mnie nie ma drzwi, a mnie, głuchą, budzi światło... Nie da się wejść do łazienki nie zapalając światła, a to świeci prosto w moje oczy. Łazienka ma drzwi, ale przeszklone.
Rankiem odprowadzał ją do pracy, kurwa, jak dziecko do przedszkola.
W południe miał podpisać umowę o mieszkanie.
Ja w pracy, bo jak wiadomo, praca mnie namiętnie kocha. Aczkolwiek do 8 mam, teoretycznie, wolne.
I nic, cisza.
Podpisał.
Wracam do domu. Pusto. Pytam, gdzie się szlaja. Dostał papiery ze szkoły MW i szuka gdzie wydrukować. WTF? Mogłam to spokojnie zrobić i zawieźć do tłumacza. No nic. Po godzinie pytam, gdzie jest. Szuka tłumacza. WTF? Mówiłam, gdzie tłumacz, no a w ogóle, Google nie ma, taki nagle nieogarnięty?
Jedzie po nią do pracy.
Kurwa.
Obiad sobie zrobiłam, wyjebane mając na resztę.
Pytam, gdzie są. Pod blokiem, czekają na teścia, bo nie trafi.
A można było wrócić do domu, teść zna drogę. Zabrać resztę bambetli i na nowe mieszkanie.
No nic.
Włączam Skype i jadę po równo.
Nawet mi go nie żal...
Ale czy ja, kurwa, muszę wciąż czekać na wszystko?
Wpada jak po ogień. Niewiele zdążyłam uszykować, a przecież wystarczyło powiedzieć.
Pościel dałam, starą, ale zawsze, koce, poduszki, ręczniki, płyn do naczyń, do kibla, szampon, mydło, pastę do zębów...
Zaczynanie życia od zera jest kosztowne.
A wystarczyło wczoraj powiedzieć, co spakowała w O.
Jak widać, niewiele.
Rybka mi to.

Jak cicho i pięknie, nawet upał i smród papierochów (we wnęce na dole siedzi "towarzystwo" i nic na to nie poradzę) mi nie przeszkadzają.
Wszystko pomyte, nie ma kłaków, jeszcze tylko jedno pranie powieszę.

Alienek powiedział wreszcie "tata" :) Nie mami (tak mówi na mamę), nie mama (tak mówił na Inżyniera), nie daddy (tak mówił na koty),  nie pająk (tak mówił na pająka za oknem), nie mimi (misiek), ale TATA :)
No to teraz czekam na BABCIA zamiast "brumm, brum" na wardze.

Małe rzeczy cieszą najbardziej, co nie?


Sama się dziwię, jak przeżyłam te dwa miesiące.
Ale widocznie było mi to pisane.

Postaram się wszystko pięknie przeżyć do końca, ile fabryka dała :D

Bardzo dziękuję wspierającym mnie na duchu :)

Szczyt luksusu: obrus na stole po dwóch miesiącach ceraty.
Jakie piękne są małe szczęścia, co nie? :)