nie doczekał, Kochany Pamiętniczku, ale SJ doczekała wreszcie wizyty u lekarza, prywatnie, a jakże.
Najpierw jednak wpadła na genialny pomysł, żeby zaszaleć i wydać na badania laboratoryjne kasę z własnej kieszeni, nie oglądając się na skierowanie od rodzinnego i w ten piękny sposób została lżejsza o pół stówy, ale za to obsłużona jak nie przymierzając Elżunia. Do laboratorium dojechała bezpośrednio spod chaty autobusem, pani w rejestracji bez grymasów odmaseczkowa się, kolejka była niewielka i błyskawiczna, a wyniki już po 15 były dostępne online, zatem nie musiałam po nie lecieć.
Żyć nie umierać, co nie?
Inna bajka, że za kasę, ale oj tam, oj tam.
Kwas moczowy spadł dzięki diecie przecudnie w te dwa tygodnie, fakt, jeszcze zostało do zbicia 0,8 do górnej granicy, ale co to dla mnie, co nie.
Zero alkoholu, to jednak boli, bo lampka wina wieczorem to takie miłe, zwłaszcza po zamknięciu interesu, ale trudno. Może kiedyś. Wino w lodówce się chłodzi. (Chociaż doczytałam, że nowy lek w połączeniu z alkoholem obniża ciśnienie i trzeba uważać, żeby za nisko nie spadło, hahahahaha.)
Cholesterol ten dobry wzrósł, ten zły spadł, daleko im jeszcze do normy, ale spada, to się liczy (doktor rzekł, że z efektami spadku cholesterolu po diecie trzeba czekać co najmniej 2 miesiące bez wsparcia piguł, a tego nie chcę, znaczy się ręcami i nogami się przed statynami bronię, więc poczekamy).
Tak więc zaopatrzona w stare wyniki, nowe wyniki, EKG i dzienniczek ucznia - tfuj, dzienniczek pomiarów ciśnienia, nieciekawy, udałam się dziś do Certusa.
Dojazd mam fajny, nawet z przesiadką, dojechałam prawie godzinę za wcześnie. Rejestracja pani miód na me serce, żadnych problemów z namordnikiem. Nawet się nie awanturniczyła, że telefonu nie podam, tylko emilka.
Pod gabinetami kolejki, ale pod moim pusto, wisi kurtka, czekać na wezwanie lekarza, więc uzbroiłam się w cierpliwość.
I wreszcie tadam, SJ doczekała.
Wizyta marzenie, no fakt, że za kasę, ale nawet ludzie za kasę są obsługiwaniu chamsko (vide - jedna z moich znajomych u mojego szwagra, wyszła tak zdegustowana, że głowa mała). Maseczkę zdjąć - żaden problem. Doktor spokojnie wysłuchał jojczenia SJ, zadając rzeczowe pytania, obmacał, osłuchał - w szoku byłam, bo strip-tease nie kazał robić, co jest regułą w polskich gabinetach (no może jestem AŻ tak nieatrakcyjna, że saute nie chciał mnie widzieć, ale to tym lepiej dla mnie).
Długo zastanawiał się, co zapisać, instrukcje rzeczowe podał tam, gdzie pani doktor z przychodni miała wyjebane, stary lek zostawił w niższej dawce, nowy zapisał (z tych najnowszych, ale jak sobie ulotkę poczytałam, to resztki włosów z głowy mi w podskokach spierdoliły, ale oj tam, oj tam, jak nie zejdę od leku, to zejdę od wylewu, więc coś trzeba wybrać, bo wartości powyżej 220 na ciśnieniomierzu to nie przelewki, co nie?).
Następna wizyta po Nowym Roku, bo nie wiadomo, jak przychodnia będzie działała między świętami. Ponieważ nie pamiętałam pracowego harmonogramu, znów staram się załatwić wizytę emilkiem, jak nie, będę dusić I., mam już tam konto, powinno być łatwiej :)
No i dieta, jak się powoli ogarniam, nie jest źle. Dziś na szybko wrzuciłam do warzyw na patelnię płatki orkiszowe i wyszło całkiem pożywne danie. Skyr kupiłam, z płatkami i owocami jest całkiem całkiem.
Trochę mi kilogramy zleciały i to jest frajda, móc założyć skarpetki bez stękania.
Więc o ile lek mnie nie zabije, albo nie trzeba będzie szukać innego, to git majonez. I zmienić aptekę, bo moja ulubiona jednak ma za wysokie marże. W osiedlowej dostałam lek za niecałe 18 zł, w ulubionej kosztuje 22, a to już jest znacząca różnica, mam za to kilo jabłek.
Odżywiam się tak zdrowo, że aż mi niedobrze :) Sól odstawiłam zupełnie, starczy tej, co jest w przetworach, ja, kochająca sól namiętnie. Pozostaną po mnie zapasy soli na lata, różowej, morskiej, z siarką, w kryształkach, mielonej... Ha :)
Wczoraj włączyli pompę ciepła u Inżyniera.
MW wyszła ze szpitala i ta gałąź zamilkła, pies z kulawą nogą nie zapyta, czy SJ dycha. No cóż, znów wyszłam na idiotkę, ale co tam :)
Dopieściłam się
prawda, że pięknie być tak powitaną po powrocie do domu? Położyłabym na korytarzu, ale obawiam się, że długo by nie poleżała. A trochę kosztowała :)
Opady tego białego gówna i mróz przetrwałam, bratki kiblują pod folią bąbelkową, ale na dwoje babka wróżyła.
Więc w ramach dopieszczania funduję sobie
Gwiazdka i Wielkanoc w jednym, a kto bogatemu zabroni?
Aby do 16 grudnia, potem będzie chyba luz, bo o książce nic nie słychać, a nie pytam, bo już mi do roboty nie jest śpieszno :)













