na liściach bobkowych, założywszy na łeb laur z takichże listków. Producenci liści laurowych odnotowali znaczący wzrost dochodów :)
Znalazłam akt zgonu ojca i na dziś starczy. Jest jeszcze wiele pudeł do przejrzenia, wiele kartek do przeczytania i wiele kątów do poznania, ale... I może będzie skaner :P Jak wygram w totka, bo sponsora na razie brak, a dziad zaniemógł na amen i nie spodziewam się po nim nic. Nie będę go już więcej głaskała, co to to nie, na pieszczotki trzeba sobie choć trochę zasłużyć :P
Będą długie, jesienne i zimowe wieczory, to się za wszystko zabiorę. Nie będę stękać i nie będzie mi tchu brakowało, nie będę się zalewała potem.
Wprawdzie dziś się nieco ochłodziło, ale od jutra wracają upały.
Jeden dzień wytchnienia i nicnierobienia zatem.
Nie chce mi się nawet tyłka z domu ruszyc.
Obiadu ugotować (kompletnie nie mam pomysłu).
Nic.
Ale kamień mi z serca spadł, że już nie muszę na gwałt przekładać papierzysk.
Zatem koniec zabawy i niespodziewajek.
Zostaną suche, monotonne fakty zwykłego dnia... :)
Żegnając się z Państwem miło, pozdrawiam :)
Stare Jędze też kiedyś były młode :)
czwartek, 31 lipca 2014
środa, 30 lipca 2014
Rozdrażniona
jestem maksymalnie. Siedzę mokra i nic znów dziś nie zrobiłam. Najpierw straciłam 45 minut w kolejce u dentysty, bo "się przesunęło". Ale zaciskałam zęby i nic nie mówiłam, bo sama kiedyś przesunęłam kolejkę o 1,5 godziny :) Więc trudno, pani doktor dokładna jest, taki life. Ale z wizyty byłam zadowolona i jeżeli końcowy efekt będzie też taki jak obiecuje, to OK. Za to siedziałam w mokrym ubraniu, tak parno i duszno. I co z tego, że gorąco, jak słońca nie ma, od południa jest szaro, jakby dochodziła dziewiąta, oddychać nie ma czym, a ani burzy, ani deszczu nie ma. To ja kręcę takie lato, wolę 20 stopni i słońce... No nic nie poradzę.
Nie dam rady w tym upale w papierzyskach grzebać, więc odpuściłam, zgodnie z zasadą, że po co się zabijać, skoro musu nie ma???
Wczoraj w czasie przeglądania zdjęć parę perełek znalazłam. Bardzo żałuję, że nie mam skanera i chyba wiem, co sobie zażyczę, jak się jakiś sponsor znajdzie :P Wprawdzie w maczkach mam skaner, ale... Oj tam, oj tam, wyrafinowana jestem :D
Zatem sobie popiszę dla pamięci.
A właśnie, dziś wychodzę i co ja paczę. W drzwiach naprzeciwko klucze są. Czekam chwilę i nic, cisza, a aparaty miałam, więc dzwonię... To już drugi raz jak sąsiadka zapomniała wyjąć klucze. Dlatego osobiście kocham swoją manię sprawdzania, bo tak :)
Zawsze jak patrzę na te fotkę, wzruszam się... Wydawało mi się wtedy, że gdzie mi tam do lasek. Dopiero teraz, po latach patrząc widzę, że jednak niezła ze mnie była laska. W tle Manhattan, wówczas jeszcze tam bud nie było, bo to przed transformacją. A Inżynier, znany wówczas z przekory stwierdził, że on na lody nie idzie, chce do domu, wziął wózek i pomaszerował w siną dal... Kawiarni, Kopciuszka, do której łaziliśmy na lody i ciacha już nie ma, otworzyli tam pocztę dla bogatych, znaczy się dla firm... Spodnie Inżyniera sama szyłam, bo kupić wtedy coś graniczyło z cudem...
A tu oba chuligany ze Starą Jędzą w tle. Zapieprzają na traktorku. Z traktorkiem cała historia jest. Byliśmy w stanie wojennym w RFN u rodziny Eksa (Inżyniera jeszcze wówczas na świecie nie było). Wszyscy rozczulali się nad "biednym dzieckiem z tej biednej Polski" i wtykali mu dojczmarki do kieszonki, tak że Pierworodny (urocze z niego dziecko było, takie wyszczekane, wygadane, lgnące do wszystkich, a oczy miał w stylu "czy te oczy mogą kłamać") w krótkim czasie stał się właścicielem zawrotnej dla nas kwoty 150 marek. Któregoś dnia reszta familii pojechała ze szwagrem na wycieczkę, nas nie zabrano, bo... dziecko mogło pobrudzić samochód (o stosunkach rodzinnych to ja kiedyś powieść napiszę). W związku z tym poszliśmy sobie na spacerek i w sklepie z zabawkami Pierworodny, zwany wówczas Brzdąkwusią, wypatrzył ów traktor. Z bajerami, a jakże, przecież łopatę z przodu ma :) Takiej miłości i histerii nigdy u niego nie widziałam. I kalkulując zdrowo - klocków Lego miał od metra (matka chrzestna mu słała), a dla mnie kupowanie kolejnych klocków (zmora tych lat, co rusz macanie w odkurzaczu, czy się coś nie wciągnęło i nadeptywanie nocą na zgubione klocki) było koszmarem, Eks do wydawania kasy był zawsze gotowy, wróciliśmy więc do domu i kupiliśmy traktorek. Za całe 117 marek. Zachodnioniemieckich. Do dziś mam rachunek :) To był strzał w dziesiątkę, traktor obsłużył całą rodzinę przez lata, jak z dworu przestawał dochodzić hałas kółek, wiadomo było, że coś broją, no i szpan był w PL. Wszyscy chcieli go ode mnie odkupić, i to za kwoty niemałe. Ale w Niemczech zrobili nam awanturę, najgorzej wydzierał się szwagier, nota bene lekarz: witaminy byś dla dziecka kupiła, a nie wyrzucała pieniądze w błoto na takie coś... Spuszczę na to zasłonę milczenia, bo teściowa pół bagażnika lekarstw wywozila, a co jak co, Vibovit zawsze w domu był :D Chodzą słuchy, że traktorek gdzieś tam jeszcze w jakimś garażu pokutuje ;)
Pierworodny poszedł do pierwszej klasy, a Inżynier do przedszkola. I nie uwierzycie, ale nie bronił się przed tęczowym fartuszkiem, który mu własnoręcznie uszyłam. Już wtedy był tolerancyjny, zostało mu to na stare lata, bo w gejowskim klubie w Londynie na awanse grzecznie odpowiadał, że nie jest zainteresowany, po prostu jest tu dla towarzystwa :) Dziś pewnie by go z przedszkola wywalili za tęczowy fartuszek, ale wtedy?? Taki materiał dostałam od teściowej, a tak krawiec kraje, jak materii staje... :)
Jeszcze się razem bawią i są nierozłączni. Na szkolnej zabawie Pierworodnego bawią się ze sobą, zamiast laski uwodzić. W domu też... (w tle kultowe firany i zasłony, służyły mi bez mała 25 lat). Jakoś do głowy mi nie przyszło kupować nowych :) Zamieniłam je dopiero na roletki po remoncie... Pierworodny miał wówczas dziewczęcą urodę, do tego stopnia, że gdy na dzień wagarowicza ubrałam go w moją kieckę i... Conchita mogłaby się schować, tym bardziej, ze jemu nawet zarost się wtedy nie sypał :)
I...
Tadam.
Jednak... Oj tam, oj tam, że skarpetki do sandałów, dureń wymyślił, że nie można. Ale sukienkę mam w szafie do dziś. I co któryś ją zobaczy, to jojczy: niemożliwe, żeby mama w to weszła. Oj, weszła, weszla i to po dwójce dzieci :P Sikora mówi: zostaw, dasz Małej Wiedźmie. Chyba że tak, bo żadna z dziewczyn chłopaków w nią nawet nie ma co próbować wejść... Zresztą, nawet gdyby mogły, pewnie by się obraziły, że stary łach daję. A suknia warta grzechu do dziś i ma właśnie teraz modny wzór. I pomyślec, że wtedy miałam kompleksy, że jestem gruba, a teraz muszę z tym żyć :D Więc... Wspomnienia - smukłość cienia, aktualia - gruba talia.
Ale i tak warto żyć ;)
Nie dam rady w tym upale w papierzyskach grzebać, więc odpuściłam, zgodnie z zasadą, że po co się zabijać, skoro musu nie ma???
Wczoraj w czasie przeglądania zdjęć parę perełek znalazłam. Bardzo żałuję, że nie mam skanera i chyba wiem, co sobie zażyczę, jak się jakiś sponsor znajdzie :P Wprawdzie w maczkach mam skaner, ale... Oj tam, oj tam, wyrafinowana jestem :D
Zatem sobie popiszę dla pamięci.
A właśnie, dziś wychodzę i co ja paczę. W drzwiach naprzeciwko klucze są. Czekam chwilę i nic, cisza, a aparaty miałam, więc dzwonię... To już drugi raz jak sąsiadka zapomniała wyjąć klucze. Dlatego osobiście kocham swoją manię sprawdzania, bo tak :)
Zawsze jak patrzę na te fotkę, wzruszam się... Wydawało mi się wtedy, że gdzie mi tam do lasek. Dopiero teraz, po latach patrząc widzę, że jednak niezła ze mnie była laska. W tle Manhattan, wówczas jeszcze tam bud nie było, bo to przed transformacją. A Inżynier, znany wówczas z przekory stwierdził, że on na lody nie idzie, chce do domu, wziął wózek i pomaszerował w siną dal... Kawiarni, Kopciuszka, do której łaziliśmy na lody i ciacha już nie ma, otworzyli tam pocztę dla bogatych, znaczy się dla firm... Spodnie Inżyniera sama szyłam, bo kupić wtedy coś graniczyło z cudem...
A tu oba chuligany ze Starą Jędzą w tle. Zapieprzają na traktorku. Z traktorkiem cała historia jest. Byliśmy w stanie wojennym w RFN u rodziny Eksa (Inżyniera jeszcze wówczas na świecie nie było). Wszyscy rozczulali się nad "biednym dzieckiem z tej biednej Polski" i wtykali mu dojczmarki do kieszonki, tak że Pierworodny (urocze z niego dziecko było, takie wyszczekane, wygadane, lgnące do wszystkich, a oczy miał w stylu "czy te oczy mogą kłamać") w krótkim czasie stał się właścicielem zawrotnej dla nas kwoty 150 marek. Któregoś dnia reszta familii pojechała ze szwagrem na wycieczkę, nas nie zabrano, bo... dziecko mogło pobrudzić samochód (o stosunkach rodzinnych to ja kiedyś powieść napiszę). W związku z tym poszliśmy sobie na spacerek i w sklepie z zabawkami Pierworodny, zwany wówczas Brzdąkwusią, wypatrzył ów traktor. Z bajerami, a jakże, przecież łopatę z przodu ma :) Takiej miłości i histerii nigdy u niego nie widziałam. I kalkulując zdrowo - klocków Lego miał od metra (matka chrzestna mu słała), a dla mnie kupowanie kolejnych klocków (zmora tych lat, co rusz macanie w odkurzaczu, czy się coś nie wciągnęło i nadeptywanie nocą na zgubione klocki) było koszmarem, Eks do wydawania kasy był zawsze gotowy, wróciliśmy więc do domu i kupiliśmy traktorek. Za całe 117 marek. Zachodnioniemieckich. Do dziś mam rachunek :) To był strzał w dziesiątkę, traktor obsłużył całą rodzinę przez lata, jak z dworu przestawał dochodzić hałas kółek, wiadomo było, że coś broją, no i szpan był w PL. Wszyscy chcieli go ode mnie odkupić, i to za kwoty niemałe. Ale w Niemczech zrobili nam awanturę, najgorzej wydzierał się szwagier, nota bene lekarz: witaminy byś dla dziecka kupiła, a nie wyrzucała pieniądze w błoto na takie coś... Spuszczę na to zasłonę milczenia, bo teściowa pół bagażnika lekarstw wywozila, a co jak co, Vibovit zawsze w domu był :D Chodzą słuchy, że traktorek gdzieś tam jeszcze w jakimś garażu pokutuje ;)
Pierworodny poszedł do pierwszej klasy, a Inżynier do przedszkola. I nie uwierzycie, ale nie bronił się przed tęczowym fartuszkiem, który mu własnoręcznie uszyłam. Już wtedy był tolerancyjny, zostało mu to na stare lata, bo w gejowskim klubie w Londynie na awanse grzecznie odpowiadał, że nie jest zainteresowany, po prostu jest tu dla towarzystwa :) Dziś pewnie by go z przedszkola wywalili za tęczowy fartuszek, ale wtedy?? Taki materiał dostałam od teściowej, a tak krawiec kraje, jak materii staje... :)
Jeszcze się razem bawią i są nierozłączni. Na szkolnej zabawie Pierworodnego bawią się ze sobą, zamiast laski uwodzić. W domu też... (w tle kultowe firany i zasłony, służyły mi bez mała 25 lat). Jakoś do głowy mi nie przyszło kupować nowych :) Zamieniłam je dopiero na roletki po remoncie... Pierworodny miał wówczas dziewczęcą urodę, do tego stopnia, że gdy na dzień wagarowicza ubrałam go w moją kieckę i... Conchita mogłaby się schować, tym bardziej, ze jemu nawet zarost się wtedy nie sypał :)
I...
Tadam.
Jednak... Oj tam, oj tam, że skarpetki do sandałów, dureń wymyślił, że nie można. Ale sukienkę mam w szafie do dziś. I co któryś ją zobaczy, to jojczy: niemożliwe, żeby mama w to weszła. Oj, weszła, weszla i to po dwójce dzieci :P Sikora mówi: zostaw, dasz Małej Wiedźmie. Chyba że tak, bo żadna z dziewczyn chłopaków w nią nawet nie ma co próbować wejść... Zresztą, nawet gdyby mogły, pewnie by się obraziły, że stary łach daję. A suknia warta grzechu do dziś i ma właśnie teraz modny wzór. I pomyślec, że wtedy miałam kompleksy, że jestem gruba, a teraz muszę z tym żyć :D Więc... Wspomnienia - smukłość cienia, aktualia - gruba talia.
Ale i tak warto żyć ;)
wtorek, 29 lipca 2014
Łeb
mi pęka. W tym upale każda praca jest katorgą. Trzy godziny przekładałam papierzyska, w sumie prawie same zdjęcia. Papierów połowa do wywalenia, bo na co mi umowy o pracę nieżyjącego ojca?? Nie wiem, zboczenie zawodowe, dla mnie to dokument i nie umiem wywalić. Za to bez drgnienia wywaliłam pińcset zdjęć barierki w hotelu w K., którą pracowicie obfotografował mój Eks. Po kija? Nie wiem. Fakt, że zamiast kazać wywołać film, kazał od razu robić zdjęcia. No i tym sposobem w domu się takie kwiatki pałętają tonami, niedoświetlone, nieostre. A kasy na to wydałam!!! Miał też zwyczaj dawać stare aparaty fotograficzne do naprawy, a jak je już przyniósł, to rozkręcał z powrotem, na zasadzie: źle naprawione, oczywiście po jego "poprawkach" zawsze zostawała śrubka lub dwie, co świadczyło o tym, że "optyk sknocił". Taka sama historia była z zegarkami i zegarami, a zbierał ich od cholery, zwłaszcza ruskie kochał :| Co kasy poszło na to hobby, to ojapierdolę.... I teraz leżą te aparaty i zegarki i nie pachną. Nie wiem, wywalić?? Ale gorszy badziew na targach staroci sprzedają, więc sama nie wiem. Może kiedyś któryś z tych włóczęg wleci na parę dni i opylimy to w jakimś antykwariacie. Bo sporo takich rzeczy już wyrzuciłam i widzialam, jak je potem ze śmietnika wyciągają... :)
Aktu urodzenia dalej nie mam. Ale mam jeszcze sporo do przejrzenia. Znalazłam zdjęcie starego nagrobka, ale... daty są niewyraźne. Strzelam 16 marca i jak nic nie znajdę w domu będę pod tą datą szukała w urzędzie. Na obecnym nagrobku są tylko lata, nie ma dni. Zdjęcie robił Eks, nie cyfrowe, nie da się więc w komputerze powiększyć. I nekrolog Mamy znalazłam. Lata całe byłam przekonana, że Mama zmarła 11 września, a okazuje się, że 12!!! Daty to moja pięta achillesowa, nie da się ukryć.
Biedna ja.
Jutro dentysta, więc dzień posiekany na kawałki.
Po roku od remontu dalej nie wiem, gdzie co mam i każdy świstek to tragedia.
Niby to segreguję i układam, ale... bajzel jakby większy z tego jest.
I sądzę, że to podła robota Miśków, no bo czyja?? Trzepac im skórę, czy nie??
Znalazłam parę fajnych fotek, ale... coś musżę wymyśleć, żeby je zdigitalizować. Nie dziś.
A w ramach bonusa uśmiecha się do Państwa Inżynier.
Nie wie, że tak szafuję jego obrazem.
Jak się dowie, będzie skandal :D
Ale... nie mogłam się oprzeć...
Sympatyczny był z niego łobuz :)
Aktu urodzenia dalej nie mam. Ale mam jeszcze sporo do przejrzenia. Znalazłam zdjęcie starego nagrobka, ale... daty są niewyraźne. Strzelam 16 marca i jak nic nie znajdę w domu będę pod tą datą szukała w urzędzie. Na obecnym nagrobku są tylko lata, nie ma dni. Zdjęcie robił Eks, nie cyfrowe, nie da się więc w komputerze powiększyć. I nekrolog Mamy znalazłam. Lata całe byłam przekonana, że Mama zmarła 11 września, a okazuje się, że 12!!! Daty to moja pięta achillesowa, nie da się ukryć.
Biedna ja.
Jutro dentysta, więc dzień posiekany na kawałki.
Po roku od remontu dalej nie wiem, gdzie co mam i każdy świstek to tragedia.
Niby to segreguję i układam, ale... bajzel jakby większy z tego jest.
I sądzę, że to podła robota Miśków, no bo czyja?? Trzepac im skórę, czy nie??
Znalazłam parę fajnych fotek, ale... coś musżę wymyśleć, żeby je zdigitalizować. Nie dziś.
A w ramach bonusa uśmiecha się do Państwa Inżynier.
Nie wie, że tak szafuję jego obrazem.
Jak się dowie, będzie skandal :D
Ale... nie mogłam się oprzeć...
Sympatyczny był z niego łobuz :)
poniedziałek, 28 lipca 2014
Cud
że się jeszcze nie rozpuściłam, jest tak wilgotno, a to, co spadło, wilgotność zwiększyło.
No nic. Jedna szafa za mną. Kopnęłam się wreszcie w tę leniwą kubańską dupę i jedną stertę papierzysk mam z głowy. Oczywiście, nie znalazłam tego, czego szukam, czyli dalej nie wiem, kiedy zmarł mój ojciec. Ale pierwsze koty za płoty, ważne, że wzięłam się za szukanie, mam jeszcze cały tydzień wolny.
I łezki mi się w oczach zakręciły, bo
Kiedyś dzieci same sobie robiły zabawki i miały z tego frajdę.... Poślę to Pierworodnemu, chociaż wątpię, żeby go to wzruszyło... A szkoda. Mała Wiedźma mogłaby też fajne rzeczy robić... Cała książeczka z tego jest. Zetlałe, poprute, ale jest. I przypomina piękne dni...
A to.... Co ja będę tłumaczyć. Od drugiego też mam, ale jeszcze nie doszłam do kartonu ;)
A to już szkoła podstawowa i pierwsze sympatie i antypatie :)
Jak ładnie pisali do zająca...
Pierworodnemu ciężko szło pisanie listów do domu, większość korespondencji jest taka, a nie było wtedy komórek. Jakoś nie histeryzowałam, przeżyli wszystkie obozy :)
Inżynier znał miejsce w szeregu, ale w ten sposób wychowywał sobie matkę. Do dziś na hasło: matka do nogi reaguję jak należy ;)
Pierworodny zaś mniej zdyscyplinowany był, jako osobnik znaleziony w pietruszce...
... ale też czuł się zaniedbywany... ;) Dziś pewnie opieka społeczna by interweniowała ;) Inna para kaloszy, że miał wtedy jakieś 18-20 lat może :)
Mąż też znał proporcje, mocium panie... Mandat to była taka dziura w naszym budżecie, że ojapierdolę. A on miał zwyczaj wjeżdżać wszędzie samochodem, do kiosku po gazety w sąsiednim bloku też by samochodem jechał :) Zawsze się wypierał, więc... Trzeba było gromadzić dowody, proszę wysokiego sądu :D
Niby to śmieszne, ale... Musiałam zostawiać chore dzieci (tu Inżyniera), bo tak, bo pracować ktoś musiał na te mandaty... I tak liścikami zdalnie się sterowaliśmy, bo wracałam z pracy po 23, często później, a oni wychodzili do szkoły, jak ja spałam jeszcze... Ale... Mam superdzieci, wiedzieli, ile co kosztuje, na ile możemy sobie pozwolić. I nigdy słowa skargi nie słyszałam. Uczyli się, bo wiedzieli, że to klucz do tego, co chcą.
Tak mnie naszło na wspomnienia przez te papierki...
Takie nic, a ma wagę złota.
I tak jakoś dziwnie rzeczywistość niepisana mi się rozmija. Mam na FB koleżankę, jeszcze ze szkoły średniej, na NK też. I jedna pisze, że ma mnie we wdzięcznej pamięci przez te wypracowania, a druga podbija mi bębenek i mówi, że mam książkę pisać, że jest fanką moich wypocin... :) Że zawsze była moją wierną czytelniczką. I że Marią Konopnicką zostać mogę :)
Tamtą rzeczywistość pamiętam inaczej. Wydawało mi się, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie szanuje. Może to mój słuch, a może zakompleksienie. Nie wiem. One pamiętają inną dziewczynę, ja inną. Ale prawda jak dupa, każdy ma swoją. Książki pisać nie zamierzam, ale.... Tak mi błysnęło.... Dać adres bloga.
Boję się jednak otworzyć.
Bo mamy za sobą wspólne lata i to realne, nie netowe.
Nie wstydzę się niczego i nie mam nic do ukrycia.
Jednak mam jakieś opory.
Hmmm....
Z innej beczki. Wychodzę dziś na Manhattan, a na korytarzu dorywa mnie sąsiad. I rzecze w te słowa: Spod trzynastki policję wzywała... Zapytałam, czy było włamanie, czy coś. Mieszka tam młoda dziewczyna, sympatyczna. Jak się wprowadziła przyszła się przedstawić, kibicowała mojemu remontowi, odbierałam jej paczkę, ale nic poza tym. Sąsiad na to: nie, nie, samochód jej ukradli, wyszła rano, a auta nie ma. I taką jakąś radość w oczach miał, że coś się stało komuś... (to ten od hasła do mojego neta). Nawet nie wiedziałam, że ona miała samochód... Dziwna jestem, bo nic o świecie nie wiem. Pewno sama umrę, zacznę cuchnąć, bo nawet kotów nie mam, co by mnie zeżarły :D
No nic. Jedna szafa za mną. Kopnęłam się wreszcie w tę leniwą kubańską dupę i jedną stertę papierzysk mam z głowy. Oczywiście, nie znalazłam tego, czego szukam, czyli dalej nie wiem, kiedy zmarł mój ojciec. Ale pierwsze koty za płoty, ważne, że wzięłam się za szukanie, mam jeszcze cały tydzień wolny.
I łezki mi się w oczach zakręciły, bo
Kiedyś dzieci same sobie robiły zabawki i miały z tego frajdę.... Poślę to Pierworodnemu, chociaż wątpię, żeby go to wzruszyło... A szkoda. Mała Wiedźma mogłaby też fajne rzeczy robić... Cała książeczka z tego jest. Zetlałe, poprute, ale jest. I przypomina piękne dni...
A to.... Co ja będę tłumaczyć. Od drugiego też mam, ale jeszcze nie doszłam do kartonu ;)
A to już szkoła podstawowa i pierwsze sympatie i antypatie :)
Jak ładnie pisali do zająca...
Pierworodnemu ciężko szło pisanie listów do domu, większość korespondencji jest taka, a nie było wtedy komórek. Jakoś nie histeryzowałam, przeżyli wszystkie obozy :)
Inżynier znał miejsce w szeregu, ale w ten sposób wychowywał sobie matkę. Do dziś na hasło: matka do nogi reaguję jak należy ;)
... ale też czuł się zaniedbywany... ;) Dziś pewnie opieka społeczna by interweniowała ;) Inna para kaloszy, że miał wtedy jakieś 18-20 lat może :)
Mąż też znał proporcje, mocium panie... Mandat to była taka dziura w naszym budżecie, że ojapierdolę. A on miał zwyczaj wjeżdżać wszędzie samochodem, do kiosku po gazety w sąsiednim bloku też by samochodem jechał :) Zawsze się wypierał, więc... Trzeba było gromadzić dowody, proszę wysokiego sądu :D
Niby to śmieszne, ale... Musiałam zostawiać chore dzieci (tu Inżyniera), bo tak, bo pracować ktoś musiał na te mandaty... I tak liścikami zdalnie się sterowaliśmy, bo wracałam z pracy po 23, często później, a oni wychodzili do szkoły, jak ja spałam jeszcze... Ale... Mam superdzieci, wiedzieli, ile co kosztuje, na ile możemy sobie pozwolić. I nigdy słowa skargi nie słyszałam. Uczyli się, bo wiedzieli, że to klucz do tego, co chcą.
Tak mnie naszło na wspomnienia przez te papierki...
Takie nic, a ma wagę złota.
I tak jakoś dziwnie rzeczywistość niepisana mi się rozmija. Mam na FB koleżankę, jeszcze ze szkoły średniej, na NK też. I jedna pisze, że ma mnie we wdzięcznej pamięci przez te wypracowania, a druga podbija mi bębenek i mówi, że mam książkę pisać, że jest fanką moich wypocin... :) Że zawsze była moją wierną czytelniczką. I że Marią Konopnicką zostać mogę :)
Tamtą rzeczywistość pamiętam inaczej. Wydawało mi się, że nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie szanuje. Może to mój słuch, a może zakompleksienie. Nie wiem. One pamiętają inną dziewczynę, ja inną. Ale prawda jak dupa, każdy ma swoją. Książki pisać nie zamierzam, ale.... Tak mi błysnęło.... Dać adres bloga.
Boję się jednak otworzyć.
Bo mamy za sobą wspólne lata i to realne, nie netowe.
Nie wstydzę się niczego i nie mam nic do ukrycia.
Jednak mam jakieś opory.
Hmmm....
Z innej beczki. Wychodzę dziś na Manhattan, a na korytarzu dorywa mnie sąsiad. I rzecze w te słowa: Spod trzynastki policję wzywała... Zapytałam, czy było włamanie, czy coś. Mieszka tam młoda dziewczyna, sympatyczna. Jak się wprowadziła przyszła się przedstawić, kibicowała mojemu remontowi, odbierałam jej paczkę, ale nic poza tym. Sąsiad na to: nie, nie, samochód jej ukradli, wyszła rano, a auta nie ma. I taką jakąś radość w oczach miał, że coś się stało komuś... (to ten od hasła do mojego neta). Nawet nie wiedziałam, że ona miała samochód... Dziwna jestem, bo nic o świecie nie wiem. Pewno sama umrę, zacznę cuchnąć, bo nawet kotów nie mam, co by mnie zeżarły :D
czwartek, 24 lipca 2014
Deszcz
Nareszcie. Lipy wyglądają, jakby już późna jesień była, pod drzewem dywan z żółtych liści, a na drzewach resztki. I 20 stopni, w związku z tym założyłam czarnego t-shirta, nie biorąc pod uwagę, że... ludziom zimno :) W poczekalni u dentysty można się udusić, a na fotelu brakowało mi powietrza :) Za to w domu wiatr hula, zimno jest, aż musiałam kapcie założyć, bo... stopy mi marzły. To kocham :) Już jutro ma znów być porno i duszno.... No, ale ludzie mają urlopy i chcą mieć gorąco, więc dla jednej Starej Jędzy zimno nie będzie siedzieć.
Jeszcze dwie wizyty u dentysty, jak dobrze pójdzie, ale i tak do połowy sierpnia będzie się wlokło, bo pani doktor ma urlop. Koleżanka mnie namawiała na swojego dentystę, gdzieś na prowincji, że szybko, od ręki, taniej jak tu (tyle że to jakaś dziura i nie mam zielonego pojęcia, ile będzie dojazd kosztował) i hohoho. Ale pomna jestem nauk babci, która mówiła: kupuj drogo, boś biedna. Tu jak coś poprawi mi od ręki, więc to dużo taniej plus koszty dojazdu plus czas - dziękuję, postoję. Poza tym co nagle to po diable, a pamiętam, jak ostatnim razem się namęczyła, ale też z efektu jestem maksymalnie zadowolona.
Więc poczekam, pocierpię i mam nadzieję, że będzie OK :) Jestem warta odrobiny luksusu.
W poniedziałek zaniosłam do przychodni kartkę z nazwami leków, recepta miała być na wczoraj. Jako że to koło dentysty, wzięłam na wstrzymanie i chciałam odebrać dziś. I co? Nie ma kartki, nie ma recepty. Ale jest pani doktor, więc no problem. Kartoteka. Nie ma kartoteki. Jak to nie ma? Po długich poszukiwaniach jest. Ale nie moja :) Moje nazwisko przekręcają wszędzie tak, że to nieporozumienie. Na dokładkę mam dwa. Czasami żałuję, że chłopcy mają mężowskie, ale w sumie stresu sobie oszczędzają. Z tego względu też wkurzała mnie praca w bibliotece (tak, tak, z wykształcenia jestem ojapierdolę, jaki fajny mam tytuł, że się pochwalę: magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, mucha nie siada, co nie??). Nie tyle w bibliotece, co dyżury w czytelni. Nie poszłam na moją ukochaną polonistykę, drugą po archeologii miłość życia (od archeologii odwiodła mnie mama, mówiąc, że będę kopała, a myszy będą wokół latały, nienawidzę myszy... Widać to nie była wielka miłość, jak na filmie, jak w teatrze, że zrezygnowałam z powodu myszy. Ale do dziś mam zeszyt z wycinkami z gazet, gdzie Machu Picchu, piramidy, Atlantyda, Daeniken..). Polonistykę odradził mi mój ulubiony polonista, zresztą mój cichy wielbiciel, którego do grobu wpędzałam, czytając na lekcji pod ławką w I klasie liceum Układ Kazana. Stary kawaler wtedy (później ożenił się z rusycystką, która była taką siekierą, że ojapierdolę... Moje plumkanie o akcencie, że słuch, że tamtosramto zbyła bezlitośnie: nieważny akcent, masz znać język i gadać :) Nie dała się wziąć na litość dla biednego niesłyszącego dziecka i... na akademiach recytowałam wiersze po rusku, a co?? Do dziś, jak się "rozchodzę" (bo chwilę trwa, zanim sobie bukwy poukładam, jak coś się dzieje, to ruskie strony są dla mnie bardziej przyjazne, jak dla Inżyniera angielskie, bez słownika, of course). Jak czytałam onego Kazana pod ławką, dorwał mnie i rzecze: Jędzo, co czytasz, zamiast pilnie się uczyć, pokaż. Zamarłam. Obiecywałam na wszelkie świętości, że więcej nie będę, że blablabla... Nieugięty był do momentu, kiedy dorwał książkę i... zaczerwienił się po czubki włosów. O mało nie zemdlał i z wzdechem rzekł: Jędzo, masz na tę książkę jeszcze parę lat. Obiecaj, że więcej nie będziesz jej czytała. Obiecałam. Nie czytałam jej więcej. Pod ławką. Za to przeczytała ją cała klasa, nawet ci, którzy nie zhańbili się czytaniem żadnej lektury :) Po latach obejrzałam film, ale nie umywa się do książki. Wyobraźnia lepsza. No i ów polonista rzekł mi w czwartej klasie: Jędzo, dzieci są okrutne. Bywają okrutne. Po polonistyce to raczej wylądujesz w szkole i wierz mi, wykorzystają twoje kalectwo. Wiedziałam, że ma rację, bo byłam nastolatką. Też wykorzystywałam słabe punkty belfrów. Okrutnie. Powiedział mi, że w mojej obecnej wiosce otwierają właśnie bibliotekoznawstwo i polecił. Posłuchałam. Nie żałuję. Dziękuję, Profesorze :) I przepraszam za ten Układ, za zakłopotanie. Dziś na nikim by to nie zrobiło wrażenia, ale wtedy... Czysta pornografia była, co nie?? I dobrze, że nie dorwał mnie pan na czytaniu Zwrotnika Raka. Bo to czytałam przed Układem. Proust i inne takie tam nudziło mnie bardzo, ale... :) Się rozpisałam :) Teraz pracowałabym w bibliotece bez problemu, bo są karty elektroniczne, chipy i inne takie tam... Ale jak byłam młoda i piękna, to właził delikwent i pod nosem bąkał swoje nazwisko. Czy ktoś zauważył, jak niewyraźnie ludzie mówią swoje nazwiska??? Jakby się ich wstydzili. Dziś dałabym mu kartkę i długopis i kazałabym napisać nazwisko i powiedziałabym wprost: głucha jestem, nie rozumiem. Ale wtedy byłam młoda i piękna, wrażliwa, delikatna i ukrywałam swoje kalectwo :) I stresowało mnie, że nie rozumiem. Ileż metod detektywistycznych stosowałam, żeby odnaleźć kartę delikwenta, to cała Agata Christe z tego by wyszła :)
Do dziś bywają sytuacje, że gdy mówię o tym otwarcie ludzie nie wierzą... Koleżanka, z którą bez aparatów przepracowałam 10 lat zawsze mówi, że ściemniam na swoją korzyść.
Ano. Do wszystkiego trzeba dorosnąć, nawet do kalectwa :)
Zatem bitwę o receptę wygrałam, choć gdy wróciłam od dentysty po ową receptę, panienka w recepcji (po 45 minutach) już nie pamiętała cudów wianków z moim nazwiskiem i znów nie mogła jej znaleźć. Ojapierdolę. I to ja mam kompleksy ze słuchem i z alzheimerem.
Nie.
Jestem Stara Jędza i jestem Wielka :)
Dobrze, że wózeczek wzięłam, choć po drodze jechałam tylko po chleb.
Bo wleciałam do Biedronki i arbuzy były. A odkąd Postman bezczelnie na moich oczach zażerał się arbuzem, i nawet nie dał się namówić na wepchnięcie tegoż w światłowód, chodzi za mną arbuz. Ale...
Jestem... No dobra. Mam fobię, co się będę wstydzić. Nie zjem nieumytego owocu, żadna próba: pani skosztuje, jakie pyszne to jest nie zmusi mnie do zjedzenia czegokolwiek. A arbuzy, jak wiadomo, takoż i melony, duże są. Zatem kroi się je bezlitośnie, zawija w folijkę i tadam, sprzedaje. Niemyte. Noże też niemyte. Ręce sprzedawczyni... STOP... Dotykam ci ja tego arbuza, małego, co dam go radę zeżreć i ojapierdolę. Błoto, kurz i piaseczek, a ręce jak wiadomo mam szorstkie, niedelikatne... Ale arbuzika sruuu do torby, w domu się umyje, poszlachtuje i będę mogła się nim zażerać.
Zapisać w kajeciku: nawet jadąc po chleb brać wózeczek. Nie doniosłabym arbuza do domu, tym bardziej że z moją ręką coraz bardziej nie tak, ale dopóki mogę głaskać wszystkie moje kompiki, to spoko :D
Oj tam, oj tam :)
Jak pięknie pada deszcz...
Jeszcze dwie wizyty u dentysty, jak dobrze pójdzie, ale i tak do połowy sierpnia będzie się wlokło, bo pani doktor ma urlop. Koleżanka mnie namawiała na swojego dentystę, gdzieś na prowincji, że szybko, od ręki, taniej jak tu (tyle że to jakaś dziura i nie mam zielonego pojęcia, ile będzie dojazd kosztował) i hohoho. Ale pomna jestem nauk babci, która mówiła: kupuj drogo, boś biedna. Tu jak coś poprawi mi od ręki, więc to dużo taniej plus koszty dojazdu plus czas - dziękuję, postoję. Poza tym co nagle to po diable, a pamiętam, jak ostatnim razem się namęczyła, ale też z efektu jestem maksymalnie zadowolona.
Więc poczekam, pocierpię i mam nadzieję, że będzie OK :) Jestem warta odrobiny luksusu.
W poniedziałek zaniosłam do przychodni kartkę z nazwami leków, recepta miała być na wczoraj. Jako że to koło dentysty, wzięłam na wstrzymanie i chciałam odebrać dziś. I co? Nie ma kartki, nie ma recepty. Ale jest pani doktor, więc no problem. Kartoteka. Nie ma kartoteki. Jak to nie ma? Po długich poszukiwaniach jest. Ale nie moja :) Moje nazwisko przekręcają wszędzie tak, że to nieporozumienie. Na dokładkę mam dwa. Czasami żałuję, że chłopcy mają mężowskie, ale w sumie stresu sobie oszczędzają. Z tego względu też wkurzała mnie praca w bibliotece (tak, tak, z wykształcenia jestem ojapierdolę, jaki fajny mam tytuł, że się pochwalę: magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, mucha nie siada, co nie??). Nie tyle w bibliotece, co dyżury w czytelni. Nie poszłam na moją ukochaną polonistykę, drugą po archeologii miłość życia (od archeologii odwiodła mnie mama, mówiąc, że będę kopała, a myszy będą wokół latały, nienawidzę myszy... Widać to nie była wielka miłość, jak na filmie, jak w teatrze, że zrezygnowałam z powodu myszy. Ale do dziś mam zeszyt z wycinkami z gazet, gdzie Machu Picchu, piramidy, Atlantyda, Daeniken..). Polonistykę odradził mi mój ulubiony polonista, zresztą mój cichy wielbiciel, którego do grobu wpędzałam, czytając na lekcji pod ławką w I klasie liceum Układ Kazana. Stary kawaler wtedy (później ożenił się z rusycystką, która była taką siekierą, że ojapierdolę... Moje plumkanie o akcencie, że słuch, że tamtosramto zbyła bezlitośnie: nieważny akcent, masz znać język i gadać :) Nie dała się wziąć na litość dla biednego niesłyszącego dziecka i... na akademiach recytowałam wiersze po rusku, a co?? Do dziś, jak się "rozchodzę" (bo chwilę trwa, zanim sobie bukwy poukładam, jak coś się dzieje, to ruskie strony są dla mnie bardziej przyjazne, jak dla Inżyniera angielskie, bez słownika, of course). Jak czytałam onego Kazana pod ławką, dorwał mnie i rzecze: Jędzo, co czytasz, zamiast pilnie się uczyć, pokaż. Zamarłam. Obiecywałam na wszelkie świętości, że więcej nie będę, że blablabla... Nieugięty był do momentu, kiedy dorwał książkę i... zaczerwienił się po czubki włosów. O mało nie zemdlał i z wzdechem rzekł: Jędzo, masz na tę książkę jeszcze parę lat. Obiecaj, że więcej nie będziesz jej czytała. Obiecałam. Nie czytałam jej więcej. Pod ławką. Za to przeczytała ją cała klasa, nawet ci, którzy nie zhańbili się czytaniem żadnej lektury :) Po latach obejrzałam film, ale nie umywa się do książki. Wyobraźnia lepsza. No i ów polonista rzekł mi w czwartej klasie: Jędzo, dzieci są okrutne. Bywają okrutne. Po polonistyce to raczej wylądujesz w szkole i wierz mi, wykorzystają twoje kalectwo. Wiedziałam, że ma rację, bo byłam nastolatką. Też wykorzystywałam słabe punkty belfrów. Okrutnie. Powiedział mi, że w mojej obecnej wiosce otwierają właśnie bibliotekoznawstwo i polecił. Posłuchałam. Nie żałuję. Dziękuję, Profesorze :) I przepraszam za ten Układ, za zakłopotanie. Dziś na nikim by to nie zrobiło wrażenia, ale wtedy... Czysta pornografia była, co nie?? I dobrze, że nie dorwał mnie pan na czytaniu Zwrotnika Raka. Bo to czytałam przed Układem. Proust i inne takie tam nudziło mnie bardzo, ale... :) Się rozpisałam :) Teraz pracowałabym w bibliotece bez problemu, bo są karty elektroniczne, chipy i inne takie tam... Ale jak byłam młoda i piękna, to właził delikwent i pod nosem bąkał swoje nazwisko. Czy ktoś zauważył, jak niewyraźnie ludzie mówią swoje nazwiska??? Jakby się ich wstydzili. Dziś dałabym mu kartkę i długopis i kazałabym napisać nazwisko i powiedziałabym wprost: głucha jestem, nie rozumiem. Ale wtedy byłam młoda i piękna, wrażliwa, delikatna i ukrywałam swoje kalectwo :) I stresowało mnie, że nie rozumiem. Ileż metod detektywistycznych stosowałam, żeby odnaleźć kartę delikwenta, to cała Agata Christe z tego by wyszła :)
Do dziś bywają sytuacje, że gdy mówię o tym otwarcie ludzie nie wierzą... Koleżanka, z którą bez aparatów przepracowałam 10 lat zawsze mówi, że ściemniam na swoją korzyść.
Ano. Do wszystkiego trzeba dorosnąć, nawet do kalectwa :)
Zatem bitwę o receptę wygrałam, choć gdy wróciłam od dentysty po ową receptę, panienka w recepcji (po 45 minutach) już nie pamiętała cudów wianków z moim nazwiskiem i znów nie mogła jej znaleźć. Ojapierdolę. I to ja mam kompleksy ze słuchem i z alzheimerem.
Nie.
Jestem Stara Jędza i jestem Wielka :)
Dobrze, że wózeczek wzięłam, choć po drodze jechałam tylko po chleb.
Bo wleciałam do Biedronki i arbuzy były. A odkąd Postman bezczelnie na moich oczach zażerał się arbuzem, i nawet nie dał się namówić na wepchnięcie tegoż w światłowód, chodzi za mną arbuz. Ale...
Jestem... No dobra. Mam fobię, co się będę wstydzić. Nie zjem nieumytego owocu, żadna próba: pani skosztuje, jakie pyszne to jest nie zmusi mnie do zjedzenia czegokolwiek. A arbuzy, jak wiadomo, takoż i melony, duże są. Zatem kroi się je bezlitośnie, zawija w folijkę i tadam, sprzedaje. Niemyte. Noże też niemyte. Ręce sprzedawczyni... STOP... Dotykam ci ja tego arbuza, małego, co dam go radę zeżreć i ojapierdolę. Błoto, kurz i piaseczek, a ręce jak wiadomo mam szorstkie, niedelikatne... Ale arbuzika sruuu do torby, w domu się umyje, poszlachtuje i będę mogła się nim zażerać.
Zapisać w kajeciku: nawet jadąc po chleb brać wózeczek. Nie doniosłabym arbuza do domu, tym bardziej że z moją ręką coraz bardziej nie tak, ale dopóki mogę głaskać wszystkie moje kompiki, to spoko :D
Oj tam, oj tam :)
Jak pięknie pada deszcz...
środa, 23 lipca 2014
Don't be seduced by the dark side
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.
Nie podoba mi się.
Nie podoba mi się i już.
Wkurza mnie na maksa.
Do potęgi.
Ojapierdolę.
Bluszcz.
Szlag.
Kotecek.
Piesecek.
Pieniążki.
Waciki.
Baby.
Sweet.
Wie lepiej.
Umie wszystko.
Ma tytuł, nie że proszę sprzatacza, ale proszę jaśnie konserwatora powierzchni płaskich.
Do jasnej kurwy nędzy.
Pieniądze.
Ciężko się na nie pracuje.
Nie wiem, może komuś same z nieba lecą, fajnie ma.
Mi nie.
I nie, że zazdroszczę tym, co im lecą, niech im lecą szeroką strugą.
Ale do jasnej kurwy nędzy tylko nie bluszcz.
Dlaczego??
What??
I najgorsze, że nie mogę być szczera.
Bo to będzie podstępny atak.
Zasadzka.
Milczenie jest złotem.
Nie zawsze, ale życie mnie nauczyło: morda na kłódkę.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Ale człowiek zawsze jak kocica z pazurami.
A teraz wciąż pazury trzeba chować i obcinać.
Nie bawię się.
A może powinnam tak
Tylko, że wtedy zranię nie tego, kogo zranić chcę. Ileż mnie kosztuje nieprzejście na ciemną stronę mocy, to tylko ja wiem :)
Ano...
I tym optymistycznym akcentem kończę rozważania, w których stroną trzymającą moją stronę są Baran i Sikora :) Jak dobrze Was mieć.
Bo Postman się waha ;)
A Sikora się nadąsała, bo powiedziałam, że jeżdżę li i jedynie do Barana. No... To było w kontekście, przecież wiem, że na Rożnie jestem zawsze mile widziana. Jak pięknie spadają tam gwiazdy. I jaki piękny stos Cygan usypał, na którym Starą Jędzę spali się na spółkę z Cyklonem B, jak zacznie za dużo marudzić. I domyślam się, że na tę okoliczność Cygan nie pożałuje benzyny na podlanie, jakby tłuszcz ze Starej Jędzy za mało skwierczał :) I Sikorzątkocyganiątko za niedługo się zamelduje... Ale teraz Sikora potrzebuje spokoju, więc spokojnie kochana. Wciąż wiem, gdzie szpitalka czeka :D
Miłego upalnego dnia, kolejnego.
Mój power poszedł gdzieś w świat, bo dwa dni mycia okien, a ani kropelka deszczu nie spadła. Coś się spsuło w jędzowej mocy...
Może pora dać się uwieść jej ciemnej stronie???
Nie podoba mi się.
Nie podoba mi się i już.
Wkurza mnie na maksa.
Do potęgi.
Ojapierdolę.
Bluszcz.
Szlag.
Kotecek.
Piesecek.
Pieniążki.
Waciki.
Baby.
Sweet.
Wie lepiej.
Umie wszystko.
Ma tytuł, nie że proszę sprzatacza, ale proszę jaśnie konserwatora powierzchni płaskich.
Do jasnej kurwy nędzy.
Pieniądze.
Ciężko się na nie pracuje.
Nie wiem, może komuś same z nieba lecą, fajnie ma.
Mi nie.
Ale do jasnej kurwy nędzy tylko nie bluszcz.
Dlaczego??
What??
I najgorsze, że nie mogę być szczera.
Bo to będzie podstępny atak.
Zasadzka.
Milczenie jest złotem.
Nie zawsze, ale życie mnie nauczyło: morda na kłódkę.
Co nas nie zabije, to nas wzmocni.
Ale człowiek zawsze jak kocica z pazurami.
A teraz wciąż pazury trzeba chować i obcinać.
Nie bawię się.
A może powinnam tak
Tylko, że wtedy zranię nie tego, kogo zranić chcę. Ileż mnie kosztuje nieprzejście na ciemną stronę mocy, to tylko ja wiem :)
Ano...
I tym optymistycznym akcentem kończę rozważania, w których stroną trzymającą moją stronę są Baran i Sikora :) Jak dobrze Was mieć.
Bo Postman się waha ;)
A Sikora się nadąsała, bo powiedziałam, że jeżdżę li i jedynie do Barana. No... To było w kontekście, przecież wiem, że na Rożnie jestem zawsze mile widziana. Jak pięknie spadają tam gwiazdy. I jaki piękny stos Cygan usypał, na którym Starą Jędzę spali się na spółkę z Cyklonem B, jak zacznie za dużo marudzić. I domyślam się, że na tę okoliczność Cygan nie pożałuje benzyny na podlanie, jakby tłuszcz ze Starej Jędzy za mało skwierczał :) I Sikorzątkocyganiątko za niedługo się zamelduje... Ale teraz Sikora potrzebuje spokoju, więc spokojnie kochana. Wciąż wiem, gdzie szpitalka czeka :D
Miłego upalnego dnia, kolejnego.
Mój power poszedł gdzieś w świat, bo dwa dni mycia okien, a ani kropelka deszczu nie spadła. Coś się spsuło w jędzowej mocy...
Może pora dać się uwieść jej ciemnej stronie???
wtorek, 22 lipca 2014
Okna, pizdryki i inne takie tam...
Wstałam sobie bladym świtem, bo kto wolnemu zabroni?
W ramach zaklinania deszczu zostały umyte, ale widocznie coś się w systemie ostatnio zacina, bo ani kropla nie spadła. Po południu dokończę dzieła, został mi duży pokój. Po południu, bo rano świeci słońce u mnie.
Z oknami to cała rodzinna historia. Siostra mojej Mamy mówiła, że ona zawsze przed okresem miała parcie na szkło, znaczy na mycie okien. Ja także. Nie wiem, jak Mama, odeszła zbyt szybko :( A Cioci parcie na szkło zostało nawet gdy już przekwitła :) Co miesiąc chodziły za nią okna. Za mną też chodzą. I to cecha kobiet z mojej rodziny - nie miały PMS, myły okna :) Bardzo pożyteczna cecha, zwłaszcza dla mnie z tymi nowymi oknami i wszechotaczającym kurzem z licznych budów. Pewno, że cyrku nie robię i oszczędzam się, ale... Lubię myć okna. wczoraj myjąc zaczepiłam Barana, pytając o mycie okien. Biedak serdecznie tego nie lubi, a przecież natura stworzyła go do tego. Jest jak tyczka chmielowa i żadnych stołków i drabinek szczęściarz nie potrzebuje ;) Ale zawsze się złości, jak musi myć. Piszę mu więc, że na święta ja pomyję, a on się dąsa, że nie będę u nich myła, bo do roboty nie przyjeżdżam. Osobiście patrzę na to inaczej - jak mam się czuć jak w domu, to mogę umyć okna, ciesząc się, że jeszcze mam siły :P Zaszantażowałam więc biedaka, że nie przyjadę i tadam :) Jest drabinka, będziem okna myli :) No chyba, że będzie minus 30 to dziękuję, postoję :)
A pizdryki?? (Mam nadzieję, że to wdzięczne słówko, którego autorką jest Stardust nie jest nazwą własną i nie broni go żaden copyright czy też reserved i mogę go bezkarnie uzywać, bo jest przecudnej urody.) Są fajne, zabawne i urozmaicają życie. Dlaczego tylko faceci mogą mieć swoje zabawki, a my nie??
Osobiście mam taki najtańszy, w sieci znalazłam za 14 zł, ale są i takie wypasione, jak ma Stardust. Można też za free ściągnąć aplikację na smartfony i tu niespodziewajka: przeleciałam tysiąc aplikacji, bo mi "gadało", że moją piątka jest za stara na nie, muszę mieć 5S. I tym sposobem firmy się rozwijają, a ludzie wydają niepotrzebnie kasę (o ile ją mają). Mam już swojego ajfonika 1,5 roku, a jeszcze nie rozgryzłam nawet połowy jego funkcji, albo nie próbowałam, bo nie są mi do niczego potrzebne, a już stary?? No nie.... A najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że największy problem stanowi dla mnie... odebranie lub odrzucenie dzwoniącego telefonu, nawet lekcję w tym zakresie odebrałam u Inżyniera :) Takie ze mnie dziwadło, że telefon służy do wszystkiego, tylko nie do dzwonienia i kocham wszystko, co można załatwić SMS, emilkiem i innymi pisadełkami. Powinnam za to jakiś medal dostać, co nie??
A teraz się ogarnę i spróbuję dostać do fryzjera, bo mi się te wyłysiałe kudły rozmnożyły i w tych upałach przeszkadzają na potęgę.
Ale nie lubię kolejek u fryzjera.
No i polatać trzeba, bo norma jest normą, business is business, sorry Winnetou :)
I ścierają mi się w głowie dwie koncepcje obiadu: zapiekana w piekarniku i wstrząśnięta, nie mieszana :)
Zatem miłego dnia i do boju :)
W ramach zaklinania deszczu zostały umyte, ale widocznie coś się w systemie ostatnio zacina, bo ani kropla nie spadła. Po południu dokończę dzieła, został mi duży pokój. Po południu, bo rano świeci słońce u mnie.
Z oknami to cała rodzinna historia. Siostra mojej Mamy mówiła, że ona zawsze przed okresem miała parcie na szkło, znaczy na mycie okien. Ja także. Nie wiem, jak Mama, odeszła zbyt szybko :( A Cioci parcie na szkło zostało nawet gdy już przekwitła :) Co miesiąc chodziły za nią okna. Za mną też chodzą. I to cecha kobiet z mojej rodziny - nie miały PMS, myły okna :) Bardzo pożyteczna cecha, zwłaszcza dla mnie z tymi nowymi oknami i wszechotaczającym kurzem z licznych budów. Pewno, że cyrku nie robię i oszczędzam się, ale... Lubię myć okna. wczoraj myjąc zaczepiłam Barana, pytając o mycie okien. Biedak serdecznie tego nie lubi, a przecież natura stworzyła go do tego. Jest jak tyczka chmielowa i żadnych stołków i drabinek szczęściarz nie potrzebuje ;) Ale zawsze się złości, jak musi myć. Piszę mu więc, że na święta ja pomyję, a on się dąsa, że nie będę u nich myła, bo do roboty nie przyjeżdżam. Osobiście patrzę na to inaczej - jak mam się czuć jak w domu, to mogę umyć okna, ciesząc się, że jeszcze mam siły :P Zaszantażowałam więc biedaka, że nie przyjadę i tadam :) Jest drabinka, będziem okna myli :) No chyba, że będzie minus 30 to dziękuję, postoję :)
A pizdryki?? (Mam nadzieję, że to wdzięczne słówko, którego autorką jest Stardust nie jest nazwą własną i nie broni go żaden copyright czy też reserved i mogę go bezkarnie uzywać, bo jest przecudnej urody.) Są fajne, zabawne i urozmaicają życie. Dlaczego tylko faceci mogą mieć swoje zabawki, a my nie??
Osobiście mam taki najtańszy, w sieci znalazłam za 14 zł, ale są i takie wypasione, jak ma Stardust. Można też za free ściągnąć aplikację na smartfony i tu niespodziewajka: przeleciałam tysiąc aplikacji, bo mi "gadało", że moją piątka jest za stara na nie, muszę mieć 5S. I tym sposobem firmy się rozwijają, a ludzie wydają niepotrzebnie kasę (o ile ją mają). Mam już swojego ajfonika 1,5 roku, a jeszcze nie rozgryzłam nawet połowy jego funkcji, albo nie próbowałam, bo nie są mi do niczego potrzebne, a już stary?? No nie.... A najzabawniejsze w tym wszystkim jest, że największy problem stanowi dla mnie... odebranie lub odrzucenie dzwoniącego telefonu, nawet lekcję w tym zakresie odebrałam u Inżyniera :) Takie ze mnie dziwadło, że telefon służy do wszystkiego, tylko nie do dzwonienia i kocham wszystko, co można załatwić SMS, emilkiem i innymi pisadełkami. Powinnam za to jakiś medal dostać, co nie??
A teraz się ogarnę i spróbuję dostać do fryzjera, bo mi się te wyłysiałe kudły rozmnożyły i w tych upałach przeszkadzają na potęgę.
Ale nie lubię kolejek u fryzjera.
No i polatać trzeba, bo norma jest normą, business is business, sorry Winnetou :)
I ścierają mi się w głowie dwie koncepcje obiadu: zapiekana w piekarniku i wstrząśnięta, nie mieszana :)
Zatem miłego dnia i do boju :)
poniedziałek, 21 lipca 2014
Dorwali
mnie wczoraj wieczorem w swoje szpony, bo neta już mają. I kusili, bezlitośnie, jak ten wąż pramatkę Ewę, i zaczynam się łamać. Słodko do mnie gawędzili, nawet jeden z nich, ten paskudniejszy, robił to, co nikomu nie wolno: zdrabniał moje imię. I na wycieczkę po domu i włościach zabrali, mało, że zdjęć Baran nasłał, to jeszcze na żywo pokazywali...
No...
Burżuje, obszarnicy, dziedzice. Nawet szklarnię mają i zboże w niej hodują :D I panele słoneczne mają i w ogóle wypas, szał ciał, drabinka na pnącza czy fasolę i... To trzeba widzieć.
I własną łazienką mnie kusili, nie że ja u swoich nie lubię łazienki, ale dostałabym własną na wyłączność i jakby ktoś inny chciał, to musiałby mnie prosić i mi płacić ;) I nie krzyczeliby na mnie, jakbym źle ugotowała.
I w ogóle by mnie kochali, lubili i szanowali.
Widział ktoś większych kłamczuchów??
Ty się, Baranie, nie dąsaj :D Bo Ci foch wyjdzie i co wtedy??
Przyjadę.
Dziękuję :*
Też za Wami tęsknię :)
A dziś, po wczorajszej lekturze Stardust, kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, zainstalowałam dodatkowy pedometr w ajfoniku i poleciałam mimo upału, a co?? Ona może, a ja nie?? Z tego polecenia okazało się, że 10 tys. kroków to pół mojej wioski. Jak się wkręcę, to przestanę sieciówkę kupować, bo po co?? Ponad 12 tys. dziś zrobiłam, a w domu już nie mierzę :P
Kupiłam sobie bluzkę, taki namiot na upały, bo posiadam sztuk dwie (nie licząc pierdyliarda t-shirtów, ale w tym za gorąco). Włażę do sklepu i z bolesną miną biorę się za przymierzanie. Jedyna, która mi pasuje i leży ma taką wstawkę z koronki, że widać cycki całe, których nie ma i bebech, który jest. Wychodzę i rzekę w te słowa pani, a ona w śmiech... Okazuje się, że nie ja pierwsza tak negowałam bluzkę, po prostu... koronka jest do tyłu :D Nawet drugi raz nie przymierzałam, wzięłam i jestem zadowolona. Wzięłabym więcej, ale... drogo :>
I lecę dalej w promieniach słońca, szukając zbawczego cienia i doleciałam do Empiku, bo tak sobie myślę, że czasem ktoś do mnie wlatuje i głupio, jak każda filiżanka z innej parafii. Zatem kupiłam
... i mam teraz 4 :) Starczy. Dobry zakup, bo kosztowały 17,80 :) Zatem zapraszam na kawę. Z ekspressu :)
A że wleciałam do P&P i cykorię mieli, na obiad w ramach niegotowania miałam
bo cykorię (uwielbiam) dostałam. Cykoria, winogrona, melon, miks serów pleśniowych, odrobina soli i pieprzu, polane sokiem z cytryny w zupełności starczyło na obiad. I kubeczek kefirku z grzybka tybetańskiego własnej roboty.
Ktoś gdzieś rzekł, że sobie dogadzam :)
Ano...
Update
Okna mi się umyły. Same. Wzięły, rach ciach ciach i umyły :) Fajne mam okna :P
No...
Burżuje, obszarnicy, dziedzice. Nawet szklarnię mają i zboże w niej hodują :D I panele słoneczne mają i w ogóle wypas, szał ciał, drabinka na pnącza czy fasolę i... To trzeba widzieć.
I własną łazienką mnie kusili, nie że ja u swoich nie lubię łazienki, ale dostałabym własną na wyłączność i jakby ktoś inny chciał, to musiałby mnie prosić i mi płacić ;) I nie krzyczeliby na mnie, jakbym źle ugotowała.
I w ogóle by mnie kochali, lubili i szanowali.
Widział ktoś większych kłamczuchów??
Ty się, Baranie, nie dąsaj :D Bo Ci foch wyjdzie i co wtedy??
Przyjadę.
Dziękuję :*
Też za Wami tęsknię :)
A dziś, po wczorajszej lekturze Stardust, kopnęłam się w tę tłustą, kubańską dupę, zainstalowałam dodatkowy pedometr w ajfoniku i poleciałam mimo upału, a co?? Ona może, a ja nie?? Z tego polecenia okazało się, że 10 tys. kroków to pół mojej wioski. Jak się wkręcę, to przestanę sieciówkę kupować, bo po co?? Ponad 12 tys. dziś zrobiłam, a w domu już nie mierzę :P
Kupiłam sobie bluzkę, taki namiot na upały, bo posiadam sztuk dwie (nie licząc pierdyliarda t-shirtów, ale w tym za gorąco). Włażę do sklepu i z bolesną miną biorę się za przymierzanie. Jedyna, która mi pasuje i leży ma taką wstawkę z koronki, że widać cycki całe, których nie ma i bebech, który jest. Wychodzę i rzekę w te słowa pani, a ona w śmiech... Okazuje się, że nie ja pierwsza tak negowałam bluzkę, po prostu... koronka jest do tyłu :D Nawet drugi raz nie przymierzałam, wzięłam i jestem zadowolona. Wzięłabym więcej, ale... drogo :>
I lecę dalej w promieniach słońca, szukając zbawczego cienia i doleciałam do Empiku, bo tak sobie myślę, że czasem ktoś do mnie wlatuje i głupio, jak każda filiżanka z innej parafii. Zatem kupiłam
... i mam teraz 4 :) Starczy. Dobry zakup, bo kosztowały 17,80 :) Zatem zapraszam na kawę. Z ekspressu :)
A że wleciałam do P&P i cykorię mieli, na obiad w ramach niegotowania miałam
bo cykorię (uwielbiam) dostałam. Cykoria, winogrona, melon, miks serów pleśniowych, odrobina soli i pieprzu, polane sokiem z cytryny w zupełności starczyło na obiad. I kubeczek kefirku z grzybka tybetańskiego własnej roboty.
Ktoś gdzieś rzekł, że sobie dogadzam :)
Ano...
Update
Okna mi się umyły. Same. Wzięły, rach ciach ciach i umyły :) Fajne mam okna :P
niedziela, 20 lipca 2014
Pojechałam
według umowy na dworzec, całe szczęście, że w autobusie była klima włączona, bo po raz pierwszy w życiu ciekł po mnie pot!!! I dobrze, ze nie uległam pokusie pomalowania oczu, bo wyglądałabym jak egipska płaczka :)
Naczekałam się, bo swoim modo się spóźniła. Wkurzające było czekanie, bo mało że upał, to jeszcze łazil jakiś małolat w wieku moich chłopaków na oko, co z tego, że schludnie ubrany, skoro co chwila do mnie podłaził i chciał 2 złote, bo mu na bilet brakuje. Naćpany czy cuś, nie widział i nie słyszał, że mówię nie tysiącpińcset razy?? Ludzie mu dawali, niezły musiał mieć urobek. Kumpela przyszła ze swoją kumpelą, którą pierwszy raz w życiu na oczy widziałam, ale to pikuś. Kobieta musiała się nieźle w naszym towarzystwie nudzić, bo w sumie gadałyśmy tylko o naszej byłej pracy, a pracowałyśmy razem w kilku redakcjach :) Kulturalnie wypiłyśmy po fiołkowym i odholowałam ją na dworzec, bo tam faktycznie można błądzić, a ona do odjazdu pociągu miała dosłownie minuty :) No nic, piwko jak piwko, nie ma o czym gadać. To nie Słonko ani inny Baran, ewentualnie Sikora, czy z blogowej rzeczywistości jakaś Zmorka czy inny Żabol, żeby była jazda bez trzymanki... Ale ok, miło wypić piwko i podnieść komuś samopoczucie, że on wciąż młody i piękny, a mi nawet kropka nad i nie została. Oj tam, oj tam.
Ponieważ jak to ja byłam na dworcu wcześniej, a potrzebuję kartki, wlazłam do Empiku i... wbrew poznańskiej oszczędności zaszalałam, wyprzedaż była i za jedyne 4,45 nabyłam
w sam raz na poranną kawę. I łamię się dziś, że jeszcze jedna, ale za gorąco, nie pojadę, bo nie mam żadnej gwarancji, że trafią mi się autobusy z klimą :)
A dziś o 11 rano
i po kąpieli jestem dalej mokra od potu, więc w celu ocalenia życia zrobiłam sobie kurtynę wodną
Pomaga, jak umarłemu kadzidło, ale oj tam, oj tam :)
Raz się żyje, potem się straszy i dobrze, że się nigdzie nie muszę ruszać :)
I nie narzekam, no bo wyjdzie na to, że stale narzekam, jak śnieg źle, jak upał źle....
Więc, choć już życia, psiamać, popołudnie - jest cudnie :)
PS A w Zmorczym gadaniu trochę racji jest. Osobiście nie lubię września, ale jak tak zaczniemy patrzyć, to żaden miesiąc nie będzie OK, każdy będzie ciulaty...
Nie jestem wierząca, ale coś w tym jest...
U mnie wszystko, jak dawniej, tylko świat jest mniej kolorowy.... Tylko życie pędzi coraz prędzej...
A million miles away...
Naczekałam się, bo swoim modo się spóźniła. Wkurzające było czekanie, bo mało że upał, to jeszcze łazil jakiś małolat w wieku moich chłopaków na oko, co z tego, że schludnie ubrany, skoro co chwila do mnie podłaził i chciał 2 złote, bo mu na bilet brakuje. Naćpany czy cuś, nie widział i nie słyszał, że mówię nie tysiącpińcset razy?? Ludzie mu dawali, niezły musiał mieć urobek. Kumpela przyszła ze swoją kumpelą, którą pierwszy raz w życiu na oczy widziałam, ale to pikuś. Kobieta musiała się nieźle w naszym towarzystwie nudzić, bo w sumie gadałyśmy tylko o naszej byłej pracy, a pracowałyśmy razem w kilku redakcjach :) Kulturalnie wypiłyśmy po fiołkowym i odholowałam ją na dworzec, bo tam faktycznie można błądzić, a ona do odjazdu pociągu miała dosłownie minuty :) No nic, piwko jak piwko, nie ma o czym gadać. To nie Słonko ani inny Baran, ewentualnie Sikora, czy z blogowej rzeczywistości jakaś Zmorka czy inny Żabol, żeby była jazda bez trzymanki... Ale ok, miło wypić piwko i podnieść komuś samopoczucie, że on wciąż młody i piękny, a mi nawet kropka nad i nie została. Oj tam, oj tam.
Ponieważ jak to ja byłam na dworcu wcześniej, a potrzebuję kartki, wlazłam do Empiku i... wbrew poznańskiej oszczędności zaszalałam, wyprzedaż była i za jedyne 4,45 nabyłam
w sam raz na poranną kawę. I łamię się dziś, że jeszcze jedna, ale za gorąco, nie pojadę, bo nie mam żadnej gwarancji, że trafią mi się autobusy z klimą :)
A dziś o 11 rano
i po kąpieli jestem dalej mokra od potu, więc w celu ocalenia życia zrobiłam sobie kurtynę wodną
Pomaga, jak umarłemu kadzidło, ale oj tam, oj tam :)
Raz się żyje, potem się straszy i dobrze, że się nigdzie nie muszę ruszać :)
I nie narzekam, no bo wyjdzie na to, że stale narzekam, jak śnieg źle, jak upał źle....
Więc, choć już życia, psiamać, popołudnie - jest cudnie :)
PS A w Zmorczym gadaniu trochę racji jest. Osobiście nie lubię września, ale jak tak zaczniemy patrzyć, to żaden miesiąc nie będzie OK, każdy będzie ciulaty...
Nie jestem wierząca, ale coś w tym jest...
A million miles away...
piątek, 18 lipca 2014
Zawsze jest ten pierwszy raz
Pierwszy raz w życiu nie poszłam na umówione spotkanie.
Miała być w mojej wiosce dawna koleżanka z pracy, którą wiatr życiowy do Szwajcarii wywiał. No i co? Dałam jej telefon, cisza, odzywa się na FB, ale takie nie wiadomo co, że będzie między 16.30 a 18.40 na dworcu. Nosz, dworzec w mojej wioseczce maleńki, maciupi, tyci, wlecisz i od razu widać, że Asia na dworcu siedzi :) Zamierzałam jechać, ale że w cieniu 32, a nie mam jej telefonu, ona milczy jak zaklęta, olałam. Zostawiłam notkę na FB.
I zabieram się wieczorkiem za zapiski, a tu mi messenger wyskakuje.
Chyba ją pogięło i to nieźle.
Chce się zobaczyć... jutro, a miało być w piątek.
Albo jej się dni pokiełbasiły.
Dobrze, że nie polazłam w ciemno na ten dworzec.
Umówiłyśmy się na jutro, czas mam. Mycie okien odłożę na poniedziałek, a co...
Zasunę roletki i będę żyła z brudnymi oknami, kto brudasowi zabroni??
Byłam u dentysty dziś, ale to jeszcze nie koniec, bo... część personelu na urlopie, ta znacząca dla mnie część i... następna wizyta w czwartek. Ojapierdolę...
Jest tak gorąco, że nawet nie chce mi się filmów oglądać. Cały dzień przepękałam z kąta w kąt. Jutro stawiam się do pionu, bo ile można?
Chodzi za mną wyjazd do Umarlaków. Ale w taki upał nie pojadę, bo sama zostanę umarlakiem i kto im będzie sprzątał?
Sikora była u lekarza. Wszystko jest OK, a i Mała posłuchała pyskowania Starej Jędzy i ułożyła się jak należy, zatem na razie cesarka Sikorze nie grozi. I dobrze. Pierworodny też w ostatniej chwili się położył jak należy. Ach, te dzieci, co my z nimi mamy :D
Miała być w mojej wiosce dawna koleżanka z pracy, którą wiatr życiowy do Szwajcarii wywiał. No i co? Dałam jej telefon, cisza, odzywa się na FB, ale takie nie wiadomo co, że będzie między 16.30 a 18.40 na dworcu. Nosz, dworzec w mojej wioseczce maleńki, maciupi, tyci, wlecisz i od razu widać, że Asia na dworcu siedzi :) Zamierzałam jechać, ale że w cieniu 32, a nie mam jej telefonu, ona milczy jak zaklęta, olałam. Zostawiłam notkę na FB.
I zabieram się wieczorkiem za zapiski, a tu mi messenger wyskakuje.
Chyba ją pogięło i to nieźle.
Chce się zobaczyć... jutro, a miało być w piątek.
Albo jej się dni pokiełbasiły.
Dobrze, że nie polazłam w ciemno na ten dworzec.
Umówiłyśmy się na jutro, czas mam. Mycie okien odłożę na poniedziałek, a co...
Zasunę roletki i będę żyła z brudnymi oknami, kto brudasowi zabroni??
Byłam u dentysty dziś, ale to jeszcze nie koniec, bo... część personelu na urlopie, ta znacząca dla mnie część i... następna wizyta w czwartek. Ojapierdolę...
Jest tak gorąco, że nawet nie chce mi się filmów oglądać. Cały dzień przepękałam z kąta w kąt. Jutro stawiam się do pionu, bo ile można?
Chodzi za mną wyjazd do Umarlaków. Ale w taki upał nie pojadę, bo sama zostanę umarlakiem i kto im będzie sprzątał?
Sikora była u lekarza. Wszystko jest OK, a i Mała posłuchała pyskowania Starej Jędzy i ułożyła się jak należy, zatem na razie cesarka Sikorze nie grozi. I dobrze. Pierworodny też w ostatniej chwili się położył jak należy. Ach, te dzieci, co my z nimi mamy :D
czwartek, 17 lipca 2014
Déjà vu
Mam uczucie jakiegoś déjà vu z 11 września.
Lecieli - na pewno większość na urlop, bo to kierunek wycieczkowy.
80 dzieci.
Słów brak.
I wiem, że ta wojna nie jest gdzieś daleko, że jest w nas,
11 września wszyscy byliśmy nowojorczykami.
Teraz wszyscy jesteśmy ludźmi, których dotknęła wojna.
11 września siedziałam w pracy na czacie. Proszę, no comment. Mam podzielną uwagę i mimo czatowania nie zawaliłam nigdy mojej pracy. Na czat wleciały "tyldy" (niezarejestrowane nicki) i zaczęła się jazda, że World Trade Center padł. Myśłalam, że to wygłupy gimbazy, ale nie.... Piszę SMS do Inzyniera, a ten o bożym świecie nie wiedział, bo na DVD film z kumpelą oglądał. Też myślał, że z niego żartuję. Wracałam z pracy słuchając radia na nokijce....
A dziś to.
Jak okrutny jest świat, ja nieprzewidywalne jest życie.
Moje dzieciństwo i młodość upłynęły w strachu, w zimnej wojnie.
I od Majdanu się wciąż boję.
Nie da się wszystkiego wyłączyć.
Napisałam do Inżynieta, skręca meble. Nie ma neta, nie ma TV, nie wiem, czy ma radio??
Też nim zatrzęsło.
Wszyscy jesteśmy pasażerami tego samolotu.
Wszyscy jesteśmy ofiarami polityki.
A wystarczy przestrzeganie jednego przykazania: nie zabijaj. I drugiego: miłuj bliźniego swego, jak siebie samego.
Za trudne, nieprawdaż??
Lecieli - na pewno większość na urlop, bo to kierunek wycieczkowy.
80 dzieci.
Słów brak.
I wiem, że ta wojna nie jest gdzieś daleko, że jest w nas,
11 września wszyscy byliśmy nowojorczykami.
Teraz wszyscy jesteśmy ludźmi, których dotknęła wojna.
11 września siedziałam w pracy na czacie. Proszę, no comment. Mam podzielną uwagę i mimo czatowania nie zawaliłam nigdy mojej pracy. Na czat wleciały "tyldy" (niezarejestrowane nicki) i zaczęła się jazda, że World Trade Center padł. Myśłalam, że to wygłupy gimbazy, ale nie.... Piszę SMS do Inzyniera, a ten o bożym świecie nie wiedział, bo na DVD film z kumpelą oglądał. Też myślał, że z niego żartuję. Wracałam z pracy słuchając radia na nokijce....
A dziś to.
Jak okrutny jest świat, ja nieprzewidywalne jest życie.
Moje dzieciństwo i młodość upłynęły w strachu, w zimnej wojnie.
I od Majdanu się wciąż boję.
Nie da się wszystkiego wyłączyć.
Napisałam do Inżynieta, skręca meble. Nie ma neta, nie ma TV, nie wiem, czy ma radio??
Też nim zatrzęsło.
Wszyscy jesteśmy pasażerami tego samolotu.
Wszyscy jesteśmy ofiarami polityki.
A wystarczy przestrzeganie jednego przykazania: nie zabijaj. I drugiego: miłuj bliźniego swego, jak siebie samego.
Za trudne, nieprawdaż??
środa, 16 lipca 2014
Się odezwał
Baran. I kusi. Zdjątka przysłał. I pyta, kiedy?? I przypomina, że plumkałam o grudniu... I że u nich byłoby mi ciepło... Kusiciel, a ponoć to wąż, a nie baran w raju kusił...
A ja jestem, proszę pana na zakręcie, moje prawo to jest pańskie lewo.
I nie, że nie chcę, bo na skrzydłach bym poleciała.
Ale jak to tak, na cały miesiąc??
Nie, póki nie porozmawiamy jak czekista z czekistą, nawet nie myślę, bo już dziś cały dzień myślałam i obadałam. Urlop bym miała, a co, niech zobaczą, jak fajnie jest. Bo przez te cztery lata zapomnieli, teraz mówią do mnie: niesamowite, wyślę maila i gotowe... Ano...
Ale... Zarabiam polską kasę. I nawet siedząc cały miesiąc tam, muszę płatności popłacić, więc zostaje mi tyle, co kot napłakał. A nie chcę iść na wycug, do nikogo. Więc obaczy się.
No i piszę scenariusz: a co jeśli mówi, bo mówi.
A drugie licho zza ucha: jakby nie chciał, to by nie pytał...
Ech, bez wódki nie razbieriosz, a na wódkę nie ma... :)
O kant dupy potłuc i tyle.
Jadąc do pracy zauważyłam, że zaprzyjaźnione winobluszcze już mają czerwone liście!!! Bo mam parę zaprzyjaźnionych badylków po drodze. Mój jeszcze nie czerwienieje, bo mój ma mało czerwonych liści, ale zazwyczaj pod koniec września winobluszcze się rumienią, a tu już??
I śliwki nasze dziś na targu były. Nie te importowane, ale nasze, jeszcze nie węgierki, ale już....
Całe życie byłam niewymiarowa. W sensie, że ubrać się w masówkę, to jak los na loterii... Dupa jak i JL, talia (kiedyś) rękoma mąż obejmował. Cierpiałam z tego powodu, bo chcialam mieć chłopięcą sylwetkę. Żeby w dżinsy wchodzić. Jak wlazłam w biodrach, to w talii ze 20 cm odstawało, jak talia była ok, to się dupa nie mieściła. Cycki to marzenie było, bo jak dawali, stałam po rozum i po talię :D A najgorzej z dydkoświchami. Jak miseczka OK, to w obwodzie za mało, i inne takie tam. A ramiączka zawsze mam na rękach, nie na ramionach. I tak dziś sobie łażę po necie, bo od grania mi komórka padła (to się praca nazywa) i co ja paczę?? Są takie cuda wianki, co nimi można ramiączka schwycić i apiać trzyma się. No, stara jestem, ale na to nie wpadłam, Internet to potęga. rzeczony przydaś za 3 sztuki w różnych kolorkach kosztuje 8,40. Stać mnie, a co... Ale... Wysyłka co najmniej 10, a jak z przedpłatą, to 18. Nie wiem, komu opłaca się kupować w necie, bo mi nie. Zatem polatam po pasmanteriach (tylko GDZIE one są??? zniknęły wszystkie), może coś znajdę. Niech kosztuje 12 i tak wyjdę na swoje, czas mam. Od piątku. Jeszcze jutro i żegnajcie na dwa tygodnie, aloha.
Parapetówka osiem godzin ma trwać. Od 14. Kolacja o 19. To ja dziękuję, postoję :D Będzie tyle luda, że nikt nie zauważy, że mnie nie ma. A ja z sałatką i piwkiem The last ship, albo The nigt shift... Tyle pięknych rzeczy jest do oglądania... :)
W necie wszystko jest, więc i na klasyfikację wieku trafiłam. I tu, klękajcie narody, okazuje się, że jestem... kto zgadnie?? Ano staruszką: auto potrąciło 61-letnią staruszkę. Old boyem... Ja pierdolę, takie próchno ze mnie, co ja jeszcze na tym świecie robię?? Old boy i staruszka...
Niech mnie ktoś zabije...
Wiem, jak miałam 20 lat, uważałam, że po 40 to już są takie starowinki, że oj tam, oj tam.
Ale przecież czasy też się zmieniły!
Moja Mama, mając 30 lat wyglądała dostojniej, niż ja teraz. Nie, że starzej, dostojniej...
I jak to: do roboty, do ganiania za wnukami to jestem młoda, Inżynier mówi mi: ucz się, matka, bo zgłupiejesz, a tu już staruszka i old boy??
Hmmm... Może sobie trumienkę kupię i będę w niej spać??
Moje koleżanki już dawno dawno temu powiedziały w pracy, że one żadnych programów uczyły się nie będą, bo niedługo idą na emeryturę.
To ja niedługo się do trumny kładę i nie uczę się już niczego.
A co się będę wysilała.
A Inżynier dorasta
Dorośleje. Zachwyciłam się i mówię mu to, że w domu by mnie obśmiał, jakbym mu kazała się tak ubrać. A dziecko mi na to: bo w domu piłą tarczową nic nie ciąłem.... No ja nie wiem, nie wiem, Cygan jeszcze nie tak dawno miał oko skaleczone, nie pamiętam czy rąbał drewno, czy coś ciął... A znając ułańską fantazję Inżyniera (co w rodzinie to nie zginie), śmiem wątpić... I... cieszę się, że dziecko mi mądrzeje. Umowę mamy: jak robi coś głupiego, najpierw robi, potem opowiada. Tak łatwiej. Dla mnie. Bo i tak nie posłucha, że ma nie robić, a dzięki temu unika jojczenia.
No ale że ja old boy??
No nie...
A ja jestem, proszę pana na zakręcie, moje prawo to jest pańskie lewo.
I nie, że nie chcę, bo na skrzydłach bym poleciała.
Ale jak to tak, na cały miesiąc??
Nie, póki nie porozmawiamy jak czekista z czekistą, nawet nie myślę, bo już dziś cały dzień myślałam i obadałam. Urlop bym miała, a co, niech zobaczą, jak fajnie jest. Bo przez te cztery lata zapomnieli, teraz mówią do mnie: niesamowite, wyślę maila i gotowe... Ano...
Ale... Zarabiam polską kasę. I nawet siedząc cały miesiąc tam, muszę płatności popłacić, więc zostaje mi tyle, co kot napłakał. A nie chcę iść na wycug, do nikogo. Więc obaczy się.
No i piszę scenariusz: a co jeśli mówi, bo mówi.
A drugie licho zza ucha: jakby nie chciał, to by nie pytał...
Ech, bez wódki nie razbieriosz, a na wódkę nie ma... :)
O kant dupy potłuc i tyle.
Jadąc do pracy zauważyłam, że zaprzyjaźnione winobluszcze już mają czerwone liście!!! Bo mam parę zaprzyjaźnionych badylków po drodze. Mój jeszcze nie czerwienieje, bo mój ma mało czerwonych liści, ale zazwyczaj pod koniec września winobluszcze się rumienią, a tu już??
I śliwki nasze dziś na targu były. Nie te importowane, ale nasze, jeszcze nie węgierki, ale już....
Całe życie byłam niewymiarowa. W sensie, że ubrać się w masówkę, to jak los na loterii... Dupa jak i JL, talia (kiedyś) rękoma mąż obejmował. Cierpiałam z tego powodu, bo chcialam mieć chłopięcą sylwetkę. Żeby w dżinsy wchodzić. Jak wlazłam w biodrach, to w talii ze 20 cm odstawało, jak talia była ok, to się dupa nie mieściła. Cycki to marzenie było, bo jak dawali, stałam po rozum i po talię :D A najgorzej z dydkoświchami. Jak miseczka OK, to w obwodzie za mało, i inne takie tam. A ramiączka zawsze mam na rękach, nie na ramionach. I tak dziś sobie łażę po necie, bo od grania mi komórka padła (to się praca nazywa) i co ja paczę?? Są takie cuda wianki, co nimi można ramiączka schwycić i apiać trzyma się. No, stara jestem, ale na to nie wpadłam, Internet to potęga. rzeczony przydaś za 3 sztuki w różnych kolorkach kosztuje 8,40. Stać mnie, a co... Ale... Wysyłka co najmniej 10, a jak z przedpłatą, to 18. Nie wiem, komu opłaca się kupować w necie, bo mi nie. Zatem polatam po pasmanteriach (tylko GDZIE one są??? zniknęły wszystkie), może coś znajdę. Niech kosztuje 12 i tak wyjdę na swoje, czas mam. Od piątku. Jeszcze jutro i żegnajcie na dwa tygodnie, aloha.
Parapetówka osiem godzin ma trwać. Od 14. Kolacja o 19. To ja dziękuję, postoję :D Będzie tyle luda, że nikt nie zauważy, że mnie nie ma. A ja z sałatką i piwkiem The last ship, albo The nigt shift... Tyle pięknych rzeczy jest do oglądania... :)
W necie wszystko jest, więc i na klasyfikację wieku trafiłam. I tu, klękajcie narody, okazuje się, że jestem... kto zgadnie?? Ano staruszką: auto potrąciło 61-letnią staruszkę. Old boyem... Ja pierdolę, takie próchno ze mnie, co ja jeszcze na tym świecie robię?? Old boy i staruszka...
Niech mnie ktoś zabije...
Wiem, jak miałam 20 lat, uważałam, że po 40 to już są takie starowinki, że oj tam, oj tam.
Ale przecież czasy też się zmieniły!
Moja Mama, mając 30 lat wyglądała dostojniej, niż ja teraz. Nie, że starzej, dostojniej...
I jak to: do roboty, do ganiania za wnukami to jestem młoda, Inżynier mówi mi: ucz się, matka, bo zgłupiejesz, a tu już staruszka i old boy??
Hmmm... Może sobie trumienkę kupię i będę w niej spać??
Moje koleżanki już dawno dawno temu powiedziały w pracy, że one żadnych programów uczyły się nie będą, bo niedługo idą na emeryturę.
To ja niedługo się do trumny kładę i nie uczę się już niczego.
A co się będę wysilała.
A Inżynier dorasta
Dorośleje. Zachwyciłam się i mówię mu to, że w domu by mnie obśmiał, jakbym mu kazała się tak ubrać. A dziecko mi na to: bo w domu piłą tarczową nic nie ciąłem.... No ja nie wiem, nie wiem, Cygan jeszcze nie tak dawno miał oko skaleczone, nie pamiętam czy rąbał drewno, czy coś ciął... A znając ułańską fantazję Inżyniera (co w rodzinie to nie zginie), śmiem wątpić... I... cieszę się, że dziecko mi mądrzeje. Umowę mamy: jak robi coś głupiego, najpierw robi, potem opowiada. Tak łatwiej. Dla mnie. Bo i tak nie posłucha, że ma nie robić, a dzięki temu unika jojczenia.
No ale że ja old boy??
No nie...
poniedziałek, 14 lipca 2014
Podobno
jaki poniedziałek, taki cały tydzień.
Ano.
Nie jest źle, ale... Tak, tak, wiem, szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego.
Nie mam Bossowi nic do zarzucenia, jest idealny, ale na litość boską, kto robi trzygodzinną nasiadówkę na temat następnego numeru w przeddzień wysłania do drukarni bieżącego numeru, w momencie gdy gotowa jest dopiero połowa roboty?? Siedzieliśmy na słodkim, bo i zaległe imieniny i bieżące urodziny (sytuacja na tyle niezręczna, że o solenizancie pamiętali, a o jubilatce nikt nie wiedział, a też słodkie stawiała) i szła gadka szmatka, która równie dobrze mogła iść w piątek, jak już wszystko będzie w drukarni. Ale nie, bo Boss dziś chciał. Też siedziałam, jak na tureckim kazaniu, bo skoro ludzie na zebraniu, to i ja nie mam co robić. Gorąco w salce tak, że torty i ciasto z kremem po pół godzinie przeszły w stan płynny. I tak pieprzyli kotka za pomocą młotka przez 3 godziny. Odsiedziałam do 17, a potem poszłam w siną dal, bo niby dlaczego mam nocować? Ja się jutro ze wszystkim wyrobię, a pewnikiem będę musiała znów do nocy czekać.
A imprez w pracy nie cierpię. Na samym poczatku zaznaczyłam, że nie obchodzę, jak się komuś w dniu imienin przypomina, mówię, że obchodzę na drugie imie (bo pierwsze ma tylko raz do roku datę), co kupują, bo wiedzą, że dla bliskich mam inne imię. A daty urodzin nie podałam, bo po co?? Przez te wszystkie lata zawsze problemem było i doniesienie sterty słodyczy, i ich kupno, jako że niepiekąca jestem z zasady, a już na pewno nie upiekę nic na imprezę. Wywalania kupy kasy na słodycze, żeby nawet badyla nie dostać, jak jubilatka dziś - bez sensu. Wolę sobie tego badyla sama kupić, taniej wyjdzie :D A kolejny kurzołap do niczego nie jest mi potrzebny :D
I jeszcze będzie przeprowadzka i parapetówka. Teraz muszę obczaić termin parapetówki i wziąć w tym czasie urlop. Jak we wrześniu, to do Sikory jadę, córa rodzi, no co, jestem usprawiedliwiona. Nie cierpię zakładowych imprez, choć do ludzi nic nie mam. I co, w rybaczkach i t-shircie polecę?? :)
Ojapierdolę. Ale zgodnie z maksymą z SMS nie zamartwiam się na przyszłość.
A Inżynier fajną wycieraczkę ma
Ano.
Nie jest źle, ale... Tak, tak, wiem, szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego.
Nie mam Bossowi nic do zarzucenia, jest idealny, ale na litość boską, kto robi trzygodzinną nasiadówkę na temat następnego numeru w przeddzień wysłania do drukarni bieżącego numeru, w momencie gdy gotowa jest dopiero połowa roboty?? Siedzieliśmy na słodkim, bo i zaległe imieniny i bieżące urodziny (sytuacja na tyle niezręczna, że o solenizancie pamiętali, a o jubilatce nikt nie wiedział, a też słodkie stawiała) i szła gadka szmatka, która równie dobrze mogła iść w piątek, jak już wszystko będzie w drukarni. Ale nie, bo Boss dziś chciał. Też siedziałam, jak na tureckim kazaniu, bo skoro ludzie na zebraniu, to i ja nie mam co robić. Gorąco w salce tak, że torty i ciasto z kremem po pół godzinie przeszły w stan płynny. I tak pieprzyli kotka za pomocą młotka przez 3 godziny. Odsiedziałam do 17, a potem poszłam w siną dal, bo niby dlaczego mam nocować? Ja się jutro ze wszystkim wyrobię, a pewnikiem będę musiała znów do nocy czekać.
A imprez w pracy nie cierpię. Na samym poczatku zaznaczyłam, że nie obchodzę, jak się komuś w dniu imienin przypomina, mówię, że obchodzę na drugie imie (bo pierwsze ma tylko raz do roku datę), co kupują, bo wiedzą, że dla bliskich mam inne imię. A daty urodzin nie podałam, bo po co?? Przez te wszystkie lata zawsze problemem było i doniesienie sterty słodyczy, i ich kupno, jako że niepiekąca jestem z zasady, a już na pewno nie upiekę nic na imprezę. Wywalania kupy kasy na słodycze, żeby nawet badyla nie dostać, jak jubilatka dziś - bez sensu. Wolę sobie tego badyla sama kupić, taniej wyjdzie :D A kolejny kurzołap do niczego nie jest mi potrzebny :D
I jeszcze będzie przeprowadzka i parapetówka. Teraz muszę obczaić termin parapetówki i wziąć w tym czasie urlop. Jak we wrześniu, to do Sikory jadę, córa rodzi, no co, jestem usprawiedliwiona. Nie cierpię zakładowych imprez, choć do ludzi nic nie mam. I co, w rybaczkach i t-shircie polecę?? :)
Ojapierdolę. Ale zgodnie z maksymą z SMS nie zamartwiam się na przyszłość.
A Inżynier fajną wycieraczkę ma
niedziela, 13 lipca 2014
Lenia
śmierdzącego złapałam i wczoraj poza zakupami i ugotowaniem żarełka nie zrobiłam nic. Dziś wstałam, ogarnęłam wszystko spojrzeniem, zjadłam śniadanie i pogrążyłam się w serialowym niebycie. Ale... Sumienie mnie gryzło, więc koło południa błyskawicznie ogarnęłam chałupkę i miałam zamiar wziąć kąpiel, gdy zameldował się Kierownik Budowy, z niemoralną propozycją szybkiego grilla. Jako że w piekarniku piekła się kolejna porcja batatów na winie, poleciałam się odświeżyć i po chwili z Dziewczyną KB jechałyśmy na działkę.
Pełno biedronek tam było
mutanty jakieś hamerykańskie ;) Te wielokropki żrą niemiłosiernie i pelno ich wszędzie...
Tak więc w miłym towarzystwie
Dziewczyny KB i
samego KB
pojedliśmy, wypiliśmy piwko i... dostałam klucze od działki, zatem kiedy mnie ochota najdzie, mogę wlatywać sama nie pytając gospodarzy o zdanie :)
I tak super minął mi dzień, a potem jeszcze 4 dni i znów wolność :D
Załapałam się na pierwsze papierówki, jak dawno ich nie jadłam, takich niepryskanych... :)
Pełno biedronek tam było
mutanty jakieś hamerykańskie ;) Te wielokropki żrą niemiłosiernie i pelno ich wszędzie...
Tak więc w miłym towarzystwie
Dziewczyny KB i
samego KB
pojedliśmy, wypiliśmy piwko i... dostałam klucze od działki, zatem kiedy mnie ochota najdzie, mogę wlatywać sama nie pytając gospodarzy o zdanie :)
I tak super minął mi dzień, a potem jeszcze 4 dni i znów wolność :D
Załapałam się na pierwsze papierówki, jak dawno ich nie jadłam, takich niepryskanych... :)
sobota, 12 lipca 2014
Trzy godziny
na fotelu u dentysty to lekka przesada, moim zdaniem. Ale pani doktor specjalnie otworzyła dla mnie dziś gabinet, żeby spokojnie moją paszczę ogarnąć. Cześć jej i chwała za to. Ale też... płacę jak za zboże, więc?? Myśłałam, że w czasie wycisku poleci mi reszta zębów, ale nie, ocalały.
A na razie przemykam boczkiem i nie otwieram papy, ten tydzień będzie bolesny, ale za to później będę hohoho :) W ubiegłym tygodniu ściągała mi kamień, a w tym przy okazji znów znalazła nowy. Parszywą mam gębę, ale cóż :)
Może powinnam jakiś kamieniołom otworzyć??
Baran na neta z wiaderka, więc mam nowiny i... naprawdę urządził się przewspaniale. Cieszę się Jego szczęściem:)
Do mnie dotarło dziś
od Mamy Klarki i moja kolekcja rośnie w zastraszającym tempie... :) Dziękuję :)
Po dentyście poleciałam po zakupy i już wiem, dlaczego między innymi nie lubię mojego kraju. Bo lece sobie z Lidla w takt "a million miles away..." i ciągnę wózek ("mama jest za młoda na wózek"...). Mija mnie sąsiadka i rzecze: "Stara Jędzo, sama pani, a takie wypchane wózki wozi"... Odrzekłam: "bo ja dużo jem". Kuźwa, co komu do domu, jak chaupka nie jego??? A kto bogatemu zabroni dużo w wózku wozić?? Powinnam się tłumaczyć, że zakupy do czwartku, bo nie będę miała na nie czasu ani ochoty?? Że pracuję?? Nawet zwykłe, codzienne zakupy to dla mnie jednak ciężar, bo nawet jak idę po chleb li i jedynie, to się zawsze albo coś przypomni, albo trafi coś ekstra. Nie mam samochodu ani osiołka, więc mam wózek. Kilogram pomidorów jest dla mojego kręgosłupa kilogramem pomidorów. Akurat wiozłam zgrzewkę wody, bo w osiedlowym sklepiku po 2,40, w Lidlu po 1,65 - jest różnica, niewielka, ale jest, a ziarnko do ziarnka.... Pić muszę, są upały. Zresztą, co ja się sobie samej tłumaczę??
I dlatego lubię UK, bo tam zasuszony staruszek/staruszka ładują cały wózek alkoholu i nikt ich nie pyta, jak to wypiją.
w Lidlu mieli bataty, więc
mamy bataty na winie (na occie balsamicznym, natchnęło mnie, a wyszło, że ojapierdolę mlask na dwa dni)
i
pstrąg tęczowy :)
A dla rozpusty
... a co, raz się żyje, potem się straszy.
Sprzatać będę, jak dojrzeję...
Udanego weekendu :)
Inżynier pracuje w pocie czoła, ma już meble do skręcania, ale... Żali się, że musi po to czy po tamto lecieć do marketu, bo zabrakło. A jak mówiłam, że tak jest, śmiał się ze mnie.
Szczęściarz ma samochód, a ja popylałam autobusem godzinę w jedną stronę, jak nie chciałam męczyć Kierownika Budowy... I dźwigałam tymi ręcami :D
Witamy w remontowym świecie :D
A na razie przemykam boczkiem i nie otwieram papy, ten tydzień będzie bolesny, ale za to później będę hohoho :) W ubiegłym tygodniu ściągała mi kamień, a w tym przy okazji znów znalazła nowy. Parszywą mam gębę, ale cóż :)
Może powinnam jakiś kamieniołom otworzyć??
Baran na neta z wiaderka, więc mam nowiny i... naprawdę urządził się przewspaniale. Cieszę się Jego szczęściem:)
Do mnie dotarło dziś
od Mamy Klarki i moja kolekcja rośnie w zastraszającym tempie... :) Dziękuję :)
Po dentyście poleciałam po zakupy i już wiem, dlaczego między innymi nie lubię mojego kraju. Bo lece sobie z Lidla w takt "a million miles away..." i ciągnę wózek ("mama jest za młoda na wózek"...). Mija mnie sąsiadka i rzecze: "Stara Jędzo, sama pani, a takie wypchane wózki wozi"... Odrzekłam: "bo ja dużo jem". Kuźwa, co komu do domu, jak chaupka nie jego??? A kto bogatemu zabroni dużo w wózku wozić?? Powinnam się tłumaczyć, że zakupy do czwartku, bo nie będę miała na nie czasu ani ochoty?? Że pracuję?? Nawet zwykłe, codzienne zakupy to dla mnie jednak ciężar, bo nawet jak idę po chleb li i jedynie, to się zawsze albo coś przypomni, albo trafi coś ekstra. Nie mam samochodu ani osiołka, więc mam wózek. Kilogram pomidorów jest dla mojego kręgosłupa kilogramem pomidorów. Akurat wiozłam zgrzewkę wody, bo w osiedlowym sklepiku po 2,40, w Lidlu po 1,65 - jest różnica, niewielka, ale jest, a ziarnko do ziarnka.... Pić muszę, są upały. Zresztą, co ja się sobie samej tłumaczę??
I dlatego lubię UK, bo tam zasuszony staruszek/staruszka ładują cały wózek alkoholu i nikt ich nie pyta, jak to wypiją.
w Lidlu mieli bataty, więc
mamy bataty na winie (na occie balsamicznym, natchnęło mnie, a wyszło, że ojapierdolę mlask na dwa dni)
i
pstrąg tęczowy :)
A dla rozpusty
... a co, raz się żyje, potem się straszy.
Sprzatać będę, jak dojrzeję...
Udanego weekendu :)
Inżynier pracuje w pocie czoła, ma już meble do skręcania, ale... Żali się, że musi po to czy po tamto lecieć do marketu, bo zabrakło. A jak mówiłam, że tak jest, śmiał się ze mnie.
Szczęściarz ma samochód, a ja popylałam autobusem godzinę w jedną stronę, jak nie chciałam męczyć Kierownika Budowy... I dźwigałam tymi ręcami :D
Witamy w remontowym świecie :D
piątek, 11 lipca 2014
Internet - refleksje
Ale najpierw niespodziewajka, jaką dostałam w ramach łapówki od Sikory, która z Cyganem i Księżniczką wlecieli wczoraj na nocleg. Marudziłam, bo pracuję i jestem nie do życia, no ale to Sikora. Jak zapowiedzieli, kłopotu nie zrobili, a tak się zacięli w sobie, że nawet herbaty nie wypili, tylko wodę z kranu i pojechali rano na śniadanie do znajomych. I na ambicję wleźli, że ja numer one do spania :) Zapamiętam to sobie, że u mnie jedzenie takie niedobre!!! Ja im jeszcze pokażę, Cyganom jednym. A Sikora jest gruba i tyle :) A Cygan zazdrosny o te swoje dwie dziewuchy, że zabije, a nie da :) A i tak są moje, o :)
Jeden z największych w kolekcji, kiedyś zrobię ranking :) Dziękuję, Sikoreczko :* No i Tobie, Cyganie zazdrośniku też :D
A teraz wracając do Internetu. Czerwiec i lipiec to wysyp solenizantów i jubilatów, że ojapierdolę. I pamiętam o wszystkich, bez zapisywania. Oczywiście, FB też wyrzuca daty, ale sporo moich znajomych nie ma na FB, nie ma tam Pierworodnego (czerwiec urodziny, lipiec imieniny). O wszystkich pamiętam :) Wczoraj zmachana do domu wróciłam jak koń po westernie z dokrętkami, a i Cygaństwo późno wleciało, jeszcze chwila gadania, a potem zasnąć nie mogłam, bo burza była i błyskało, a nie zamknęłam balkonu, bo padłabym z gorąca. Rano wstaję i starym polskim obyczajem odpalam kompika, FB i co ja paczę??? Inżynier, dziecko me urodziny dziś ma, i to nie byle jakie, bo 30... Nosz, podła matka o dzieciątku swym zapomniała, ale FB niezawodny przypomniał...
Nie tak do końca zapomniałam, bo i drobiażdżek okolicznościowy i wypasioną kartkę dostał jak był w PL, a to z tego tytułu, że nie posiadał adresu, na który rzeczone rzeczy posłać można było ;) I łapówkę pieniężną dostanie (cała operacja logistyczna, bo przez 5 lat nie mogę mu nic darować, będzie więc szło via Sikorcze konto), no ale fakt że w samym dniu zapomniałam z rana??? Tragedia ;) A taki piękny był ten 11 lipca przed 30 laty... Gdy znów dostałam w swoje szpony kolejny wrzeszczący tobołek z czarnymi jak noc ślepiami.
Rodziłam sama, mąż "musiał" wyjechać, teściowa "nie zdążyła" wrócić, choć obiecywała solennie, że wróci. A jeszcze był Pierworodny... Miał 4 lata. Został z moim Ojcem. Bałam się strasznie, bo Ojciec był alkoholikiem. Ale w te dni stanął na wysokości zadania i nie można sobie było wyobrazić lepszej opieki dla Pierworodnego. Ponoć chodził za rączkę z Dziadkiem jak szwajcarski zegarek...
Uciekłam ze szpitala po dwóch dniach, bo bałam się o Pierworodnego (niepotrzebnie). Z zapaleniem piersi. Na całe szczęście zjawiła się u nas taka przyszywana ciocia Eksa i ogarnąwszy sytuację (szwagier lekarz odmówił pomocy w załatwieniu zastrzyków na zatrzymanie pokarmu, bo katolik, kur..., jak Chazan, bo "dziecko ma prawo do pokarmu matki"), zadziałała. A to był głęboki PRL i zastrzyk taki przysługiwał tylko kobietom, których dzieci zmarły. A moje żyło... Ciotka wsadziła mnie w malucha i zawiozła do szpitala, w którym pracowała jej córka. Ta podrzuciła mnie ginekologowi, który ręce załamał i... poszli kraść. Ukradli zastrzyki. Przeżyłam, a niewiele brakowało. Po powrocie ze szpitala padłam na kanapę i mój Ojciec do końca życia opowiadał, że jak wszedł, to myślał, że znów swoją żonę w trumnie widzi... Wygrzebałam się, twarda jestem :) A Ciotka do końca życia opowiadała, jak na nią klęłam. Bo ona drobna, 150 w kapeluszu i w szpilkach (nawet po domu zawsze chodziła na obcasach), drobnymi ręcami co wieczór wyciskała mi pokarm. Bolało, klęłam ją w żywy kamień, a ona miała odciski na wypielęgnowanych rękach. I zawsze przynosiła Inżyniera wykąpanego, zawiniętego w taki fajny tobołek, z zadziornym lokiem na głowince... Nie mam zdjęcia, wtedy nie było ich czym trzaskać. Ale do dziś Ją widzę. Już Jej z nami nie ma... Wszyscy mówili, że wielka z niej egoistka. A dla mnie ktoś, kto uratował mi życie... I lakieru na paznokciach nie żałował.
Tak więc FB uratował mnie przed daniem plamy dziś...
Ale...
W moich emilkach są powiadomienia o urodzinach.
I...
Wczoraj miała urodziny moja koleżanka, ta której mąż zmarł w poniedziałek.
Nie napisałam życzeń (ona zresztą rzadko na FB bywa, nie sądzę, żeby teraz weszła). Napiszę do Niej list. Bo co mam Jej życzyć, żeby Jej ból minął?? Przecież nie radości i szczęścia...
Drugi emilek, że pojutrze urodziny Zbycha. Z NK emilek..
Zbyszek to taki wakacyjny romans. On z wielkiego miasta, ja z małej wioski. Przyjeżdżał na wakacje do rodziny, do mojej psiapsiółki (notabene poźniej mojej przyrodniej siostry). Iskry leciały ostro. Nie, to nie była miłość, ale chemia między nami była taka, że... :) Ale byliśmy grzeczni, nie do końca, ale zawsze, jak to ówczesna młodzież... Dla mnie to była kwarantanna między pierwszą miłością, po złamanym z hukiem sercu, a drugą wielką pierwszą miłością, tą jedyną, niespełnioną... I tylko strach (kto wtedy słyszał o antykoncepcji??) i moje plany, że nigdy nie będę od nikogo zależna zatrzymały mnie na krawędzi... I dobrze. Choć... Czasami żałuję, że nie zaszalałam, bo całował bosko, w skali 1-10 dałam mu 11 :) Zbyszek odnalazł mnie po latach na Naszej Klasie, wyrósł na dziadka (dosłownie, miał już wnuki i to spore) z mięśniem piwnym, ale oj tam, oj tam :) Ze mnie też nie ułomek ;) Miło nam się gawędziło, no ale lata przecież minęły i w końcu zostały tylko okazjonalne życzenia... W zeszłym roku dowiedziałam się, że Zbyszek zmarł... A w tym dostaję zawiadomienie o urodzinach. Gdybym przypadkiem nie poznała prawdy, wściekałabym się, że nawet nie podziękował...
I o tym właśnie dziś cały dzień myślę. Wiem, że można załatwić zlikwidowanie konta po śmierci, są już nawet takie usługi.
Ale tak myślę, ile wirtualnych śmieci po nas zostanie?? Zatopionych w czeluściach neta??
Tak jak chociażby ten blog??
Sama jestem w luksusowej sytuacji, Inżynier wszystko polikwiduje w swoim czasie na pewno.
Ale te gigabajty pamięci, które już żadną pamięcią nie są.
Nie są nawet wspomnianiami.
Po mojej Mamie zostały mi zdjęcia i pamiętnik.
A po mnie??
I taki obrazek: maszeruje dziewoja, wiotka jak trzcinka, taka slitaśna i sweetaśna...
A na t-shircie ma: Bitch, please...
Ojapierdolę.
T-shirt nowiuteńki, czarniuteńki, niespłowiały, więc nie z lumpeksu.
Rozumiem wszystko.
Sama, choć wiekowi nie przystoi, noszę wdzianka z kretyńskimi napisami.
Ale wiem, co takie napisy znaczą.
Nie wiedziała czy aż tak głupia była??
Wiem, wolny kraj, wolna wola, ale??
Się rozpisałam, naszło mnie.
A co, mój blog, wolno mi :D
Jeden z największych w kolekcji, kiedyś zrobię ranking :) Dziękuję, Sikoreczko :* No i Tobie, Cyganie zazdrośniku też :D
A teraz wracając do Internetu. Czerwiec i lipiec to wysyp solenizantów i jubilatów, że ojapierdolę. I pamiętam o wszystkich, bez zapisywania. Oczywiście, FB też wyrzuca daty, ale sporo moich znajomych nie ma na FB, nie ma tam Pierworodnego (czerwiec urodziny, lipiec imieniny). O wszystkich pamiętam :) Wczoraj zmachana do domu wróciłam jak koń po westernie z dokrętkami, a i Cygaństwo późno wleciało, jeszcze chwila gadania, a potem zasnąć nie mogłam, bo burza była i błyskało, a nie zamknęłam balkonu, bo padłabym z gorąca. Rano wstaję i starym polskim obyczajem odpalam kompika, FB i co ja paczę??? Inżynier, dziecko me urodziny dziś ma, i to nie byle jakie, bo 30... Nosz, podła matka o dzieciątku swym zapomniała, ale FB niezawodny przypomniał...
Nie tak do końca zapomniałam, bo i drobiażdżek okolicznościowy i wypasioną kartkę dostał jak był w PL, a to z tego tytułu, że nie posiadał adresu, na który rzeczone rzeczy posłać można było ;) I łapówkę pieniężną dostanie (cała operacja logistyczna, bo przez 5 lat nie mogę mu nic darować, będzie więc szło via Sikorcze konto), no ale fakt że w samym dniu zapomniałam z rana??? Tragedia ;) A taki piękny był ten 11 lipca przed 30 laty... Gdy znów dostałam w swoje szpony kolejny wrzeszczący tobołek z czarnymi jak noc ślepiami.
Rodziłam sama, mąż "musiał" wyjechać, teściowa "nie zdążyła" wrócić, choć obiecywała solennie, że wróci. A jeszcze był Pierworodny... Miał 4 lata. Został z moim Ojcem. Bałam się strasznie, bo Ojciec był alkoholikiem. Ale w te dni stanął na wysokości zadania i nie można sobie było wyobrazić lepszej opieki dla Pierworodnego. Ponoć chodził za rączkę z Dziadkiem jak szwajcarski zegarek...
Uciekłam ze szpitala po dwóch dniach, bo bałam się o Pierworodnego (niepotrzebnie). Z zapaleniem piersi. Na całe szczęście zjawiła się u nas taka przyszywana ciocia Eksa i ogarnąwszy sytuację (szwagier lekarz odmówił pomocy w załatwieniu zastrzyków na zatrzymanie pokarmu, bo katolik, kur..., jak Chazan, bo "dziecko ma prawo do pokarmu matki"), zadziałała. A to był głęboki PRL i zastrzyk taki przysługiwał tylko kobietom, których dzieci zmarły. A moje żyło... Ciotka wsadziła mnie w malucha i zawiozła do szpitala, w którym pracowała jej córka. Ta podrzuciła mnie ginekologowi, który ręce załamał i... poszli kraść. Ukradli zastrzyki. Przeżyłam, a niewiele brakowało. Po powrocie ze szpitala padłam na kanapę i mój Ojciec do końca życia opowiadał, że jak wszedł, to myślał, że znów swoją żonę w trumnie widzi... Wygrzebałam się, twarda jestem :) A Ciotka do końca życia opowiadała, jak na nią klęłam. Bo ona drobna, 150 w kapeluszu i w szpilkach (nawet po domu zawsze chodziła na obcasach), drobnymi ręcami co wieczór wyciskała mi pokarm. Bolało, klęłam ją w żywy kamień, a ona miała odciski na wypielęgnowanych rękach. I zawsze przynosiła Inżyniera wykąpanego, zawiniętego w taki fajny tobołek, z zadziornym lokiem na głowince... Nie mam zdjęcia, wtedy nie było ich czym trzaskać. Ale do dziś Ją widzę. Już Jej z nami nie ma... Wszyscy mówili, że wielka z niej egoistka. A dla mnie ktoś, kto uratował mi życie... I lakieru na paznokciach nie żałował.
Tak więc FB uratował mnie przed daniem plamy dziś...
Ale...
W moich emilkach są powiadomienia o urodzinach.
I...
Wczoraj miała urodziny moja koleżanka, ta której mąż zmarł w poniedziałek.
Nie napisałam życzeń (ona zresztą rzadko na FB bywa, nie sądzę, żeby teraz weszła). Napiszę do Niej list. Bo co mam Jej życzyć, żeby Jej ból minął?? Przecież nie radości i szczęścia...
Drugi emilek, że pojutrze urodziny Zbycha. Z NK emilek..
Zbyszek to taki wakacyjny romans. On z wielkiego miasta, ja z małej wioski. Przyjeżdżał na wakacje do rodziny, do mojej psiapsiółki (notabene poźniej mojej przyrodniej siostry). Iskry leciały ostro. Nie, to nie była miłość, ale chemia między nami była taka, że... :) Ale byliśmy grzeczni, nie do końca, ale zawsze, jak to ówczesna młodzież... Dla mnie to była kwarantanna między pierwszą miłością, po złamanym z hukiem sercu, a drugą wielką pierwszą miłością, tą jedyną, niespełnioną... I tylko strach (kto wtedy słyszał o antykoncepcji??) i moje plany, że nigdy nie będę od nikogo zależna zatrzymały mnie na krawędzi... I dobrze. Choć... Czasami żałuję, że nie zaszalałam, bo całował bosko, w skali 1-10 dałam mu 11 :) Zbyszek odnalazł mnie po latach na Naszej Klasie, wyrósł na dziadka (dosłownie, miał już wnuki i to spore) z mięśniem piwnym, ale oj tam, oj tam :) Ze mnie też nie ułomek ;) Miło nam się gawędziło, no ale lata przecież minęły i w końcu zostały tylko okazjonalne życzenia... W zeszłym roku dowiedziałam się, że Zbyszek zmarł... A w tym dostaję zawiadomienie o urodzinach. Gdybym przypadkiem nie poznała prawdy, wściekałabym się, że nawet nie podziękował...
I o tym właśnie dziś cały dzień myślę. Wiem, że można załatwić zlikwidowanie konta po śmierci, są już nawet takie usługi.
Ale tak myślę, ile wirtualnych śmieci po nas zostanie?? Zatopionych w czeluściach neta??
Tak jak chociażby ten blog??
Sama jestem w luksusowej sytuacji, Inżynier wszystko polikwiduje w swoim czasie na pewno.
Ale te gigabajty pamięci, które już żadną pamięcią nie są.
Nie są nawet wspomnianiami.
Po mojej Mamie zostały mi zdjęcia i pamiętnik.
A po mnie??
I taki obrazek: maszeruje dziewoja, wiotka jak trzcinka, taka slitaśna i sweetaśna...
A na t-shircie ma: Bitch, please...
Ojapierdolę.
T-shirt nowiuteńki, czarniuteńki, niespłowiały, więc nie z lumpeksu.
Rozumiem wszystko.
Sama, choć wiekowi nie przystoi, noszę wdzianka z kretyńskimi napisami.
Ale wiem, co takie napisy znaczą.
Nie wiedziała czy aż tak głupia była??
Wiem, wolny kraj, wolna wola, ale??
Się rozpisałam, naszło mnie.
A co, mój blog, wolno mi :D
środa, 9 lipca 2014
Na laurach
mogę spocząć, jako że u Inżyniera
powoli się wykluwa...
... u mnie też
Wprawdzie samosiejka sprzed paru lat lepiej plonowała, ale nie marudzimy :)
Jest cudnie.
Pada.
Najpierw padało po trochu, taki letni wrzątek, że piłkarze nawet z boiska nie zeszli
a teraz leje monotonnie i temperatura spadła do 23 stopni. Niech spada i niech leje, niech te tropiki idą sobie nad morze i nad jeziora, do wczasowiczów, a ludzie pracujący niech pracują w spokoju.
Okrężną drogą doszła do mnie wieść, że zmarł mąż mojej najlepszej koleżanki ze studiów. Nie mam jej telefonu, doszedł mail łańcuszkowy. Nie dam rady pojechać, właśnie zamykamy, a mieszka na drugim końcu Polski, musiałabym jechać jutro, w piątek pogrzeb (nawet nie wiem o której) :( Widujemy się bardzo rzadko, raz na 7-8 lat, ona czasem do mnie wpadała, jak jechali na grób teściów, ja do niej nigdy nie dojechałam, mimo zaproszeń, bo najpierw dzieci i praca, kasy stale brakowało, a teraz od kilku lat nie mamy kontaktu i tak zeszło... Na studiach byłyśmy nierozłączne, a potem każda z nas miała swoje piekło i tak życie minęło, choć gdy się spotykamy to tak, jakbyśmy się wczoraj rozstały. Może byłoby inaczej, gdyby ona bardziej lubiła chociaż maile, ale nie, do komputera jak do jeża, a telefon tylko tradycyjnie, gadanie... :( Nie dam rady, bo połowa na urlopach i teksty spływają jak ślimaki, w poniedziałek do drukarni, a ja pracuję po 2 godziny dziennie, więc jutro po zebraniu będzie armageddon i... zależy mi na pracy...
Z groszem krucho, bo dentysta, to jest priorytet, a dziad się nie stara, zleceń nie ma, więc dupa, z łapy do papy i już :( Sam dentysta to rok spłacania, znów budzę się z kalkulatorem w głowie, beztroskie czasy poszły apiać...
No nic.
Aby tylko praca była i nie wywalili mnie na emeryturę, będzie dobrze.
Dostałam SMS: Pamiętaj, że dzisiaj to jutro,o które martwiłaś się wczoraj. Zastanów się, skąd wiesz, że to, czym się martwisz w ogóle się wydarzy??
I tego się trzymam, powtarzając jak mantrę...
Winter is coming, nie ma mocnych...
powoli się wykluwa...
... u mnie też
Wprawdzie samosiejka sprzed paru lat lepiej plonowała, ale nie marudzimy :)
Jest cudnie.
Pada.
Najpierw padało po trochu, taki letni wrzątek, że piłkarze nawet z boiska nie zeszli
a teraz leje monotonnie i temperatura spadła do 23 stopni. Niech spada i niech leje, niech te tropiki idą sobie nad morze i nad jeziora, do wczasowiczów, a ludzie pracujący niech pracują w spokoju.
Okrężną drogą doszła do mnie wieść, że zmarł mąż mojej najlepszej koleżanki ze studiów. Nie mam jej telefonu, doszedł mail łańcuszkowy. Nie dam rady pojechać, właśnie zamykamy, a mieszka na drugim końcu Polski, musiałabym jechać jutro, w piątek pogrzeb (nawet nie wiem o której) :( Widujemy się bardzo rzadko, raz na 7-8 lat, ona czasem do mnie wpadała, jak jechali na grób teściów, ja do niej nigdy nie dojechałam, mimo zaproszeń, bo najpierw dzieci i praca, kasy stale brakowało, a teraz od kilku lat nie mamy kontaktu i tak zeszło... Na studiach byłyśmy nierozłączne, a potem każda z nas miała swoje piekło i tak życie minęło, choć gdy się spotykamy to tak, jakbyśmy się wczoraj rozstały. Może byłoby inaczej, gdyby ona bardziej lubiła chociaż maile, ale nie, do komputera jak do jeża, a telefon tylko tradycyjnie, gadanie... :( Nie dam rady, bo połowa na urlopach i teksty spływają jak ślimaki, w poniedziałek do drukarni, a ja pracuję po 2 godziny dziennie, więc jutro po zebraniu będzie armageddon i... zależy mi na pracy...
Z groszem krucho, bo dentysta, to jest priorytet, a dziad się nie stara, zleceń nie ma, więc dupa, z łapy do papy i już :( Sam dentysta to rok spłacania, znów budzę się z kalkulatorem w głowie, beztroskie czasy poszły apiać...
No nic.
Aby tylko praca była i nie wywalili mnie na emeryturę, będzie dobrze.
Dostałam SMS: Pamiętaj, że dzisiaj to jutro,o które martwiłaś się wczoraj. Zastanów się, skąd wiesz, że to, czym się martwisz w ogóle się wydarzy??
I tego się trzymam, powtarzając jak mantrę...
Winter is coming, nie ma mocnych...
wtorek, 8 lipca 2014
Dożyłam...
Wszystkim obawiającym się o moją główkę odpowiadam: jest OK.
Tyle, że nerwy mi puściły, bo ile można czekać?? rok, miesiąc, tydzień, ale nigdy parę godzin :P
Inżynier już w marcu miał obiecane, że już, już, tuż, tuż, że terminowo, że silni, zwarci, gotowi, że mury pną się do góry i takie tam bajeczki. Wic polegał na tym, że on zapoczątkował rozpad kołchozu, a w rezultacie został na lodzie, wszystkim się udało, a jemu budowlańcy nawalali. W rezultacie po pobycie w hotelu, co zrujnowało jego budżet (niestety, moje polskie środki finansowe nie pozwalają na życie w UK ani na pomoc dziecku), wylądował na wycugu u Barana, co fajne jest, ale... wiąże się z póltoragodzinnym dojazdem do pracy w jedną stronę... I jeszcze inne tam... W poniedziałek było być albo nie być.
Siedziałam jak mysza pod miotłą, bo co będę dziecko dodatkowo denerwować pytaniami, wyszłam z założenia, że jak coś się wyjaśni, sam napisze. Zupełnie jak nie ja, no ale wyrobiłam się jak haczyk od kibla ostatnio.
I chodziłam po suficie. Wyczyn, co nie?? O 15 Inżynier pisze, że dalej nic nie wie, a okazuje się, że zadzwonić nie może, bo każdy ma bossa wyżej i że... Sprawa była tym bardziej zakręcona, że chodziło o potwierdzenie kredytu gwarantowanego przez rząd Jej Królewskiej Mości Elżuni, wprowadzenie bez podłóg, co jest nieco na bakier z prawem i inne kwiatki.
Więc sam się denerwuje już (!), ale czekać trzeba...
Pogłaskałam wirtualnie, bo nic więcej nie mogłam.
I cholera mnie tłukła z kąta w kąt moich apartamentów.
Około 17 wiadomość na FB.
Dostaną klucze dziś, idą po klucze.
Victoria.
Zawsze wierzyłam w ten ukryty czar Inżyniera, zwanego w czasach szkolnych Mister Colgate.
I te oczy kota ze Shreka.
I ten głos. Seksowny.
Ale oj tam, oj tam, co się będę swoim wytworem chwalić :)
Na pierwszym piętrze. Okolica jeszcze plac budowy, w mieszkaniu beton, ale to nic. Zwieźli wczoraj panele i pewno dziś zapieprza ze śrubką w dupie, okrętową numer 10. Jest młody, poradzi sobie. Najważniejsze, że mają dach nad głową.
Zaczynałam gorzej, na 16 m kwadratowych, na strychu, ze starym tapczanem ze śmietnika i pufem, skrzynką na węgiel i kulawym stołkiem kuchennym :) To były piękne dni.
Zatem dożyłam, cała nówka funkiel nieśmigana kluczy Inżyniera :) A resztę mam nadzieję obaczyć, jak się ogarnie, za jakiś czas :D Bo kartonowstręt mam od remontu i żadna siła mnie nie zmusi. Poza tym niech urządzają się sami, żeby mnie jęzor nie świerzbił: może tak, a może tak. Do dziś pamiętam, jak wkurwiało mnie wtrącanie się teściowej do mojego mieszkania... Wszystko było źle i... gazety się szwendały, i książki. I nie liczyło sie, że kocham szwendanie, liczyło sie, że jej to przeszkadza (sama nie czytała nic). Dlatego niech sobie sami tam szwendowanie urządzają, a ja wlecę na gotowe bez komentarzy :)
Synowa miała niedawno imieniny. Posłałam życzenia (elektroniczne, ja od nich dostaję SMS, o ile w ogóle dostaję, więc przestałam się wygłupiać z kartkami), no i nic. Nawet dziękuję. Olać.
A dziś paczę, napisała dziękuję i dostałam Małą Wiedźminkę :D
Dobrze, że wzięłam na wstrzymanie i nie darłam ryja :D
A Mała Wiedźma
bywa znudzona życiem...
... miewa focha z przytupem...
... a ojciec umie się zrewanżować :D
I... dobrze wychowałam syna. Jest dobrym ojcem, nie da się ukryć. Więc i ja chyba nie byłam tak do końca najgorsza.
I karma wraca. W dzieciństwie badał, co jest w środku miśków, teraz je wypycha ;P
A mała?? Bywa słodka...
... złośnica...
... i wygląda na grzeczną i mądra dziewczynkę. Ano... wygląda, my swoje wiemy, wszak jesteśmy do siebie z charakterków podobne... Rozumek swój też mamy... I ma moje włosy (kiedy byłam młoda i piękna)... Reszta nie moja :) Mała Wiedźma :)
Wizyta u dentysty na 21 :|
Tyle, że nerwy mi puściły, bo ile można czekać?? rok, miesiąc, tydzień, ale nigdy parę godzin :P
Inżynier już w marcu miał obiecane, że już, już, tuż, tuż, że terminowo, że silni, zwarci, gotowi, że mury pną się do góry i takie tam bajeczki. Wic polegał na tym, że on zapoczątkował rozpad kołchozu, a w rezultacie został na lodzie, wszystkim się udało, a jemu budowlańcy nawalali. W rezultacie po pobycie w hotelu, co zrujnowało jego budżet (niestety, moje polskie środki finansowe nie pozwalają na życie w UK ani na pomoc dziecku), wylądował na wycugu u Barana, co fajne jest, ale... wiąże się z póltoragodzinnym dojazdem do pracy w jedną stronę... I jeszcze inne tam... W poniedziałek było być albo nie być.
Siedziałam jak mysza pod miotłą, bo co będę dziecko dodatkowo denerwować pytaniami, wyszłam z założenia, że jak coś się wyjaśni, sam napisze. Zupełnie jak nie ja, no ale wyrobiłam się jak haczyk od kibla ostatnio.
I chodziłam po suficie. Wyczyn, co nie?? O 15 Inżynier pisze, że dalej nic nie wie, a okazuje się, że zadzwonić nie może, bo każdy ma bossa wyżej i że... Sprawa była tym bardziej zakręcona, że chodziło o potwierdzenie kredytu gwarantowanego przez rząd Jej Królewskiej Mości Elżuni, wprowadzenie bez podłóg, co jest nieco na bakier z prawem i inne kwiatki.
Więc sam się denerwuje już (!), ale czekać trzeba...
Pogłaskałam wirtualnie, bo nic więcej nie mogłam.
I cholera mnie tłukła z kąta w kąt moich apartamentów.
Około 17 wiadomość na FB.
Dostaną klucze dziś, idą po klucze.
Victoria.
Zawsze wierzyłam w ten ukryty czar Inżyniera, zwanego w czasach szkolnych Mister Colgate.
I te oczy kota ze Shreka.
I ten głos. Seksowny.
Ale oj tam, oj tam, co się będę swoim wytworem chwalić :)
Na pierwszym piętrze. Okolica jeszcze plac budowy, w mieszkaniu beton, ale to nic. Zwieźli wczoraj panele i pewno dziś zapieprza ze śrubką w dupie, okrętową numer 10. Jest młody, poradzi sobie. Najważniejsze, że mają dach nad głową.
Zaczynałam gorzej, na 16 m kwadratowych, na strychu, ze starym tapczanem ze śmietnika i pufem, skrzynką na węgiel i kulawym stołkiem kuchennym :) To były piękne dni.
Zatem dożyłam, cała nówka funkiel nieśmigana kluczy Inżyniera :) A resztę mam nadzieję obaczyć, jak się ogarnie, za jakiś czas :D Bo kartonowstręt mam od remontu i żadna siła mnie nie zmusi. Poza tym niech urządzają się sami, żeby mnie jęzor nie świerzbił: może tak, a może tak. Do dziś pamiętam, jak wkurwiało mnie wtrącanie się teściowej do mojego mieszkania... Wszystko było źle i... gazety się szwendały, i książki. I nie liczyło sie, że kocham szwendanie, liczyło sie, że jej to przeszkadza (sama nie czytała nic). Dlatego niech sobie sami tam szwendowanie urządzają, a ja wlecę na gotowe bez komentarzy :)
Synowa miała niedawno imieniny. Posłałam życzenia (elektroniczne, ja od nich dostaję SMS, o ile w ogóle dostaję, więc przestałam się wygłupiać z kartkami), no i nic. Nawet dziękuję. Olać.
A dziś paczę, napisała dziękuję i dostałam Małą Wiedźminkę :D
Dobrze, że wzięłam na wstrzymanie i nie darłam ryja :D
A Mała Wiedźma
bywa znudzona życiem...
... miewa focha z przytupem...
... a ojciec umie się zrewanżować :D
I... dobrze wychowałam syna. Jest dobrym ojcem, nie da się ukryć. Więc i ja chyba nie byłam tak do końca najgorsza.
I karma wraca. W dzieciństwie badał, co jest w środku miśków, teraz je wypycha ;P
A mała?? Bywa słodka...
... złośnica...
... i wygląda na grzeczną i mądra dziewczynkę. Ano... wygląda, my swoje wiemy, wszak jesteśmy do siebie z charakterków podobne... Rozumek swój też mamy... I ma moje włosy (kiedy byłam młoda i piękna)... Reszta nie moja :) Mała Wiedźma :)
Wizyta u dentysty na 21 :|
Subskrybuj:
Posty (Atom)








































