mam szansę zostać babcią.
Dowiedziałam się dziś rano.
Żona Inżyniera jest od czerwca w ciąży.
Przyzwyczaiłam się już do babciowania i jestem szczęśliwa ich szczęściem.
I rozumiem, dlaczego Inżynier nalegał na randkę dziś, choć mi nie za bardzo pasowało :P
Niedziela upłynęła fantastycznie, spotkałam się z dziewczyną z grupy korektorskiej na FB, znaną dotąd wirtualnie.
Wpadła do PZ do swojej koleżanki, z synkiem.
Koleżanka "wuchtę wiary" zabrała na tę randkę, znaczy się dwójkę dzieci i męża.
Najmłodsze spało w wózku cały czas (bite 5 godzin), uśmiechając się przez sen, jakby mu się aniołki śniły. Dwa razy w tym czasie przystawione do piersi na chwilę, zapadało z powrotem w błogi sen.
Nie widziałam jeszcze takiego dziecka.
Przeraziło mnie... :)
Serio.
Kolejna z internetowych znajomości, zapisanych na plus, nie na minus.
Nawet jeśli nie przerodzi się w nic trwałego, dała parę miłych chwil, spędzonych w przesympatycznym towarzystwie.
I to się liczy, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
A za oknem kolejna burza tego lata...
niedziela, 31 lipca 2016
sobota, 30 lipca 2016
Już dawno
nie byłam tak zdołowana, jak po dzisiejszej wizycie u E.
Fakt, nie ma dziewczyna lekko, zawsze pod górkę i pod wiatr.
I jestem szczęściarą, mając moje problemy, nie jej.
Ale...
Przypomina mi mnie sprzed kilkudziesięciu już lat bez mała, kiedy na okrągło wałkowałam, co kto w rodzinie Eksa powiedział, co kto źle zrobił, kto krzywo spojrzał, a kto się uśmiechnął.
Jakie to szczęście mieć już to za sobą, nie rozmyślać, nie roztrząsać.
Wszyscy wyszliśmy z tego pokaleczeni i poharatani, moja teściowa mistrzynią była świata w skłócaniu bliskich, na zasadzie dziel i rządź.
Ciekawa jestem, czy na tamtym świecie będzie tak samo?
Ale ja już mam dystans i mam nadzieję, że na tamten świat go przeniosę.
Mieszkanie E. obraz nędzy i rozpaczy, nawet w epoce przedremontowej nie miałam takiego rozpiździelu.
A rękami i nogami broniła się przed przyjściem do mnie.
Zaprosiłam ostatni raz. Nie przyjdzie, wola boska i skrzypce.
Ja się tam już nie wybieram. Jestem zmęczona. Przedtem godzinami słuchałam, że kolejny men jest potworem, teraz jest potworem bratowa.
Może i jest.
Nie zazdroszczę sytuacji, bo wielce zawiła, powieść można pisać, jak i w rodzinie Eksa, ale nienawiścią nie da się ani żyć, ani załatwić. A już tym bardziej obsesją...
W sumie od studiów to była dla mnie bardzo toksyczna znajomość i ona jest "winna", że wyszłam za Eksa.
Oczywiście, dziś nie rozpatruję tego w kategoriach winy, w innym życiu też bym za Eksa wyszła (lub nie), bo kto takie fajne dzieci by mi zrobił?
Dałam jej namiary na mojego ginekologa, bo nie chciała rodzić. A to był dobry ginekolog.
Więc może jesteśmy kwita, bo w którymś momencie rzekła, że jest mi wdzięczna, ale nie może patrzeć na Pierworodnego.
Byłyśmy w ciąży w tym samym czasie.
Ja, bo chciałam, bo nie zważając na okoliczności, taki był plan: mieć dziecko, bo mi zegar cykał.
Nawet gdybym musiała je sama wychowywać, byłoby, bo tak było w gwiazdach zapisane.
Ona miała romans z żonatym mężczyzną, takim, co to "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią..."
Nie oceniam.
Też miałam romanse, ale zawsze z osobami wolnymi.
Obrączka była zaporą nie do przeskoczenia, aczkolwiek jako młoda siksa kochałam się na zabój w żonatym.
Platonicznie, mocząc poduszkę i umierając z miłości...
Nie oceniam. Jesteśmy naprawdę różne.
I mamy swoje własne poplątane ścieżki, ale...
Nie po drodze...
Nie tym razem.
Ona na pamięć to umie...
A juterko Inżynier biedny, bo matka say no...
Cieszę się na rozmowę, bo będziemy sami (tak, wiem, okropna jestem), ale będzie ziewał, bo bladym świtem.
Później lecę na spotkanie z dziewczyną z Lublina, z grupy redaktorsko-korektorskiej.
Jakoś mnie ciągnie.
Zobaczymy...
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć, lepiej milczeć przytomnie i patrzeć...
Fakt, nie ma dziewczyna lekko, zawsze pod górkę i pod wiatr.
I jestem szczęściarą, mając moje problemy, nie jej.
Ale...
Przypomina mi mnie sprzed kilkudziesięciu już lat bez mała, kiedy na okrągło wałkowałam, co kto w rodzinie Eksa powiedział, co kto źle zrobił, kto krzywo spojrzał, a kto się uśmiechnął.
Jakie to szczęście mieć już to za sobą, nie rozmyślać, nie roztrząsać.
Wszyscy wyszliśmy z tego pokaleczeni i poharatani, moja teściowa mistrzynią była świata w skłócaniu bliskich, na zasadzie dziel i rządź.
Ciekawa jestem, czy na tamtym świecie będzie tak samo?
Ale ja już mam dystans i mam nadzieję, że na tamten świat go przeniosę.
Mieszkanie E. obraz nędzy i rozpaczy, nawet w epoce przedremontowej nie miałam takiego rozpiździelu.
A rękami i nogami broniła się przed przyjściem do mnie.
Zaprosiłam ostatni raz. Nie przyjdzie, wola boska i skrzypce.
Ja się tam już nie wybieram. Jestem zmęczona. Przedtem godzinami słuchałam, że kolejny men jest potworem, teraz jest potworem bratowa.
Może i jest.
Nie zazdroszczę sytuacji, bo wielce zawiła, powieść można pisać, jak i w rodzinie Eksa, ale nienawiścią nie da się ani żyć, ani załatwić. A już tym bardziej obsesją...
W sumie od studiów to była dla mnie bardzo toksyczna znajomość i ona jest "winna", że wyszłam za Eksa.
Oczywiście, dziś nie rozpatruję tego w kategoriach winy, w innym życiu też bym za Eksa wyszła (lub nie), bo kto takie fajne dzieci by mi zrobił?
Dałam jej namiary na mojego ginekologa, bo nie chciała rodzić. A to był dobry ginekolog.
Więc może jesteśmy kwita, bo w którymś momencie rzekła, że jest mi wdzięczna, ale nie może patrzeć na Pierworodnego.
Byłyśmy w ciąży w tym samym czasie.
Ja, bo chciałam, bo nie zważając na okoliczności, taki był plan: mieć dziecko, bo mi zegar cykał.
Nawet gdybym musiała je sama wychowywać, byłoby, bo tak było w gwiazdach zapisane.
Ona miała romans z żonatym mężczyzną, takim, co to "że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią..."
Nie oceniam.
Też miałam romanse, ale zawsze z osobami wolnymi.
Obrączka była zaporą nie do przeskoczenia, aczkolwiek jako młoda siksa kochałam się na zabój w żonatym.
Platonicznie, mocząc poduszkę i umierając z miłości...
Nie oceniam. Jesteśmy naprawdę różne.
I mamy swoje własne poplątane ścieżki, ale...
Nie po drodze...
Nie tym razem.
Ona na pamięć to umie...
A juterko Inżynier biedny, bo matka say no...
Cieszę się na rozmowę, bo będziemy sami (tak, wiem, okropna jestem), ale będzie ziewał, bo bladym świtem.
Później lecę na spotkanie z dziewczyną z Lublina, z grupy redaktorsko-korektorskiej.
Jakoś mnie ciągnie.
Zobaczymy...
A gdy przyjdzie zapomnieć i w pamięci to zatrzeć, lepiej milczeć przytomnie i patrzeć...
czwartek, 28 lipca 2016
Na chwilę
w niedzielę wleciał Kierownik Budowy. Nakarmiłam, bo sierota jedna, jak to on.
A tak nawiasem mówiąc - nie rozumiem wielu rzeczy. Jak można robić wielkie halo i problem z prania, nie mam czasu, bo musiałem prać.
Hahahahaha...
Po urodzeniu Pierworodnego nie miałam nie tylko pralki, ale nawet ciepłej wody. Jednopalnikowa maszynka elektryczna chodziła od rana do nocy, a prałam w rękach. I nawet pampersów wtedy nie było, a zwykłe pieluchy tetrowe.
No nic :)
A w sobotę Mała Wiedźma skończyła sześć lat. Mój Dawny E. Wedel Kochany.
Za oknem uwił sobie gniazdko cwaniak
A z kuchni eksmitowałam
strachu się przy tym najadłam, jak w rękawicy mi zaszeleścił... Boję się latających rzeczy :D
W poniedziałek pojechałam do AR i miłe zaskoczenie.
Chociaż w pewnym momencie nie wiedziałam, gdzie w wiosce jestem, stanowczo za rzadko się szlajam :)
Po drodze w bimbie spotkałam E. i uległam. Pójdę do niej w sobotę. A w dupie mam. Uparła się jak osioł, że do niej, a potem mi pisze, że ma bałagan. To dlaczego nie przyjmie mojego zaproszenia? Mam posprzątane i ugotowane. Nie to nie, bez łaski :) Odmówiłam obiadu, zjem w domu, wpadnę na herbatę.
Uczynki miłosierne zaliczone będą :D
W niedzielę mam się zobaczyć z dziewczyną, którą znam tylko z forum korektorskiego. Młodziutka taka, gdzieś w wieku moich chłopców, jak nie młodsza. A co mi tam, do Warty mnie nie zepchnie chyba.
No więc bimbowe spotkanie to jedno, a potem w AR zatkało kakao.
Dostanę trochę grosza, a jak wiadomo, pieniądze nie śmierdzą. A jeszcze pani mnie pouczała, że nie mam nic mówić, że pracuję, bo po co.
Ano i tak wszyscy doją budżet, ja takim strumyczkiem, że śmiechu warte. Pracowałam tam hmm... 6 lat z przerwami na urlop macierzyński i jestem już do końca życia "ich" pracownikiem. Znaczy się, budżetówki.
Żyć, nie umierać.
Do parku Sołackiego polazłam na spacer, ale zwiałam tam czym prędzej, bo śmierdzi niemiłosiernie, stawy czymś zanieczyszczone...
Coś jest na rzeczy, jeszcze lipiec, a winobluszcz już czerwienieje. Myślałam, że tylko u mnie, ale widzę, że u innych też. Nigdy tak nie było, najwcześniej we wrześniu czerwieniał!
Na łeb dostałam, a jakże, dwa dni zaprawiałam ogórki. Jeden w curry, a drugi w kurkumie. Oczywiście, zupełnie nie trzymając się przepisów i kombinując jak koń pod górkę. I po cholerę, skoro nie jem potem tego?
Ale zajęcie miałam.
Dziś pojechałam do Ikea, bo musiałam kupić osłonkę na doniczkę ze storczykiem, bo rozrósł mi się tak, że podłoże wywalał, ale kwitnąć za Chiny Ludowe nie chce.
Inżynier kupił mi na moją prośbę naparstki na aukcji i czekałam i czekałam na nie bez końca.
Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Powtórne. Jak, kurwa, powtórne, jak pierwszego nie było?
Zapytałam na poczcie, usuwając oczywiście niecenzuralne słowo. Pani z okienka nic nie jest winna, wiem.
W domu - niespodziewajka.
Miał kupić jedną półeczkę, ale jak napisał później - niespodzianka bez okazji, kupił dwie. Dla niego to grosze, ale miło :)
I tak moja kolekcja wygląda dziś tak
Nowe półeczki wiszą prowizorycznie, bo okazało się, że Kierownik Budowy zwinął wszystkie narzędzia i nawet młotka w domu nie mam, jak chciałam dziurę w plastikowej doniczce do storczyków zrobić, to wbijałam nóż tłuczkiem do mięsa, bo trzeba umieć sobie radzić :D
Na juterko planuję ogarnianie chaupki i okna mnie nęcą. Tak, wiem, tydzień temu myłam, ale brudne są, bo latają wielkie muchy i inne robale i od zewnątrz są osrane, a i deszcze swoje robią...
I tak tydzień wolny powoli mija.
Wyciszam się powoli i nawet wieść, że chcą zakazać emerytom pracy udało mi się wyciszyć i nie zdenerwować tym na maksa, choć na początku ciśnienie mi skoczyło jak szalone.
Co ma być - będzie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Czy będę się martwiła, czy nie.
Coraz więcej aktów terroru, przemocy, zła.
Tak jak śmiałam się, jak teściowa mówiła o objawieniach, nie śmieję się już.
Ale - co ma być, będzie, nie zmienię nic.
Każda droga ma swój koniec.
I moja też.
A tak nawiasem mówiąc - nie rozumiem wielu rzeczy. Jak można robić wielkie halo i problem z prania, nie mam czasu, bo musiałem prać.
Hahahahaha...
Po urodzeniu Pierworodnego nie miałam nie tylko pralki, ale nawet ciepłej wody. Jednopalnikowa maszynka elektryczna chodziła od rana do nocy, a prałam w rękach. I nawet pampersów wtedy nie było, a zwykłe pieluchy tetrowe.
No nic :)
A w sobotę Mała Wiedźma skończyła sześć lat. Mój Dawny E. Wedel Kochany.
Za oknem uwił sobie gniazdko cwaniak
A z kuchni eksmitowałam
strachu się przy tym najadłam, jak w rękawicy mi zaszeleścił... Boję się latających rzeczy :D
W poniedziałek pojechałam do AR i miłe zaskoczenie.
Chociaż w pewnym momencie nie wiedziałam, gdzie w wiosce jestem, stanowczo za rzadko się szlajam :)
Po drodze w bimbie spotkałam E. i uległam. Pójdę do niej w sobotę. A w dupie mam. Uparła się jak osioł, że do niej, a potem mi pisze, że ma bałagan. To dlaczego nie przyjmie mojego zaproszenia? Mam posprzątane i ugotowane. Nie to nie, bez łaski :) Odmówiłam obiadu, zjem w domu, wpadnę na herbatę.
Uczynki miłosierne zaliczone będą :D
W niedzielę mam się zobaczyć z dziewczyną, którą znam tylko z forum korektorskiego. Młodziutka taka, gdzieś w wieku moich chłopców, jak nie młodsza. A co mi tam, do Warty mnie nie zepchnie chyba.
No więc bimbowe spotkanie to jedno, a potem w AR zatkało kakao.
Dostanę trochę grosza, a jak wiadomo, pieniądze nie śmierdzą. A jeszcze pani mnie pouczała, że nie mam nic mówić, że pracuję, bo po co.
Ano i tak wszyscy doją budżet, ja takim strumyczkiem, że śmiechu warte. Pracowałam tam hmm... 6 lat z przerwami na urlop macierzyński i jestem już do końca życia "ich" pracownikiem. Znaczy się, budżetówki.
Żyć, nie umierać.
Do parku Sołackiego polazłam na spacer, ale zwiałam tam czym prędzej, bo śmierdzi niemiłosiernie, stawy czymś zanieczyszczone...
Coś jest na rzeczy, jeszcze lipiec, a winobluszcz już czerwienieje. Myślałam, że tylko u mnie, ale widzę, że u innych też. Nigdy tak nie było, najwcześniej we wrześniu czerwieniał!
Na łeb dostałam, a jakże, dwa dni zaprawiałam ogórki. Jeden w curry, a drugi w kurkumie. Oczywiście, zupełnie nie trzymając się przepisów i kombinując jak koń pod górkę. I po cholerę, skoro nie jem potem tego?
Ale zajęcie miałam.
Dziś pojechałam do Ikea, bo musiałam kupić osłonkę na doniczkę ze storczykiem, bo rozrósł mi się tak, że podłoże wywalał, ale kwitnąć za Chiny Ludowe nie chce.
Inżynier kupił mi na moją prośbę naparstki na aukcji i czekałam i czekałam na nie bez końca.
Dziś znalazłam w skrzynce awizo. Powtórne. Jak, kurwa, powtórne, jak pierwszego nie było?
Zapytałam na poczcie, usuwając oczywiście niecenzuralne słowo. Pani z okienka nic nie jest winna, wiem.
W domu - niespodziewajka.
Miał kupić jedną półeczkę, ale jak napisał później - niespodzianka bez okazji, kupił dwie. Dla niego to grosze, ale miło :)
I tak moja kolekcja wygląda dziś tak
Nowe półeczki wiszą prowizorycznie, bo okazało się, że Kierownik Budowy zwinął wszystkie narzędzia i nawet młotka w domu nie mam, jak chciałam dziurę w plastikowej doniczce do storczyków zrobić, to wbijałam nóż tłuczkiem do mięsa, bo trzeba umieć sobie radzić :D
Na juterko planuję ogarnianie chaupki i okna mnie nęcą. Tak, wiem, tydzień temu myłam, ale brudne są, bo latają wielkie muchy i inne robale i od zewnątrz są osrane, a i deszcze swoje robią...
I tak tydzień wolny powoli mija.
Wyciszam się powoli i nawet wieść, że chcą zakazać emerytom pracy udało mi się wyciszyć i nie zdenerwować tym na maksa, choć na początku ciśnienie mi skoczyło jak szalone.
Co ma być - będzie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Czy będę się martwiła, czy nie.
Coraz więcej aktów terroru, przemocy, zła.
Tak jak śmiałam się, jak teściowa mówiła o objawieniach, nie śmieję się już.
Ale - co ma być, będzie, nie zmienię nic.
Każda droga ma swój koniec.
I moja też.
czwartek, 21 lipca 2016
Zasłużyłam
uczciwie zarobiłam na to piwo...
Wypite od niechcenia, w ciszy.
Dzwonek do drzwi, nie podniosłam nawet tyłka, bo widziałam, wracając do domu, jak sąsiedni blok forsowała grupa ankieterów.
W dupie mam wszystkie ankiety...
Wiem, ciężki kawałek chleba, ale jaką mam gwarancję, wpuszczając obcych do domu, jak jestem sama?
Żadnej.
Muszę dojechać do AR, telefonu tam nikt nie odbiera, Danka cały dzień dzwoniła.
Trudno.
Kradziejka od wczoraj w szpitalu, wciąż nie wiedzą, co jest :(
Mała Wiedźma jutro skończy 6 lat.
Jak ten czas zapinkala.
Okna brudne jak diabli.
Planów tyle, że głowa mała, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Tak, Kochany Pamiętniczku, mija dzień za dniem.
Dopadła mnie karma.
Ale co tam...
Nic nie boli tak, jak życie...
Wypite od niechcenia, w ciszy.
Dzwonek do drzwi, nie podniosłam nawet tyłka, bo widziałam, wracając do domu, jak sąsiedni blok forsowała grupa ankieterów.
W dupie mam wszystkie ankiety...
Wiem, ciężki kawałek chleba, ale jaką mam gwarancję, wpuszczając obcych do domu, jak jestem sama?
Żadnej.
Muszę dojechać do AR, telefonu tam nikt nie odbiera, Danka cały dzień dzwoniła.
Trudno.
Kradziejka od wczoraj w szpitalu, wciąż nie wiedzą, co jest :(
Mała Wiedźma jutro skończy 6 lat.
Jak ten czas zapinkala.
Okna brudne jak diabli.
Planów tyle, że głowa mała, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Tak, Kochany Pamiętniczku, mija dzień za dniem.
Dopadła mnie karma.
Ale co tam...
Nic nie boli tak, jak życie...
sobota, 16 lipca 2016
Wieczór
z Ich Troje.
Obśmiane przez chłopców moich do bólu.
Do wypęku.
A dla mnie ważne, bo tak.
I jutro zabiorę się za likwidowanie tego etapu. O ile nie dopadnie mnie alzheimer, będę się z tego śmiała przez łzy.
Aczkolwiek nie żałuję, że przez łzy.
I już nigdy nic mnie nie będzie bolało.
Już nie boli, nie ma co.
Chłopców zranić nie chcę. Więc trudno...
Może by to po nich spłynęło, jak woda po gęsi, a może nie.
Nie wiem.
Nie zaryzykuję.
To moje życie i sama płacę moje rachunki...
Jedyne co boli to - kłamstwo. Ale skoro jest szczęśliwy i spełniony, mimo że doszedł do tego kłamiąc, nieważne. Niech mu będzie.
Ale karma jest suką.
I tyle w temacie.
Ich Troje - może i to nie Phil Collins i inne takie tam gwiazdy, ale część mojego życia.
Nic nie boli, tak jak życie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy.
I ten etap zamknęłam już.
Nie boli.
Obśmiane przez chłopców moich do bólu.
Do wypęku.
A dla mnie ważne, bo tak.
I jutro zabiorę się za likwidowanie tego etapu. O ile nie dopadnie mnie alzheimer, będę się z tego śmiała przez łzy.
Aczkolwiek nie żałuję, że przez łzy.
I już nigdy nic mnie nie będzie bolało.
Już nie boli, nie ma co.
Chłopców zranić nie chcę. Więc trudno...
Może by to po nich spłynęło, jak woda po gęsi, a może nie.
Nie wiem.
Nie zaryzykuję.
To moje życie i sama płacę moje rachunki...
Jedyne co boli to - kłamstwo. Ale skoro jest szczęśliwy i spełniony, mimo że doszedł do tego kłamiąc, nieważne. Niech mu będzie.
Ale karma jest suką.
I tyle w temacie.
Ich Troje - może i to nie Phil Collins i inne takie tam gwiazdy, ale część mojego życia.
Nic nie boli, tak jak życie, nieprawdaż, Kochany Pamiętniczku?
Odważni nie żyją wiecznie, tchórze nie żyją nigdy.
I ten etap zamknęłam już.
Nie boli.
No i poszło
migusiem...
Oczywiście, już widzę, jak pracuję 8 godzin.
To znaczy - bardzo chętnie, ale moja praca wymaga dostania pracy.
No nic, cztery dni będzie się działo, alleluja.
A tak w ogóle popierdolona jestem na maksa.
Jest mi źle, bo wszystko muszę robić sama, nikt nic za mnie nie zrobi.
Nikt nigdy za mnie okien nie umył, odkąd zaczęłam je myć...
Śniadania ani innej zarazy też mi nikt nie poda.
Nie zrobię, będę chodziła głodna.
Pranie, kurze, sprzątanie, wszystko sama.
Nawet ze śmieciami nie mam kogo wywalić, więc po co ja mam dzieci?
Ale hola, hola...
Spójrz na to z drugiej strony, SJ...
Nie musisz nikomu nic robić.
Jesz co chcesz.
Sprzątasz, kiedy chcesz.
Nic nie musisz.
I tak się na szali waży: dobrze z tym - źle, a ja sama nie wiem, czego chcę.
Cieszę się, że jeszcze daję radę ze wszystkim.
I tego się, Kochany Pamiętniczku, trzymajmy... :)
Ale zimnego piwa mógłby mi ktoś nalać...
Ehhh...
Oczywiście, już widzę, jak pracuję 8 godzin.
To znaczy - bardzo chętnie, ale moja praca wymaga dostania pracy.
No nic, cztery dni będzie się działo, alleluja.
A tak w ogóle popierdolona jestem na maksa.
Jest mi źle, bo wszystko muszę robić sama, nikt nic za mnie nie zrobi.
Nikt nigdy za mnie okien nie umył, odkąd zaczęłam je myć...
Śniadania ani innej zarazy też mi nikt nie poda.
Nie zrobię, będę chodziła głodna.
Pranie, kurze, sprzątanie, wszystko sama.
Nawet ze śmieciami nie mam kogo wywalić, więc po co ja mam dzieci?
Ale hola, hola...
Spójrz na to z drugiej strony, SJ...
Nie musisz nikomu nic robić.
Jesz co chcesz.
Sprzątasz, kiedy chcesz.
Nic nie musisz.
I tak się na szali waży: dobrze z tym - źle, a ja sama nie wiem, czego chcę.
Cieszę się, że jeszcze daję radę ze wszystkim.
I tego się, Kochany Pamiętniczku, trzymajmy... :)
Ale zimnego piwa mógłby mi ktoś nalać...
Ehhh...
poniedziałek, 11 lipca 2016
32 lata
temu na tym najpiękniejszym ze światów pojawił się Inżynier.
Jeszcze wczoraj miałam w rękach tobołeczek, cieplutki, pachnący mlekiem i siuśkami.
Dziś nie mam nic.
Mam puste ręce i równie puste serce.
Zdał na A egzamin z angielskiego. Today.
Powoli staje się Brytolem.
Wreszcie po tylu latach zapisał się do lekarza.
Synowa ma na niego dobry wpływ, czy mądrzeje z wiekiem?
Nie wiem.
Znów upał i moje samopoczucie dalej spada pod kreskę.
Z jednej strony jestem szczęśliwa, że dane było mi aż tyle przeżyć, z drugiej ten bezsens.
W pracy pracy niewiele, ale to było do przewidzenia.
Jeszcze wczoraj miałam w rękach tobołeczek, cieplutki, pachnący mlekiem i siuśkami.
Dziś nie mam nic.
Mam puste ręce i równie puste serce.
Zdał na A egzamin z angielskiego. Today.
Powoli staje się Brytolem.
Wreszcie po tylu latach zapisał się do lekarza.
Synowa ma na niego dobry wpływ, czy mądrzeje z wiekiem?
Nie wiem.
Znów upał i moje samopoczucie dalej spada pod kreskę.
Z jednej strony jestem szczęśliwa, że dane było mi aż tyle przeżyć, z drugiej ten bezsens.
W pracy pracy niewiele, ale to było do przewidzenia.
sobota, 9 lipca 2016
Jak na razie
lato jest takie, jak moje samopoczucie.
Obojętne, zimne, nijakie.
I te chmurzyska i wieczne burze.
Przemeblowanie mi służy, podoba mi się.
A tak poza tym...
Rów Mariański i 10 km mułu.
Tak, Kochany Pamiętniczku, nie ma opcji wygrzebania się.
Obojętne, zimne, nijakie.
I te chmurzyska i wieczne burze.
Przemeblowanie mi służy, podoba mi się.
A tak poza tym...
Rów Mariański i 10 km mułu.
Tak, Kochany Pamiętniczku, nie ma opcji wygrzebania się.
czwartek, 7 lipca 2016
Kończy się
urlop, sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Dni przeciekały mi między palcami spokojnie, nawet nie bolało.
Jakaś - apatia? Niemoc? Niechęć?
Nie wiem.
W każdym razie wszystko lata mi kalafiorem i powiewa.
W międzyczasie parę burz, ulew i wichrzysk przeszło, ale mnie to nie rusza.
Burza?
Wyłączam wszystko, bo o sprzęt dbam, a jakże, nie mam na nowy.
I książki czytam, a nazbierało się ich od cholery.
Auschwitzowe też. A tam kfiatki, że ojapierdolę.
A ponoć to ja nie pasowałam do zespołu. Nie nadawałam się. Literówkę i owszem, puściłam, przecinek źle wstawiłam, ale takiego obciachu nigdy nie miałam. Nie wsadzam wszystkich byków na fotkach, boby bloga nie starczyło.
Ale satysfakcję mam :)
Powinno być: które nawarzyła, ale aż tyle mi się nie chciało bazgrać :D
No prosz... A o dopplera kłóciły się jak głupie, że jedno p...
A kij im w oko.
Ale satysfakcję mam. Moje na wierzchu. Nie chcieli mnie, bo się nie nadaję. I dobrze, zdechłabym tam już dawno.
Dobrze, że Mistresses odkryłam, obleciałam wszystko dostępne i przetrwałam.
Jest mi obojętne.
Dzisiaj kopnęłam się w tę coraz tłustszą kubańską dupę i po południu umyłam okna, a że dupa kubańska, to grał Buena Vista Club.
I tak z rozpędu
... przemeblowałam. Ile mnie kosztowało wetknięcie wtyczki do gniazdka za szafką wiem tylko ja. I niech tak zostanie.
Ale mam podnóżek i dobre oświetlenie, w dużym pokoju nie mam miejsca na lekturę, a tu teraz jest idealnie,
Bo czytać zaczęłam. Opornie mi to idzie, ale idzie.
Takie trzy badylki, a tydzień się trzymają.
Tu po tuningu, ale jutro albo w sobotę nowe kupię.
Mieczyki, moje ukochane. Jak Inżynier.
Kalafiora w piekarniku upiekłam.
I rzymską sałatę z jogurtem i serem...
I Biedronka to zło! Zapisane w kajeciku: omijać Biedronkę. Ale co ja mogę?
Torebkę sobie kupiłam, bo... Paryska zaczyna się drzeć, a poza tym muszę przestać nosić torebkę przerzuconą przez pierś. Od uderzeń siada mi noga, a na drugim boku nosić nie umiem. Tę będę dzierżyła w dłoni, albo zarzucę na ramię, nie będzie mi uda obijała.
Zarosłam jak ten bór liściasty, ale na razie nie wybieram się do fryzjera.
Inżynier w poniedziałek będzie miał 32 lata.
Dziś jest 7 lat, jak wyjechał.
W poniedziałek zdaje w Londynie egzamin ze znajomości języka, później w W. z kultury.
A później zostanie Brytolem, jak się da, bo mu jakiegoś papierka brakuje.
Trzymam kciuki.
I tak sobie myślę, Kochany Pamiętniczku, po cholerę ja jeszcze żyję?
I tyle w temacie...
Nigdy nie przyjdzie dojrzałość, zawsze będzie nie to i za mało...
Dni przeciekały mi między palcami spokojnie, nawet nie bolało.
Jakaś - apatia? Niemoc? Niechęć?
Nie wiem.
W każdym razie wszystko lata mi kalafiorem i powiewa.
W międzyczasie parę burz, ulew i wichrzysk przeszło, ale mnie to nie rusza.
Burza?
Wyłączam wszystko, bo o sprzęt dbam, a jakże, nie mam na nowy.
I książki czytam, a nazbierało się ich od cholery.
Auschwitzowe też. A tam kfiatki, że ojapierdolę.
A ponoć to ja nie pasowałam do zespołu. Nie nadawałam się. Literówkę i owszem, puściłam, przecinek źle wstawiłam, ale takiego obciachu nigdy nie miałam. Nie wsadzam wszystkich byków na fotkach, boby bloga nie starczyło.
Ale satysfakcję mam :)
Powinno być: które nawarzyła, ale aż tyle mi się nie chciało bazgrać :D
No prosz... A o dopplera kłóciły się jak głupie, że jedno p...
A kij im w oko.
Ale satysfakcję mam. Moje na wierzchu. Nie chcieli mnie, bo się nie nadaję. I dobrze, zdechłabym tam już dawno.
Dobrze, że Mistresses odkryłam, obleciałam wszystko dostępne i przetrwałam.
Jest mi obojętne.
Dzisiaj kopnęłam się w tę coraz tłustszą kubańską dupę i po południu umyłam okna, a że dupa kubańska, to grał Buena Vista Club.
I tak z rozpędu
... przemeblowałam. Ile mnie kosztowało wetknięcie wtyczki do gniazdka za szafką wiem tylko ja. I niech tak zostanie.
Ale mam podnóżek i dobre oświetlenie, w dużym pokoju nie mam miejsca na lekturę, a tu teraz jest idealnie,
Bo czytać zaczęłam. Opornie mi to idzie, ale idzie.
Takie trzy badylki, a tydzień się trzymają.
Tu po tuningu, ale jutro albo w sobotę nowe kupię.
Mieczyki, moje ukochane. Jak Inżynier.
Kalafiora w piekarniku upiekłam.
I rzymską sałatę z jogurtem i serem...
I Biedronka to zło! Zapisane w kajeciku: omijać Biedronkę. Ale co ja mogę?
Torebkę sobie kupiłam, bo... Paryska zaczyna się drzeć, a poza tym muszę przestać nosić torebkę przerzuconą przez pierś. Od uderzeń siada mi noga, a na drugim boku nosić nie umiem. Tę będę dzierżyła w dłoni, albo zarzucę na ramię, nie będzie mi uda obijała.
Zarosłam jak ten bór liściasty, ale na razie nie wybieram się do fryzjera.
Inżynier w poniedziałek będzie miał 32 lata.
Dziś jest 7 lat, jak wyjechał.
W poniedziałek zdaje w Londynie egzamin ze znajomości języka, później w W. z kultury.
A później zostanie Brytolem, jak się da, bo mu jakiegoś papierka brakuje.
Trzymam kciuki.
I tak sobie myślę, Kochany Pamiętniczku, po cholerę ja jeszcze żyję?
I tyle w temacie...
Nigdy nie przyjdzie dojrzałość, zawsze będzie nie to i za mało...
Subskrybuj:
Posty (Atom)














