czwartek, 7 lipca 2016

Kończy się

urlop, sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Dni przeciekały mi między palcami spokojnie, nawet nie bolało.
Jakaś - apatia? Niemoc? Niechęć?
Nie wiem.
W każdym razie wszystko lata mi kalafiorem i powiewa.
W międzyczasie parę burz, ulew i wichrzysk przeszło, ale mnie to nie rusza.
Burza?
Wyłączam wszystko, bo o sprzęt dbam, a jakże, nie mam na nowy.
I książki czytam, a nazbierało się ich od cholery.
Auschwitzowe też. A tam kfiatki, że ojapierdolę.
A ponoć to ja nie pasowałam do zespołu. Nie nadawałam się. Literówkę i owszem, puściłam, przecinek źle wstawiłam, ale takiego obciachu nigdy nie miałam. Nie wsadzam wszystkich byków na fotkach, boby bloga nie starczyło.
Ale satysfakcję mam :)

 Powinno być: które nawarzyła, ale aż tyle mi się nie chciało bazgrać :D

No prosz... A o dopplera kłóciły się jak głupie, że jedno p...
A kij im w oko.
Ale satysfakcję mam. Moje na wierzchu. Nie chcieli mnie, bo się nie nadaję. I dobrze, zdechłabym tam już dawno.
Dobrze, że Mistresses odkryłam, obleciałam wszystko dostępne i przetrwałam.
Jest mi obojętne.
Dzisiaj kopnęłam się w tę coraz tłustszą kubańską dupę i po południu umyłam okna, a że dupa kubańska, to grał Buena Vista Club.
I tak z rozpędu



... przemeblowałam. Ile mnie kosztowało wetknięcie wtyczki do gniazdka za szafką wiem tylko ja. I niech tak zostanie.
Ale mam podnóżek i dobre oświetlenie, w dużym pokoju nie mam miejsca na lekturę, a tu teraz jest idealnie,
Bo czytać zaczęłam. Opornie mi to idzie, ale idzie.
 Takie trzy badylki, a tydzień się trzymają.
 Tu po tuningu, ale jutro albo w sobotę nowe kupię.

 Mieczyki, moje ukochane. Jak Inżynier.
 Kalafiora w piekarniku upiekłam.
 I rzymską sałatę z jogurtem i serem...
 I Biedronka to zło! Zapisane w kajeciku: omijać Biedronkę. Ale co ja mogę?

Torebkę sobie kupiłam, bo... Paryska zaczyna się drzeć, a poza tym muszę przestać nosić torebkę przerzuconą przez pierś. Od uderzeń siada mi noga, a na drugim boku nosić nie umiem. Tę będę dzierżyła w dłoni, albo zarzucę na ramię, nie będzie mi uda obijała.
Zarosłam jak ten bór liściasty, ale na razie nie wybieram się do fryzjera.
Inżynier w poniedziałek będzie miał 32 lata.
Dziś jest 7 lat, jak wyjechał.
W poniedziałek zdaje w Londynie egzamin ze znajomości języka, później w W. z kultury.
A później zostanie Brytolem, jak się da, bo mu jakiegoś papierka brakuje.
Trzymam kciuki.
I tak sobie myślę, Kochany Pamiętniczku, po cholerę ja jeszcze żyję?
I tyle w temacie...

Nigdy nie przyjdzie dojrzałość, zawsze będzie nie to i za mało...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz