środa, 23 stycznia 2019

Całe

życie z wariatami, Kochany Pamiętniczku.
No ale dzień minął i znów tylko 10 godzin, nie dlatego, że lubię, ale dlatego że dla chleba, panie, dla chleba.
Myślałam, że zastępował mnie jakiś młokos, ale nie, ponoć stateczny pan w statecznym wieku, sporo się dowiedziałam.
Od koleżanki, której najbardziej na odcisk wlazł, bo czekałyśmy obie aż Boss ogarnie tę kuwetę i zaakceptuje...
Gość nawet komputera nie włączył, byłam zdziwiona po powrocie, że nie ma żadnych emilków, ale myślałam, że pracował w innym pomieszczeniu.
Ale nie.
OJAPIERDOLĘ.
Gość obie korekty robił na papierze.
To po co w ogóle komputery?
Tekst w komputerze można spokojnie poprawić, nie ma problemu, nieważne, czy to Word, czy program graficzny i tekst już złamany (dla laików: strona wygląda jak w gazecie, jest do tego program). I Word, i program graficzny mają taką opcję, że widać, kto po nas albo przed nami majstrował.
Oszczędza to pracy autorowi - widzi moje grzebanie, jak mu się nie podoba, ma opcję, że nie akceptuje tego.
A potem ja dostaję na wydruku do II korekty już w zasadzie gotowy tekst.
Z wydrukiem autor ma robotę, bo musi sam nanosić poprawki, nic mu się "samo" nie zrobi.
Ale pierwsza korekta na papierze? Mogiła. U mnie zazwyczaj, jak ktoś się zagapi to lecę i pytam, czy na pewno chce na papierze? Bo czasami tekst jest tak zachamęcony, że ja sama nie mogę znaleźć gdzie co poprawiałam.
No ale mniejsza z większym, przeżyli.
Nie potrafię jednak zrozumieć ludzi stroniących od ułatwień w życiu.
Tak samo miałam w pierwszej pracy, gdy byłam - jak pięknie to brzmi - młodszym bibliotekarzem.
Na stanie była jedna archaiczna maszyna do pisania, o kompikach wtedy się nikomu nawet nie śniło.
Maszynę okupowała szefowa, a jakże, pisząca na niej chujwico jednym palcem z wielkim mozołem.
A ja, jak ten niewolnik, katalogowałam książki w pocie czoła, wypisując czasem pierdyliard kart do jednej cienkiej broszurki, bo a to i tłumacz, i redaktor, i ilustrator, karta do katalogu alfabetycznego, do działowego, do dziesiętnego, odsyłacze do współautorów i inne takie tam, do dziś mam zimny pot na plecach :)
Rozpusta była, jak szefowa szła na urlop i dostawałam maszynę w swoje szpony: katalogowanie szło migusiem i w tydzień katalogowałam to, co szefowa na kupce przydzielała mi na miesiąc, a potem katalogowałam przydział koleżanek i miałyśmy dużo wolnego czasu.
Do dziś w szpargałach mam popsute karty katalogowe...
Nie wyrzucało się tego, na drugiej stronie można było coś zapisać, papier się ceniło wtedy.
A potem zupełnie nie rozumiałam koleżanek, które marudziły, że muszą się uczyć kolejnych programów na komputery do obsługi biblioteki. Taką SOWĘ to ja sobie sama ściągnęłam z neta, żeby sprawdzić, jak to działa i nie wiem, czego one się chciały tam uczyć.
To było jak budowa cepa. Proste i genialne.
Więc nie, nie znajduję usprawiedliwienia dla gościa, choć koleżanka mówiła o nim dziadyga, pewno ze złości, że jej tak namącił.
Obsługa Worda też jest prosta jak budowa cepa.
No a poza tym to mężczyzna, pan i władca stworzenia, mądry, wszystkowiedzący i dał się byle kompikowi zagiąć? Mięczak :P

No a mnie, jak zwykle, praca kocha. Niby już nie pracuję od jutra, ale tak jakoś wyszło, że od wtorku jestem przydasię.
Olałabym to ciepłym strumieniem moczu, ale żal mi kolegów.
I nawet nie idę się szarpać o te parę złotych. Szkoda moich nerwów. Mniej ich stracę, wpadając na gotowe do zrobienia na parę godzin. A czuję się zobowiązana za ten miesiąc, bo u nas nie ma opcji, ze ktoś dostaje cały miesiąc urlopu, wiem, niezgodne z Kodeksem pracy, ale co pan zrobisz, jak nic nie zrobisz? W PL nie ma jednak rynku pracownika, wbrew doniesieniom mediów. A ja w ciągu ośmiu lat dostałam dwa całe miesiące ciurkiem urlopu. Niby należały się, jak psu zupa, ale każdy ma prawo do szczęścia, ale nie każdy ma szczęście do prawa, co nie?

Zatem jeszcze jutro, a potem już będzie wolnym walcem i z górki :D

Żyję w innym czasie, bo za mną już luty, zamykam jutro lutowy numer, w lutym będę w czasie marcowym.

Takie tempo przyspieszone :D 

7 komentarzy:

  1. Oj, tez bym chciala byc juz w marcowym czasie... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to chcesz więcej niż ja. Bo ja na razie jestem w lutowym, a marcowy będzie w lutym, a lutego jeszcze nie ma :D

      Usuń
  2. A ja bym chciała żeby moze tak juz połowa maja była, bo pewnie juz by był dach na chałupie i nie musialabym myśleć jaka dachówka i wgl🤔

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam kciuki za realizację marzeń w ekspresowym tempie :P A dachówka coś a la orła cień, gdzieś w necie widziałam, piękna :P

      Usuń
    2. Aż zajrzałam i jakoś tylko pokazuje mi się gont bitumiczny orla czy orła.
      Chociaż nawet ostatnio zaczęliśmy się zastanawiać nad blachodachowka(dla mnie zawsze to jakoś dziwnie brzmi),bo do naszego dachu niektóre wzory bardzo pasują i zaczęło mi się to nawet podobać... nie wiem co to będzie bo trzeba podjąć decyzję.Jedynie dobre jest to,że możemy wybrać i to i to.
      A tak jak pisze Star,to jakoś też dziwię się niektórym ludziom,że nie chcą chociaż trochę zapoznać się z komputerem i i Internetem.Moja mama np.niby coś tam wie,ale tak jak np teraz jechała do sanatorium to my jej wyszukiwalismy połączenia,jak np szuka jakiegoś przepisu to raczej ja jej szukam i drukuje.Pokazywalam,tłumaczyłam,ale ona zawsze twierdzi,że się boi,że coś namieszać wgl.
      Ale!gierkę odpalić to potrafi...😉

      Usuń
  3. Ja zyje w bezczasie:)) nie bardzo wiem jaki jest dzien, miesiac itp. ale tak to jest jak sie nie pracuje. Dobrze, ze teraz Wspanialy wrocil na te trzy dni w tygodniu do pracy to przywrocil mi orientacje w czasie:))
    Sa ludzie, ktorzy sie boja komputerow i chyba nikt nic na to nie poradzi. Ja tez nie rozumiem, ale skoro tak jest to przyjmuje do wiadomosci. Gorzej wlasnie jak sie taki czlowiek wybiera do pracy i to jeszcze jako korektor, no ale to juz chyba firma powinna sprawdzic na czym pan pracuje.
    W takim ukladzie Jedzo robote masz do grobowej deski a nawet dluzej:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ostatnio o tym myślę, co oni zrobią, jak ja zejdę nagle i niespodziewanie. Nie, że megalomania. Ale dzisiaj Boss, gdy odniosłam mu kolejną korektę, wydał wzdech głęboki i rzekł: a ostatni wstępniak pani widziała? Wzdechnęłam i rzekłam: przelotnie. Ale takich kiksów bym panu nie puściła. Wiem, jestem wredna, ale życie to niejebajka i szkoda mi "moich" ludzi, którzy zostaliby z takim palantem, jak ten agregat, co kompa nie tyka :P To już lepszy młody, niedoświadczony, ale chętny do nauki :) Troszkę Ci zazdroszczę nieliczenia się z czasem, ale tylko troszkę. Nie każdy ma na stanie Wspaniałego :P

      Usuń