środa, 23 listopada 2022

Jaś

 nie doczekał, Kochany Pamiętniczku, ale SJ doczekała wreszcie wizyty u lekarza, prywatnie, a jakże.

Najpierw jednak wpadła na genialny pomysł, żeby zaszaleć i wydać na badania laboratoryjne kasę z własnej kieszeni, nie oglądając się na skierowanie od rodzinnego i w ten piękny sposób została lżejsza o pół stówy, ale za to obsłużona jak nie przymierzając Elżunia. Do laboratorium dojechała bezpośrednio spod chaty autobusem, pani w rejestracji bez grymasów odmaseczkowa się, kolejka była niewielka i błyskawiczna, a wyniki już po 15 były dostępne online, zatem nie musiałam po nie lecieć.

Żyć nie umierać, co nie?

Inna bajka, że za kasę, ale oj tam, oj tam.

Kwas moczowy spadł dzięki diecie przecudnie w te dwa tygodnie, fakt, jeszcze zostało do zbicia 0,8 do górnej granicy, ale co to dla mnie, co nie.

Zero alkoholu, to jednak boli, bo lampka wina wieczorem to takie miłe, zwłaszcza po zamknięciu interesu, ale trudno. Może kiedyś. Wino w lodówce się chłodzi. (Chociaż doczytałam, że nowy lek w połączeniu z alkoholem obniża ciśnienie i trzeba uważać, żeby za nisko nie spadło, hahahahaha.)

Cholesterol ten dobry wzrósł, ten zły spadł, daleko im jeszcze do normy, ale spada, to się liczy (doktor rzekł, że z efektami spadku cholesterolu po diecie trzeba czekać co najmniej 2 miesiące bez wsparcia piguł, a tego nie chcę, znaczy się ręcami i nogami się przed statynami bronię, więc poczekamy). 

Tak więc zaopatrzona w stare wyniki, nowe wyniki, EKG i dzienniczek ucznia - tfuj, dzienniczek pomiarów ciśnienia, nieciekawy, udałam się dziś do Certusa.

Dojazd mam fajny, nawet z przesiadką, dojechałam prawie godzinę za wcześnie. Rejestracja pani miód na me serce, żadnych problemów z namordnikiem. Nawet się nie awanturniczyła, że telefonu nie podam, tylko emilka.

Pod gabinetami kolejki, ale pod moim pusto, wisi kurtka, czekać na wezwanie lekarza, więc uzbroiłam się w cierpliwość.

I wreszcie tadam, SJ doczekała.

Wizyta marzenie, no fakt, że za kasę, ale nawet ludzie za kasę są obsługiwaniu chamsko (vide - jedna z moich znajomych u mojego szwagra, wyszła tak zdegustowana, że głowa mała). Maseczkę zdjąć - żaden problem. Doktor spokojnie wysłuchał jojczenia SJ, zadając rzeczowe pytania, obmacał, osłuchał - w szoku byłam, bo strip-tease nie kazał robić, co jest regułą w polskich gabinetach (no może jestem AŻ tak nieatrakcyjna, że saute nie chciał mnie widzieć, ale to tym lepiej dla mnie).

Długo zastanawiał się, co zapisać, instrukcje rzeczowe podał tam, gdzie pani doktor z przychodni miała wyjebane, stary lek zostawił w niższej dawce, nowy zapisał (z tych najnowszych, ale jak sobie ulotkę poczytałam, to resztki włosów z głowy mi w podskokach spierdoliły, ale oj tam, oj tam, jak nie zejdę od leku, to zejdę od wylewu, więc coś trzeba wybrać, bo wartości powyżej 220 na ciśnieniomierzu to nie przelewki, co nie?). 

Następna wizyta po Nowym Roku, bo nie wiadomo, jak przychodnia będzie działała między świętami. Ponieważ nie pamiętałam pracowego harmonogramu, znów staram się załatwić wizytę emilkiem, jak nie, będę dusić I., mam już tam konto, powinno być łatwiej :)
No i dieta, jak się powoli ogarniam, nie jest źle. Dziś na szybko wrzuciłam do warzyw na patelnię płatki orkiszowe i wyszło całkiem pożywne danie. Skyr kupiłam, z płatkami i owocami jest całkiem całkiem.
Trochę mi kilogramy zleciały i to jest frajda, móc założyć skarpetki bez stękania.

Więc o ile lek mnie nie zabije, albo nie trzeba będzie szukać innego, to git majonez. I zmienić aptekę, bo moja ulubiona jednak ma za wysokie marże. W osiedlowej dostałam lek za niecałe 18 zł, w ulubionej kosztuje 22, a to już jest znacząca różnica, mam za to kilo jabłek.
Odżywiam się tak zdrowo, że aż mi niedobrze :) Sól odstawiłam zupełnie, starczy tej, co jest w przetworach, ja, kochająca sól namiętnie. Pozostaną po mnie zapasy soli na lata, różowej, morskiej, z siarką, w kryształkach, mielonej... Ha :)
Wczoraj włączyli pompę ciepła u Inżyniera.

MW wyszła ze szpitala i ta gałąź zamilkła, pies z kulawą nogą nie zapyta, czy SJ dycha. No cóż, znów wyszłam na idiotkę, ale co tam :)

Dopieściłam się


prawda, że pięknie być tak powitaną po powrocie do domu? Położyłabym na korytarzu, ale obawiam się, że długo by nie poleżała. A trochę kosztowała :)
Opady tego białego gówna i mróz przetrwałam, bratki kiblują pod folią bąbelkową, ale na dwoje babka wróżyła.

Więc w ramach dopieszczania funduję sobie



Gwiazdka i Wielkanoc w jednym, a kto bogatemu zabroni?

Aby do 16 grudnia, potem będzie chyba luz, bo o książce nic nie słychać, a nie pytam, bo już mi do roboty nie jest śpieszno :)

wtorek, 8 listopada 2022

Zdolna

 jestem niesłychanie, Kochany Pamiętniczku :)

Znaczy się online odebrałam wyniki badań laboratoryjnych, wydrukowałam, więc nie muszę lecieć do laboratorium znów.

I już wiem, gdzie jest pies pogrzebany, znaczy się, nie wiem, skąd mi taki jebany cholesterol skoczył, no gruba jestem wiem, zaczynam z tym walczyć. I nie dam się namówić na statyny, wolę jechać na tej postnej diecie do końca życia (hahahaha, to może być wkrótce, co nie?).

I dna się odezwała, to wiedziałam, ale nie sądziłam, że aż tak, po prostu boli to boli. Dnę mam zamiar zwalczyć dietą, bo leki na to są popierdolone i całkiem łysa będę.

W sobotę przyszłą (bo inaczej się w tygodniu nie da), skoczę sobie sama do laboratorium znów dnę zbadać po diecie i jak mi spadnie, będę miała argument, że nie leczymy, dietujemy.

No i tak to, jak mówi Dora, jest jak jest. 

Z ciśnieniem walczę, powoli spada, choć rano jest jak przez okno, już nawet mierzyć nie muszę, żeby wiedzieć, kiedy się stabilizuje, bo wtedy odpuszcza ściągnięcie skóry na tym łysym łbie. 

Trochę się obawiam przyszłego tygodnia, będzie jazda bez trzymanki z powodów pracowych, ale nie wybiegam tak daleko w przyszłość, bo po co?

Na razie w perspektywie rogalowy dzień (hahahahahaha, skojarzenie) z Inżynierem i Łobuzami, żona i matka rzeczonych idzie na randkę, więc są cali moi. Wymęczą mnie pewnie, ale oj tam, oj tam :)
Na noc nie zostają, to i położę się na kanapie i będę (z)dychała.

Szkoda tylko, że alkohol w odstawce, ale nic straconego, jak ogarnę, to lampką wina nie pogardzę.

To byłoby na tyle, Kochany Pamiętniczku.

Kasze nie są takie złe, żebym jeszcze solić mogła, ale soli mówię stanowcze nie, bo dzisiaj sól jest nawet w słodyczach. Czytam składy i włosy mi wypadają garściami z rozpaczy :) 

No, ale jest cudnie :)

niedziela, 6 listopada 2022

Dalej

 też się działo, Kochany Pamiętniczku :) 

W czwartek miałam zamiar odpocząć, zakupy porobiłam, wróciłam do domu z myślą o ogarnianiu siebie i chaty, gdy wtem koło14 Inżynier pisze, że dzwoniła babka, że wyniki są do odebrania. Jako że przebłyski miałam, że gabinet czynny do 16, poleciałam kurcgalopkiem i... pocałowałam klamkę, bo był czynny do 14 akurat. Pytam piguł, kręcących się po korytarzu, czy gdzieś można odebrać wyniki, ale jak w czeskim filmie nikt nic nie wiedział, nikt nie mógł mnie poinformować. Piszę do I., a ten odpisuje, że babka mówiła do której, ale on nie pamięta. Zaczynam się poważnie obawiać o stan jego umysłu.

Wróciłam więc do domu, a że korzystałam z bimby, nie z autobusu, to sobie w tym dniu natrzaskałam ponad 9 tys. kroków... 

Odsapnęłam.

Ale wieczorem naszła mnie znienacka myśl, że może coś pokręciłam z laboratorium. Jako że ciemno było już, w dupie miałam moją elegancję i tak jak stałam, poleciałam w dresiku sprawdzić laboratorium, bo strona internetowa nic o laboratorium nie mówiła, zresztą nie wierzę medycznym stronom już, bo kłamią jak najęte.

Szłam i kontemplowałam



urodę mojego osiedla, bo teraz bardzo rzadko wychodzę wieczorami... Było cudnie, Księżyc świecił jakby mu za to płacili...

A w domu


 

Tak dobiłam do 9 tys. bo do przychodni i z powrotem mam 2 tys. kroków, niczym nie dojadę, bo do przystanku i z przystanku wyjdzie mi tyle samo :) 

W piątek rano sik do pojemniczka i spacerkiem do osiedlowego laboratorium - w recepcji była przemiła piguła, nie ten wycieruch z poniedziałku, a pani w laboratorium była BEZ MASECZKI i przesympatyczna, mało tego, wkłuła się tak fachowo, że po komarze mam gorsze ugryzienie jak po igle i zero siniaka.

Do domu, śniadanko i sruuu po wyniki EKG. Kładę na biurku dużą milkę, a dziewczyna, że nie trzeba, na to ja, że mogę. W końcu mogła mnie spławić i wciąż bym szukała, gdzie zrobić EKG. Wiem, niemoralne jest dawanie łapówek. Trudno. Jeszcze mi powiedziała, że z opisu wynika, że nic złego się z sercem nie dzieje.

Do lekarki umówiłam się po12, żeby na spokojnie wszystko ogarnąć, ale wiele tam nie ugrałam. Uparła się znów, żeby mi zmierzyć ciśnienie tym samym zdezelowanym aparatem, a na moje, że nie, że ma dzienniczek, powiedziała, że zmierzy mi na prawej ręce. Jak żyję, nie słyszałam o tej metodzie, ale OK. Mierzenie na prawej ręce wytrzymałam, ale ręka zrobiła się jak balon i sina. I więcej nie dam sobie tam zmierzyć ciśnienia, mogą mnie w dupę pocałować. Zacukała się, że nie zapisałam się do instytutu, ale wyobrażam sobie już terminy i kolejki. Kazała odstawić piguły moczopędne, po raz pierwszy od czasów śp. prof. Fibaka lekarz schylił się mi do stóp, pomacał i orzekł, że nie mam opuchlizny (wczoraj kopyta mnie bolały, ale przypomniałam sobie, że przeżyłam bez tych piguł w UK miesiąc, bo zapomniałam je zabrać, więc pewno i teraz przeżyję, a zawsze jedna chemia mniej). Zostawiła stary lek, dodała nowy i ten nieszczęsny w razie W. Zaaplikowała mi też coś podjęzykowo, ale jak zmierzyłam w domu po godzinie ciśnienie to pomogło jak umarłemu kadzidło.

Wizyta kontrolna za 2 tygodnie. O ile pójdę, to później, bo teraz mam 2 tygodnie pracowe.

I... padł internet w przychodni. Nie mogła mi zapisać recepty, nie mogła wypisać zaleceń, bo nie było internetów.

Zalecenia napisała odręcznie na karteluszku, a receptę obiecała wysłać z domu, jak będzie miała internet...

Wchodzę do chaty, ping, jest SMS z receptą.

No to tylko rączki, sik, rączki, wody łyk i wio do apteki.

I tak się tego dnia ponad 8 tys. nastukało, może i 10, bo chatę sprzątałam jeszcze.

W sobotę obudziłam się w mej pięknej chałupce 


 

... ciesząc się z kolejnego dnia.

W południe, choć było szaroburo wyniosło mnie na kijki, na moje nieszczęście w pogoni za krokami wyniosło mnie na Dębinę, gdzie nie byłam od tego parkrunu


i tak jak cudnie to wygląda na zdjęciach, to w rzeczywistości przeklinałam ten pomysł, bo zamknęli tam ścieżki, którymi zawsze chodzę i znam, a z moją orientacją w terenie pobłądziłam i wpakowałam się w takie śliskie okolice, że cudem nie zaliczyłam gleby w tym błocku i wychodziłam zestresowana maksymalnie, że nie znajdę drogi do wyjścia. Zapisać w kajeciku: omijać Dębinę, zanim mróz ziemi nie zetnie.

Wieczorem była randka z Baranem na Skype, bo wreszcie znalazł czas. Tak słuchałam, co robi i jak robi i serio? Lepsza moja bieda. No ale to jest jego życie, jego bajka i jego marzenia :) Życzę mu powodzenia, choć wiem, że sama nie byłabym zdolna do takich poświęceń.

6,5 tys. przelazłam, ale licząc tę ślizgawkę na Dębinie, miałam dość :) No i NFZ już mnie nie sponsoruje, więc kicha ;) 

 Ciśnienie wciąż mam za wysokie, ale tego w razie W nie chcę brać.

Tak się uparłam.

Niedzielny poranek znów był mglisty, ale szybko wyszło słońce, a we mnie biły się dwie SJ- jedna chciała leźć, a druga chciała leżeć plackiem. Zwyciężyła ta, co jeszcze chce pożyć i wzięłam to w razie W, bo jednak czaszka mi pulsowała. Odczekałam godzinę, trochę spadło, więc lewa, prawa, poszłam opłotkami w siną dal.

Ledwo wyszłam poza "centrum" fyrtla i wlazłam między domki jednorodzinne, zaczęło mnie dusić, bo zgodnie z zaleceniem wuca ludziska palą czym się da. A to południe było.

Doszłam do pierwszego naszego domu, nie wiem, kto tam teraz mieszka i jest właścicielem, teściowa to dawno temu sprzedała.


Naszego poddasza nie widać, tak zarosły drzewa, pewno tam teraz cieniście i przyjemnie w upały :) 


Nad tą rynną jest miejsce, w którym byliśmy bardzo szczęśliwi i pełni nadziei...


To okno, właściwie nie okno, tylko drzwi balkonowe - tam były te piękne lata.

No nic, powzdychałam i poleciałam do chaty, zahaczając o Park Bambrów, tym razem sama, a pogoda była wymarzona...


... jeszcze goły i jak patelnia latem, ale drzewa powoli rosną i...

Może i doczekam cienia.

To była fajna niedziela. Chociaż tylko 6 tys. dziś zrobiłam, bo piję dużo i do domu wleciałam już na alarmowym zasilaniu :)

Dziękuję wszystkim za troskę i dobre rady, ale robię i ogarniam po mojemu. To, co dla Was jest normalne - telefon i załatwione, u mnie tak nie działa.

Muszę angażować innych. Synowa nienawidzi dzwonić, Inżynier jest tak zalatany, że powtarza mój stary scenariusz: nie wie, jak się nazywa.

Tak, wiem, zagrożenie życia itede.

Ale... gdybym nawet wezwała pogotowie, to: zrobiliby EKG, które nic by nie wykazało, bo mimo tego potwornego bólu - to nie serce. Obstawiam kręgosłup, mam swoje podejrzenia. Z nadciśnieniem nie biorą do szpitala, dostałabym coś na zbicie. A musiałabym czekać na pogotowie, a z tym różnie bywa. Siedzenie na SOR już przerabiałam kiedyś, teraz jest jeszcze gorzej, więc nie, podziękuję. Tak czy siak musiałabym iść do rodzinnego. Więc nie ominęłaby mnie ta cała latanina.

Mam wizytę u specjalisty zaklepaną, jak okaże się dobrym fachowcem (nasłuchałam się od jednej z dziewczyn, jacy są lekarze, nawet prywatnie, w tym mój szwagier, TEN, o czym wiedziałam od zawsze, dlatego nawet nie myślę o zwrócenie się do niego o jakąkolwiek pomoc, choć deklarował ją). Na razie mam leki i termin także u rodzinnego, lepszy czy gorszy, innego nie będzie.

Wdrożyłam dietę, choć tak naprawdę niewiele to zmienia w moim jadłospisie, poza tym że wywaliłam sól kompletnie, starczy to, co jest już w gotowych produktach.

Trochę ciałka, o dziwo, zgubiłam, co mnie cieszy, albowiem dotąd wskazówka wagi ani nie drgnęła o kilogram, choć kombinowałam, jak koń pod górkę.

Co ma być, będzie.

Więc teraz wieczorny relaksik, a jutro do pracy.

Ale tylko do 13, jak etat przewiduje, bo potem idę połazić. Tego się będę twardo trzymać, a w najgorszym tygodniu chociaż po chleb do piekarni polecę, żeby chodzić, mało, ale zawsze.

Siedzenie na fotelu też się mści.


 

sobota, 5 listopada 2022

Z góry

 przepraszam tych, którzy się martwili, tych, którzy tęsknili oraz tych, którzy się złościli o zamknięcie Ciebie, Kochany Pamiętniczku.

Zamknęłam, bo byłam pewna, że nie dożyję do ranka, a nie chciałam, żeby Inżynier od razu wlazł na bloga, bo wlezie. Wie, że piszę, ale nie chce czytać i ja to szanuję. Może też tak być, że skasuje wszystkie konta bez litości i to byłoby najlepsze wyjście, ale kto go tam wie. Mam zahasłowane, ale w moim kompie nie usuwam haseł, za dużo roboty z szukaniem.

A teraz do rzeczy.

W piątek miał być dzień gospodarczy, bo w sobotę Łobuzy miały przyjechać na balik halloweenowy na naszym osiedlu, a potem miały zostać u mnie na noc, bo rodzicie chcieli wyjść.

W międzyczasie wpraszała się jeszcze tego dnia mama małego T. z partnerką, szczerze, taka kupa ludzi w mojej biednej chaupce budziła we mnie przestrach, ale ja głupia jestem i nie umiem mówić nie.

Niby tylko Łobuzy miały być na obiedzie, reszta na kawę, ale to się tak mówi - tyle luda to sterta zmywania, ja w kuchni, Łobuzy w pokoju, masakra.

No nic. Poszłam do Lidla, patrzę, leży ciśnieniomierz nadgarstkowy, za niecałe 60 zł. Coś za mną chodziło, chuj wie, anioł, diabeł i mówiło: kup, kup. Jako że tego naramiennego nie mogę uzywac, bo mam za grube ramię i mówi mi error, a zegarkowemu, który pokazuje góra 120 na 74 nie za bardzo wierzę, kupiłam. 

Na Manhattanie też byłam i przywlokłam do domu przecudnej urody 


Przedtem jeszcze korytarz umyłam, bo mój dyżur był. Zabierałam się za sprzątanie kuchni, gdy nagle poczułam, jak lewe płuco ściska mi żelazna obręcz, zaciskająca się wokół serca.

Ból był przeszywający, ale po 5 minutach minął.

Wyciągnęłam ciśnieniomierz i pokazał 220 na 105.

Cudnie.

Piguły zażyłam dodatkowe i zastanawiałam się: dzwonić i jechać na SOR, czy odpuścić.

Po dłuższym namyśle odpuściłam, bo przerażała mnie perspektywa zamaskowanego SOR i szpitala, nosz, kurwa.

Poszłam wcześniej do łóżka. Ale zasnąć nie mogłam, więc wywlokłam to, co schowałam, zapisałam PIN na karteczce do wszystkiego, co się mają męczyć, no i zamknęłam bloga.

O dziwo, w sobotę się obudziłam, ciśnienie wciąż w Himalajach, a i ja mało, że zestrachana, to z bolącą głową (a mnie głowa od lat nie bolała).

Czekając na przyjazd Bandy, poszperałam, analizując, co zażywam, wyszło, że może to być przedawkowanie witaminy D, którą zażywam od początku pandemii, ja, która w życiu witamin nie jadłam, nawet w ciąży. 

Przyjechali, poszliśmy na ten balik. Dzieci bawiły się średnio na jeża, nie wiedziałam, że Alienek w towarzystwie obcych dzieci nie za dobrze się bawi, a Kalafiorkówna chodzi własnymi drogami. Przepraszając, powiedziałam, że źle czuję i nie wezmę dzieci na noc. Opierdol od Inżyniera dostałam za przepraszanie, okazało się, że to Inżynierowa idzie na spotkanie z koleżankami i jemu  nie zależy, weźmie Łobuzów. Siostrę Inżynierowej odmówiliśmy, zjedli rosołek, bo miałam gotowy i pojechali.

A ja starałam się przeżyć do poniedziałku i się udało.

Rano poleciałam do przychodni, byłam pierwsza, ale pani dr pracuje od 9. Strasznie nieprzyjemna piguła zapisała mnie na 9.15, no i w efekcie siedziałam do 9.30, normalka.
Pani dr rozgarnięta średnio na jeża, więcej gapiła się w komputer niż na mnie. Może pasjansa układała, chuj wie. Poszła po ciśnieniomierz, przyniosła taki jak ja mam, z za małym i postrzępionym mankietem, który kazała mi trzymać, żeby się nie odpiął. Kurwa, o takiej technice mierzenia ciśnienia jeszcze nie słyszałam. Napompowała, a ja poczułam wokół serca taki ucisk, że myślałam, że zemdleję, a dłońmi zsiniała, więc wrzasnęłam  Wyszedł ERROR :) I chuj :) Pani doktor zaczęła lamencić, że jak ma mnie zdiagnozować, skoro nie wie, jakie mam ciśnienie. Nosz, kurwa, ciśnieniomierz to chyba podstawowe wyposażenie u lekarza rodzinnego, powinni mieć też taki, jak kiedyś były, ręczne, ale zacisnęłam zęby, bo cóż mam rzec. Tylko do takiego lekarza jestem przypisana jak chłop pańszczyźniany do ziemi, bo w okolicy nie ma opcji zarejestrowania się do innego lekarza gdziekolwiek, wiem, bo ludzie ciągle szukają...

Dostałam dzienniczek


z poleceniem "niech pani tym swoim mierzy i zapisuje", skierowanie na badanie krwi i moczu, skierowanie na EKG oraz skierowanie do kliniki leczenia nadciśnienia. I receptę na lek,który mam brać, gdy ciśnienie mi skoczy powyżej 160 na 100. A, jak mam mniej niż 160 to mam więcej niż 100, i na odwrót, więc lek leży, bo chujwicojest :) 

Synowa, nienawidząca dzwonienia umawia mnie na EKG (płatne, a jakże, na 12 w środę w HCP). Zapisuję na kartce, godzinę i piętro, bo HCP to jest megakombinat. Szpital, a jakże, im. św. JPII.

Jako że na wszystko było już za późno, kochany NFZ, postanowiłam przeżyć do środy.

Pojechałam we wtorek tylko do wujka Mietka.

Pierworodny wiedział, że się źle czuję, bo napisał mi w niedzielę, że MW wyszła ze szpitala i napisałam mu, że sama mam kłopoty. Do dziś cisza w eterze, a przecież mogłam pięknie umrzeć, co nie? Nieważne.

Zanabyłam naczynko do sikania i w środę zła jak osa poleciałam na Opolską, głupia cipa, nie sprawdzając w necie, bo tam zawsze było laboratorium (w mojej przychodni jest tylko we wtorek i piątek).

Opolska to kombinat, informacja zerowa, wszyscy w maseczkach. Na schodach kolejka z parteru w górę. Pytam gościa, czy to kolejka do laboratorium, mówi, że tak. No to kwitnę i czuję, że zaraz zlecę, bo słonko przez okna napierdala, a ja na czczo... Po dotarciu na II piętro okazało się, że kolejka jest do rejestracji do przychodni specjalistycznych, a laboratorium jest na V piętrze. Ja na Opolskiej byłam jakieś 20 lat temu ostatni raz...
Lezę na V piętro, okazuje się, że laboratorium i owszem, jest, ale komercyjne i nie ma umowy z moją przychodnią. Przemiłe panie, zdjąwszy szmatę innstruują sierotę, że ma jechać do laboratorium do HCP.

Autobus mi zwiał, ale że to jeden przystanek, to mdlejąc z głodu kurcgalopkiem na pętlę i bimbą do HCP. A tam armagedon, sajgon i apokalipsa. Na korytarzach kłębią się setki ludzi, ratownicy, pielęgniarki, widać chorych po radioterapii, a w laboratorium kolejka gorsza niż za komuny po mięso. I biletomat, z którego ni chuj nie wiadomo, co wybrać, albowiem laboratorium, aczkolwiek z sieci, do której mam skierowanie jest komercyjne. Nie ma opcji ze skierowaniem, jest opcja lekarz/specjalista, tę wybieram, bo przecież lekarz wystawiał mi skierowanie. Ale nie ma kogo zapytać, czy realizują takie badania, a na dokładkę drzwi do laboratorium są otwierane po wywołaniu numerka...

Pierdolę, idę do domu, dobrze, że kupiłam rano baton i wodę. Z sikami maszeruję lewa, prawa, a słoneczko grzeje, siki też się grzeją.

W domu sik i śniadanko, przezornie przygotowane i już trzeba z powrotem jechać do HCP na to EKG. 

No to jadę, jedzie ze mną ojciec najlepszego kolegi I. z podstawówki, przemiłego chłopaka, ojciec to temat na powieść, rodzice rozstali się dawno, a M. nienawidzi ojca równie mocno jak moje dzieci swojego. Pan, a jakże Kulturalny. Też jedzie do HCP, więc usłyszałam historie wszystkich chorób w tej rodzinie, łącznie z aktualną żoną i szwagrami oraz pociotkami. 

Rozstajemy się, on idzie do innego budynku, ja do budynku D. Nad wejściem napis Budynek D, więc wchodzę. Winda w konserwacji. Wchodzę więc na V piętro, na III spotykam pielęgniarkę, która oczy kwadratowe robi na pytanie o EKG, ale mówi, że na V jest kardiologia. A to miał być prywatny oddział szpitalny (leżał tam lata temu I.), ale pani nie słyszała o takim oddziale ani o badaniach prywatnych. Na V piętrze przerażony personel kardiologii zwołał zebranie, bo nie mają EKG i sugerowali mi, że się pomyliłam dzwoniąc. Hmmm... jak mogłam się pomylić, skoro dzwoniła Synowa, pielęgniarka w szpitalu specjalnie przekierowała ją na oddział, gdzie poszukali najbliższy możliwy termin wolny...

Kurwa.

Mam iść głównym wejściem i zapytać na portierni...

Pan na portierni już mnie kojarzył. I oczy mu wyszły z orbit, gdy usłyszał o prywatnym EKG. Ale na I piętrze jest EKG mam tam iść. Ale najpierw zapytać w rejestracji. W rejestracji patrzą na mnie jak na wariatkę. 

Ale trafiam do pokoju EKG, gdzie siedzi młodziutka kobietka i też nic nie może, bo nie mają umowy z moją przychodnią. Ale że nie miała nikogo, zgodziła się zrobić EKG, jeżeli zapłacę w kasie 60 zł. Tyle miało kosztować EKG to prywatne, więc było mi wszystko jedno :) Zrobiła EKG. Ruszyłam w poszukiwaniu kasy, a na korytarzach wciąż tłumy zbolałych ludzi, szłam, pocieszając się, że skoro na V piętro wlazłam, zlazłam, wlazłam, zlazłam i lezę, to chyba nie był zawał.
Zapłaciłam, wracam, bierze telefon Inżyniera, da mu znać jak wyniki będą do odebrania :)

Tak minęła mi środa, 10 tys. kroków zrobiłam, fiu, fiu...

Ciąg dalszy nastąpi...