środa, 30 stycznia 2019

Życie

wciąż zaskakuje, Kochany Pamiętniczku.

Moje dzieci wciąż mi wmelają, że jestem nadopiekuńcza i apodyktyczna.

Mam inne zdanie na ten temat i utwierdziła mnie dziś w tym D.
Poprosiła mnie o telefon do radcy prawnej, do której miałam dzwonić po śmierci Eksa, a do której jednak nie zadzwoniłam i jest jak jest.
Nie wiem, czy mogło być lepiej, ale skoro jest dobrze, to po co to roztrząsać? Mogło być gorzej, co nie? A jest spokój.
Podpuściłam D., czego potem żałowałam, ale...
Nie, nie jestem nadopiekuńcza.
Pozwalałam im podejmować swoje decyzje. Może byłoby lepiej, gdyby mnie posłuchali, ale czy byliby szczęśliwi?
Wciąż pamiętam lekceważenie ze strony teściowej i całej rodziny męża.
Bo ja takie nic, bez pieniędzy, bez koneksji.
Nie liczyło się nic. Niby ąę bułkę przez bibułkę, ale wiadomo, ja, takie nic, moje studia to nic, moja praca to nic, moja rodzina to takie zero. Dobrze jeszcze, że nie byłam, jak moja szwagierka "ze Swarzyndza". I opowieści, jak to teściowa przed wojną na zamku w Kórniku bywała na rautach ze swoim ojcem, a potem mój najmłodszy szwagier przy stole, podnoszący okulary na nosie i dłubiący w nosie z rozkoszą. Na mój szept do teściowej wzruszała ramionami "bo on taki młody i nic złego nie robi".
No, ja na gnoju chowana, wnuczka fornala i szewca, córka pijaka, nie ośmieliłabym się dłubać tak w nosie. Co nie zmienia faktu, że dłubię :)
No i tak zawsze byłam ta gorsza, tralalalalabum :)
Nie, żebym rozdrapywała stare rany, ale nakreślam ramy modus operandi...
D. wywodziła długo i zawile to, co ja wiem, że ma i kasę i inne takie tam oraz bliźniaczki na stanie. Jedna jest mężatką i trzyma matkę na dystans, czemu się wcale nie dziwię, bo matka - wiesz, rozumiesz, bo masz dzieci (to do mnie) - zrobi wszystko, a ma środki i możliwości, żeby zięcia odsunąć w niebyt, bo on nie nasz...
I drugą siostrą manipuluje.
Wysłuchałam, głową pokiwałam, cóż mam rzec?
Że głupio robi? Próbowałam kiedyś, nie dotarło.
Zupełnie jak moja teściowa, manipuluje, aż się kurzy...
Na zasadzie, że matka wie lepiej.
Tak, wie lepiej.
Ale dziecku jest lepiej z jego wyborem, nie moim.
Długo się tego uczyłam.
Ma prawo do swoich błędów, swoich wyborów, nieważne, jak bardzo bolesne będą one dla mnie.
Ja też po swojemu wybierałam i sama płaciłam za swoje błędy.
Choć czasem mam żal do życia, że nie było przy mnie nikogo, kto powiedziałby mi: nie rób tak,  zastanów się, to jednak...
Mama nauczyła mnie jednego: walczenia o to, co chcę. I tego, żeby być niezależną.
I tak robiłam, i nawet moje złe decyzje były moimi, bolały, ale...
Jestem wolna. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma wolności "od", jest wolność "do".
Nigdy nie będę wolna od trosk i obaw o moje  dzieci, ale jestem wolna do pójścia swoją drogą.
I chcę, by tak pozostało do końca mojej drogi.
Żeby życie nie zabrało mi prawa o decydowaniu o najgłupszych rzeczach, jakie mam ochotę zrobić.
To jest moja wolność.

Więc nie jestem taka najgorsza, nie zmuszam nikogo do wyborów wg moich zasad, aczkolwiek często nóż mi się w kieszeni otwiera, a chociaż mówię wprost, że mi się to nie podoba, przyjmuję do wiadomości, że im to pasuje.

Są zatem gorsze ode mnie, bo oszczędzam innym i sobie nerwów i wprowadzania w życie moich idei.
Bo i po co?
I tak kiedyś odejdę...
Jak ten walc...
A gdy się kończy bal
Czego będzie mi więcej żal? :) 

Mam nadzieję, że już wtedy nie będzie nic bolało :)

A jutro w planach spotkanie z Kierownikiem Budowy po długiej przerwie...


I zamówiłam 2,5 litra wierzbówki, ale zmieszanej z różą (nienawidzę róży w przetworach, ale cena była okazyjna) i bławatkiem :) Dzięki nieocenionej Demi i po okazyjnej cenie. 
Będę zatem

oazą spokoju pierdolonym, zajebiście wyluzowanym kwiatem lotosu na tafli jeziora :)



wtorek, 29 stycznia 2019

Lokowanie

produktu będzie, Kochany Pamiętniczku.
Tak bowiem wyszło jakoś z zakręcenia jak świński ogonek, że kiedyś tam rozmawiając z Demirją, która jak wiemy pasjami oddaje się ziółkom, dowiedziałam się o wierzbówce kiprzycy. Ziółko to znane jak jako Ivan czaj, jako że do dziś jest popularne w Rosji. Zresztą kto chce, niech sobie wygoogluje.
I tak Demirja krótko przed moim wyjazdem w siną dal wysłała mi rzeczoną herbatę, która wtedy na alledrogo osiągała (i nadal osiąga fajne ceny), w zielarniach jej nie uświadczysz, a w necie po doliczeniu kosztów wysyłki...
Nie za bardzo miałam czas popróbować tego specjału przedtem, a teraz jako że człowiek siedzi po ciemku przez większość dnia i tylko patrzy, co tu wytrąbić, a wątroba na widok alkoholu dostaje apopleksji i ucieka w podskokach, zaparzyłam i...
Wsiąkłam.
Od początku stycznia żyłam na bombie zegarowej, spokojny sen to było tylko marzenie, jak nie koszmary, to męczenie się do rana z zaśnięciem, w pracy wkurw taki, że można nim było pół Polski obdzielić,  do tego pogoda jak z horroru, wieczny smog, a i wieści o Pierworodnym podgrzewały atmosferę, gdyż dziecko owo i urodą, i rozumkiem wdało się w Eksa, co jest ojapierdolę i dla mnie, i dla Inżyniera.
Więc.
Fakt, wszyscy zdrowi i kasa na koncie jest, ale...
Zasmakowała mi rzeczona herbatka, albowiem choć to zielsko jest, smakuje jak herbata. Tak, jak zwykła czarna herbata, której lata całe byłam wielką wielbicielką, jak w ogóle herbat wszelkiej maści, albowiem jak niekawowa jestem, kawę nauczyłam się pić dopiero od Eksa, ale jedna kawa dziennie to dla mnie aż nadto.
Ale herbata, o, to poemat.
I te studenckie lata nad szklanką herbaty, z obowiązkowym metalowym koszyczkiem, picie naparu takiego jak więzienny czaj (tak myślę), nieśmiertelne pytanie: chcesz dosypkę czy dolewkę, tłumy lądujące u mnie potem na "dobrą herbatę" i zapasy takiej poupychane wszędzie, której pewno do końca życia nie wypiję.
Ale przyszedł moment, że nie mogłam herbaty pić, bo coś mi nie pasowało, a to mnie odrzucało, a to żołądek strajkował, przerzuciłam się na różne takie tam ziółka i herbatki owocowe, ale wciąż brakowało mi herbaty...
Więc po paru kubkach rzeczonej wierzbówki poczułam się jak za młodych lat. Jest słodka, tak z leksza, że nie przeszkadza to nawet takiej niecukrowej osobie jak ja.
I...
Zaczęłam spać.
Znaczy się, 22 a ja lulu jak aniołek (nie jak niemowlę, bo niemowlęta, diabły jedne, wędrują cale noce i dnie).
I mało, że lulu, to jeszcze rano mogłam spać, a spać, no ale głos obowiązku mnie wyrzucał, ale jak już postawiłam bosą nóżkę na zimnej podłodze w poszukiwaniu kapcia, od razu odżywałam...
I...
W pracy zaczęli mnie pytać (albowiem, aczkolwiek mam wolne, moim modo pracuję, bo wiadomo, że nic mnie tak nie kocha jak praca), co ja taka spokojna i cicha jestem, czy coś się stanęło?
Hahahahaha :)
Ja spokojna i cicha, no ale skoro wszyscy o to pytają, znaczy się coś na rzeczy jest, co nie?
Jako że myśliwym jestem, zaczęłam analizować, dodając do tego niespotykany spadek opuchlizny na kostkach, która mi dokucza i nawet cuda wianki pietruszkowe nie za bardzo pomagają...
Myślę, myślę, jak rasowy myśliwy i TADAM.
Przecież zapijam się tą herbatką.
Na umór, bo mi smakuje.
A można ją 3-5 razy parzyć, a że mam tak na oko półlitrowy dzbanuszek i takież kubełki, to...
Ha.
Trąbię jej około dwóch litrów dziennie.
No to wio na Google.
I tralalalalabum, moja prostata będzie okazem zdrowia, co mnie niezmiernie cieszy, albowiem w zamierzchłych czasach, gdym pracowała w wydawnictwie medycznym, mając objawy wszystkich chorób po kolei, jako że mieliśmy czasopisma ze wszystkich dziedzin medycyny, łącznie z nowotworami głowy i szyi, do których zdjęcia były zaiste przerażające, a statystyki jeszcze bardziej, pocieszałam się, że nigdy, ale to nigdy nie dostanę już raka prostaty oraz depresji poporodowej :)  Marna pociecha, ale zawsze.
Ale ad rem: jeszcze ciśnienia nie zmierzyłam, a to z prostego powodu: Miski zakopały gdzieś ciśnieniomierz, ale jak odkopię, to im nakopię, Skubańcom :D  Spokój ducha wrócił mi tak, że ludzie mnie nie poznają. Znaczy się, coś jest na rzeczy. A spanie? Jeszcze 18 nie ma, a ja już powoli myślę o wskoczeniu w moje piernaty :P Od tygodnia mi się nic nie śniło złego, a jak już to jedynie ostry seks. Wiadomo, głodnemu chleb na myśli, co nie?
Kolega w pracy, mój ulubiony mówił, zobaczywszy na wujku poszukiwaną wierzbówkę, że tego kwiatu to pół światu u niego na rowie i był tak miły, że obiecał mi tego narwać :D
Zakochałam się. W ziółku, nie w koledze, albowiem jest w wieku Pierworodnego, co kiedyś mi nie przeszkadzało w romansie, ale teraz i owszem, przeszkadza, albowiem nie mam już czterdziestu ośmiu lat :p

Wiem, stara wariatka ze mnie, ale nawet po benzodiazepinach (tak, tak i taki epizod w życiu miałam, na szczęście na receptę i bez wejścia w nałóg) nie czułam się taka szczęśliwa.
Na serio, mam na wszystko wyjebane i nawet padający uparcie śnieg, który powoduje, że mam morze piaseczku w domu, że będę musiała jeszcze raz sprzątać korytarz w tym tygodniu, bo sąsiedzi nanieśli (nowi mają dzieci) nie wkurwia mnie ani trochę :) A to już  nie jest normalne, co nie?
Nie rusza mnie nawet polityka i to, że ukochany Boss2 po raz piąty daje mi jebany tekst do czytania, jak to on ma w zwyczaju. Bo uważa, że za dużo mi płaci.
Logicznie rzecz biorąc za mało, ale po co się denerwować?

Już parę razy zauważyłam, że ludzie odzywają się do mnie tylko wtedy, gdy czegoś ode mnie potrzebują. Jako że czasy są jakie są, przeważnie na FB, bo to takie trendy :P
Tak odezwała się Lucy, bo chciała mogiłkę. Odkąd jej powiedziałam, że ma się wypchać, bo i tak o nią nie będzie dbała, jakoś przestała mnie zauważać i nawet wnuków nie polajkuje, choć wiem, że zazdrości mi ich z całego serca. A przedtem lajkowała namiętnie, o mało się nie zesrała od lajkowania :)
Nie odzywa się też koleżanka, która po odnalezieniu mnie na FB gotowa była dawać na mszę dziękczynną, ale straciła zainteresowanie moją osobą, gdy powiedziałam, na delikatną sugestię, że skoro Inżynier taki oblatany w pracy, to może mógłby pomóc komuś genialnemu z jej rodziny też od informatyki, że Inżynier nie pracuje w kadrach i że najlepsza droga do zdobycia pracy to aplikacja na daną posadę i wykazanie się umiejętnościami. Nie widziałam jej od ponad 30 lat, w pracy zbyt wyrywna nie była, po wyjściu za mąż siedziała non stop w domu, o istnieniu jej genialnego pociotka nawet nie pomyślałam, a mam go wmelać Inżynierowi do rekomendowania w pracy? Na podstawie czego? Starej znajomości? Kogoś tu pogięło. I też się "odznajomiła" i już mi wnuczków nie lajkuje. W czarną rozpacz można popaść, co nie?
No a wczoraj odezwała się kumpela z poprzedniej pracy. Redachtórka. Lubię ją, fajna jest, kontakt mamy luźny. Ona pierwsza odeszła z Auschwitz, nie tyle odeszła, co wywalili ją znienacka po macierzyńskim, ale tak w PL bywa. Poszła w dziennikarzy, czasem ratowałam niebogę słówkiem, fotki też brała ode mnie z maratonów i innych zabaw, za friko, of course, ale pytała zawsze, czy może, mi to rybka. Spostrzegłam, że gdy wrzucam coś na topie, to kradnie, ale co ja będę sceny na FB robiła? Aż taką wariatką nie jestem, chociaż miło by było, gdyby zaznaczyła, skąd bierze, no ale nie wszyscy tę kindersztubę mają, więc wybaczam. Ostatnio zmieniła pracę, więc pożyczyłam szczęścia na nowej drodze życia. I tak sobie patrzę, a że instytucja jest mało, że państwowa, to budżetowa - nieźle balują za naszą kasę. Za naszą, bo to z naszych podatków, także moich. No ale jako że nie mam duszy kabla, nie donoszę. Sama, z moim małym rozumkiem, nie wrzucałabym pracowych spraw i to takich na FB, bo po co? No i K. odzywa się do mnie, że larum grają, bo odchodzi od nich jakaś tam pani, która dotąd w ramach etatu korekciła wszystko, co korekcić trzeba było (mizernie, albowiem jako że jest to instytucja państwowa, efekty widać w necie), zatem czy podjęłabym się współpracy z rzeczonym podmiotem i za ile. Piszę, że jeżeli online i z wyjątkiem 4 dni w miesiącu (mogę w nie pracować, ale może być i tak, że ni chuchu nie dam rady), to nie widzę problemu. Ale ile chcę. Odpowiedziałam, że muszę wiedzieć,ile będę tej roboty mieć. Bo nie powiem, że za 3 kartki A4 w miesiącu chcę 100 zł, ale też nie mogę się zgodzić na to, że będę zasypywana co dzień czymś i dostanę 50 zł, bo mało liter było. I... Nic, cisza :) Rybka mi to, nie zależy mi na paru groszach więcej, ale odbieram to jako to, że powinnam podskoczyć w półobrocie, z przytupem podskoczyć jeszcze raz i powiedzieć: jak dla Ciebie i dla tej szacownej instytucji (bo jest szacowna, czego nie omieszkała podkreślić) zrobię to za uścisk dłoni menedżera. Bo już nawet nie prezesa. Nie. Nie ma opcji. Jeżeli na etacie mają czas na szczeniackie wygłupy za moje pieniądze, wygłupy z użyciem materiałów, za które ja też płacę, płacąc podatki, to dlaczego nie mam mieć zapłacone za swoją wiedzę, za to, że wiem czy gurale, czy górale?

I to tyle przemyśleń na moją notkę, sponsorowaną przez wierzbówkę kiprzycę :P
Wpadnie ktoś na chianti? Samej głupio pić, ale TAKIE chianti w Biedronce, w promocji?
Od czasu do czasu dobrze jest wypić lampkę czerwonego wina, w rytmie
Znajdę cię, niezmienioną, tę samą,
Znajdę cię, i znowu pokocham...

Z dedykacją dla Kogoś, kto wie...


I może przeczyta, a może nie, ale zawsze :)


piątek, 25 stycznia 2019

Ufff

Kochany Pamiętniczku :)
Warzywka, o dziwo, słowa dotrzymały i zamknęły się migusiem, aczkolwiek miałam orgazm, bo we wstępniaku ortograf był.
Korektorki tak mają, nie potrzebują faceta, dildo ani nic innego, zwykły ortograf i traaaach... orgazm :P
No a potem wylazła ze mnie SKS.
Starość, kurwa, starość.
Jako że zaplanowane było odebranie tłumaczenia aktu urodzenia Kalafiorkówny, wskoczyłam w autobus i scenariusze pisałam takie, że ojapierdole. Bo gdzie jest bankomat, bo mogę zapłacić tylko gotówką, a w portfelu mam 3 złote z groszami?
Nie, tego by żaden scenarzysta nie wymyślił, com nadziwowała.
Dotarłam do - a jakże - Santandera na rogu Św. Marcina i za to niebiosom dzięki.  Bo miałam gdzie położyć okulary, które mi przeszkadzały, mogłam zdjąć rękawiczki i pogrzebać spokojnie w czeluściach niezbadanych mojej torby.
Pierwszy raz w życiu wsadziłam kartę odwrotnie do bankomatu, bo... normalnie mi nie wchodziła, więc pomyślałam, że hello, alzheimer, nic już nie pamiętam.
I sruuu... komunikat na monitorku, że coś się spieprzyło i nie ma kaski.
O dziwo, nie wpadłam w jeszcze większą panikę, okazuje się, że nic się nie stanie, jak wsadzę kartę nie tak.
Wsadzam odwrotnie i bankomat jest chętny do współpracy, daje mi moją kaskę.
Jak miło z jego strony :)
Karta w etui, kaska w przegródce, karta w swojej, rękawiczki, bryle, sprawdzanie czy nic nie zostało i w siną dal, w siną dal, lewa, prawa.
SKS.
Bo snieżek, taki fajny, seksowny prószy. Mógłby tak całą zimę prószyć, bo jest ojapierdolę, ale... na pasach ślisko, na każdej farbie ślisko i takie tam...
Więc pełzniemy, bo ani gips, ani żadne inne badziewie mi się nie uśmiecha...
Akt Kalafiorkówny odebrany i pani mi nawet 3 zł spuściła z ceny, choć dawałam końcóweczkę.
I o ile za Alienka zapłaciłam ponad 100 o ile dobrze pamiętam, za Kalafiorkównę policzyli mi złotych 73.
Cuda wianki, co nie? Bo akt urodzenia był identiko, no mniejsza z większym, zysk na 30 zł to już coś :D
A potem (potem to się śmierdzi, wiem) zaczęła się jazda na karuzeli bez trzymanki i zabezpieczeń.
W informacji pytam o to, gdzie, co i jak. Pokój 134, OK. No ale PESEL nie załatwię, bo nie. WTF?
Idę do pokoju 134, nawet długo nie czekam, bo jestem jedyna w kolejce.
I trzy podania, klucz od mieszkania i fotografia pradziadka.
Nie zakładam aparatów, bo mi się nie chce, ale...
Mam poczekać na korytarzu. PESEL nie załatwię, nie ma opcji.
Pani nie wie na pewno, ale nie.
Idę poczekać i zakładam aparaty.
I dobrze, bo wezwana po jakiejś półgodzinie nie tylko muszę wypełnić pierdyliard podań, dyktowanych przez panią,  ale i zostawić sporo kasy, dobrze, że można płacić kartą, to nie boli :p I telefon podać. I nie, pani nie może wysłać SMS, mogą tylko dzwonić. Pada na biedną Sikorę, jak zwykle, podaję jej numer, będą do niej dzwonić, a ona mi napisze, że mam leźć...
Co ja bym bez Sikoraska zrobiła [a BTW Sikora została po raz trzeci Mamą pięknej dziewuszki, ma więc na stanie dwie dziewczyny (przecudnej urody) i jednego mena (uroda powala na kolana). Dzieci mądre, grzeczne i kochane. Gratulacje dla Sikorki].
Ale PESEL|? Nie, pani radzi jednak zapytać w informacji again.
Jako że informacja na parterze, lezę i pytam. Nie, nie ma opcji, PESEL przy wyrabianiu dowodu albo paszportu nadają, a tego ja NIE MOGĘ załatwić, nawet mając upoważnienia od samego świętego Piotra. Nie ma opcji. Rodzice mogą, li i jedynie. To ja wiem, bo już przerabiałam to z Alienkiem. No ale dla Alienka wyrobiłam PESEL na placu Wolności... Pani patrzy na mnie jak na ufoludka i mówi, że musiało mi się coś pomylić, bo nie ma takiej opcji.
W tym momencie poległam.
To ten Austriak, który mi klucze chowa już się tak wycwanił?
Nic, tylko do Warty skakać.
Pani, zniesmaczona moim uporem, drukuje mi kolejny numerek do miejsca, gdzie wydają dowody i mam ich tam męczyć, skoro jestem tak uparta (a jeszcze kierownika nie wołałam, hahahaha).
Numerek szybko nadchodzi, ledwo zdążyłam i Inżyniera, i Synową zaalarmować, że dupa.
Pani w okienku 22 jest przyjazna i tłumaczy mi wszystko jak krowie na rowie.
Że przepisy się zmieniły, że nie ma opcji wyrobienia PESELU tak, jak kiedyś. Że można go zdobyć tylko w ten sposób. No i jak Inżnierostwo zaplanowali wyrabianie nie wiem czego - dowodu czy paszportu - przez konsulat, to po PESEL muszą jechać do... Warszawy.
Kurtyna.
Nie da się zacytować słów Inżyniera.
Moje ciśnienie osiągnęło maksimum, ale podziękowałam pani w okienku, bo co ona winna?
Inżynier będzie dzwonił do konsula, bo na stronie internetowej jest napisane co innego.
Wróciłam do domu oddychając w tytkę i mówiąc sobie, że wola boska i skrzypce.
Tylko odbiorę ten nieszczęsny akt urodzenia, wyślę do UK i nic więcej nie mogę.
A za to, że na angielskim akcie urodzenia nie ma nazwiska rodowego Inżyniera (który całe życie nazywał się tak, jak się nazywa) skasowali 39 zł.
I 17 zł za upoważnienie, które Inżynierostwo sami wydrukowali i podpisali, że mam wszelkie pełnomocnictwa.
Też tak chcę.
Autografów złożyłam milion pińset.
Na ile mam wycenić każdy?
Będę świnia i ściągnę z własnego dziecka.
A śnieżek cały czas prószył i prószył, ale się nie odkładał. Tylko na butach i na kółeczkach wózka wniosło się do mieszkania kilka ton piasku z solą, który musiałam więc migusiem sprzątnąć, żeby mi nie zeżarło toto paneli. No i w kapciach po tym jeździłam jak na lodzie.
Więc jest piątek wieczór. Gra radio Pogoda, a jakże.
Mieszkanie wycyckane, bo to już wolnym walcem poszło.
Śmieci z całego tygodnia wyniesione, te bio całkiem fajnie zamarzły w loggii (wracając do domu po 20 nie za bardzo miałam ochotę na marsz do śmietnika).
I już NIC nie muszę do poniedziałku, kiedy znów pomaszeruję w siną dal, w siną dal, lewa, prawa do ukochanej pracki, bo wciąż jestem potrzebna.
A jeszcze muszę na Sołacz skoczyć do pierwszej ukochanej pracki, która mnie kocha miłością wielką jak cały świat i wciąż ma mnie w funduszu socjalnym, chociaż nie pracuję tam do 1986 roku.
Taki to kraj.
Pojebany, co nie?
Ale skoro wychowałam dwójkę dzieci sama, bez alimentów, bez zasiłku rodzinnego, bo wciąż zarabiałam te 5 zyla za dużo, a emeryturę będę miała niedługo mniejszą, niż matki wychowujące czwórkę i nigdy niepracujące, to dlaczego nie?
Pokręcony ten kraj, ale i tak go kocham :D



czwartek, 24 stycznia 2019

Życie

z wariatami, Kochany Pamiętniczku, do końca świata i jeden dzień dłużej.
Ale...
Ile bym nie narzekała, jest ciekawie, jest adrenalina, jest to coś.
I to, co spływa po wykreśleniu w harmonogramie kolejnego numeru (taki rytuał na szczęście, a co mi tam, cierpię, jak zapomnę).
I jak nieziemsko smakuje piwko po wszystkim.
Nawet jak w perspektywie tylko trzy dni przerwy i znów apiać od nowa...
I New Amsterdam, zjechany przez krytykę, ale...
Akurat TEN odcinek. Nie, nie utożsamiam się z nikim już od dawna. A to wiadomo- amerykański wyciskacz łez i takie tam.
Ale czasem trzeba i takie coś oglądnąć, żeby upewnić się, że i tak warto żyć.
Nawet gdy na co dzień pod górkę i pod wiatr, i po zapłaceniu w Biedronce kartą, w portfel zaplątuje się chusta zarzucona na ramiona i ni chuja nie można opanować torebek, tobołków, rękawiczek i wychodzi na to, że jestem stara, niedołężna, i pora umierać, żeby nie tamować kolejki, a w sklepie nagrzane na maksa, a ja dziś po raz pierwszy od 15 lat założyłam coś a la podkoszulek, których dawno się pozbyłam, bo wciąż mi było za gorąco, ale wczoraj na przystanku przy wiejącym wietrze czułam każdą nereczkę z osobna...
Starość, kurwa, starość, okrutna jest.
Ale i tak warto żyć.
Kiedyś przyjdzie wiosna i będzie w sam raz.
I będą bratki, a co?
Będą, Kochany Pamiętniczku, mam jeszcze dużo do załatwienia.
I niech to będzie jak amerykański film.
Bez shutdown :P

środa, 23 stycznia 2019

Całe

życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
No ale dzień minął i znów tylko 10 godzin, nie dlatego, że lubię, ale dlatego że dla chleba, panie, dla chleba.
Myślałam, że zastępował mnie jakiś młokos, ale nie, ponoć stateczny pan w statecznym wieku, sporo się dowiedziałam.
Od koleżanki, której najbardziej na odcisk wlazł, bo czekałyśmy obie aż Boss ogarnie tę kuwetę i zaakceptuje...
Gość nawet komputera nie włączył, byłam zdziwiona po powrocie, że nie ma żadnych emilków, ale myślałam, że pracował w innym pomieszczeniu.
Ale nie.
OJAPIERDOLĘ.
Gość obie korekty robił na papierze.
To po co w ogóle komputery?
Tekst w komputerze można spokojnie poprawić, nie ma problemu, nieważne, czy to Word, czy program graficzny i tekst już złamany (dla laików: strona wygląda jak w gazecie, jest do tego program). I Word, i program graficzny mają taką opcję, że widać, kto po nas albo przed nami majstrował.
Oszczędza to pracy autorowi - widzi moje grzebanie, jak mu się nie podoba, ma opcję, że nie akceptuje tego.
A potem ja dostaję na wydruku do II korekty już w zasadzie gotowy tekst.
Z wydrukiem autor ma robotę, bo musi sam nanosić poprawki, nic mu się "samo" nie zrobi.
Ale pierwsza korekta na papierze? Mogiła. U mnie zazwyczaj, jak ktoś się zagapi to lecę i pytam, czy na pewno chce na papierze? Bo czasami tekst jest tak zachamęcony, że ja sama nie mogę znaleźć gdzie co poprawiałam.
No ale mniejsza z większym, przeżyli.
Nie potrafię jednak zrozumieć ludzi stroniących od ułatwień w życiu.
Tak samo miałam w pierwszej pracy, gdy byłam - jak pięknie to brzmi - młodszym bibliotekarzem.
Na stanie była jedna archaiczna maszyna do pisania, o kompikach wtedy się nikomu nawet nie śniło.
Maszynę okupowała szefowa, a jakże, pisząca na niej chujwico jednym palcem z wielkim mozołem.
A ja, jak ten niewolnik, katalogowałam książki w pocie czoła, wypisując czasem pierdyliard kart do jednej cienkiej broszurki, bo a to i tłumacz, i redaktor, i ilustrator, karta do katalogu alfabetycznego, do działowego, do dziesiętnego, odsyłacze do współautorów i inne takie tam, do dziś mam zimny pot na plecach :)
Rozpusta była, jak szefowa szła na urlop i dostawałam maszynę w swoje szpony: katalogowanie szło migusiem i w tydzień katalogowałam to, co szefowa na kupce przydzielała mi na miesiąc, a potem katalogowałam przydział koleżanek i miałyśmy dużo wolnego czasu.
Do dziś w szpargałach mam popsute karty katalogowe...
Nie wyrzucało się tego, na drugiej stronie można było coś zapisać, papier się ceniło wtedy.
A potem zupełnie nie rozumiałam koleżanek, które marudziły, że muszą się uczyć kolejnych programów na komputery do obsługi biblioteki. Taką SOWĘ to ja sobie sama ściągnęłam z neta, żeby sprawdzić, jak to działa i nie wiem, czego one się chciały tam uczyć.
To było jak budowa cepa. Proste i genialne.
Więc nie, nie znajduję usprawiedliwienia dla gościa, choć koleżanka mówiła o nim dziadyga, pewno ze złości, że jej tak namącił.
Obsługa Worda też jest prosta jak budowa cepa.
No a poza tym to mężczyzna, pan i władca stworzenia, mądry, wszystkowiedzący i dał się byle kompikowi zagiąć? Mięczak :P

No a mnie, jak zwykle, praca kocha. Niby już nie pracuję od jutra, ale tak jakoś wyszło, że od wtorku jestem przydasię.
Olałabym to ciepłym strumieniem moczu, ale żal mi kolegów.
I nawet nie idę się szarpać o te parę złotych. Szkoda moich nerwów. Mniej ich stracę, wpadając na gotowe do zrobienia na parę godzin. A czuję się zobowiązana za ten miesiąc, bo u nas nie ma opcji, ze ktoś dostaje cały miesiąc urlopu, wiem, niezgodne z Kodeksem pracy, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz? W PL nie ma jednak rynku pracownika, wbrew doniesieniom mediów. A ja w ciągu ośmiu lat dostałam dwa całe miesiące ciurkiem urlopu. Niby należały się, jak psu zupa, ale każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa, co nie?

Zatem jeszcze jutro, a potem już będzie wolnym walcem i z górki :D

Żyję w innym czasie, bo za mną już luty, zamykam jutro lutowy numer, w lutym będę w czasie marcowym.

Takie tempo przyspieszone :D 

wtorek, 22 stycznia 2019

Tylko

miodowe, światełka i radio Pogoda trzymają mnie przy zdrowych zmysłach, Kochany Pamiętniczku :D
Tak wyszło.
Niedziela leniwie minęła, albowiem przygotowywałam się do comiesięcznej orki.
W poniedziałek, o dziwo, light, hasta manana, do czasu.
Do czasu, gdy okazało się, że zamiast "mamy mało stron" ("tylko" 130) mamy bardzo dużo stron. 200. Znaczy się, ja mam 140 dodatkowych stron do ogarnięcia oprócz tych 260, z których może 130 było gotowe. I to nie na bank. No nic, tralala, hop i siup, wszak Stara Jędza jest nie do zdarcia, co nie?
A w przelocie na korytarzu, w drodze do kibli (tak, tak życie jest prozaiczne i wymaga chodzenia tam, gdzie nawet król popierdala piechotą i bez asysty), uścisk dłoni Bossa i przeciągły jęk, który wyrwał się z jego piersi: pani tu jeszcze pracuje.
No, kurwa, tak jakby.
Hahahahaha, co nie?
Obiadek miałam, więc przeżyłam.
Za to po powrocie na memłon domowy nie mogłam się na niczym skupić i nawet głupiego serialu jednego odcinka nie zmogłam.
Za to całą noc pisałam maturę z Matrixa, którego treści nichuchu nie pamiętałam...
No, ale ile lat już minęło, odkąd całego Matrixa wciągnęłam z zapartym tchem i z Inżynierem u boku?

Nastał wtorek, tak szalony, że wychodząc z pracy przez jakieś 200 metrów zastanawiałam się, jaki dziś dzień. Na pewno wtorek? A może jednak poniedziałek? A może jestem po drugiej stronie lustra i jest dopiero niedziela? A może nietrzeźwa jestem?
Mniejsza z większym. Gdyby przyznawano tytuł Naczelnego Destruktora, wiadomo, kto by go zdobył, a jakże.
Niezwłocznie, jak mówi mój ulubiony Grześ.
Poległam, autentycznie poległam pod stertą pierdyliardów emilków i wydruczków i na to triumfująco wkroczył Gość od Kaski, o której Chłop nie wie i z boleścią na twarzy i garścią wydruczków w ręku pierdolić zaczął jak potłuczony o bibelce i innych tam.
Parampampam.
Zamykają 31 stycznia.
No, kurwa, a kto w zeszłym tygodniu emilka spłodził, że w tym tygodniu SJ jest pod ochroną?
No kto, kurwa?
W emilkach zaś chmura się rozpieprzyła i sypnęło, bo i warzywka, kurwa, wzięły się do roboty.
Wzdech.
Rzuciłam tę brudną robotę, bo i sekretarka dostała zadanie (a jakże, wszyscy pracują, parampampam, nawet ci zwolnieni, a skoro nie pracują, bo mają na to wyjebane, to inni dostają ich przydział), a upierdliwa jest, bo nic nie wie i nie rozumie (taka tam blondi, że blondynki przy niej to gejzery intelektu) i nie ogarniała, dlaczego mi to rybka, że nie wytłumaczę jaśniej, bo to nie moja działka i mimo najlepszych chęci NIE WIEM, jak to działa...
Granat, granat, wysadzę to jak Ordon swą redutę, w pizdu.
Poszłam sobie odgrzać obiad, na szczęście zabrałam żarełko.
I nie było zmiłuj, że ktoś już nie może.
Bo ja też nie mogłam, albowiem i jęczmień był borowany. I temperatura na Ziemi rośnie o 2 stopnie w ciągu roku (czy ja, kurwa, muszę wszystko wiedzieć i negować wszystkie rewelacje ludzi, biorących za swoją pracę kasę większą jak ja? Może lepiej co miesiąc przeżywać śledztwo pod tytułem: kto to puścił? Bo co mnie to, jestem od przecinków, które Wszechwiedzący też poprawia, bo może) .
I nazwisko, powiedzmy Twardy, zapisane było Twarty przez samego autora.
Kurwa.
I parę innych zabawek takich tam.
Ale powoli dojechałam do brzegu, no co, ja nie dopłynę?
16.45 było ogarnięte to, za co mi płacą i jeszcze troszkę, co miało być na juterko.
O 18.30 była ogarnięta cała reszta, z tej kasy o której chłop nie wie plus warzywka.
Zostały wydruki, no ale nawet jak mi dobrze płacą, to nie aż tyle, bym zarywała noc.
Jutro też jest dzień, moje oczy nie mają ceny. A piwo się samo nie wypije, co nie? :)

Mieszkam w trzecim najbardziej zanieczyszczonym smogiem mieście na świecie.
Nic dziwnego, że zdycham, wchodząc pod górkę i nie, to nie wina tego, że jestem wielorybem.
W sumie, żebym nie bała się tego, że za kilka miesięcy nie będę miała z czego dokładać do życia, rzuciłabym tę brudną robotę i wzięłabym się za węgiel. 

Tylko czy byłabym tak szczęśliwa, jak dziś, gdy wleciawszy do chaupki, pozapalałam te wszystkie takie tam, migające albo i nie, śmierdzące albo pachnące, zdarłam z siebie te ciuchy w całości oprócz gatek, wskoczyłam w dresy i...

Nie liczę godzin ni lat, to życie mija, nie ja...
Bez godzin i bez kalendarzy - no to już licentia poetica, bo w kalendarz patrzeć muszę.

Do następnego ponarzekania, Kochany Pamiętniczku, nikt mnie nie rozumie tak jak ty :P

piątek, 18 stycznia 2019

W zawieszeniu

jakimś jestem, Kochany Pamiętniczku.
Wciąż ze mnie to nie spłynęło, a przeraża mnie wylewająca się zewsząd rzeka nienawiści.
Obrzucania się gównem z lewa i z prawa, ze środka i z centrum.
I nawet jak stanę na środku miasta z transparentem "Ciszej nad tą trumną" - nie zmienię nic.
Więc co zrobić?
Nic. Żyć jak dotąd.
Prosto, starając się nikogo i niczego nie krzywdzić.
Nie komentuję nawet ani nie wrzucam memów na FB, co raczej do mnie niepodobne, ale nie, nie da się.
Nie ma we mnie zgody na zło. Ale też nie będę przeciwników obrzucała gównem, bo zniżę się do ich poziomu.
Nie warto.
Ale na wymioty zbiera mi się, gdy w wiosce widzę autobusy oklejone na tyłach cytatami z Wyszyńskiego, bannery na ulicach, bannerki w bimbach i autobusach, siedzenia w bimbach oklejone ABC Krucjaty Społecznej Miłości.
Ja PIERDOLĘ.
Wiadomo, zapłacone, ma prawo wisieć.
Wisi.
Ale kto to czyta, oprócz mnie, bo ja, proszę szanownego Pamiętniczka, zdaniem moich dziecków czytam nawet dodupny papier, jeśli jest zadrukowany i znajduję na nim błędy.
I często słyszę: skąd wiesz?
Ano stąd, że czytam.
Nawet papier dodupny.
Żeby chociaż co drugi katolik stosował to wszystko, co w jego imieniu i pod jego adresem jest wszędzie wywieszane, mielibyśmy raj na Ziemi.
Co ja mówię, żeby chociaż Pismo św. ze zrozumieniem ludzie czytali.
Ze zrozumieniem.
No nic, pomarzyć można.
Napisałam do szwagierki, tej, co mi papiery dostarczyła delegowana przez tego hmmm... Zamilknę.
Okazało się, że choruje, jak mniemam, na nowotwór, ale nie chce o tym mówić.
OK, ma prawo. Sympatyczna korespondencja kwitnie. I poinformowała TEGO o Kalafiorkównie, a jakże, pogratulował, zapewnił o swojej chęci nieustannej pomocy dla mnie.
Nosz, wielki chrześcijanin. Najpierw okradł moje dzieci, a teraz chce mi pomagać?
Nie, dziękuję, postoję.
I jak mam jej wytłumaczyć, że to nie jest dobry człowiek?
Nic, zamilknę. Uśmiechnę się, jak będzie chciała i potrzebowała spotkam się z nią.
Nic, kurwa, nie będę tłumaczyła komuś, kto nie ogarnia rzeczy oczywistych.
Błogosławiona w swej niewiedzy czy zwyczajnie głupia?
A może kieruje się właśnie wskazaniami niniejszej krucjaty?
Chociaż w sumie bliżej jej do czarnej magii jak do chrześcijaństwa, bo to i feng shui, i numerologia, i inne czary mary.
Zdaniem numerologii, o czym nie omieszkała mnie poinformować, Kalafiorkówna to bardzo mocna wiedźma.
A czego się spodziewać po wnuczce Starej Jędzy?
Zatem wracając do naszych baranów, jak mówią Żabojady, w wiosce się dzieje

 Bo to i zamieć, że ojapierdolę, świata nie widać.
 I złoto wszędzie...
 ... i diamenty, a jakże...
... i prawie już wiosna, tak słoneczko grzeje, ale ponoć zima będzie jeszcze atakować.
 No cóż, wolno jej, wszak styczeń mamy.

Wczoraj kolęda była, ale olałam. Po prostu uwinęłam się ze wszystkim migiem, zamknęłam drzwi i nie zareagowałam na dzwonek.
Gdzie mnie pochowają, to już nie moje zmartwienie.
Od lat nie byłam w kościele, ostatni raz na pogrzebie Eksa, a i to tylko dlatego, że była msza.
Nie bo nie. I już. Po godzinie rozpoczęcia kolędy i po liczbie mieszkań oraz po godzinie dzwonka do moich drzwi obliczyłam, że średnio duszpasterz gościł w mieszkaniu niecałe 10 minut. Więc w dupie mam taką wizytę kogoś obcego u mnie.
Obcego, bo ani ja go nie znam, ani on mnie, a ostatni, którego "gościłam" potraktował mnie jak niedorozwiniętą idiotkę.
Może i nią jestem, ale nie aż tak niedorozwinięta.
Nevermind :p

Niespodziewajkę zaś znalazłam w szparze unijnej. Grubo przed czasem, bo w zeszłym roku doszła po terminie.
Alienek sam wykleił, a Kalafiorkówna dorzuciła w gratisie zdjęcie z dnia, kiedy się urodziła :D Bo kleić jeszcze nie potrafi, guła jedna, mimo że Alienek nad nią usilnie pracuje, dokształcając ją wszechstronnie.
I jakie słodkie życzenia podyktowali matce do napisania, jako że są jeszcze niepiśmienni, analfabeci jedni :D
Miło. Cokolwiek mam do synowej, miło, że pamięta. Nie wnikam w intencje, doceniam. Że jestem prawie jak kotełki, które dostają tort w swoje urodziny. No, wiem, że daleko mi do kotecków, ale doceniam :)
A z pracowego frontu niespodziewajka dziś, że ojapierdolę.
Jako że po powrocie nikt specjalnie entuzjastycznie mnie nie witał, poczułam się z leksza niedopieszczona, no ale cóż, poza tym emilkiem od Bossa, który ganił zespół za całokształt, zaczęły mnie nachodzić myśli, że są jednak lepsi ode mnie i pora szukać powoli kartonu na swoje zabawki. Badyle, of course, zostaną jako wspomnienie po mnie, albowiem nie ma opcji zmieszczenia ich w chaupce, nie mówiąc już o ich przewiezieniu.
I tak sobie siedzę dziś, gdy wtem wparowuje do mej samotni pani M., z obłędem w oczach, z pianą na ustach, i rzecze w te słowa: Pani SJ, jak dobrze, ze pani jest. Niech mi pani obieca, że już pani nie będzie brała urlopu na cały miesiąc. WTF? Pogięło kobietę, czy cuś?
Nie, nie pogięło, nie miała czasu na pogawędki, seminaria i takie tam. Awansowała tak jakby, mniejsza z większym, ma coraz więcej na głowie, no cóż, tak to jest, jak się drapie na szczyty.
A mój zastępca, hmmmm... To był gość, który kiedyś korekcił już wydrukowaną gazetę, no i cała afera była.
Wiem dlaczego, powiem krótko: co innego jest czytać gazetkę już dwa razy wygładzoną, w zaciszu domowego fotela, z terminem dwutygodniowym, a co innego robić cuda od ręki, w cztery dni, a i to niecałe.
Nieważne.
Pani M. była zbulwersowana, bo mało, że robił wolno i kazał na siebie czekać, poprawiał fachowe rzeczy, o których nie miał zielonego pojęcia, to jeszcze, jej słowa: z PiS-u był, wtrącał się merytorycznie w nasze teksty, mówił, że nie można cytować autentycznych wypowiedzi rolników...
Zostawiła mi gazetę z prośbą, żebym rzuciła na nią okiem.
Do głowy mi nie przyszło takie sprawdzanie, bo chuj mnie wydrukowana gazeta...
Ale...
Przeczytałam tylko wstępniak, nad którym zawsze na baczność pracuję, bo wiadomo, wstępniak.
Już w tytule był błąd. Brak przecinka, ewentualnie myślnika :)
A potem z górki, nie puściłabym szefowi takie tekstu, chociaż kosztowałoby mnie to kilka minut  - delikatnie mówiąc - polemiki i udowadniania moich racji.
Uświadomiłam panią M., że w sumie to ja już stara jestem i...
Zbladła, wyjęczała: ale jest pani zdrowa i niech pani pracuje...

To się nazywa dobrze życzyć drugiemu, co nie?

Nie powiem, cieszy mnie, że jestem.
Że jestem wciąż komuś potrzebna.
Chociażby Baranowi do picia, a tak biedak musi pić sam, do lusterka.
Dobrze, że je ma, bo moje wszystkie już popękały :D 

wtorek, 15 stycznia 2019

Nie mam słów

Kochany Pamiętniczku.

To już nie jest mój kraj.


Nie musimy się kochać
nie musimy się lubić
całkiem inne powody
mieć możemy do chluby
Maszerować możemy
W przeciwstawnych pochodach
nie musimy też sobie
nawet ręki chcieć podać
Nic nie musi nas łączyć
spać możemy osobno
I inaczej oceniać
czego robić nie wolno
Nie musimy obchodzić
nigdy tych samych rocznic
I w tych samych kościołach
Poszukiwać wyroczni
Nie musimy się zgadzać
Kto jest lepszym Polakiem
Kto zasłużył na deser
Kto jest z prawem na bakier
Nie musimy orgazmów
czuć w tych samych momentach
nie musimy wysyłać
sobie kartek na święta
Nie musimy na fejsie
być w gronie znajomych
i z tych samych powodów
ze wzruszenia łzy ronić
Lecz ze względu na przyszłość
i dla przodków szacunek
wciąż musimy próbować
aby siebie zrozumieć

Rafal Bryndal

niedziela, 13 stycznia 2019

Kochałam się

w nim, odkąd pamięcią sięgam, Kochany Pamiętniczku.
I tak mi zostało do dziś.
Śmieszne, prawda?
Bo tak naprawdę to bajka...
Mój ojciec zawsze się ze mnie śmiał i mówił: Sama nie wiesz, gdzie leży przyczyna, gustujesz w brunecie, wzdychasz do blondyna.
I nazywał go świńskim blondynem.
No i proszę, lata przeleciały, a on wciąż ma gęstą blond czuprynę (zazdroszczę, kurde, zazdroszczę, nie tego, że blond, ale że gęsta).
I kocham go wciąż miłością wielką jak cały świat.
I chciałabym się tak pięknie zestarzeć, jak on.
I nie, nie gustowałam nigdy w brunecie, ale życie potoczyło się tak, jak się potoczyło i z moim brunetem, w którym nie gustowałam, o oczach ciemnych jak najczarniejsza rozpacz mam dwójkę wspaniałych dzieci. I tak, jeszcze raz popełniłabym ten sam błąd. I dzieci mam czarnookie, czarnowłose, choć już czupryny mają poprzetykane siwizną. A mój szalony brunet osiwiał pięknie w tempie amerykańskim, siwiuteńki jak gołąbek był, a kudły miał wciąż takie, że garściami można mu było wyrywać, a i tak śladu by nie było :P
A mój blondyn o niebieskich ślepiach?
To tylko marzenie. Jestem rozsądną osobą i nigdy nie padło mi na mózg.
To było tylko marzenie i... to przecież dobrze mieć marzenia, co nie?
 On nawet nie słyszał nigdy o mnie, ale wiedział, że jestem :D
Bo takich psycholek, jak ja miał na pęczki.
Właśnie skonsumowałam dwa jego ostatnie filmy: Nasze noce i Gentlemen z rewolwerem,
Prawda, że jest jak wino: im starszy, tym lepszy?
Mało jest takich ludzi :)
A na pociechę - ja też kiedyś miałam bujną czuprynę...
Ano, miałam :)


Każde z nas do swoich spraw, odmiennych spraw...
Bo życie to niejebajka :D

sobota, 12 stycznia 2019

Na geny

nie ma rady, Kochany Pamiętniczku.
Jeszcze nikt z nimi nie wygrał.
Moja mama myła okna raz w miesiącu.
Mamy siostra takoż.
Myję i ja.
I choć wyrzekałam się, że nie, że zimno, że kaszelek, że sranie w banie - umyłam dziś wszystkie.
Mieszkanie od razu jest bardziej mojsze.
Nie mam firan, a okna myłam ostatni raz w listopadzie, w grudniu nie miałam jak.
I...
Pomijając smog, sąsiadów mam ze wsi i to takiej, gdzie psy dupami szczekają.
Na moim parapecie lądują resztki jedzenia, wiadomo, dla biednych ptaszków, kurwa.
Pety, popiół.
A w tym roku wylądowało na nim pełno igliwia, a i szyby w kuchni były czymś lepkim obklejone. Pewno choinkę przez okno wywalali, żeby sobie sprzątania zaoszczędzić. Chłop ze wsi wyjdzie, ale wieś z chłopa nigdy.
Też jestem ze wsi, ale z porządnej, wielkopolskiej, nie z jakiegoś zadupia. U nas co sobotę każdy zamiatał ulicę przed swoją chatą.
Rzucenie papierka na chodnik to była zbrodnia,karana potępiającym wzrokiem całej wsi.
Teraz czuję, że wróciłam do codziennego rytmu.
Jest dobrze.
Musi być...


piątek, 11 stycznia 2019

Dni

popierdoliły mi się kompletnie, Kochany Pamiętniczku.
Pojechałam znów do jednego tekstu, bo obiecałam, zrobiłam i spieprzyłam w podskokach, albowiem szklankę i opady śniegu zapowiadali.
Pierdalca miałam na mycie okien, bo brud widać na nich nawet bez okularów, ale los strzegł, albowiem kaszlę, jak w ostatnim stadium galopujących suchot, jak Waryński w celi w Szlisselburgu nie przymierzając.
Do Biedronki pobieżyłam chyżo, uświadomiwszy sobie, że jutro sobota, a niedziela niehandlowa i będzie się działo.
Kiedy z niej wylazłam, śnieg padał, więc koncepcja mycia okien umarła śmiercią naturalną. Po prostu spuściłam rolety i w dupie mam brudne szyby.
Karp był przepyszny, a śledzie w oleju wyszły takie, że ojapierdolę.
Światełka świecą, mieszkanie niesprzątnięte - ogarnę to jutro, kto bogatemu zabroni, zresztą patrząc na miesiąc w W. nadal jest czysto, porządnie, nawet kurzu jest niewiele.
Pieścichłopów mam już trzy bukiety, zapisać w kajeciku: nie kupować badyli, bo zbankrutuję.
Dwa dni nie muszę wychodzić z domu.
Serial nowy odkryłam, porzuciłam dla niego Greenleaf, a i Netflix mi nowy podsuwa, specjalnie dla mnie, ale czas nie z gumy.
Sikora leży w szpitalu na patologii ciąży i czeka, to już czas, no ale nic się nie dzieje.
Zmorka bloga zamknęła, ale moje hasło działa, więc jak coś, chociaż wspomnienia poczytam.
Radio Pogoda, Casillero del Diablo, przez pomyłkę czerwone, ale i tak kocham...
Ciepło.
Tęskno za "apija, apija", ale cóż. Nie można mieć wszystkiego, i nie na wszystko człowiek ma siły.
Nawet Inżynier rzekł, że cieszy się z powrotu do pracy po dwóch tygodniach tacierzyńskiego, o co bym go nigdy nie podejrzewała.
Życie bezustannie zaskakuje...


czwartek, 10 stycznia 2019

Kurde

mol, Kochany Pamiętniczku, no kurde...
Łażę jak ta głupia cipa do pracy i denerwuję się, że mam średnio jeden tekst dziennie, a za tydzień zamykanie.
I co się dziś okazuje? Że pstro. Że Boss zmienił harmonogram, nie informując o tym większości załogi i jak głupia niepotrzebnie nerwy tracę. I niepotrzebnie cały tydzień dylałam, ale trudno, za to przyszły tydzień też lajtowo połażę, bo jeden mam już zaliczony. Zamykamy za dwa tygodnie, i dobrze, rozkręcę się wreszcie i  jet lag mi przejdzie, bo wciąż mnie twardo trzyma.
Kalafiorkówna rośnie przepisowo, Alienek niańczy ją z miłością wielką, tak ogromną, że na czas kąpieli trzeba go udupiać, sadzając na Puppy, bo trudno go upilnować, żeby dziewuszki czasem nie utopił, a w ogóle jest nią zafascynowany i zakochany w niej na amen.



Czyli same dobre nowiny.
A ja sobie wreszcie zgrałam fotki i trochę ku pamięci wrzucę.

St Albans, gdzie byliśmy na spacerze, na jarmarku świątecznym i w knajpie na moich urodzinach.

 Najstarszy pub w Anglii. Kilka lat temu byłam tu z Inżynierem na obiedzie, jeszcze wtedy był singlem.
 Takie tam wiosenne prawie z przyzamkowego parku.


 I tu można wysłać list do Gwiazdora, ale jako że do Santa Clausa, to podziękowałam, bo dla mnie tylko Gwiazdor się liczy :D
 Taki talerz owoców morza dostałam, zamiast tych fish and chips :) Zeżarłam wszystko, było przepyszne :P
I takie tam światełka na wieży, 23 days to go Christmas...

 Pomagał, pomagał, rwał się do pomagania, że ojapierdolę...
 A na drodze do parku rosły pięknie zagajniki pokrzyw, ale osikane przez psy, tak że na sałatkę się nie nadawały :)
A park wielki piękny, szkoda, że taki pagórkowaty :D




I w drugim parku w W. z wycieczką byliśmy, prawie jak na Dębinie się czułam, tylko na Dębinie nie ma kanału i barek mieszkalnych :D

A tu na chwilę, na moment, moja Trójka (jeszcze trójka) na urodzinach Papryczka...

I już ponoworoczny spacer w R., większość dekoracji już była zdjęta...

Ale jelonek stał i tak jak w ubiegłym roku zdziwiony na mnie zerkał z niedowierzaniem: Dorota? Again? ;)


Wróciłam bogatsza o

Czekam na natchnienie, żeby zrobić w kolekcji porządek, a jednocześnie chodzi za mną mycie okien, bo brudne są jak cholera, ale nie sprzyja pogoda, a i mnie wciąż kaszel męczy, więc na razie spasuję.


Zgodnie z planem wywaliłam stare gary (na razie na balkon, bo kombinuje, że jednak można w nich ogródek ziołowy zrobić), te stalowe to do gotowania na parze są.

 Ciekawa jestem jak długo te emaliowane wytrzymają niepoobijane, ale w sumie nie ma ich kto obijać, chyba że łapy koślawe SJ coś upuszczą :D

I plany mam, bo i załatwianie aktu urodzenia mnie czeka, ale nie dostałam jeszcze oryginału, i do AR z papierami, no i domowego ogarniania, planowanego od dawna sporo. Co z tego wyniknie - nie wiadomo.

Pocieszył mnie dziś kolega, bo wciąż w niepewności tkwię, jako że nie ma nikogo prawie, a ci, co są, zalatani tacy. Poszłam do niego z wątpliwościami, bo "rolnośrodowiskowy" odkąd tam pracuję, zawsze piszemy tak, a w jego tekście było rolno-środowiskowy i to cały czas. Pytam, co się stanęło, bo przecież geniusz w grudniu pracował (pupilek Bossa), więc może ja źle piszę? Kolega westchnął i rzecze: co też pani mówi, do pięt pani nie dorastał. Dobrze, że pani wróciła, ktoś pilnuje interesu.

Ano, i nie lata z każdym gównem do Bossa.
Jak rząd kiedyś latał do Związku Radzieckiego.
To też się czasem liczy, taką mam nadzieję :D


niedziela, 6 stycznia 2019

A place

to call home, Kochany Pamiętniczku.
Oglądając, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jest oparta na prawdziwym życiu.
Wciągnęła mnie, bo i lata powojenne, trauma wojny i problem bycia innym w społeczeństwie.
Problem homoseksualizmu.
Nie, nie jestem less, a czasami żałuję.
Ale film wyrwał mi kawałek serca i...


Sześć sezonów.
Świat jakże inny od dzisiejszego, ale...
Odnalazłam tam wiele z siebie, aczkolwiek nie mam możliwości rozwiązania moich popierdolonych problemów w żaden z zalecanych tam sposobów.
Może jednak powinnam iść do psychiatry?
Chociaż z życiowego doświadczenia mam z nimi same złe wspomnienia.
Moje życie to nie amerykański czy inny "zagramaniczny" film.

Więc i tak jestem z tym wszystkim sama i wątpię.
Wątpię też mamy, ale tę grę słów ogarniają tylko moje dzieci.
Jak wiele rzeczy odchodzi z nami, gdy nie ma już nikogo, kto to wszystko rozumie bez słów, albo jednym słowem.
Taki, jak na przykład lawenda.
Dziś był obiad bez lawendy, ale i tak był smaczny.

A jutro poniedziałek i trzeba do pracy, czego się obawiam, albowiem emilka znalazłam na poczcie od jednej z dziennikarek.
Zastanawiającego, bo dziewczyna mądra i wiedząca, czego chce.
Nie odpowiedziała wprost, dlaczego jej już nie będzie.
Mogę się tylko domyślać.
A nie lubię domysłów, wolę suche fakty.
No nic, nie wybiegajmy ze scenariuszami w przyszłość, bo czasem nie warto.

Zdjęć nie zgrałam, bo skoro pojawiły się hurtem napisy, nie miałam innego wyjścia, jak ogarnąć sezon końcowy. Ponoć to uzależnienie i się to leczy, niekoniecznie skutecznie jednak :D




sobota, 5 stycznia 2019

Wróciłam

Kochany Pamiętniczku na stare śmieci.
Baran zapakował mnie na podgrzewane siedzenie w Ropus... w Robaczku, sorry, i odwiózł na Luton. Tam porzucił bezlitośnie, a ja szłam i szłam labiryntami, takimi że ojapierdolę, aż stanęłam pod tablicą, na której były gate do wszystkich lotów oprócz Koziołkowa i Katowic.
Ale i te w ostatniej chwili wyskoczyły i pomaszerowałam w siną dal, wróć...
Na macanko.
Ojapierdolę.
Tak, jak mnie tym razem wymacano po staniu w długaśnej kolejce, tak mnie ani mąż, ani kochanek nigdy nie macali.
Podejrzewam, że to kocia sierść tak zadziałała, albowiem spodni (sztuk jeden, pozostałe dwa numery za małe) nie wyprałam u Barana, obawiając się, że nie wyschną :)
Macająca mało, że prześwietliła mnie rentgenem z rękoma podniesionymi do góry (wciąż się zastanawiam, jak to wpłynęło na moje aparaty), bo założyłam stare, te "nie prześwietlamy" (niestety,  nie będę się wdawała w dyskusję z angielską służbą bezpieczeństwa), to jeszcze w ramach macania musiałam wywalać z kolejnych kieszeni osmarkane chusteczki higieniczne, a jako że mam katar, a w okolicy nie było koszy, miałam ich niezły zapas. W tylnej kieszeni dżinsów zaś ukrywałam chytrze tabletki z tymiankiem i podbiałem, dzięki którym nie zemdlałam, pełzając do kontroli, jako że picia nie miałam na stanie, a na lotnisku jest jak jest.
No nic.
Nóżka na narysowany odcisk stopy, chusteczki do nereczki, po nereczce jechała pani jakims ustrojstwem, rączka na rączce coś a la rączka do rowerka... Ojapierdolę.
I hej siup, zmiana, nie nie dup, nóg.
I kolejne chusteczki z kolejnej kieszonki.
Zaczęłam to w dupie mieć, albowiem jestem (byłam) czysta jak łza.
Dojeżdża kuweta w moimi zabawkami i druga, z walizką.
Dwie panie.
Uzgadniają, że walizka nie stanowi zagrożenia.
Był w niej kalendarz z młodymi męskimi piersiami, który tradycyjnie od lat dostaję od Barana i spółki, oraz kubek wielki prawie jak mój garnek do rosołu, też prezent :)
Obmacali mi again: iPada z nową klawiaturą, netbuczka, oraz starą klawiaturę od iPada. I kable :P Wszystko wyłożone jak względy bezpieczeństwa każą.
Kurwa.
Aparatu fotograficznego i pierdyliarda splątanych kabli nie zaszczycili nawet spojrzeniem. Na leki nie spojrzeli, a była ich cała sterta w foliowym woreczku, albowiem wożę zapasy i takie tam :D
A na baterię przydasi, perfumy, tusz do rzęś (nieużywany), nikt, kurwa, nikt nawet okiem nie rzucił.
No nic.
No nic.
W pierwszym sklepie kupiłam wodę mineralną, przepłacając jak zwykle, ale były kasjerki i nic nie musiałam skanować. 
Polazłam na departues i jak nigdy dotąd mi PRZELECIAŁO.
Ledwo siknąć zdążyłam (seksowny Hindus umył specjalnie dla mnie kabinę po ostatniej sikającej, więc sik zakończyłam PRAWIE orgazmem) i już na tablicy wołali do bramki :)
A potem jak błyskawica...
I już PZ...
Taryfiarz lamentował, że stał dwie godziny na lotnisku w oczekiwaniu na kurs i jojczał całą drogę, ale walizki niósł, więc zanapiwkowałam :p
A potem

HOME, SWEET HOME.

Nie, nie żałuję ani minuty z czasu, który minął.
Mimo sierściuchów.
Mimo kawy z sierścią i innych potraw.
Mimo tego, że ani Baranem, ani Postmanem nie nacieszyłam się tak naprawdę...
Chociaż ich kocham.
Tak jakoś wyszło.
Chociaż nie nacieszyłam się tak naprawdę, tak jak chciałabym wszystkimi - moimi dziećmi i wnukami.
Chociaż Alienek dał mi popalić, jak żadne moje dziecko.

Niczego nie żałuję.

Cieszę się moim szczęściem, szczęściem moich dzieci i przyjaciół.

Że moje dzieci mają to, co chciały, a Przyjaciele realizują swoje marzenia i że wciąż, mimo tego, że jestem coraz starsza, grubsza i upierdliwsza - mam tam swoje miejsce.
Piękne, doceniam je i jestem za nie wdzięczna. Im, i życiu.

Ale...
Miśki na łeb dostały na mój widok :D Ciapka nie mogłam uspokoić, tak, tak będę z nim znów spała :D

A tak serio...
Bukiet pieścichłopów, to było to, co pierwsze wrzuciłam do koszyka. I trzy hiacynty.
Bo...
Mogę.
Chcę.
Kocham swoją wolność, co z tego, że przepijam kasę? Mogę :)

W słuchawkach znów radio Pogoda, niesłyszane od ponad miesiąca.
I Inżynierowy Netflix działa, aczkolwiek musiałam pokazać, że jestem matką mojego syna :P 

I nieważne to, co minęło, bo nie wróci, a dobrze się skończyło, bo jest Kalafiorkówna.
Pojutrze do pracy i to jest też piękne, że jest praca.

I że są - nieliczni, ale zawsze - którzy za mną tęsknią.
Jako i ja za nimi :)

Życie czasem zapiera dech :*

Za zdjątka zabiorę się może jutro.
Bo mam dużo planów.
Ale najpierw muszę się wyspać, bo praktycznie nie spałam dziś.

Dom. Mój dom.
Nie muszę nosić aparatów i innych zabawek.
Mogę bałaganić.
Mogę śmierdzieć paczulą (i śmierdzę, podgrzewałam ją przed wyjazdem, czyli przeszło miesiąc temu i nadal śmierdzi).
Mogę, cokolwiek zapragnę i niczym się nie muszę martwić :)  Mogę nawet bąki puszczać, jak mi się zapierdzi :P

I dlatego NIGDZIE WIĘCEJ NIE LATAM, to jest moje postanowienie noworoczne :P


wtorek, 1 stycznia 2019

I tak

Uczynię, Kochany Pamiętniczku, jak postanowiłam: wybić wszystkie serca bicia i żyć pełnią swego życia.
Nie martwić się na zapas, bo i tak co ma być, będzie.
Doceniać każdy dzień i każdą sekundę :)

Sylwester był wspaniały, jak zawsze z nimi. Była też para ich znajomych, dobre jedzonko, tańce i spokój.
Tylko w nocy męczyły mnie skurcze mięśni, bardzo bolesne, ale to wina tutejszej wody - wszyscy piją filtrowaną. Niedługo uzupełnię wszystkie braki, więc spoko wodza.
Małej Kalafiorkówny wczoraj było już całe 10 deko więcej do kochania, więc wszystko jest na dobrej drodze, dziewczyna rośnie jak szalona i niedługo wybierzemy się razem na piwo, nie ma innej opcji :)

Dzień piękny, wiosenny, obsługa jak w pięciogwiazdkowym hotelu (pamiętać o zostawieniu solidnego napiwku), pchają żarcie w człowieka tak, że jeszcze troche, a moje zgubione 5 kilo wróci z naddatkiem, więc dobrze, że wracam.
Tęsknię, co tu ukrywać :)
Tylko o dziwo - nie tęsknię za pracą jak zawsze.
Jestem więc na dobrej drodze do zrobienia ze mnie normalnego człowieka :)

Brzmi jak plan, nieprawdaż? :)

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech...





Czasami o tym zapominałam ostatnio, a szkoda :)
Nie mogę na tym ustrojstwie odpowiadać na Wasze komentarze, bo coś mu się wygło :(