Nareszcie. Lipy wyglądają, jakby już późna jesień była, pod drzewem dywan z żółtych liści, a na drzewach resztki. I 20 stopni, w związku z tym założyłam czarnego t-shirta, nie biorąc pod uwagę, że... ludziom zimno :) W poczekalni u dentysty można się udusić, a na fotelu brakowało mi powietrza :) Za to w domu wiatr hula, zimno jest, aż musiałam kapcie założyć, bo... stopy mi marzły. To kocham :) Już jutro ma znów być porno i duszno.... No, ale ludzie mają urlopy i chcą mieć gorąco, więc dla jednej Starej Jędzy zimno nie będzie siedzieć.
Jeszcze dwie wizyty u dentysty, jak dobrze pójdzie, ale i tak do połowy sierpnia będzie się wlokło, bo pani doktor ma urlop. Koleżanka mnie namawiała na swojego dentystę, gdzieś na prowincji, że szybko, od ręki, taniej jak tu (tyle że to jakaś dziura i nie mam zielonego pojęcia, ile będzie dojazd kosztował) i hohoho. Ale pomna jestem nauk babci, która mówiła: kupuj drogo, boś biedna. Tu jak coś poprawi mi od ręki, więc to dużo taniej plus koszty dojazdu plus czas - dziękuję, postoję. Poza tym co nagle to po diable, a pamiętam, jak ostatnim razem się namęczyła, ale też z efektu jestem maksymalnie zadowolona.
Więc poczekam, pocierpię i mam nadzieję, że będzie OK :) Jestem warta odrobiny luksusu.
W poniedziałek zaniosłam do przychodni kartkę z nazwami leków, recepta miała być na wczoraj. Jako że to koło dentysty, wzięłam na wstrzymanie i chciałam odebrać dziś. I co? Nie ma kartki, nie ma recepty. Ale jest pani doktor, więc no problem. Kartoteka. Nie ma kartoteki. Jak to nie ma? Po długich poszukiwaniach jest. Ale nie moja :) Moje nazwisko przekręcają wszędzie tak, że to nieporozumienie. Na dokładkę mam dwa. Czasami żałuję, że chłopcy mają mężowskie, ale w sumie stresu sobie oszczędzają. Z tego względu też wkurzała mnie praca w bibliotece (tak, tak, z wykształcenia jestem ojapierdolę, jaki fajny mam tytuł, że się pochwalę: magister bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, mucha nie siada, co nie??). Nie tyle w bibliotece, co dyżury w czytelni. Nie poszłam na moją ukochaną polonistykę, drugą po archeologii miłość życia (od archeologii odwiodła mnie mama, mówiąc, że będę kopała, a myszy będą wokół latały, nienawidzę myszy... Widać to nie była wielka miłość, jak na filmie, jak w teatrze, że zrezygnowałam z powodu myszy. Ale do dziś mam zeszyt z wycinkami z gazet, gdzie Machu Picchu, piramidy, Atlantyda, Daeniken..). Polonistykę odradził mi mój ulubiony polonista, zresztą mój cichy wielbiciel, którego do grobu wpędzałam, czytając na lekcji pod ławką w I klasie liceum Układ Kazana. Stary kawaler wtedy (później ożenił się z rusycystką, która była taką siekierą, że ojapierdolę... Moje plumkanie o akcencie, że słuch, że tamtosramto zbyła bezlitośnie: nieważny akcent, masz znać język i gadać :) Nie dała się wziąć na litość dla biednego niesłyszącego dziecka i... na akademiach recytowałam wiersze po rusku, a co?? Do dziś, jak się "rozchodzę" (bo chwilę trwa, zanim sobie bukwy poukładam, jak coś się dzieje, to ruskie strony są dla mnie bardziej przyjazne, jak dla Inżyniera angielskie, bez słownika, of course). Jak czytałam onego Kazana pod ławką, dorwał mnie i rzecze: Jędzo, co czytasz, zamiast pilnie się uczyć, pokaż. Zamarłam. Obiecywałam na wszelkie świętości, że więcej nie będę, że blablabla... Nieugięty był do momentu, kiedy dorwał książkę i... zaczerwienił się po czubki włosów. O mało nie zemdlał i z wzdechem rzekł: Jędzo, masz na tę książkę jeszcze parę lat. Obiecaj, że więcej nie będziesz jej czytała. Obiecałam. Nie czytałam jej więcej. Pod ławką. Za to przeczytała ją cała klasa, nawet ci, którzy nie zhańbili się czytaniem żadnej lektury :) Po latach obejrzałam film, ale nie umywa się do książki. Wyobraźnia lepsza. No i ów polonista rzekł mi w czwartej klasie: Jędzo, dzieci są okrutne. Bywają okrutne. Po polonistyce to raczej wylądujesz w szkole i wierz mi, wykorzystają twoje kalectwo. Wiedziałam, że ma rację, bo byłam nastolatką. Też wykorzystywałam słabe punkty belfrów. Okrutnie. Powiedział mi, że w mojej obecnej wiosce otwierają właśnie bibliotekoznawstwo i polecił. Posłuchałam. Nie żałuję. Dziękuję, Profesorze :) I przepraszam za ten Układ, za zakłopotanie. Dziś na nikim by to nie zrobiło wrażenia, ale wtedy... Czysta pornografia była, co nie?? I dobrze, że nie dorwał mnie pan na czytaniu Zwrotnika Raka. Bo to czytałam przed Układem. Proust i inne takie tam nudziło mnie bardzo, ale... :) Się rozpisałam :) Teraz pracowałabym w bibliotece bez problemu, bo są karty elektroniczne, chipy i inne takie tam... Ale jak byłam młoda i piękna, to właził delikwent i pod nosem bąkał swoje nazwisko. Czy ktoś zauważył, jak niewyraźnie ludzie mówią swoje nazwiska??? Jakby się ich wstydzili. Dziś dałabym mu kartkę i długopis i kazałabym napisać nazwisko i powiedziałabym wprost: głucha jestem, nie rozumiem. Ale wtedy byłam młoda i piękna, wrażliwa, delikatna i ukrywałam swoje kalectwo :) I stresowało mnie, że nie rozumiem. Ileż metod detektywistycznych stosowałam, żeby odnaleźć kartę delikwenta, to cała Agata Christe z tego by wyszła :)
Do dziś bywają sytuacje, że gdy mówię o tym otwarcie ludzie nie wierzą... Koleżanka, z którą bez aparatów przepracowałam 10 lat zawsze mówi, że ściemniam na swoją korzyść.
Ano. Do wszystkiego trzeba dorosnąć, nawet do kalectwa :)
Zatem bitwę o receptę wygrałam, choć gdy wróciłam od dentysty po ową receptę, panienka w recepcji (po 45 minutach) już nie pamiętała cudów wianków z moim nazwiskiem i znów nie mogła jej znaleźć. Ojapierdolę. I to ja mam kompleksy ze słuchem i z alzheimerem.
Nie.
Jestem Stara Jędza i jestem Wielka :)
Dobrze, że wózeczek wzięłam, choć po drodze jechałam tylko po chleb.
Bo wleciałam do Biedronki i arbuzy były. A odkąd Postman bezczelnie na moich oczach zażerał się arbuzem, i nawet nie dał się namówić na wepchnięcie tegoż w światłowód, chodzi za mną arbuz. Ale...
Jestem... No dobra. Mam fobię, co się będę wstydzić. Nie zjem nieumytego owocu, żadna próba: pani skosztuje, jakie pyszne to jest nie zmusi mnie do zjedzenia czegokolwiek. A arbuzy, jak wiadomo, takoż i melony, duże są. Zatem kroi się je bezlitośnie, zawija w folijkę i tadam, sprzedaje. Niemyte. Noże też niemyte. Ręce sprzedawczyni... STOP... Dotykam ci ja tego arbuza, małego, co dam go radę zeżreć i ojapierdolę. Błoto, kurz i piaseczek, a ręce jak wiadomo mam szorstkie, niedelikatne... Ale arbuzika sruuu do torby, w domu się umyje, poszlachtuje i będę mogła się nim zażerać.
Zapisać w kajeciku: nawet jadąc po chleb brać wózeczek. Nie doniosłabym arbuza do domu, tym bardziej że z moją ręką coraz bardziej nie tak, ale dopóki mogę głaskać wszystkie moje kompiki, to spoko :D
Oj tam, oj tam :)
Jak pięknie pada deszcz...
arbuza można jeszcze pokulać hahaha
OdpowiedzUsuńja też dziś pomyłam okna żeby uczynić deszcz bo jak wiadomo po moim myciu teściowa przychodziła poprawić i płukała
a teraz nie wiem ? nie widziała że myję czy kurde tak dobrze spłukałam że stwierdziła że nie ma co poprawiać ;-)
Hmmm... Moja się zawsze cieszyła, jak myłam (realnie), bo u niej nikt nie mył, oprócz mnie. Nawet u ukochanego jej synusia... Of course, dopóki tam byłam... Coś się w systemie zacięło, świat wariuje... Pora umierać??
UsuńPS... Kupujesz pokrojonego arbuza w markecie?? Albo na targu?? Nieważne gdzie... Pokrojonego??
Usuńtak ;-o
OdpowiedzUsuńale wiesz nigdy w ten sposób nie myślałam
często kupuję w sklepie gdzie rozkrawają przy mnie
myślę że dalej będę tak kupowała bo skoro mój człowiek już zna te bakterie to nie będę go ich pozbawiać :-)
Ano... Osobiście wolę w domu umyć, rozkroić i... zboczucha ze mnie.... Na folii zaoszczędzam...
UsuńJa też kupuję. Całe są za duże najcześciej. Bywa też, o zgrozo, że kupione truskawki,czy czereśnie próbuję od razu!
OdpowiedzUsuńAleż nie zabraniam Ci :) Smacznego :)
UsuńSe sama wkladam owoce do wora i nikt mi ich nie maca,a arbuzy w calosci oczywiscie.
OdpowiedzUsuńZa tymi wielkimi nie przepadam,lubie nasze regionalne
http://i487.photobucket.com/albums/rr232/mohoghead/DSC03137.jpg
sa mniejsze i slodsze:)
Też mamy takie arbuzy :)
Usuń