produktu będzie, Kochany Pamiętniczku.
Tak bowiem wyszło jakoś z zakręcenia jak świński ogonek, że kiedyś tam rozmawiając z Demirją, która jak wiemy pasjami oddaje się ziółkom, dowiedziałam się o wierzbówce kiprzycy. Ziółko to znane jak jako Ivan czaj, jako że do dziś jest popularne w Rosji. Zresztą kto chce, niech sobie wygoogluje.
I tak Demirja krótko przed moim wyjazdem w siną dal wysłała mi rzeczoną herbatę, która wtedy na alledrogo osiągała (i nadal osiąga fajne ceny), w zielarniach jej nie uświadczysz, a w necie po doliczeniu kosztów wysyłki...
Nie za bardzo miałam czas popróbować tego specjału przedtem, a teraz jako że człowiek siedzi po ciemku przez większość dnia i tylko patrzy, co tu wytrąbić, a wątroba na widok alkoholu dostaje apopleksji i ucieka w podskokach, zaparzyłam i...
Wsiąkłam.
Od początku stycznia żyłam na bombie zegarowej, spokojny sen to było tylko marzenie, jak nie koszmary, to męczenie się do rana z zaśnięciem, w pracy wkurw taki, że można nim było pół Polski obdzielić, do tego pogoda jak z horroru, wieczny smog, a i wieści o Pierworodnym podgrzewały atmosferę, gdyż dziecko owo i urodą, i rozumkiem wdało się w Eksa, co jest ojapierdolę i dla mnie, i dla Inżyniera.
Więc.
Fakt, wszyscy zdrowi i kasa na koncie jest, ale...
Zasmakowała mi rzeczona herbatka, albowiem choć to zielsko jest, smakuje jak herbata. Tak, jak zwykła czarna herbata, której lata całe byłam wielką wielbicielką, jak w ogóle herbat wszelkiej maści, albowiem jak niekawowa jestem, kawę nauczyłam się pić dopiero od Eksa, ale jedna kawa dziennie to dla mnie aż nadto.
Ale herbata, o, to poemat.
I te studenckie lata nad szklanką herbaty, z obowiązkowym metalowym koszyczkiem, picie naparu takiego jak więzienny czaj (tak myślę), nieśmiertelne pytanie: chcesz dosypkę czy dolewkę, tłumy lądujące u mnie potem na "dobrą herbatę" i zapasy takiej poupychane wszędzie, której pewno do końca życia nie wypiję.
Ale przyszedł moment, że nie mogłam herbaty pić, bo coś mi nie pasowało, a to mnie odrzucało, a to żołądek strajkował, przerzuciłam się na różne takie tam ziółka i herbatki owocowe, ale wciąż brakowało mi herbaty...
Więc po paru kubkach rzeczonej wierzbówki poczułam się jak za młodych lat. Jest słodka, tak z leksza, że nie przeszkadza to nawet takiej niecukrowej osobie jak ja.
I...
Zaczęłam spać.
Znaczy się, 22 a ja lulu jak aniołek (nie jak niemowlę, bo niemowlęta, diabły jedne, wędrują cale noce i dnie).
I mało, że lulu, to jeszcze rano mogłam spać, a spać, no ale głos obowiązku mnie wyrzucał, ale jak już postawiłam bosą nóżkę na zimnej podłodze w poszukiwaniu kapcia, od razu odżywałam...
I...
W pracy zaczęli mnie pytać (albowiem, aczkolwiek mam wolne, moim modo pracuję, bo wiadomo, że nic mnie tak nie kocha jak praca), co ja taka spokojna i cicha jestem, czy coś się stanęło?
Hahahahaha :)
Ja spokojna i cicha, no ale skoro wszyscy o to pytają, znaczy się coś na rzeczy jest, co nie?
Jako że myśliwym jestem, zaczęłam analizować, dodając do tego niespotykany spadek opuchlizny na kostkach, która mi dokucza i nawet cuda wianki pietruszkowe nie za bardzo pomagają...
Myślę, myślę, jak rasowy myśliwy i TADAM.
Przecież zapijam się tą herbatką.
Na umór, bo mi smakuje.
A można ją 3-5 razy parzyć, a że mam tak na oko półlitrowy dzbanuszek i takież kubełki, to...
Ha.
Trąbię jej około dwóch litrów dziennie.
No to wio na Google.
I tralalalalabum, moja prostata będzie okazem zdrowia, co mnie niezmiernie cieszy, albowiem w zamierzchłych czasach, gdym pracowała w wydawnictwie medycznym, mając objawy wszystkich chorób po kolei, jako że mieliśmy czasopisma ze wszystkich dziedzin medycyny, łącznie z nowotworami głowy i szyi, do których zdjęcia były zaiste przerażające, a statystyki jeszcze bardziej, pocieszałam się, że nigdy, ale to nigdy nie dostanę już raka prostaty oraz depresji poporodowej :) Marna pociecha, ale zawsze.
Ale ad rem: jeszcze ciśnienia nie zmierzyłam, a to z prostego powodu: Miski zakopały gdzieś ciśnieniomierz, ale jak odkopię, to im nakopię, Skubańcom :D Spokój ducha wrócił mi tak, że ludzie mnie nie poznają. Znaczy się, coś jest na rzeczy. A spanie? Jeszcze 18 nie ma, a ja już powoli myślę o wskoczeniu w moje piernaty :P Od tygodnia mi się nic nie śniło złego, a jak już to jedynie ostry seks. Wiadomo, głodnemu chleb na myśli, co nie?
Kolega w pracy, mój ulubiony mówił, zobaczywszy na wujku poszukiwaną wierzbówkę, że tego kwiatu to pół światu u niego na rowie i był tak miły, że obiecał mi tego narwać :D
Zakochałam się. W ziółku, nie w koledze, albowiem jest w wieku Pierworodnego, co kiedyś mi nie przeszkadzało w romansie, ale teraz i owszem, przeszkadza, albowiem nie mam już czterdziestu ośmiu lat :p
Wiem, stara wariatka ze mnie, ale nawet po benzodiazepinach (tak, tak i taki epizod w życiu miałam, na szczęście na receptę i bez wejścia w nałóg) nie czułam się taka szczęśliwa.
Na serio, mam na wszystko wyjebane i nawet padający uparcie śnieg, który powoduje, że mam morze piaseczku w domu, że będę musiała jeszcze raz sprzątać korytarz w tym tygodniu, bo sąsiedzi nanieśli (nowi mają dzieci) nie wkurwia mnie ani trochę :) A to już nie jest normalne, co nie?
Nie rusza mnie nawet polityka i to, że ukochany Boss2 po raz piąty daje mi jebany tekst do czytania, jak to on ma w zwyczaju. Bo uważa, że za dużo mi płaci.
Logicznie rzecz biorąc za mało, ale po co się denerwować?
Już parę razy zauważyłam, że ludzie odzywają się do mnie tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie potrzebują. Jako że czasy są jakie są, przeważnie na FB, bo to takie trendy :P
Tak odezwała się Lucy, bo chciała mogiłkę. Odkąd jej powiedziałam, że ma się wypchać, bo i tak o nią nie będzie dbała, jakoś przestała mnie zauważać i nawet wnuków nie polajkuje, choć wiem, że zazdrości mi ich z całego serca. A przedtem lajkowała namiętnie, o mało się nie zesrała od lajkowania :)
Nie odzywa się też koleżanka, która po odnalezieniu mnie na FB gotowa była dawać na mszę dziękczynną, ale straciła zainteresowanie moją osobą, gdy powiedziałam, na delikatną sugestię, że skoro Inżynier taki oblatany w pracy, to może mógłby pomóc komuś genialnemu z jej rodziny też od informatyki, że Inżynier nie pracuje w kadrach i że najlepsza droga do zdobycia pracy to aplikacja na daną posadę i wykazanie się umiejętnościami. Nie widziałam jej od ponad 30 lat, w pracy zbyt wyrywna nie była, po wyjściu za mąż siedziała non stop w domu, o istnieniu jej genialnego pociotka nawet nie pomyślałam, a mam go wmelać Inżynierowi do rekomendowania w pracy? Na podstawie czego? Starej znajomości? Kogoś tu pogięło. I też się "odznajomiła" i już mi wnuczków nie lajkuje. W czarną rozpacz można popaść, co nie?
No a wczoraj odezwała się kumpela z poprzedniej pracy. Redachtórka. Lubię ją, fajna jest, kontakt mamy luźny. Ona pierwsza odeszła z Auschwitz, nie tyle odeszła, co wywalili ją znienacka po macierzyńskim, ale tak w PL bywa. Poszła w dziennikarzy, czasem ratowałam niebogę słówkiem, fotki też brała ode mnie z maratonów i innych zabaw, za friko, of course, ale pytała zawsze, czy może, mi to rybka. Spostrzegłam, że gdy wrzucam coś na topie, to kradnie, ale co ja będę sceny na FB robiła? Aż taką wariatką nie jestem, chociaż miło by było, gdyby zaznaczyła, skąd bierze, no ale nie wszyscy tę kindersztubę mają, więc wybaczam. Ostatnio zmieniła pracę, więc pożyczyłam szczęścia na nowej drodze życia. I tak sobie patrzę, a że instytucja jest mało, że państwowa, to budżetowa - nieźle balują za naszą kasę. Za naszą, bo to z naszych podatków, także moich. No ale jako że nie mam duszy kabla, nie donoszę. Sama, z moim małym rozumkiem, nie wrzucałabym pracowych spraw i to takich na FB, bo po co? No i K. odzywa się do mnie, że larum grają, bo odchodzi od nich jakaś tam pani, która dotąd w ramach etatu korekciła wszystko, co korekcić trzeba było (mizernie, albowiem jako że jest to instytucja państwowa, efekty widać w necie), zatem czy podjęłabym się współpracy z rzeczonym podmiotem i za ile. Piszę, że jeżeli online i z wyjątkiem 4 dni w miesiącu (mogę w nie pracować, ale może być i tak, że ni chuchu nie dam rady), to nie widzę problemu. Ale ile chcę. Odpowiedziałam, że muszę wiedzieć,ile będę tej roboty mieć. Bo nie powiem, że za 3 kartki A4 w miesiącu chcę 100 zł, ale też nie mogę się zgodzić na to, że będę zasypywana co dzień czymś i dostanę 50 zł, bo mało liter było. I... Nic, cisza :) Rybka mi to, nie zależy mi na paru groszach więcej, ale odbieram to jako to, że powinnam podskoczyć w półobrocie, z przytupem podskoczyć jeszcze raz i powiedzieć: jak dla Ciebie i dla tej szacownej instytucji (bo jest szacowna, czego nie omieszkała podkreślić) zrobię to za uścisk dłoni menedżera. Bo już nawet nie prezesa. Nie. Nie ma opcji. Jeżeli na etacie mają czas na szczeniackie wygłupy za moje pieniądze, wygłupy z użyciem materiałów, za które ja też płacę, płacąc podatki, to dlaczego nie mam mieć zapłacone za swoją wiedzę, za to, że wiem czy gurale, czy górale?
I to tyle przemyśleń na moją notkę, sponsorowaną przez wierzbówkę kiprzycę :P
Wpadnie ktoś na chianti? Samej głupio pić, ale TAKIE chianti w Biedronce, w promocji?
Od czasu do czasu dobrze jest wypić lampkę czerwonego wina, w rytmie
Znajdę cię, niezmienioną, tę samą,
Znajdę cię, i znowu pokocham...
Z dedykacją dla Kogoś, kto wie...
I może przeczyta, a może nie, ale zawsze :)