kolczasty, działo się, Kochany Pamiętniczku.
Wpadli jak zwykle spóźnieni - I. od dawna jest w niedoczasie. Dwie walizki, zgrzewka wody, plecaczki i naturalnej wielkości pies a la owczarek niemiecki, czy husky, ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra, terkocące sztuki dwie i próbujący wszystko ogarnąć I., meldujący, że się spóźni na zjazd, że kluczy nie zabrał, że prosi o pastę do butów i worek na buty na zmianę, dźwigający kurtkę, plecak i rzucający na komodę koło drzwi klucze od swojego domu i od samochodu. Czego nie cierpię, albowiem naczytałam się o kopiowaniu takich kluczy przez ścianę.
Ze spokojem tybetańskiego mnicha schowałam klucze na półce w pokoju, znalazłam klucze od domu (mojego), wywaliłam dwa trajkocące egzemplarze z psem do dużego pokoju (a Alienek jeszcze za progiem pytał, czy jest w tym domu obiad, odpowiedziałam, że nie i odeślę ich jutro przegłodzonych na włości), oznajmiłam, że pasty do butów nie mam, albowiem nie mam butów czarnych wymagających pastowania, a zaschnięte pozostałości pasty, ostatni raz używanej kilka lat temu w czasie pogrzebu Eksa w szale porządków wywaliłam na śmietnik, ale mogę służyć mokrymi chusteczkami uniwersalnymi, podałam plastikowy worek do zapakowania adidasów (bo na spotkanie szedł w trzewikach, a na włóczęgę po knajpach zabierał adidaski), poczekałam, aż pościska potomstwo, przytuli starą matkę i poleci na Ubera, bo zbiorkomem by się już nie wyrobił.
Zarządziłam sprzątnięcie rozwalonych walizek i plecaków oraz rzeczonego kundla, dzięki czemu nieprzechodny stał się tylko mały pokój.
Spacyfikowałam Łobuzów, zarządzając niewchodzenie do kuchni bez kapci, albowiem wypadł mi z szafki słoik z przyprawami (znów bajzel w kuchennym królestwie, dlatego nie pozwalam nikomu szafek otwierać, bo nawet ja już nie ogarniam lecenia), a nie byłam pewna, czy udało mi się sprzątnąć na bank wszystkie okruchy szkła, dziękując niebiosom, że nie zraniłam sobie nogi (kiedyś spadającą szklaną pokrywką sobie nieźle nagrabiłam).
Przerażone perspektywą głodzenia Łobuzy odzyskały wigor, gdy usłyszały, że jednak dostaną jeść.
Miały do wyboru: pomidorową, rosołek albo wyjście do knajp.
Pokazałam Kolorowe garnuszki, Kalafiorkównę zachwyciła ryba (jako i mnie zawsze), ale nie było gwarancji, że ryba dziś będzie, bo nie było jeszcze bieżącego menu. Na Piccolo ja nie miałam ochoty - dla mnie tamte sosy wonieją moczem i nie jestem fajką makaronów. Stanęło na Kuchni na Dębcu - przemówiło do nich, że to jak w ich Klamerce. I tak z miejsca Alienek zamówił sobie pierogi z kapustą i grzybami, sztuk 10 i to duże pierogi były oraz dwa napleśniki na słodko. Kalafiorkówna, dziewczę mikre zaś zażyczyła sobie napleśnika z jabłkami. SJ tradycyjnie - szare kluski. Jedli, aż im się uszy trzęsły, ale Kalafiorkówna poległa po 3/4 napleśnika, zaś Alienek na ostatnim. Jednak zapakowano nam to na wynos i na kolację skończyli, nieodgrzewane, więc się nic nie zmarnowało. Dobili się całym kawiorkiem (tat, tak i 40 deko pasztetu borowikowego - nie wiem, czy tam nie ma więcej chemii jak pasztetu, ale jedzą i nie grymaszą, a to się liczy). Wciągnęli na kolację też dupomirki koktajlowe (Kalafiorkówna) i miniogórki (Alienek), więc źle nie było wg piramidy żywieniowej.
Ale to później.
Po obiedzie wróciliśmy do domu, bo nie miałam ochoty na latanie z pudłem z napleśnikami po okolicy, więc zmycie resztek klejkich z buzi, sik i...
No plac zabaw.
Carramba.
Dzień był przecudny, cieplutko, ale nie gorąco, w sam raz... Dzień jak marzenie.
Padło na Park Bambrów - niewiele tam atrakcji, ale jednak :)
Ogary poszły w las.
Pierwsza tura była bezbolesna, ale...
Nagle zwiali mi hurtem w strefę niebezpieczną, z prędkością nadświetlną. Strefa niebezpieczna, albowiem nie widziałam jej z ławeczki, a wiodła przez ścieżkę i w okolicę wprawdzie ogrodzonego, ale wybiegu dla kundli. Płotek niziutki, do cycków mi ledwo sięga, a ja mam 160 w kapeluszu i na Wyborczej, która wszystko wyolbrzymia, więc moja wyobraźnia zaczęła pisać scenariusze horrorów, zwłaszcza po mojej ostatniej przygodzie... Albowiem Łobuzy lecą do każdego kundla, co z tego, że grzecznie pytają, czy można głaskać, jak chodzą tamtą ścieżką indywidua z amstafami, amstafopodobnymi i innymi bez kagańców, a i słuchy chodzą, co się na tym wybiegu dzieje...
I tak, wielbicielki kundli (jak - bez obrazy - AMP ze swoją Toyką) by się oburzyły, jednak moja biedna łydka ma na ten temat inne zdanie, a i Łobuzy były w mojej pieczy.
Na całe szczęście nietknięte i niepogryzione małpiszony znalazłam na
gdzie rywalizowały we włażeniu jak najwyżej, a z każdego konara wystawały szpikulce ułamanych konarów, a moja wyobraźnia pisała scenariusze.
Żeby nie było: moi chłopcy mieli szczęśliwe dzieciństwo, choć i wpadki, i wypadki się zdarzały, ale... w tym wieku chodzili już sami po okolicy. A czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, matka zajęta prozą życia, ogarnianiem wszystkiego i pracą na lewo nie miała czasu na pisanie scenariuszy.
Z drzewa ściągnęłam ich obietnicą... kasztanów (na które bez skutku polowali na osiedlu) na ulicy Kasztanowej i... lodów.
Na Kasztanowej i owszem, upolowaliśmy trochę kasztanów bez rzucania czymkolwiek w biedne drzewa (niestety, Łobuzy nauczone rozczulania się nad życiem sierści nie są nauczone miłości do badyli, nad czym ubolewam i próbuję to wyprostować, ale ciężko idzie, bo "drzewa nie są żywe"). A w lodziarni nam się poszczęściło, albowiem koniec sezonu, zamykają budkę na kłódkę, w związku z czym za gałkę zamiast 8 zł płaciłam 3. Dostaliśmy wszyscy po dwie gałki, siedliśmy (pusto było) na tarasiku i spędziliśmy miłe chwile na żartach i delektowaniu się lodami :)
Przy takim okrągłym stole.
Osobiście wciągnąłem lody truskawkowe z bazylią (jestem zachwycona) i kulkę mango.
Rozleniwiłam się tak, delektując się posadzeniem dupska na krześle (bo łażenie dało mi się we znaki, dziś sprawdziłam, że nastukałam wczoraj ponad 10 tys. kroków, a i noga mi dokuczała), a że Łobuzy były chętne na 3. kulkę, dałam w łapę 10 zł i uradowane, że same będą kupowały (bo zawsze płacę kartą), poleciały po rozpustną trzecią kulkę. Pod koniec konsumpcji K. zrobiła scenę balkonową, że ona nie chce do domu (a musiałam, bo miałam sik, cóż, SKS), że ona chce do chińskiego marketu. Nie pomagały tłumaczenia, że w pobliżu tej lodziarni nie ma chińskiego marketu (ostatnio byliśmy całą rodziną w innej lodziarni i tam był chiński market w okolicy, do którego wlazła z mamą i... no oczywiście, coś kupiły). Na pytanie, po co do chińskiego marketu... bo chce sobie pooglądać. Ale co? No nic, nie wie, co chce, ale chce. Oj, to była konwersacja.
Alienek zaś odmówił powrotu do domu, albowiem on chce primo po pierwsze na Kasztanową po kasztany, primo po drugie - z powrotem na drzewo powłazić.
Negocjacje zakończyła dopiero wizja mnie, ściągającej gacie i sikającej na trawniku. Nie zdzierżyli i karnie ruszyli do domu.
Niestety, last but least, Alienek znalazł wracając kij idealny. Zaprotestowałam przeciwko wnoszeniu go do domu, albowiem na balkonie mam już liczący ponad 40 lat (jeżu kiedy to minęło) kij jego ojca, zadomowiony i ja go nie wyrzucę, a także kij Alienka, Kalafiorkówny, o których oni już nie pamiętają. Stanęło na tym, że kij schowamy i zabierze go, jak wyjdziemy, a do domu weźmie, jak ojciec się zgodzi. Jednak muszę umieć stawiać granice.
A źle się czułam, bo... nie piłam, żeby nie sikać, a i tak sikanie miałam :)
No i oni też nie pili.
Więc każdy dostał swoją wodę mineralną, siknęliśmy grupowo, mordki i łapki klejkie od lodów umyto, a ja po dłuuugiej przerwie wzięłam kijki w dłoń i...
Poszliśmy z powrotem na plac zabaw. Kijki były wybawieniem dla mnie, dla moich biednych nóżek, a i plecaczek (hahaha, lekki, my poniesiemy, ale obciążony trzema różnymi butelkami z wodą, kluczami i portfelem po kilku krokach już taki lekki nie był) wylądował na moich pleckach, dając ulgę po torebce, niby lżejszej, ale jednak.
Polecieli od razu na drzewo i tam szaleli, a ja mdlałam, taka wada fabryczna i ten model tak ma. Zwłaszcza jak K. stojąc na gałęzi zakłada drugą nogę na głowę...
Udało mi się ich stamtąd ściągnąć. Ale nie zauważyłam, że A. zostawił pod drzewem kij, bo zaprotestowałam przeciwko wspinaniu się coraz wyżej i wyżej z kijem, oczami duszy widząc wydrapane oczęta, mnie, dzwoniącą (jak?) po karetkę, SOR i inne takie tam. Wiem, jestem starą histeryczką, a za takie scenariusze nikt mi nie zapłaci.
Ruszyli w końcu z powrotem na plac zabaw.
Na placu zabaw Alienek zaszalał na ściance wspinaczkowej, on, obgadywany, że niewygimnastykowany, że ciapa... Właził tam, gdzie K. nie dawała rady. Nakręciłam filmik i nawet ich mama (wróciła ze zjazdu bez szlajania się, bo pieski) zakładała, dostając filmiki, że Alienek niedołęga, no i ba...
I tak na łażeniu tam i z powrotem, grzaniu się na słoneczku, kontemplowaniu
uroków wrześniowego dnia (i w tym strasznym miesiącu bywają dobre dni jednak)...
... minęło mi 5 godzin w sumie :)
Ruszyliśmy w końcu do domu, bo słonko zabierało się za zachodzenie, a ja byłam w bluzeczce bez okryjbidy, Łobuzy miały wdzianka, a mnie zaczynało być chłodnawo...
I tu nastąpił akt tragiczny tego pięknego dnia...
Alienkowi przypomniał się patyk zostawiony pod drzewem i stanowczo odmówił powrotu bez niego do domu.
Utknął pod latarnią, zalewając się łzami, albowiem powiedziałam NIE, dużymi literami. Moja noga mimo kijków mówiła nie, wracaniu taki kawał.
Postanowił wrócić sam, na co zgodzić się nie mogłam, bo ścieżynkami właśnie wracało coraz więcej kundli na wybieg. K. próbowała negocjacji, ale kiepsko jej to szło. A jako że ja, nienauczona, że dziecko nie słucha, stałam bezradna...
Trwało to.
W końcu dzięki chusteczkom z plecaczka i perspektywie znalezienia innego kijka (jednak ten pod drzewem był najidealniejszy na świecie), który - uwaga, achtung, wnimanije, pozor, będzie można zabrać do mieszkania i negocjować z rodzicielem zabranie go na włości - ruszyliśmy do domu. Po drodze K. nazbierała sporą wiązkę chrustu, niestety, A. nie odpowiadał żaden egzemplarz: ten za krótki, ten za długi, ten za chudy, ten za gruby... Wiązka chrustu dźwigana przez mikrą dziewczynkę urosła, zanim A. znalazł patyk typu może być.
Utknęli pod osiedlowym kasztanem, rzucając mimo moich protestów patyki, bezskutecznie.
W końcu dotarliśmy do domu. Wiązka chrustu i patyk może być wylądowały na balkonie, a stare patyki wzbudziły podziw i szacunek.
Ogarnęłam kolację (skład: opisany wyżej).
Kąpiel to osobne hardcore. Bo już teraz jest prywatna.
Co szanuję, ale zalanie mojego mieszkania nie.
A kąpiel w pełnej do granic możliwości wannie, z rączką prysznicową z fantazjami, przez lekkomyślne egzemplarze niesłuchające poleceń i nieznające kaprysów baterii - nie ma opcji. Z szacunku nie tłumaczyłam, że ich tyłki widziałam i obcierałam obsrane, że to dla mnie ani nie jest atrakcja, ani nowina - ale mycie włosków K. sięgających jej poza półdupki przez nią samą - nie ma opcji. Chociaż kąpiel zawsze była dla nich, pozbawionych (jeszcze) wanny, atrakcją u mnie.
Wygrała łapówka w postaci bezgranicznej ilości piany (jutro muszę dokupić płyn do kąpieli, bo się wypienił prawie do końca), sama do kąpieli w tej chwili (bo nie mogę się moczyć) zużywam chyba 1/20 wody, co oni, ale im nie żałuję :)
Film na HBO - oglądnęli połowę, drugą obiecałam rano, żeby nie budzili ojca.
Alienkowi się nagle wygło i zażyczył sobie spanie na polówce, na której miał spać ojciec - i o dziwo, przespał noc, nie spadając, nie kopiąc. Czyli OK. Bo moja noga mówi nie sublokatorom - w nocy czasem tak boli, że nie wiem, jak ją układać, więc nie ma opcji spania z nikim.
A mam do dyspozycji dwa tapczany dwuosobowe. Więc była polówka, notabene, moja, ale wylądowała dawno temu na włościach. Teraz ją wożą. U teścia nie mógł spać, bo spał tam jego syn (szwagier I.), też absolwent tej samej szkoły. A tam też po przetasowaniach miejsca już nie ma. 2020 ro se ne vrati :)
Ranek był dziki. W sensie, że moje mieszkanie, takie wypieszczone, wyglądało, jakby przeszło przez nie tornado. A ja, niedospana, bo jak zwykle, gdy I. baluje, przeklinając, śpię jak mysz pod miotłą, ale tym razem żadnego SMS czy innego MSG nie wysłałam, za co medal mi się należy i to najwyższego stopnia, bo ponoć zasięgu i tak nie było. Gad wrócił dokładnie o 2.14. Błogosławiony niech będzie Ezviz :)
Łobuzy śniadanie zjadły, zachwycone piątkowymi (bo w piątek kupowałam) bułkami, których nie chciały jeść w sobotę. Albowiem, przywołując lata młodości, skropiłam owe bułki lekko wodą i wsadziłam do piekarnika. Byli w szoku, że mam świeżo pieczone bułki, a te, zamiast wylądować w bio, zeżarte zostały. Cóż, kosztują jak za zboże, a nienawidzę grymaszenia i marnowania jedzenia, bo w ząbki wchodzi.
W trakcie przekomarzanek mówię do K., że dzieci są najlepsze z piekarnika, a ta do mnie: chyba twoje, smrodzie.
Nie powiem: zatkało kakao. Tak, bywam wulgarna, rzucam mięsem, ale taka odzywka w ustach niespełna (jeszcze 7-latki) zaszokowała mnie. A i A. zaczął ją pouczać. I na serio? Nie wyniosła tego z domu, bo gdy rzucam tekstem: ale piździ jak za cara - zostaję skarcona przez syna i synową równocześnie: słownictwo. Zareklamowałam u jej ojca. Wyciągnie konsekwencje. Ale widzę, że rodzicielstwo dalej nie jest proste. A na serio: sama, rzucająca mięsem, bo lubię i mogę, w życiu nie odezwałam się tak do nikogo. A moje oczy duszy ujrzały K., rzucającą tym tekstem do kogoś starszego, który jej na odcisk wlazł (nawet żartem, tak jak ja, z A. nie mam tego problemu, bo on kuma czaczę), nieważne, koleżanki czy kolegi - mającego przewagę fizyczną i...
Dobra, nie piszemy czarnych scenariuszy. Aczkolwiek ciekawie to nie wygląda to pokolenie, dziewczynka krucha, z przezroczystą cerą, aniołek jak namalowany i takie teksty?
Można się załamać, doprawdy.
I wstał w końcu, choć nie popędzałam, bo zależało mi, żeby wrócił do formy, wspomnienia miał z imprezy super, łącznie z odwiedzinami u 92-letniej nauczycielki (sic!), niewiele ogarnęliśmy, nie chciałam męczyć zmęczonego życiem dziecka (na serio, on, o 42 lat młodszy ode mnie jest bardziej zmęczony życiem niż ja) drążeniem detali... Umówiliśmy się na wyjazd do K. na 10 października (doceniam).
Cyckonosz założyłam, żeby wyglądać jak człowiek i pomogłam poznosić wszystkie toboły do samochodu.
Przytulaski, kiwaski...
Wróciłam na swoje i choć pogoda kusiła, nie zmusiłam się do wylezienia z nory.
Dzień minął, miło, spokojnie, choć gdzieś tam w głębi sumienie mnie gryzło, że nie wzięłam kijków w dłoń.
Ale oj tam, oj tam, jutro to naprawię albo i nie :)
I akurat włączyło się w słuchawkach Acropolis adieu, przy którym latami umierałam z miłości, z tęsknoty za miłością, wspominając cudne chwile spędzone w takt tej melodii w ramionach największej (sic!) mojej miłości. Czy aby na pewno?
A dziś?
Cóż, każda miłość jest pierwsza.
Dzisiaj kocham: primo po pierwsze - siebie, z trudem, ale...
Bo to jest moje życie i ja w nim jestem najważniejsza.
Ale i tak - było fajnie i działo się, jak w kalejdoskopie.
Co niniejszym opisałam.
I tylko te jebane owocówki, jutro wejdę głębiej pod szafkę, może tam jest jakieś gniazdo?
Szyby wszędzie znów osrane.
Wojna!!!