piątek, 30 sierpnia 2024

Problem

 mam, Kochany Pamiętniczku.

Ze słuchawkami.

Najpierw słuchałam tego domowego nieszczęsnego Bambino, z zepsutym głośnikiem, przysuwając ucho do niego. Potem leżała na nim poduszka, bo wybuchał tak głośno, że nawet moje sfelerowane uszy wysiadały.

Gdy byłam na studiach, ciocia dała mi tranzystorek, ze słuchawką. Jakie to było cudo, siedziałam w akademiku w  kuchni, muzyka grała, a ja uczyłam się i nawet procesje gotujących mi nie przeszkadzały, bo była ona - muzyka.

Wciąż widzę siebie, siedzącą w Jagience na 3. piętrze z tym tranzystorkiem.

Od niepamiętnych lat popylałam najpierw z walkmanem (do dziś mam, Sony, sam walkman się zacina, ale gra i radio wciąż gra, na tym radiu słuchałam, wracając z pracy do domu, jak waliły się 11 września wieże). 11 września zmarł mój brat, 12 moja Mama, we wrześniu odszedł też Eks... niech mnie ktoś zabije, nie pamiętam, którego... Pojutrze zacznie się ten miesiąc koszmarny dla mnie.

Ale ja nie o tym, a o słuchawkach. Bo dla mnie słuchawki to ratunek mojego życia, odkąd znajomy teściowej podarował mi pierwsze, tonsilowskie, bo kupił sobie lepsze. Moje życie zmieniło się wtedy na maksa  - nie miałam jeszcze wtedy aparatów, nawet o nich nie marzyłam, w czasie pobytu w Reichu szwagrostwo wypożyczyło dla mnie aparaty - po raz pierwszy usłyszałam z dala bicie dzwonów, była jazda, bo wszyscy wiedzieli, co się dzieje, a ja nie. Dziś i u nas można testować aparaty, ale wtedy to był dla mnie Kosmos. To był 1983 rok. I nie, chociaż byli dobrze sytuowanymi lekarzami w RFN, mieli odliczenia podatkowe w razie pomocy biednym Polakom z rodziny, nie szarpnęli się na taki gest. Tak samo po równo objechali mnie za to, że za 112 marek, które uzbierał Pierworodny, bo każdy, kto ich odwiedzał w czasie naszego pobytu tam, tkał rozkosznemu dziecku - a było rozkoszne - biednemu, z Polski, marki do kieszonki. Rachunek za traktorek mam do dziś. I jeździły na nim wszystkie dzieciaki z rodziny, nawet jak moje z niego wyrosły, to został u teściowej, już wtedy na Wygwizdowie - i służył dalej. Miał z przodu łopatę, taką jak teraz mają kopary. Dzisiaj taka zabawka to nic, ale wtedy spokojnie nie mogliśmy przejść ulicą. A ja usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialną kurwą, bo za tę kasę to powinnam dziecku witaminy kupić. Notabene, szwagierka była chrzestną Pierworodnego :)  Witaminy to oni wysyłali do PL tonami, w tym i prywatnym transportem do teściowej.
Mniejsza z większym, tak sobie podywagowałam. 

Więc (wiem, wiem, nie zaczyna się zdania od więc) wracając do słuchawek - zaczęła się nowa epoka w moim życiu. Mogłam słuchać telewizorni i nie polować na filmy z napisami, słyszałam, co mówią w wiadomościach, a i obcojęzyczne filmy stały się dla mnie łatwiejsze do ogarnięcia.

Telewizor miał jedną wadę - po włączeniu słuchawek nie było głosu na zewnątrz.

Znaleźliśmy na to receptę - na nieodżałowanej pamięci toaletce stał mały turystyczny, ruski odbiornik, z którego reszta rodziny miała głos :) 

A potem słuchawki i walkman, który przywieźli mi chłopcy z jedynego wyjazdu do Reichu.

Mam chorobę Meniere'a oprócz niedosłuchu. I gdy słucham muzyki, nie słyszę tego jebanego strumienia, płynącego po kamieniach.

Więc słuchawki i walkman, później discman, następnie mp3 - to był mój ratunek w życiu. 

I o ile wkurzające były moje dzieci, mające słuchawki w uszach i nieogarniające rzeczywistości, to ja, mająca słuchawki na cały regulator, mogę swobodnie rozmawiać, bo... czytam z ust i mam podzielną uwagę.

I tak lata biegły, zmieniały się słuchawki, z dousznych przeszłam na nauszne... Przyjaźniejsze dla ucha, chociaż mimo tego, że ajfonik wciąż mnie strofuje, że przekroczyłam tygodniową granicę głośności i mam się poprawić. Cóż, muszę ją przekraczać, by słyszeć :P

Do kompika początkowo miałam też słuchawki z pałąkiem i na kablu, ale gdy doszedł Bluetooth i bezprzewodowe cuda - a ja wylądowałam na home office - zaczął się czas bezprzewodowych cudów.

Mogę łazić po całej chałupie, sprzątać korytarz, a i tak słyszę muzykę, jakbym siedziała z uchem w odbiorniku :)

Ale SKS - w miejscu pałąków, wyłysiałam i...

Na zewnątrz przyszedł czas na ajfonikowanie i słuchawki znów douszne, drogie jak cholera, ale oj tam, oj tam :) 

Inżynier kiedyś przyjechał do mnie z Groove i... 

Okazały się idealne.

Sęk w ty, że po jakimś czasie pałąk pęka.

Kupiłam na zapas i tak się nieszczęśliwie złożyło, że ostatnio nie schowałam słuchawek i...

No cóż, były szkodniki.

Skleiłam, nie mam pojęcia, jak długo to potrzyma.

A w międzyczasie znalazłam inne Pichon, ale okazało się, że ni chujenki nie widzą Bluetooth w kompie. Widzą w iPadzie, w kompie nie.

I bardzo szybko w nich zaczęła bateria padać, pograją pól godziny i dupa.

Bo te bezprzewodowe trzeba, niestety, ładować.

I tak zanabyłam w Action kolejne, douszne.

Grały dwa dni, a potem lewa padła. 

I nie, nie pójdę reklamować.

Upierdliwe jest słuchanie jednym uchem, o czym przekonałam się dziś, bo gdy mimo upału ogarnęłam korytarz i nie padłam, potem resztę chałupy i nie padłam... 

Słuchawki padły.

A mnie w uszach grało, jak tym, co się zdawało, że to Wojski gra jeszcze, a to echo grało :) 

I zapewniam, że nie było to miłe uczucie.

Wieczorem, znaczy się teraz, przy pisaniu tego posta, założyłam te nieszczęsne Groove klejone i to w uszach mi przeszło.

Na całe szczęście, bo myślałam, że oszaleję... Grało mi wciąż w kółko (fantomowo - O sole mio, akustycznie) :)  

Oblazłam już wszystkie platformy sprzedażowe i nigdzie nie ma już tych Groove, na których mi zależy.




Może ktoś z Was, drodzy Czytacze, zna taki model, niekoniecznie tej firmy?

Nie mogę tego nosić wśród ludzi, bo słucham na maksa, co w autobusie dla normalnie słyszących byłoby niekomfortowe, ale w domu, gdzie jestem sama jest idealne :)

A te wszystkie bezprzewodowe douszne (tych na przewodnictwo kostne nie mogę, mam powietrzne) jednak... ranią uszy, co dziś doświadczyłam, może dlatego, że jest tak gorąco, że za chwilę zdechnę...

I nie, nie chcę słuchać muzyki w aparatach - zniekształcają ją tak, że cały pogrzeb na nic :P

Zresztą też są douszne, a to po całym dniu boli...

A te w tym typie jak airpods mam... Ale oprócz tego, że kosztują jak za zboże (kupiłam niedrogie), to boję się, że gdybym kupiłam markowe Apple'a po prostu mogę jedną zgubić. Ludzie wciąż takie gubią, a ja z moim słuchem, zmęczona upałem lub innym cudem wiankiem, mogę po prostu tego nie zauważyć. Nie zauważają tego słyszący.

Bo dla mnie słuchanie i zagłuszanie tego strumyka w uchu to jednak być albo nie być.

No to sobie popisałam :P

A wracając do prozy życia.

Podziwiam wciąż Matkę Naturę. 

Kontemplowałam, lecąc w JUŻ koszmarnym upale o 9, jej siłę.

Bo takie drzewne samosiejki rosną mimo tego, że w wiosce od wieków nie pada, a i chyba dziś kropla wody nie spadnie...



Z wczoraj mam obiad jeszcze na jutro. Wołowinka z kapustą. W wersji zrazy z kapustą zapiekane w piekarniku - zajebista, w wersji zapiekana w papryce, z kapustą, a jakże, a na wierzchu mozarella. Klepię się po brzusiu :) 

Może jutro się ochłodzi, to po zeżarciu dwóch ostatnich papryczek może coś upichcę. A jak nie, to w niedzielę będą lody z gruszkami.

A co :)



wtorek, 27 sierpnia 2024

Przespałam się

 ze ślimakami, Kochany Pamiętniczku.

Wiadomo, że emocje po jakimś czasie opadają i jest lżej.

I tak sobie poukładałam - nie ukrywam, że bardzo pomogły mi Wasze komentarze, za które ślicznie dziękuję, bo naprawdę podniosły mnie na duchu.

Wiem, że net roi się od hejterów, kiedyś tu jakaś już się plątała.

Postanowiłam, że jako admin będę usuwała takie komentarze, co się ten ktoś napisze, to jego, a usunięcie to kwestia dwóch klików.

I tak wszystkim, którzy mają ochotę uczyć mnie, jak mam żyć, przekazuję: 


Grzeczniej już się nie da. 

I musiałam sobie przypomnieć (cóż, starcza skleroza czasem mnie dopada), że żeby mnie obrazić, trzeba być mi równym.

To, że używam niecenzuralnych słów, nie oznacza, że jestem mało inteligentna. 

Nie daję nikomu recept na życie, bo takich recept nie ma.

Mogę doradzić, jak ktoś o to poprosi, ale to nie oznacza, że jestem nieomylna i mam radę na wszystko.

I koniec tematu hejterów, będzie jak wyżej. Wypierdalać :) 

To jest mój kawałek podłogi.

Przeżywałam jednak jak mrówka okres i w nocy z niedzieli na poniedziałek bardzo źle spałam. Obudziłam się krótko po północy, nie mogłam zasnąć i wlazłam na FB. A tak akurat wskoczyły pierwsze wpisy o pożarze na Kraszewskiego.

Nie ukrywam - przeżywam do dziś. Na Dębcu parę lat temu też wyleciała w powietrze kamienica. Zazdrosny eksmąż zamordował żonę i żeby zatuszować ślady, wysadził całą kamienicę w powietrze. Był niedzielny poranek, 4 marca 2018 r., gdy w kamienicy przy ul. 28 czerwca 1956 r. na poznańskim Dębcu doszło do wybuchu, w którym zginęło 5 osób, a 21 zostało rannych. Kamienicę rozebrano.
Teraz ostatnie doniesienia mówią, że zapaliły się akumulatory w piwnicy - tam był jakiś punkt napraw akumulatorów. Dwóch strażaków zginęło, młodzi ludzie, bardzo młodzi, bo coś tam wybuchło - nie wiadomo co. Kto ciekawy, niech wygoogla.

Ale ja o czymś innym chciałam. Po wybuchu kamienicy na moim fyrtlu, Inżynier i ja wpłaciliśmy od razu na konto Caritasu, no bo nasz fyrtel, a zdaje się, że tam mieszkał jakiś znajomy chłopców. I co? Nico, żadnego rozliczenia, nic, a z wywiadów i wypowiedzi mieszkańców tamtej kamienicy wynikało, że od Caritasu to przysłowiowe szczoteczki do zębów dostali.

Mniejsza z większym, wpłaciłam i trudno. 

Potem przyszła wojna w Ukrainie i też naród się zrzucał, moja redakcja z Caritasem pracowała, w stopkach emilków był też Caritas.

A ja drążyłam i... okazuje się, że Caritas 70% zebranych funduszy bierze dla siebie, bo "ma koszta". 

Understand. WOŚP też ma koszta, też bierze, ale... Rozlicza się jawnie, można sprawdzić, sprawozdania są co roku w necie. A skarbówka ich trzepie, aż pierze leci. I co? I nic. Wszystko jest OK. Mnie nie obchodzi, ile Owsiak zarabia, rozlicza się, jest jasne. 

Caritas jest fundacją kościelną i nie rozlicza się, jego fundusze nie są jawne!

A, kurwa mać, Kościół stawia swoim emerytowanym hierarchom pałace za grube miliony – no ja nie wiem, kurwa, po co samotnemu emerytowanemu biskupowi pałac, którego utrzymanie też grubo kosztuje, bo sam kurzy nie ściera i żarcia sobie nie gotuje. Moim zdaniem OK byłoby postawienie domu, nawet luksusowego, na wzór domów dla starców, gdzie mieszkaliby ci emeryci. Zgodnie z nauczaniem Pisma, że nie będę tego tu szczegółowo cytowała, bo palców mi szkoda :) 

I, kurwa mać, Kościół, wydający miliony i to grube na te pałace, zwraca się do nas, gołodupców, o wpłaty na pogorzelców do Caritasu? Z palcem w dupie mogliby postawić gdzieś, nawet wykupując grunt, a mają swojego kościelnego od cholery, kamienicę dla tych ludzi. Jeżeli, zaciskając zęby, potrafię zrozumieć, że nie będą budować domów dla wszystkich pogorzelców, to jednak ta sytuacja jest wyjątkowa - to nie jest jedna rodzina, to jest kilkadziesiąt osób i od tego, kurwa, mamy takie instytucje jak państwo i Kościół, by pomagali w takich sytuacjach.

Więc Jacek J., na którego głosowałam nie dlatego, że jestem za nim, bo spierdolił w ostatnich latach wszystko, co było do spierdolenia w mojej wiosce śpiewająco, za moje pieniądze, of course, ale dlatego, żeby prezydentem nie został pisior, jest dla mnie ostatnią świnią, bo w mediach społecznościowych zaleca wpłaty na Caritas właśnie.

Więc chuj mu w oko i kotwica w plecy, i trochę gruzu, by nie było luzu.

Sama zastanawiałam się nad darami rzeczowymi, ale to abstrakcja: jakie obuwie (mam nowe, nienoszone), jakie ciuchy? Nie znam ludzi, nie znam gabarytów. Dla mnie kasa w takiej sytuacji jest wyjściem. I dobrze myślałam, bo społecznicy zbierający fanty po jednym dniu się zatkali. 

A sprzęt AGD? Sądzę, że logiczniejsze jest danie tym ludziom kasy - a nie zbieraniny kubków, które nam zalegają w domu. Sama bym ze dwie rodziny obdzieliła, ale przecież nie o to chodzi. Tak samo ze starym sprzętem. Takiej traumy nic nie jest w stanie zniwelować. A nietrafione dary mogą ją pogłębić.

Co innego, gdy ktoś w trudnej sytuacji życiowej prosi o pomoc, a co innego takie coś.

Więc poczekałam do dziś, bo szajbnięta jestem i nie płacę w poniedziałek i już na spokojnie przelałam wdowi grosz na dwa konta: zbierających dla poszkodowanych strażaków (jeden z nich osierocił dwójkę małych dzieci), drugi na pogorzelców - na Centrum Inicjatyw Społecznych.

Zobaczę, jak się zepną wrześniowe finanse, pomyślę.

Mnie jeszcze coś innego dręczy. Jak byłoby ze mną w razie W? Bo ja, proszę Kochanego Pamiętniczka, założyłam w poniedziałek przed 18 aparaty, i ni chujenki, choć wyszłam na balkon, nie słyszałam syren ze Szkoły Aspirantów Pożarnictwa. A mieszkam od nich niedaleko, w linii prostej, trzy przystanki autobusowe. Za to, siedząc wieczorem bez  aparatów, oblazłam wszystkie kąty, bo coś jebło tak, że miałam wrażenie, że cała szafa padła. Nic nie padło. Inżynier mówi, że są petardy hukowe i to mogło jebnąć. Po chwili jebło drugi raz, a mnie długo w uszach dzwoniło.

Tak że ten tego, nastrój mam z leksza wisielczy...

Ale nic, zbieram się do kupki.

Ćwiczę rano regularnie.

Wczoraj ogarnęłam kolejną porcję śliwek z borówkami, wyszły, że ojacierpiędolę


I choć mnie korci, myślę, że na razie starczy (starczy to jest uwiąd), albowiem sprzątając odkryłam, że mam jeszcze żurawinę z zeszłego roku. Bez przesadyzmu. Co najwyżej żurawiny dokupię, jak się pojawi, rzucę do zamrażalnika, poprzednio leżała tam ponad rok i była OK :) 

I tak już z lekka jesiennym szlakiem idąc, WOLNO, wszak mam wolne


 

polazłam do LINK4.

Bo od lat ubezpieczam mieszkanie w Warcie, u rodziców koleżanki Inżyniera z podstawówki, Inżynier miał z nią na pieńku poniekąd. Rączka-rączka-buzi-buzi - państwo przesympatyczni, razem plujemy na pisiorów, aż się kurzy, ale... Od lat nie mogę się doprosić o zniżkę za bezszkodowość, pan rozkłada ręce i nie patrząc mi w oczy - ma mnie za głupią? - i mówi, że wszystko drożeje, że przeanalizował wszystko i że, niestety, nie da się.

Ale jak w ubiegłym roku składka wzrosła mi o prawie 100 zł, zapłaciłam, bo mogłam, ale sobie powiedziałam - STOP :)

Na FB gdzieś mi coś mignęło,  że jest koło Faworu w budce jakaś miła pani, co doradzi i nie oszwabi. Więc wlazłam dziś i faktycznie, pani miła, komunikatywna, powiedziała, że przeanalizujemy wszystkie towarzystwa i wszystkie opcje, może mnie ubezpieczyć bez łaski w każdym. Przetrajkotałam 15 minut (!), umówiłam się na konkretny dzień we wrześniu, pójdę z polisą i obaczymy. Jestem w stanie zapłacić nawet więcej, ale... W tej Warcie od lat mam taką samą kwotę odszkodowania, taką samą wycenę majątku, a płacę coraz więcej. A wiadomo - mam nowy sprzęt, więcej sprzętu, remont, a szkód żadnych.

I takie zdarzenia jak ta katastrofa uczą, że jednak warto wydać te kilkaset zł co roku :) Nie opłaca mi się samej siebie ubezpieczać, bo ze względu na wiek, stan zdrowia, nawet pracowe ubezpieczenie co miesiąc kosztowałoby full kasy. Mam ubezpieczenie kontynuowane, dodany do tego zasiłek pogrzebowy nie zrujnuje dzieci, a że nie zarobią? Cóż, dokładam do wszystkiego na bieżąco, to chyba się liczy. Jak nie, to trudno. Mogą mnie w pompkę. Na wino też muszę mieć, a co?

I tak sobie dziś dogodziłam




Plędze za mną chodziły... Popełniłam je z zmieniaczków, kawałka papryki, kapusty, cebuli i czosnku, dodałam jajko i mąkę, żeby się zlepiło.

Wyszło mi 6 takich plędzy, trzy mam na jutro. Zeżarłam z tym śliwkowo-borówkowym cudem (ojacierpiędolę, jakie to dobre, do sera pleśniowego też) i ze skyrem, a jeden z cukierem :)

W sumie, jakbym się uparła i jakby mi się to nie znudziło, mogłabym cały miesiąc tak przepękać.

I pomyśleć, że kiedyś dwa dni chodziłam głodna jako dziecko, bo plędza nie ruszyłam, a mama wciąż mówiła: na piecu masz plędze (hehehehe, kolejna przemoc w rodzinie). Tak samo było z kopytkami i szarymi kluskami. Tylko pyry zawsze kochałam, a teraz kocham wszystko, co jest z nich. Plędze, kopytka zaczęłam robić z biedy, dzieci lubiły. Szarych kluch do dziś nie umiem, moje są takie, że jak rzucisz, to człowieka zabijesz nimi, więc kupuję gotowce :) Oczywiście, przepłacając.

Za dwa plędze w Sfinksie winszują sobie 25 zł, a ja na moje 6 zużyłam 3 zmieniaczki, 1/3 małej kapustki, resztę papryki, nie licząc dodatków - cebulki, 3 ząbków czosnku, soli, pieprzu, oleju, gazu, zmywania, smażenia :) No i moje lepsze, a co? :) 

Dwudziesta i ciemno.

Tak, to już ten czas, gdy pora na światełka, na zadumę i na czekanie na...

No najpierw na Halloween, potem na Wszystkich Świętych, Gwiazdka, Nowy Rok i znów wiosna...

Tak to się wszystko kręci.

Niech trwa. 

Jeszcze mam sporo do zanotowania, ale to może jutro?

Dziś już mnie palce bolą :)

A...

Wiem, w której klasie będzie Alienek. W IE. Wiem, że będzie miał 20 kolegów i koleżanek. Wiem, ilu będzie miał z przedszkola, ilu ze swojej przedszkolnej grupy, ilu z grupy Kalafiorkówny (bo ta, choć w grudniu tego roku dopiero sześciolatka, chodziła z zerówkowiczami - tak wyszło. Najdrobniejsza, najmniejsza, ale rej wodziła).
Przypadkowo wiem, że Mała Wiedźma miała mieć w sierpniu poprawkę z polskiego, że to takie tam, nieporozumienie i w ogóle. Sierpień się kończy, a ja wciąż nie wiem, czy zdawała, czy zdała, co jest grane...
Deklarowałam, że pomogę, w końcu w tym siedzę, poniekąd.

Ale dowiedziałam się, że to niepotrzebne, bo ona jest dobra, tylko lektur nie chce czytać.

No więc morda w kubeł.

Ale oj tam, oj tam, czepiam się, co nie? :P 

Ten model tak ma. 




sobota, 24 sierpnia 2024

Zaczynałam

 cię pisać, Kochany Pamiętniczku, z myślą o tym, że zostawię coś dla Małej Wiedźmy, a potem poszło już z górki, bo okazało się, że to dla mnie fajna terapia, a i sama łapię się na tym, że czasem fajnie wrócić do tamtych dni. Bo i często pewnych rzeczy nie pamięta się, pamięta się nieistotne rzeczy, a ważne zapomina.

Ale ostatnio coraz częściej, a po wczorajszym wpisie jeszcze głębiej zastanawiam się nad zamknięciem tego miejsca.

Nie ukrywam, że maksymalnie wkurzyły mnie oceniające posty Any. Miałam już kiedyś "nauczycielkę" komentującą moje życie, nawet nie pamiętam ksywy. Ja po prostu złe rzeczy wyrzucam z hukiem z pamięci, nie pamiętam zatem dat złych dni (dobrych też czasem nie, jestem datowym antytalentem) :)

Pewnie, miło mi, gdy czasem ktoś skomentuje, dobre słowo powie, albo i zgani - nie mam nic przeciw, nie muszę się wszystkim podobać, tak samo jak nie wszyscy lubią pomidorówkę :)

Ale... Analizy psychologiczne od kogoś, kogo nie znam - nieważne, czy to realnie, czy netowo, bo nigdy się nie odzywa, odsądzające mnie - tak to odczuwam - od czci i wiary, zarzucające mi, że coś ze mną nie tak w stosunkach z dziećmi, akurat pod tym jednym postem - wygłaszane tonem nie znoszącym sprzeciwu, że to wszystko moja wina, że nie ogarniam, że faworyzuję, że nie dostrzegam...

No to - wybaczcie. Może wkurwić.

Nikt nie chodzi w moich butach. Nikt mojego życia za mnie nie przeżył i nie przeżyje. Ten blog to zaledwie ułamek moich życiowych doli i niedoli.

Nie mam małych dzieci i nie skarżę się tu na trudności wychowawcze, nie proszę o radę.

Nikt nie wie, co jest grane, bo wątpię, czy ktoś ogarnia te już 12 lat pisania, ja sama czasem nie ogarniam.

Tak, jestem DDA. Mam swoje odchyły, swoje traumy, ale starałam się ich nie przenosić na moją rodzinę i sądzę, że mi się to udało.

Tak, trzęsłam się nad swoimi dziećmi, jak ta kwoka, ale chowani byli identycznie, nie było faworyzowania i odsuwania. 

Wyrośli na dokładnie dwóch różnych ludzi - mój bliski przyjaciel zawsze śmiał się z tego i mówił, że nie ogarnia, jak tak chowane dzieci mogą się tak różnić i dopytywał zawsze, który jest od listonosza, na co zawsze ripostowałam: od ogrodnika jeden jest.

Są ze sobą związani, aczkolwiek Inżynier, rzekomo faworyzowany przeze mnie, gdy albo ja wylewam żale, albo i on się martwi - zawsze mówi: mamo, ale to jest mój brat.

Więcej wyjaśniała nie będę, bo to jest nasza bajka.

Dbałam o obu - dokładałam więcej do starszego. Tego z urodą po tatusiu, a rozumem też w znacznej części po nim, aczkolwiek nie ukrywam, że wiedzą (ale nie życiową, wiedzą jako wiedzą) przerasta mnie. Tylu dat, faktów i rzeczy nie ogarniam nawet ja, a z niejednego pieca chleb jadłam. Ale jest wciąż Piotrusiem Panem. Jego żona zaś jest roszczeniowa i bardzo wygodna i niemiła - gdy jechałam za swoje własne, ciężko zarobione pieniądze do Paryża, co było moim marzeniem od lat, rzuciła tekstem, że po co takiej starej babie Paryż. Niestety, rzuciła nim w towarzystwie, które uważa, że właśnie takie stare baby powinny jeździć do Paryża i nie tylko tam :) Nie, nie rozdzierałam szat, nie poruszałam nigdy tego tematu. Mam w dupie i mam dystans. Nie jechałam opiekować się nią w czasie porodu, bo nikt mnie o to nie poprosił (wciąż pracuję), jej matka nie poleciała, a nie pracuje już od lat. Za to gdy w czasie mojej wizyty (nie u nich, u Przyjaciela) w UK roniła w piątek, to ja załatwiałam transport do szpitala, bo oni chcieli czekać do poniedziałku. Ja, kurwa, wylatywałam w sobotę. I jestem jak Szwajcaria, mimo tego że od lat mnie okłamują we wszystkim, nawet w kwestii ślubu zostałam zawiadomiona w sierpniu, ślub był we wrześniu. Gdy kupił sobie, nie mając na to środków ani prawa jazdy samochód, nie przyznał się, bo wiedział, że robi źle. Co też mu się na dalszym życiu odbiło. Nie mówiłam nic, nigdy nie powiedziałam: a nie mówiłam.

Więc nie, nie dobijam syna, jest dorosłym, 44-letnim mężczyzną. Gdybym chciała opisywać wszystko, blogger by mnie chyba wywalił.

Jest jak jest. To ja jestem wzywana do gaszenia pożarów. A mogło być całkiem inaczej, bo ja jestem jak Szwajcaria.

Młodszy zaś, ze szczątkową urodą po mnie, za to z rozumkiem całym (no prawie całym moim) też mi nie oszczędzał zawałów serca. Gdy pojechał do Warszawy do swojej dziewczyny, słał SMS, że jest cudnie, a okazało się, że nocował na dworcu, co znających realia warszawskie wprawiło w podziw, że przeżył. Jak umierał na OIOM, bo nie powiedział, że się źle czuje, żeby mnie nie denerwować. Jak sobie wymyślił Erasmusa w Szwecji, na którego nie miałam kasy absolutnie, wziął pożyczkę w banku, pożyczył od Barana i od brata, wyliczył co do grosza pobyt w Szwecji, zaszalał tam, nawet rower kupił, po Europie pojeździł. Z wakacyjnej pracy po Erasmusie spłacił bank, brata, Barana, a resztę kasy odesłał matce, bo był już po studiach, znalazł pracę w UK na stałe, a matka w podartych gaciach latała.

Mam dwóch synów, ale tylko jeden z nich co dzień się do mnie odzywa, a jak się nie odezwie rano, to wieczorem się tłumaczy. I nie, nie wymagam tego od żadnego z nich. Wiem, że moja synowa co godzinę rozmawia z matką, choć jak sama mówi, nienawidzi jej. Druga zaś nie odzywa się do ojca, bo nie czuje takiej potrzeby. I nie lubi dzwonić. Ale do mnie pisze, zdjęcia dzieci podsyła. I nie, nie jemy sobie z dzióbków, wnerwia mnie jej niezrozumienie dla czarnego humoru. Mojego. Nie nadajemy na tych samych falach, jest rzeczowa do bólu. Dla mnie momentami małostkowa. Ale wiem, że nie okłamuje mnie. Wiem w zasadzie wszystko.

Rozmawiają ze mną, może ona mniej, ale Inżynier mówi o swoich planach. I to nie tak, że ja coś narzucam. Nie mój cyrk, nie moje małpy. I nie ze wszystkim się zgadzam, nie wszystko mi się podoba. Nie podoba mi się podejście do ogrodu, ja bym go już dawno zagospodarowała, sadząc żywopłot, ale mają inną wizję. Bolesną dla mnie, bo Kalafiorkówna wieje często aż się kurzy, a i włażą tam różne sierściuchy, może wleźć pies czy inne bydlę. Piszę mroczne scenariusze, ale słyszę, że nie mam racji. Więc morda w kubeł. 

Dziecko ma już 40 lat i żyje na własny rachunek. 

Wciąż pamiętam, jak krytykowali dom szwagra, że taki nierodzinny.

Sami postawili - jak dla mnie nierodzinny, bez żadnego pokoju awaryjnego, ale to nie mój cyrk, nie moja bajka.

Jednak I. myśli o perspektywie, gdy trzeba będzie mi (nie daj borze liściasty) pampersy zmieniać.

Mam nadzieję, że nie dożyję.

Mam dwóch synów, włożyłam w ich wychowanie całe moje serce.

Dlaczego zatem jeden o mnie myśli, a drugi z doskoku i z daleka.

Nie przyjmuję tłumaczenia, że cała rodzina powinna iść na kozetkę :)

O problemach z dziećmi Inżyniera wiem od początku. I wiem, jak mam reagować.

O problemach  z dziećmi Pierworodnego jestem okłamywana.

Biorąc Łobuzy do siebie na noc wiem, jak reagować.

Biorąc drugą transzę, dostaję je bez leków.

I jak mam w tym wszystkim, kurwa żyć?

Więc bardzo proszę, nie analizować mnie, nie oceniać.

Odkąd są internety, namnożyło się znawców, celebrytów, coachów. Po kursach, po Collegium Tumanum,  znających się na ludzkiej psychice. Doktorów różnej maści i wyznań. Wiedzą lepiej, ustawią ci życie w trymiga. Pokażą drogę, ogarną, mało tego, przeżyją za ciebie życie.

Takie to, kurwa, proste, co nie?

A wracając do przyjemniejszych spraw i do naszych baranów :)

Jestem przeszczęśliwa, że nie poszłam na spotkanie z Pierworodnym. Internety wypluły mi, że były tam Dni Pyry. W każdych okolicznościach przyrody poleciałabym tam na skrzydłach, ale...

Upał był dziś kurewski, a same Dni Pyry na terenie, gdzie cienia ze świecą szukać. Nie było tłumów. 

Mnie też nie było, i OK :) Żyję.

Bo wstałam dziś skoro świt i zachwyciłam się



Kolejny darowany cudownego życia dzień...

Pogimnastykowałam się, weszło mi już w krew, w końcu jestem starym nałogowcem...

Na Manhattan poleciałam i...



 Jesień po drodze witałam przyjaźnie, jeszcze było czym oddychać...

Tym razem nie Dąbrowiecka, ale węgierka. O jeżu kolczasty, jaka lepka, słodka i... borówki czekają w lodówce aż się powidła zesmażą...

A ja zapisuję dzisiejszy dzień, słuchając Gniatkowskiego.

Inżynier zatroszczył się pod wieczór, czy dycham. Jakbym nie odpisała, pewno by przyjechał z kluczami. Oczywiście, w celu żeby się szlachetne zwłoki nie rozłożyły w upale, bo czyszczenie mieszkania kosztuje...

A ja mogłabym po prostu zapić, co nie?


Jak myślicie, dlaczego wciąż pracuję?

Może się jakieś mądre znające odezwą?

Te od oceniania?

 A  moje ukochane Alieniątko wypożyczyło sobie w czwartek w bibliotece 5 książek.

I już wszystkie przeczytało :) 


Błogosławione niech będą bezpłatne biblioteki w PL :) I mój zawód, aczkolwiek w tamtych czasach praca w bibliotece nie była dla mnie łatwa, ze względu na to, że ludzie niewyraźnie mówią swoje nazwiska.

Dziś, w epoce elektroniki, byłby to raj :)

Aczkolwiek nie wiem, czy odnalazłabym się w bibliotece publicznej?

Moim marzeniem, niespełnionym, były starodruki :) 

Nie można mieć wszystkiego, co nie?


 



czwartek, 22 sierpnia 2024

Okrutna jestem

 Kochany Pamiętniczku, mam to wdrukowane.

Gdy byli małolatami, najgorszą karą było moje milczenie, bo ten model tak ma, że papę drze, wydrze, rozedrze, a potem po nim spływa jak woda po kaczce.

Pierworodnego wciąż widzę, jak lezie skruszony, wlokąc za sobą pasek ojca, podaje mi to narzędzie tortur (i nie, nie biłam nigdy dzieci, poza jednym razem, gdy ściągałam ich z parapetu 3. piętra, wciąż pamiętając trójkąty, odbite bez daj racji na moich nogach z pasa mojego ojca, którym to trójkątem zahaczał na oknie i ostrzył na rzemieniu brzytwę - bił, gdy był pijany), mówiąc: mamo, niech mnie mama zbije, ale niech mama ze mną rozmawia...

I Inżyniera, już mężczyznę w kwiecie wieku, nawet nie pamiętam, o co nam poszło, siedział już w UK. I po paru dniach napisał na GG: u mnie wszystko OK, poza tym, że moja matka nie odzywa się do mnie od kilku dni :)

Taka ze mnie treserka :) Jak pyskowałam, mogli się bronić, jak zacinałam się w milczeniu, mieli przesrane.

I tak podczas ostatniej wizyty Pierworodnego nawtykałam mu od metra.

I nic, nie zadziałało.

Jak grochem o ścianę, jak perły przed wieprze i inne takie tam.

Odezwał się potem znienacka na MSG, bo nie działało mu hasło do HBO. Bo HBO się zmieniło w MAXA. Płacę za to. Tak jak za Disneya+, bo korzystają z tego wszyscy, na razie mnie stać. 

Nakręcił tak, że musiałam hasło resetować, ale OK. Mamy wszyscy MAXA.

Ja mam Netflixa od Inżyniera, bo ponoć Pierworodnemu sranie w banie - dał swojego komuś innemu, ale mniejsza z większym, wali mnie to.

Podając mu nowe hasło zostałam olana ciepłym strumieniem moczu w trakcie rozmowy na MSG (no cóż, ma głuchą matkę, o czym wie od urodzenia), tłumacząc się po godzinach, że cały długi weekend...

... No co... Sprzątali.

No kurwa, ja, sprzątając, pracując i oglądając rzeczone streamingi w sumie odpisuję wszystkim, którzy mnie (rzadko) pożądają - błyskawicznie.

Więc, wkurwiona odpisałam, żeby się nie zdziwił, jak się nie odezwę, gdy będzie coś chciał.

Bo tak.

Bo mogę.

Się nie odzywać.

I tak, wiem, życie jest za krótkie na dąsy.

Ale mniejsza z większym.

Tydzień ciszy w eterze i nagle dziś, gdy łezkę właśnie ronię nad kolejnym odcinkiem  Mad Mena, tak kompatybilnym z moim życiem, że ojacierpiędolę, wyskakuje mi okienko (ma się te dwa monitorki), czy nie umówiłabym się w sobotę na Łęgach.

I pytanie za 50 zł polskich?

Co czyni wredna do szpiku kości kobieta? :)
Może odpisałabym, gdyby zaprosili do siebie (przypominam, mieszkają 5 przystanków autobusem ode mnie, autobus odjeżdża spod mojej chaty bezpośrednio, a nawet dwa stąd odjeżdżają). Są w PL od 5 lat, a byłam u nich 2 (słownie: dwa) razy. Opisane w innych częściach Pamiętniczka. Raz proszona z wielką pompą, raz przypadkiem. Inżynierostwo nie byli u nich jeszcze NIGDY. 

No to na chuja te wielkie sprzątania, usprawiedliwiające za każdym razem?

Ja tam nie sprzątam. I do wypęku zaśmiewamy się zawsze z Inżynierostwa, które u mnie na kolanach (a pochwalę się, wstaję już z kolan bez opierania się na meblach, brawo ja) szuka zagubionych przez Łobuzy cudów. Stoję zawsze i jojczę, że przyjechali po to, by sprawdzić, czy ogarniam kurze pod biurkiem, pod stołem, pod kaloryferem...

 Że next time uszykuję białe bawełniane rękawiczki.

Dla Inżynierowej ZAWSZE niosę szklankę do wody z komentarzem: wytarta, bo wiem, że ona, jak mój ojciec, lubi idealne. Z tym że ona ma zmywarkę, a ja mam uraz z dzieciństwa, kiedy mój ojciec wymagał, żeby szklanki i kieliszki były idealnie wytarte, te, które mu się nie podobały, bo jakaś plamka czy odcisk była, wracały do mycia. Dlatego u mnie wszystko ocieka po myciu, bez polerowania, bo tak :) 

Bo mogę. Bo to mój niechlujny dom.

Bo nie jestem idealna. Czasem obcieram, ale przeważnie nie. Mnie to rybka, to moje niechlujstwo i git majonez :) 

Więc nie, nie wiem, jak to się dalej potoczy.

Bo jutro zamykam na amen i na kłódkę gazetkę.

I aczkolwiek jestem fanką nowych rządów, pojęcia nie mam, czy padnę na ten zakazany mord, czy będę znów freelancerem o przyzwoitej porze, na razie (odpukać) jest idealnie.

Aczkolwiek po kolejnej wizycie w kolejnym markecie szlag mnie.

Rachunek znów na ponad 100 zł, aczkolwiek nie szalałam. No dobra, szalałam, badyle kupiłam, bo stare padły już.

Ale jak tak dalej pójdzie, będę zmuszona do zrezygnowania z badyli, czego chyba nie przeżyję.

A na razie łażę po kompiku, czego od dawna nie czyniłam, odkrywam cuda wianki i dojrzewam do wyrzucania wszystkiego.

A najchętniej wywaliłabym sama siebie poza nawias kwadratowy...

Ale jestem za wielkim tchórzem na to.

Koszmarny sen dziś nad samym ranem miałam, że urodziłam w taksówce  bezboleśnie jakieś dziecko, od razu gotowe do samodzielnego życia.

Nic, tylko się pochlastać, albo skoczyć z balkonu, ale za nisko mieszkam i mogę  przeżyć, lądując na wózku...

Olaboga...

 

 


środa, 21 sierpnia 2024

Przez

 te upały, Kochany Pamiętniczku, kwitłam 4 dni w domu jak ta leluja. Dobrze, że zapasy żarełka miałam, więc jakoś przeżyłam.

A dziś obudziłam się o 6.30, bo jak jebło, to jebło tak, że aż mnie obudziło. Taki fajny burz był, a ciemno jak w dupie u Murzyna. I nareszcie było czym oddychać. Ale balkon musiałam zamknąć, bo wciąż mam w pamięci, jak rabnęło na naszym pierwszym mieszkaniu, inna bajka, że za oknem mieliśmy malutki balkonik z windą towarową, którą spuszczano na dół jedzenie dla państwa, bo mieszkaliśmy w starej służbówce. Wszyscy zawsze mówili, że nie ma się co bać, bo i piorunochron jest, i wieża straży pożarnej rzut beretem, to tam rąbnie. Rąbnęło w naszą windę i poszło po ścianach tak, że dzwonek spadł :) 

Od tego czasu mam fobię. I do wanny też nie wejdę, bo wiem, jak idzie takie uderzenie po ścianach. Więc sobie z lekka nieświeża po gimnastyce (a jakże, brawo ja) posiedziałam, zanim burz sobie nie poszedł...

A muszę przyznać, że choć nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, tak fajnie jak pod nową miotłą nie pracowało mi się jeszcze nigdy. Gdyby nie ta jebana technika, na którą jednak będę kablować, byłoby całkiem całkiem - ani się nie umęczyłam, ani mi się mózg nie zlasował i żeby nie ona - skończyłabym pracę jak kodeks nakazuje - o 17. No, z 20-minutowym poślizgiem, ale to pikuś. I wtedy okazało się, że mają jeszcze jedną stronę, co mnie nagrzało na maksa i napisałam, że będę za jakieś pół godziny i poszłam do Lidla. No bo, kurwa, wszyscy zdążyli, nawet działy, gdzie pracuje jedna lub dwie osoby, a oni jak zawsze w tyle, a siedzi tam 5 chłopa i nie, nie mają najwięcej stron.

A idzie fajnie, bo nowa miotła nie przetrzymuje tekstów u siebie, nadzoruje pobieżnie i umie sobie zorganizować robotę. Wiadomo - kobieta :) 

Ale dość o pracy, bo ja o czymś innym chciałam.

Bo znów zaczęłam Mad Mena.

Oglądałam go kiedyś, spiraconego, z tłumaczeniami z napiprojektu bodaj, z przerwami jak to z serialami jest, gdy kręcą następny sezon. Bardzo mi się podobał, ale jak się okazuje - nie ogarnęłam jednak wszystkiego, pamiętam piąte przez dziesiąte, a i tłumaczenie na streamingu jest lepsze. Zatem cieszę się, że zaczęłam - mam zajęcie na dłużej. I nieustające refleksje, bo...


Tak, wiem, to nie jest PRL. Ale to są lata 60. Stroje, które mnie zawsze kręciły. Te suknie, na sztywnych haleczkach, rękawiczki, kapelusze. I u nas były już wtedy takie spódnice, na tych krochmalonych halkach, do dziś widzę jak ja, małolata zachwycam się druhną, która nosiła taką obcisłą bluzkę, spódnicę i szeroki, gumowy czarny pas. Sama lata całe później, jak już Pierworodny miał kilka lat, szedł do I Komunii, miałam na sobie taką suknię, z paczki z Reichu, na sztywnej halce, czarną, tylko kołnierz i makiety na rękawkach były białe i białe guziki. Tylko cycków nie miałam nigdy, za to talię po dwójce dzieci jak te aktorki :)
I zawsze - choć sama cenię sobie wygodę w ubiorze, podziwiałam tamte kobiety z tamtych lat, zresztą i Polki nie odstawały, bo i moja mama miała kilka kapeluszy, jej czółenka zamszowe wciąż mam w szafie, wiem, zboczeniec ze mnie, rękawiczki koronkowe, torebkę. Gdy otwieram tę torebkę, pachnie mamą, ale otwieram ją rzadko, zapach jest bowiem coraz słabszy...

Abstrahując zaś od mody, od wnętrz domów klasy średniej w Ameryce (jak bardzo te piekarniki piętrowe są takie, jak ma Inżynier w kuchni) - ja też nakrywałam jeszcze do stołu z taką gracją, obrusy, serwisy (wytłukły się w tej ciasnocie, resztki stoją w szafie i zagracają chałupę, nieużywane już od lat). Ale moje dzieci jeszcze jedzą jak ludzie, nie jak świnie, za to moje wnuki, chowane już bez obrusów, bo to problem z praniem, nie ma sił i czasu (a ma się teraz kurwa pralki, które wszystko same robią) jedzą gorzej niż prosięta w chlewie i zaprawdę, wstyd z nimi do knajpy iść. Inżyniera krew zalewa, a ja morda w kubeł, bo jak mówiłam, żeby nie pozwalać jeść łapami, że to BLW o kant dupy potłuc to mnie wyśmiewali, że nie można dziecka ograniczać. W rezultacie dzieci ani nie trzymają sztućców jak należy, uświniają się jedząc, a i grymaszą przy jedzeniu tak, że ojacierpiędolę.

No cóż. 

Od Pierworodnego może już tak nie świnią (dawno z nimi nie jadłam), ale za to grymaszą równie dobrze, a i sztućców trzymać nie umieją.

A ja, śmiejąc się, wspominam, jak musiałam jeść z książką na głowie, żeby się nie garbić...

I wcale mi to na złe nie wyszło.

I ta dyscyplina w stosunku do dzieci - animrumrały i szły spać, czy wykonywały polecenia. Chociaż kilkuletnia córka Dona Drapera robiąca rodzicom i gościom drinki to już mocne przegięcie. Jak i alkohol, lejący się tam cały dzień litrami, barki z alkoholem w gabinetach, ludzie wsiadający po całodziennym popijaniu drinków za kierownicę - wiem, to nie są polskie realia, ale i u nas za kołnierz nie wylewali.

Wiem coś o tym, bo miałam ojca alkoholika. I ja, kilkuletnia byłam wysyłana po niego do knajpy, gdy nie zjawiał się po przyjeździe pociągu w domu. Bo byłam, kurwa, córeczką tatusia. Wtedy mnie to może (?) nie bolało, bo wkraczałam do knajpy, gdzie za barem stała panna Krysia i szukałam taty. Ten na mój widok, w zależności od tego, ile już wypił był albo słodki i czuły, albo warczący. Słodki kupował mi tatara, lizaka, oranżadę, warczący darł się na mnie...

Brata mama nie posyłała, bo ojciec go nie lubił w knajpie. 

Więc kwestia alkoholizmu w tamtych czasach nie jest dla mnie niczym zaskakującym. Zdaje się, że w dalszych sezonach ktoś lądował na odwyku.

Zdrady. Małżeńskie, pozamałżeńskie, seks, seks, seks. Seksistowskie teksty facetów w pracy, dziewczyny, robiące ze swoich wdzięków sposób na życie (nie zaraz tam prostytutki, nie, utrzymanki, karierowiczki, kobiety niedopieszczone, żony gejów - a tak, wtedy tego było od metra, więc dzisiejsze LGBTQ jest wbrew pozorom o wiele uczciwsze), też do mnie przemawia. Mój ojciec był donżuanem i tak się czasami zastanawiam, ile z tego jego donżuaństwa było tak naprawdę tylko pozą, a ile razy mógł skakać w bok? Tego się już nie dowiem i może to lepiej. Zdawała sobie z tego sprawę moja mama, wklejająca do albumu zdjęcia jego wielbicielek. Niestety, byłam zbyt młoda i zbyt głupia, żeby z nią rozmawiać na ten temat zanim odeszła. Może to i dobrze, bo taką rozmową mogłabym ją głęboko poranić, a mnie w sumie taka wiedza do szczęścia ani nie była, ani nie jest potrzebna.

No i wreszcie papierosy. Jeżu kolczasty, jako byłej palaczce ten film mi po prostu śmierdzi.
I te kobiety w ciąży, palące (nie rzucam kamieniem, sama paliłam, jak się dziś tłumaczę tylko 5 papierosów dziennie, alkoholu nie tykałam, nie kręcił mnie jeszcze wtedy, nie piłam po studiach przez 25 lat w ogóle, bo nie), pijące - olaboga. Dziw, że dzieci się mimo wszystko zdrowe rodziły :)

Co nie zmienia faktu, że fizycznie czuję ten smród. Jak można spać w sypialni z nieopróżnionymi popielniczkami? Paliłam i ja, i Eks, ale niedopałki zawsze były posprzątane wieczorem, mieszkanie wietrzone. W pracy u mnie też wszyscy palili. Moja szefowa z pierwszej pracy, gdy ją spotkałam po latach, wciąż paliła przez lufkę Sporty :) Ja sama rzuciłam palenie 1 czerwca 1992 (tak, pamiętam datę, bo to był prezent wyproszony przez dzieci na Dzień Dziecka, prawda, że mam kochające dzieci?). A paliłam 3 paczki dziennie, wstawałam, szłam do kuchni, nawet kawy nie wypiłam, a już kopciłam. I tego 1 czerwca położyłam na ławie paczkę Marsów, napoczętą i do dziś nie zapaliłam. Ale miałam w szafie schowaną głęboko sztangę Marsów - usunęłam ją po 10 latach. I gdy już myślałam, że umrę, bo i gorączkę miałam, i rzygałam, i mną trzęsło, co lekarka skwitowała: jest pani zwykłą narkomanką, to mówiłam sobie, że mam tę sztangę. Udało się. 

A jak mnie wtedy cholera rzucała o byle gówno, to się uśmiechali i mówili: wytrzymamy, mama rzuca palenie. 

Kochane dzieci, nie wiem dziś, ile lat mi darowali, ale na pewno dużo.

Eks został wyeksmitowany na korytarz i na balkon, nie miał nic do gadania. 

A gdy teściowa wleciała z wizytą i spaliła całą paczkę ćmików, tom do późna w nocy prała wszystko, łącznie z zasłonami i firankami, bo spać nie mogłam od smrodu :) 

A na Reymonta kiedyś zlazłam na podwórko, bo już sił nie miałam od zapierdalu, do palaczy dołączyłam, na co Boss, wychodzący z pracy stanął zaszokowany i mówi: pani nie pracuje? A ja na to: mam przerwę na papierosa. Hehehehehe, jego mina bezcenna.

A paliłam już w liceum. Ale... Nie pojechałam w II klasie na wycieczkę, bo musiałam bratem się opiekować. Całą klasę wychowawca przyłapał na paleniu. Mnie nie, no bo mnie tam nie było :P Na balu maturalnym zapalam papieroska, bo już można, a profesor zaszokowany: ty palisz, P., a ja byłem przez te 3 lata przekonany, że ty jako jedyna z naszej klasy nie palisz :) 

A tu ja, rok 1977, akademik Hanka. W tych samych butach pójdę do ślubu w 1979 roku :)



Taka byłam nędza z bidą :) 

I wspomnienie sylwestra w UK w pubie, po którym biłam się z chłopcami o miejsce pod prysznicem, żeby z siebie smród papierosów. Następny i kolejne sylwestry tam były już luksusowe, bo był w nich zakaz palenia :) 

To tle w temacie palenia. W Mad men jeszcze kwestia reklam papierosów, ale że to agencja reklamowa, to już inna bajka :) 

I ostatnia (na razie) dręcząca mnie kwestia z tamtych lat: pozycja kobiety. Aktualna do dziś, bo do dziś kobiety są gorzej opłacane w pracy.

Ale tamte kobiety, z lat 60. - dosłownie kury domowe. Kinder, Kuche, Kirche. Nawet te pracujące, po studiach, nastawione na wyjście za mąż, na bycie KKK, a potem duszące się w tej atmosferze, lądujące na kanapce u psychiatry. 

I te próbujące znaleźć należne im miejsce w tym męskim, seksistowskim społeczeństwie.

Ja zawsze miałam z tylu głowy słowa mamy, że mam się uczyć, żeby nigdy nie być zależna od mężczyzny. Żeby mieć swoją kasę. Swoje życie.

Ona też była wykształcona. Jak na owe czasy bardzo: miała dużą maturę i była cenioną nauczycielką. Dlaczego wyszła za mojego ojca, młodszego od niej o 8 lat, z wykształceniem zawodowym, lekkoducha i bawidamka - nie wiem. Wiem, że nie paliła się do tego małżeństwa. W ciąży  nie była - obliczałam to skrupulatnie - ślub był 1 kwietnia 1953 roku, a ja urodziłam się 4 grudnia rok później ;) 

Ale... tak mi wbijała do głowy i zawsze miałam swoją kasę. Nawet gdy mieliśmy wspólne konto, na które wpływała renta Eksa (nie pracował oficjalnie, brał kasę do ręki, ale ja jej na oczy nie widziałam, zawsze roztrwonił nie wiadomo na co), kasą rządziłam ja. I nie, że on bez grosza chodził :)

Ten aspekt akurat rozumiem, pomijam, bo nie wiem, co to znaczy być zależną od mężczyzny i jego zarobków. 

Jednak mama mnie dobrze uczyła :)

Więc jak ktoś chce mieć zapełnione długie zimowe wieczory, powspominać minione lata, chociaż nieodniesione do naszej tamtej socjalistycznej rzeczywistości, ale jakoś tak się z młodością plotące, to polecam Mad mena.

Bo ja te siedem sezonów ogarnę, warto. 

Chociaż amerykańska rzeczywistość jest tak daleka od naszej.

Ale jednak w jakiś dziwny sposób - przynajmniej dla mnie - miesza się.

Co dowodzi, jak bardzo krzywo mam pod kapturkiem.

Trudno, tego żaden walec nie wyrówna.


A ceny w sklepach są coraz bardziej porażające.



piątek, 16 sierpnia 2024

O jeżu

 kolczasty, jaka jestem szczęśliwa, Kochany Pamiętniczku :)

Cztery dni wolnego, nie w kij dmuchał.

Wczoraj był taki upał, że o mało nie zeszłam, a zastanawiałam się, czy ma gorączkę, kovida jakiegoś, czy inna franca, a to po prostu gorąc i nic innego.

Po północy poddałam się, kordłę wywaliłam, wyciągnęłam poszewkę na kordełkę i tak dotrwałam do rana, raz po raz budząc się...

Jakbym wujka pytała, to mam wszystkie objawy wszystkich chorób wieku starczego. Spasowałam, nie bronię się już przed nazywaniem mnie seniorem, jak jeszcze niedawno.

Parę lat temu czytałam o eksperymencie, że założono młodym coś a la kamizelki kuloodporne z ołowiu, żeby im uświadomić, co to jest starość. Śmiałam się, teraz już się z tego nie śmieję. Są takie dni, że czuję się jak  takiej kamizelce.

Ale...

Wstając dziś z wyrka, kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i... 

Rozłożyłam karimatę.

Lekko nie było, nie ukrywam, zapachy też jak na siłowni, no ale mieszkam sama, kąpię się rano, więc co mi tam :)

I bravo, bravo, bravissimo - wstałam z podłogi prawie samodzielnie, opierając się tylko na jednej nodze, bez łapania krawędzi mebli :) 

A jeszcze niedawno mówiłam wnukom, że nie ma takiego dźwigu, który podniósłby mnie z podłogi. Więc babcia nie siada na podłodze...

I wciąż mam przed oczyma obraz, gdy siedzę na podłodze (jeszcze jako panna, nie członek rodziny, którym i tak mimo wysiłków nigdy nie zostałam) z T., kuzynem Pierworodnego, którego nikt nie potrafił zabawić, a mnie się to udawało... No ale ważyłam wtedy 45 kilo :P 

Nie wrócę do tej wagi, bo to znaczyłoby, że pora się do urenki zwijać.

Nie chodzi mi nawet o zrzucenie kilogramów, jest jak jest, ale chcę odzyskać sprawność.

O kciuki upraszam, żeby się udało :) 

Mam kijki, ale przy tych temperaturach i przy moim trybie życia, niechęci do wychodzenia z domu, łatwiej mi oswoić karimatę.

Chciałabym ją dodać do porannych rytuałów.

Na Manhattan poleciałam już tylko z zadyszką, bez bólu w kościach. A i ciężki wózeczek, wyładowany po brzegi, bo... Samych pomidorków 4 kilo (się przetwarza), ziemniaków kilo, takoż borówek, nie licząc innych cudów, no i... pięciu słoneczników, a co, badyle w domu muszą być, swoje ważyło :P Dowlokłam, nie padając, a z rozpaczą patrzyłam na drzewa, które już są jesienne, lecą z nich liście, albowiem w mojej wiosce nie pamiętam, kiedy padało. Tak, jest susza, katastrofalna susza, wbrew temu, że zalewa nas woda.

Wielkopolska stepowieje i nawet wczorajsze zapowiadane burze, z alarmami RCB nie dotarły tu.

Zresztą, gdyby tak lunęło, jak zapowiadali, znów na FB byłyby fotki wodospadu na schodach galerii, ale... Ziemia, sucha i skamieniała, nie wchłonęłaby tej wody.

Mam nadzieję, że dzisiejszą noc uda mi się lepiej przespać. Poszewkę wyprałam, dociążyła pralkę, a wyschło wszystko błyskawicznie na pieprz :)

Obiadu nie gotowałam, zadowoliłam się sushi z Biedronki (znaczy się ze sklepu, nie przerabiam biedronek na sushi). Nawet zmywać nie musiałam :D  

Na moje nieszczęście kupiłam na Manhattanie kilo borówek i zamiast kazać sobie je zważyć z leżących luzem, wzięłam takie w plastikowym pojemniku... Kurwa. Dopiero w domu zauważyłam, że sok puszczają, choć brałam leżące z tyłu, gdzie słońce nie docierało...

Ale wpadłam na genialny pomysł... Wszak miałam na piecu jeszcze nie do końca wypowidlone powidła. Więc... Wrzuciłam do nich rzeczone borówki, dodałam troszkę cukru trzcinowego (wiem, takie same świństwo, jak buraczany), cukier WANILIOWY (nie waniLInowy, bo to różnica) z prawdziwą wanilią (kłania się chomikowanie), dwie łyżki miodu, chyba nostrzykowego, mam tyle odmian, że nie pomnę już na co która - i tadam, jeszcze dzień smażenia i jak Alienek tego nie zje, to zabiję (no, może nie, bez przesadyzmu, zeżrę sama). Cut, mjut i ożeszki laskowe mi wyszły z tego.

Czeka mnie jeszcze przelewanie tego do słoików, ale luz.

Nie było dziś dnia gospodarczego, bo nie, może i nie wszędzie kurze są starte i daleko mi do PPD, ale kiedyś trzeba zacząć żyć, co nie?

Dobrze, że gaz mam wciąż na ryczałt, za te niecałe 13 zyla miesięcznie, więc mogę się dogrzewać do woli, smażąc te jebane pomidorki, które wcale tak szybko odparować nie chcą :)

Jako że w środę ogarnęłam to na widoku, resztę dziś olałam.

Kiedyś muszę zluzować, nie mogę być wciąż na baczność.

W ramach luzowania wpadłam na stronie spółdzielni w pyskówkę.

To dziwne, ale dopiero teraz, po 38 latach, zaczynam ogarniać bezmiar przewałów.

Właśnie dzięki netowi - dzięki stronie spółdzielni i dzięki stronie osiedlowej.

Tak, moja spółdzielnia to niezłe kurestwo.

Mieliśmy przydział na mieszkanie na os. Łokietka, na parterze, po kimś, jako mieszkanie zastępcze.

Dla mnie parter nigdy nie wchodził w grę,więc powiedziałam, że nie, że nie wyniosę się z 16 m kw. na strychu...

Lokatorzy teściowej, zajmujący 150 m kw. za śmieszne grosze nie chcieli też tego mieszkania.

Eks miał kolegę ze studiów.

Kolega miał brata w spółdzielniach.

Ktoś nie chciał mieszkania na moim obecnym osiedlu.

Bo to była końcówka rurociągu i ludzie zamarzali w mieszkaniach :)

Więc zamieniliśmy się.

Ja na zamarzanie (i faktycznie, w pierwszym roku zamarzaliśmy, spaliśmy w swetrach, dzieci wciąż chorowały, a ja miałam zapalenie płuc, mimo spania w sukience z wełny i w swetrze). O seksie oczywiście mowy nie było :), ten gość na Piątkowo :)

Ironia losu: moja pierwsza praca po przejściu na rentę, gdy się zbuntowałam,  była właśnie na Piątkowie, na osiedlu, na którym nie chciałam mieszkać na parterze (taka fobia, miałabym wrażenie, że w nocy ktoś się włamie, nie umiałabym tam spać przy otwartym balkonie, całe życie mieszkam wyżej). Druga moja redakcja (pierwszą po przeprowadzkach zlikwidowano, hasło: Świtalski - poznaniacy starsi kojarzą), ta z Auschwitz, to też ironia losu, była w miejscu pierwszej :) 

I tak zamieszkałam tu, gdzie dziś, po sławetnym zatrzaśnięciu się w windzie, dowiedziałam się ze strony spółdzielni, a w zasadzie pana pretendującego na stanowisko wiceprezesa, po długiej, aczkolwiek mało merytorycznej dyskusji, że: 

uratuje mnie z windy, jak się dodzwonię do niego (nie każdy bohater nosi pelerynę).

Mimo tego, że pisałam, że nie dzwonię, bo słuch (czytanie ze zrozumieniem się kłania).

Tuwima mi zacytował, że:
Próżnoś repliki się spodziewał. Nie dam ci prztyczka ani klapsa. Nie powiem nawet pies cię jebał, bo to mezalians byłby dla psa.

Zaś moje Gałczyńskiego: 
Życie jest zawsze takie, że jest się w nim, moje złoto, albo zimnym łajdakiem, albo natchnionym idiotą.

Zniknęło jak sen złoty, zaś pan p.o. wiceprezesa (jak miło widzieć poprawny zapis), zaproponował mi, KURWA, że uwolni mnie z windy, jak do niego napiszę.

Batman się, sklonowany z Supermenem znalazł...

A co ze staruchami, które w marketach podsuwają mi metki, bo JA MAM okulary, a oni swoich nie zabrali, nie widzą, co kupują... 

Pomagam, bo żeby przeczytać najdrobniejszy druk wszędzie zdejmuję okulary.


I tak się to życie codzienne, KURWA, kręci.

A Łobuzy pojechały do fotografa, bo rodzice planowali zagraniczne uciechy, ale w porę spostrzegli, nie tak, jak Pierworodny, który chciał z UK przelecieć do PL z MW na nieważnym paszporcie, że dokumenty są nieważne.

Na zdjęciach, na których normalny człowiek wygląda jak na listach gończych, moje wnuki wyglądają (jak dla mnie, ale nie jestem bezkrytyczna) - olśniewająco.

Jak dobrze ułożone dzieci...

Życie jest zaskakujące.
Jak zepsuty motocykl :)






środa, 14 sierpnia 2024

Jednak

 nowa miotła dobrze zamiata, Kochany Pamiętniczku.

Nigdy nie dostawałam urlopu na długi weekend, albowiem nie, bo nie, bo ludzie pracują. I kończyło się tym, że siedziałam jak głupia przed kompem, bo ludzie brali wolne.

Nie byłam nigdy taka cwana,  żeby brać wtedy urlop na żądanie. A tu napisałam do nowej Naczelnej, że jest tak a tak, a ona wie, że nawet jak coś dojdzie w piątek, to ja to nadgonię. Poprosiła tylko o raport, ile zeszło do środy i urlop podpisała.

A ja czuję się jak ten kundel z łańcucha spuszczony. I nie, nie mam żadnych planów, ale sam fakt, że nie muszę rano kombinować, jak się wyrobić z zakupami, że wszystko mogę, nic nie muszę, mogę leżeć na dupie, albo do góry dupą - jest zaiste fantastyczny :) 

Poniedziałek i wtorek przeleciał mi przez palce, bo maszynki tym razem się nie starały, a rodzona gazeta też baluje.

Maszynki miały być zamknięte dziś, więc z lekka wkurw miałam, ale że i zapasy mikre, tom się bladym świtem zerwała z łoża i pogimnastykowałam się.

Hahahaha, to bardzo szerokie pojęcie - pogimnastykowałam się, ale od trzech dni zwlekam zwłoki i na karimacie kilka minut wywijam. Niby nic, bo nie trzymam się niczego, wyginam ciało śmiało, ale bez przesadyzmu, wszak mam wieki niećwiczenia, a i wagę swoją mam, plus nadciśnienie, więc żadna tam joga, ale... Cztery dni siedziałam na dupie, ruszając się tylko do kibelka, do kuchni i do drukarki, więc wybierałam się w trasę z obawą, bo zazwyczaj w połowie drogi biodra mnie tak napierdalają, że zastanawiam się, czy iść dalej, czy wracać. A dziś szłam i szłam i nic mnie nie bolało. Zatem warto, choć z boku wyglądam prześmiesznie ćwicząc, ale nie od razu Rzym zbudowano :) 

Ale najpierw przeżyłam horror. Winda stała na piętrze, więc wsiadłam do niej, naciskam guzik i nic, nie jedzie. Dobra, wysiądę, ściągnę drugą. A wała... Drzwi się nie otwierają! Mamy wiekowe windy, tak stare jak chałupa, liczą bez mała 38 lat. A ja mam klaustrofobię i to zaawansowaną. W dzieciństwie musiałam chodzić po warzywa i węgiel do piwnicy, a piwnica miała tak niskie sklepienie, że nawet ja, mająca 160 na gazecie i w kapeluszu musiałam się zginać tam. Nie mówiąc o myszach tam pomykających... Krew uderzyła mi do mózgu, panika, piszę do I., choć co on biedny mógłby, nie ma zasięgu, zupełnie zapomniałam, że na tabliczce jest nr do pogotowia, ale zasięgu nie ma, wdech, wydech, duszę wszystkie możliwe guziki, wdech, wydech, nic, walę z całej siły pięściami w drzwi (mam zdrowo poobijane), nikt nie reaguje, hałasy w naszym blokowisku to chleb powszechni, czuję, że za chwilę zemdleję, gdy wtem, drzwi drgają, więc pcham i tadam... Wyszłam. 

Kurwa.

Pojechałam małą windą, schodami jeszcze bardziej boję się chodzić, tam czasem siedzą różne dziwne typy, można w kupę wdepnąć, inne takie tam... Cóż, życie na blokowisku. 

Po powrocie z Manhattanu piszę emilka do spółdzielni, ale cisza w eterze. Nawet nie wychodziłam sprawdzić, czy naprawili windę. Jak wróciłam z Manhattanu wciąż stała na moim piętrze.

Mamy na FB osiedlową grupę i tam dopiero toczą się wewnątrzspółdzielcze wojenki z zarządem, jako że u na sto cuda wianki od lat. Na nic nie ma kasy, zwalają na niegospodarność poprzedniego zarządu. Ale... Na murach mamy reklamy. Już wojowałam kiedyś z nimi, bo lampy były tak ustawione (takie kurewsko mocne ledy), że świeciły prosto w moje okna, dzięki czemu mogłam czytać za darmo, no ale w nocy to ja wolę mieć ciemno. A świecą tak, że przeświecają przez rolety, a nie mam najmniejszego zamiaru zakładać żaluzji - szkoda mi na to kasy. Spółdzielnia łaskawie podała namiary na reklamodawcę, ale reklamować musiałam sama. Telefonicznie, a jakże, kurwa mać. Załatwił Inżynier, czasami dobrze mieć dziecko, co nie?

Ostatnio przed wyborami do PE wisiał tam jakiś pisior czy konfederata, już nie pomnę. Wybory się skończyły, gnoja ściągnęli następnego dnia, chodzę tamtędy czasami (samej ściany z mieszkania nie widzę), od dłuższego czasu reklamy nie ma, a lampy jak napierdalały, tak napierdalają.

Więc sobie uskuteczniłam notkę na grupie z pytaniem, kto płaci za oświetlanie nagiej ściany? Ktoś się skarżył, że chodząc z psem musi sobie świecić latarką, bo całe połacie osiedlowych alejek są czarne jak w dupie u Murzyna. A gołe ściany widać na kilometr :) Było parę komentarzy, ale od spółdzielni nic.

A dziś o 4, gdy kur zapiał, lecę ci ja do kibelka i drogi nie widzę. Ki diabeł? Wpadam do kuchni (tam nie spuszczam rolet, bo nie lubię ciemnej ciemności) i co ja paczę? Lampy na bloku nie świecą.

Oczywiście, nie omieszkałam wrzucić kija w mrowisko i napisać o tym na grupie. Okazuje się, że jak jest reklama, to za prąd płaci zleceniodawca, jak jej nie ma, to kto płaci? Oczywiście, że my, spółdzielcy.  No i była jazda, aja osiedlowy prześmiewca i szyderca dostałam plusiki. Bo ludzie to ze sobą gadają po cichu, ale głośno nikt nie powie, że ma źle. Ja zaś, po tylu latach znam niewielu ludzi na osiedlu, nigdy nie wdawałam się w pogawędki z nieznajomymi, zawsze z daleka od osiedlowych pierdół. Zarząd mieliśmy taki, że jak trzeba było coś u nich załatwić, to losowaliśmy, kto ma iść. Brazylijską telenowelę mogłabym na ten temat napisać :) 

Ale wracając do naszych baranów. 

Na Manhattanie załamałam się, złamałam wszystkie przyrzeczenia dane sobie i do chałupki przywlokłam


no nie oparłam się, przecudnej urody dalie... Wiem, szybko padają, ale co się nimi nacieszę, to moje.

I o ja głupia cipa


taki matkoboskozielny bukiecik, bo tak. To, że jestem ateistką, nie zmienia faktu, że z tyłu łba mam wciąż wryty ten bukiet. A że nie miałam czasu latać po opłotkach po chwasty, zaszalałam za całe 5 zł polskich :) Z tym, że nie będę tego święcić i nie będę miała wyrzutów sumienia, że wywalam. Kiedyś miałam obiekcje, zanim dorosłam.

Ale to moja młodość, gdy jeszcze głęboko wierzyłam, gdy ten dzień był dla mnie ważny.

Teraz też jest ważny, ale dlatego że jest wolny :) Starzeję się i każdy darowany wolny dzień jest piękny :) 

I wciąż widzę nasze dożynki na wsi... Wieńce, będące podziękowaniem za plony, za to, że będzie co jeść, w sumie i Słowianie takie święta mieli, więc jest to wpisane w tok życia i nic w tym złego nie ma :) 

No to i ja dziękuję ci, życie, że wciąż mam co jeść...

I przeklinam Manhattan, bo...


uległam.

Między maszynkami a gazetką ogarnęłam i po południu miałam



 i cały długi weekend na dopieszczanie :) A co...

To mnie uspokaja lepiej niż dragi :P 

A na korytarzu był

znów ten gość (mamy liczniki na korytarzu)...

Więc niedługo, nie po weekendzie dostanę rachunek. Ciekawe, ile teraz zapłacę.

Nie obejmują mnie żadne dopłaty ani bony, bo a jakże - jestem przeraźliwie bogata. Jak na jednoosobowe gospodarstwo mam za wysoki dochód i nikogo nie obchodzi, że to niczyja łaska, ale moja ciężka praca.

Dupa klepnął tę wdowią rentę, jestem ciekawa czy na coś z tego się załapię, bo przepisów zrozumieć nie umiem. Ja, której płacą za czytanie ze zrozumieniem. W świetle prawa byłam żoną Eksa do końca, inna bajka, że nawet nie pytałam, jaką miał emeryturę, bo z góry wiedziałam, że najniższą krajową, więc nawet nie miałam się na co zamieniać wg starych przepisów. Wciąż nie wiem, czy to będzie działało wstecz (znaczy się, jeśli małżon zmarł przed wejściem w życie tych przepisów). Ale nie pogardzę nawet kilkoma groszami z jego emerytury - alimentów nie powąchałam ani złotówki, a i dzieci zostały przez rodzinę wyrolowane aż miło.

Nieważne. 

Chaupkę sobie z leksza ogarnęłam, zostawiając jednak na piątek dzień gospodarczy. Lubię, gdy w piątek wszystko mogę, nic nie muszę, snuję już niecne plany na dokupienie i dupomirków, i śliwek...

A i o Alienku z czułością myślę, bo skunks czyta tak szybko, jak ja. Synowa wypożyczyła mu 8 (sic!) książek jakiejś szwedzkiej historii (Szwedzi potrafią w klocki dla dzieci), wciągnął na luzie 1,5 tomu w jednej chwili. I nawet na wieczorną pokąpielową bajkę musieli go wołać, bo książka go tak wciągnęła.

Moje geny, no dobra, Synowa dołożyła, bo ona też z tych czytających. I. nieszczególnie, miał inne priorytety, uraz do lektur szkolnych, ale jest mądry. Pierworodnemu do dziś czytanie nie przeszło. Wydaje, jak i ja kiedyś - majątek na książki. I czyta opasłe tomiszcza po angielsku. 

Czyli - jest cudnie :) 

A ja, no cóż, stoczyłam się. Czytam szybko, ale że muszę czytać niekoniecznie to, co mnie interesuje (a moja obecna dziedzina interesuje mnie mniej niż średnio), ze zrozumieniem, widząc błędy - bez bicia przyznaję, że nie czytam już, chociaż z przykrością stwierdzam, że bardzo mało książek pamiętam, poza kilkoma ulubionymi.

No cóż, może na emeryturze się odchamię znów.

A teraz męczę Law & Order.

Bo tak :) 

Bo mogę :)



piątek, 9 sierpnia 2024

Przyszedł

 w niedzielę na obiad, a jakże, Kochany Pamiętniczku :)

Jakbym Eksa widziała, bo mało, że skóra z niego zdjęta, to i jak jego ojciec, bez kobiecej ręki kupa nieszczęścia. No ale on zawsze kupa, bo kobieca ręka tam u nich jest... hmmm... słaba.

Mniejsza z większym, do głosu dojść nie dałam, przelało się.

Zaatakowałam już zaraz po wejściu, wywalając do łazienki i każąc umyć łapki, jak niedorostkowi. 

Posłuchał. Umył. 

A ze mnie się wylało wszystko nagromadzone przez lata trzymania mordy na kłódkę.

I pakując żarełko na talerz, a pachniał bosko, bo i też te mielone z wołowiny (zrazowej, żeby nie było, zmielonej na moich oczach u rzeźnika,  nie z żadnych tam skrawków i ochłapów) wyszły mi przesmaczne, jak nigdy, a i nie rozwalały się, jak to mają w zwyczaju moje mielone :)

I fasolka była, szabelek, a jakże, z bułeczką smażoną na masełku.

Wciąż widzę zachwyt w oczach Eksa, gdy mówił matce: bo wie mama, ona ta cyk i cyk, i całe kilo fasolki obrane, a wtedy była taka fasolka, że miała łyko...

Na jego ale mamo, ale mamo, kazałam - nauczona przez Alienka i jego występ - zamknąć mordę.

I wyplułam, że wiem, że okłamują mnie od lat, że synowa pracuje w Żabce, że nie mówią mi prawdy ani o zdrowiu dzieci, ani o ich edukacji, ani o wielu innych sprawach. Że nie jestem ich wrogiem, co od dawna podkreślam, że boli mnie, że Synowa w cztery oczy mówi co innego, a potem dupa. Sprawdza się, była z rodzicami i dziećmi nad morzem - i super, a nie dostałam ani jednej fotki. Od Inżynierostwa z ich wypadów i z codziennych spraw dostaję. Że nie znam własnych wnuków, bo nie znam. Że  nie oceniam, nie krytykuję, ale żeby zrozumieć, muszę wiedzieć, co jest grane. Bo wiem, że dziadek nie akceptuje MW, sama się buntowałam, dopóki nie poznałam (nie od nich, okrężną drogą), diagnozy, nie obczaiłam (dziękuję wujku Google) i staram się ogarnąć, choć to nie jest łatwe.

Niby się dogadaliśmy jak czekista z czekistą, ale nie sądzę, że do końca.

Tyle że dowiedziałam się, że to, co mówiła synowa, że będą razem pracować,  to nie fake news.

Ale też, mimo mówienia, że wystarczy jedno zdanie na MSG, cicho, sza. Może tak, może nie, a chujwiecojestgrane :) 

Mniejsza z większym, nieważne, wykorzystałam go do naprawy kibelka, w którym w spłuczce coś jebło, a którą to część kupiłam w OBI. 

Miał zamontować I., ale to P. jest talentem od hydrauliki w tym domu. I. musiałby zaś jechać 70 km, by to ogarnąć, więc dlaczego nie?

W końcu w wychowanie ich obu wpakowałam dwa mercedesy.

I żeby nie było niedopowiedzeń, wyplułam, że kładę lachę na kasie, którą pożyczył na tę nieszczęsną sprawę z telefonem MW.

Usprawiedliwiał się, ale zgasiłam, że wiem, że nie pojechał z nimi nad morze, bo we wrześniu za dwa tygodnie urlopu dostanie 2000 zł, z których chce mi to oddać. Umiem łączyć kropki, a to powiedziała mi jego teściowa. 

A MW nadal ma telefon na abonament... 

Więcej nie pomogę.

Zatem niby wszystko fifty-fifty, dostał jeszcze taki pojemniczek z mięsem z rosołu dla Wafla, a jakże, zdjęcie przysłał, że przegubowiec szczęśliwy. 

Miał wpaść po 18, a wpadł w samo południe. Bo wziął urlop. No problem, nakarmiłam znów, bo knajpka u mamusi zawsze na baczność, a obiecałam, że wieczorkiem nakarmię. Namęczył się, ale w kibelku już OK. Chciał odkupywać pojemnik od mięska, bo Waflowi tak smakowało, że pojemnik pogryzł. Wyśmiałam :) Dobrze, że sierściuchowi nie zaszkodził plastik.

Nie, nie płaciłam tym razem za robociznę i za poświęcony czas - bez przesadyzmu. Nie zrobiłoby mi to różnicy, gdyby wleciał wieczorem, tak jak się umawialiśmy. No i te 1200 zł to też przecież piechotą nie chodzi, co nie?

Nie zbiedniałam, ale odkładam na czarną godzinę, gdy już nie będę miała siły pracować.

Nie chcę być dla nikogo ciężarem.

Bo wiem, że będę w razie W ciężarem dla I.

I obym miała wtedy siły, by sama odejść.

Amen.

Ale wracając do naszych baranów, jest cudnie.

Pracowo rękawów nie wyrywałam, będzie wyrywanie w następnym tygodniu, zanim nie zamknę maszynek.

Co z długim weekendem - na razie wszystko jest milczeniem.

A codzienność jest OK, zwłaszcza że nie denerwuję się już Bossem. W sumie nade mną nie ma władzy bezpośredniej, podlegam pani M., nie jemu.

Jak wygląda sytuacja w mateczniku - nie mam pojęcia, nie pytam.

Jak mówi ruskie przysłowie: tisze jediesz, dalszie budiesz.

Poczekam aż się rozkręci.

Z ZUS dostałam  (sacré bleu, błyskawicznie) rozliczenie, emerytura wzrosła mi o 44 złote. Za cały rok pracy i niezłe zarobki, miałam kilka zleceń, gdzie kwota przekraczała znacznie średnie w PL. A przypominam, że pracuję na pól etatu. Mniejsza z większym, podwyżkę wypłacą mi we wrześniu (sic!) chujwiedlaczego, wyrównaniem, ale oczywiście bez odsetek :) I wzrósł mi podatek od emerytury, składka zdrowotna, tego mi nie napisali, ale jeszcze mi obetną czternastkę.

Życie.

A w tym tygodniu coś mnie gryzło. I nie, nie było to sumienie, bo mam czyste. Fizycznie mnie gryzło. W zeszłym tygodniu ujadło mnie w nogę, a bolało o w tym. W tym ujadło mnie, mimo że balkon mam obsadzony komarzycami i od wieków nie widziano u mnie komara, znów coś. I nie, nie był to ani komar, ani pająk. Ugryzienie i na nodze, i na ręce (dwa razy) wyglądało tak, jakby miniaturowa żmija wpiła mi się w ciało. A NIC nie czułam. Na nodze przecierpiałam, ale to na ręce - nie. Nie spałam w nocy, bo drapałam się do krwi, skończyło się na ropnym bąblu. W aptece dostałam hydrokortyzon, ale słabą dawkę, bez recepty. Pomagało jak umarłemu kadzidło... Zabiłam na monitorze coś, co wyglądało jak miniaturowy giez koński - rozdrapane rany goją się, już nie lecę w Kosmos. I nic mnie nie żre :P

Ale patrząc na stan mojego konta i na to, jak niewiele udaje mi się zaoszczędzić mimo ascetycznego trybu życia...

Żre mnie niepewność jutra :)



sobota, 3 sierpnia 2024

Napisałam się

Kochany Pamiętniczku, coś kliknęłam nie tak i poszło w Kosmos.

No więc, to był ciężki dzień.

Karmiąc Łobuzy pomidorówką, dowiedziałam się, że jestem przeterminowana.

Drążenie tematu nie dało żadnych efektów, rodzice odbierający Armagedona i Apokalipsę (sami się tak w trakcie konsumpcji pomidorowej przedstawiali, wiedzą, co jest grane) też nie kojarzyli.

Po tekście od Alienka, upomnianego za jedzenie jak prosię: bo cię trzasnę w mordę - zamurowało mnie. Oczywiście, naskarżyłam rodzicom, bo znając ich, goniących mnie za każde brzydkie słowo, które lubię, wiem, że nie od nich ten tekst zapożyczył. Wypierał się, potem zwalał winę na kolegę z przedszkola, ale że Kalafiorkówna potwierdziła, że się nie przesłyszałam, będą konsekwencje.

Wciągnęli po dwa talerze, po pół jabłka, sukces, bo Alienek nie tyka owoców.

Po batoniku Prince Polo i po dwa makaroniki.

Przerażona dawką cukru, mimo upału poszłam z nimi w siną dal. 

Na plac zabaw.

Ale że portfela nie zabrałam w tym rozgardiaszu, tośmy po naradzie po kasę do domu wrócili.

W Bezie Krówce, choć protestowali, dostali lody w kubeczku z waflem gratis (taka polityka UE). 

W sumie nawet do końca nie zjedli, przerosło ich to, nawet Alienka.

Dzięki nim wyrobiłam z hakiem kroki.

Po powrocie do domu byli... głodni.

Wtranżolili po talerzu pomidorówki i...

Kalafiorkówna, dziewczę wątłe i mikre, zjadła TRZY skibki chleba z samym masłem, albowiem nie sądziłam, że będę miała ich na kolacji i miałam w lodówce tylko ser pleśniowy, szynka prosciutto jej nie pasowała.

Alienek zażyczył sobie miodu, ale nie dostał, za co dostałam poparcie jego ojca, jako że miał dość słodyczy na dziś...

Więc wsuwał chleb z masłem, biedak, z samym masłem...

Trzy skibki, nie żebym im żałowała :P

Doczekałam powrotu stwórców...

Raport zdałam.

Arbuza, o który marudziła K., a perspektywa sprzątania po którym mnie przerastała, zapakowałam im :P Na zdrowie :)

Komputer po Pierworodnym im wmeliłam, cały, chociaż ponoć chodziło li i jedynie o jakąś kartę graficzną...

Zostały u mnie jeszcze dwa komputery, w tym NASZ PIERWSZY :P

Alienek chce ubiorek dla chomiczka, albowiem TO coś  Kalafiorkówny ubrałam :) 


Znaczy się, lemura, na którego nic nie pasowało :) Może ma jeden rękawek za długi, ale się podwinie i git majonez...

A jutro wpadnie do mnie Pierworodny, kopnięty w dupę, jak się wydało, przez brata.

Taki zwyczajny dzień, a tyle się działo, zwłaszcza że na osiedlowej grupie też w międzyczasie narozrabiałam.

No cóż, życie na petardzie nie jest łatwe :)

piątek, 2 sierpnia 2024

Bezpracowy

 (teoretycznie, coś tam wpadło) tydzień minął mi błyskawicznie, Kochany Pamiętniczku i prawdę mówiąc, zaczynam trochę tęsknić za pracką :) Wiem, wiem, wielka zboczucha ze mnie, ale w takie upały lepiej czuję się, ogarniając pracową kuwetę, niż leniąc się i nie wychodząc z domu z powodu, że za gorąco :) 

Jeszcze wczoraj myślałam, że tym razem już naprawdę zdechnę, ale dziś wróciła mi chęć do życia. Deszczyk pada, w mieszkaniu 24 stopnie przy 56% wilgotności - żyć, nie umierać.

Zakupy ogarnięte, już na inwazję Łobuzów rosołek i inne pyszności gotowe, mam nadzieję, że po latach będą mieli fajne wspomnienia o mnie, jak i ja mam o mojej babci - ta nie mogła mnie rozpieszczać smakołykami, albowiem złamawszy głowę kości udowej - chodziła o kulach, zakupy robiliśmy jej my albo sąsiedzi - mieszkała w czworakach podworskich. Ale mam inne piękne związane z nią wspomnienia. I to właśnie u niej jadłam bułkę wkrojoną do wrzątku, z odrobiną masła i soli - jej smak pamiętam do dziś.

Nosiłam jej co tydzień książki z biblioteki, czytała namiętnie, unieruchomiona, miała tylko radio. Właśnie dziś, idąc na Manhattan, zastanawiałam się, jak załatwiano jej okulary? Bo w R. okulisty nie było, do K. jej nikt nie zawiózł, nie było też wtedy w aptekach takich okularów do czytania jak dziś.

Pozostanie to już nierozwiązaną tajemnicą.

Mimo że dziś jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo, jak mawiała jedna z nauczycielek Inżyniera, wracałam z Manhattanu zlana potem, z trudem ciągnąc wózeczek. A zmachałam się, bo... znów był ten pan, co rok temu i miał przepiękne słoneczniki po 3 złote sztuka, więc z okazji, że na koncie miałam już pensję, kupiłam sztuk 5, miło sobie z nim gawędząc...

A ciężkie były te słoneczniki, a i wózeczek nielekki i nic więcej się w nim nie zmieściło...

A, obok słoneczników były astry, więc aczkolwiek astry już mam, to się nie oparłam...

No co. Na większe mieszkanie jeszcze nie odłożyłam, stół mam tylko jeden, jest jak jest, wzdech :)

Ale jest cudnie, chociaż jutro będę z obłędem w oczach utykała te wazony, żeby ich nie wytłukli i nie wylali... Bo wszędzie blisko do przedłużaczy i innych ustrojstw elektrycznych. Nie, moje obecne mieszkanie nie jest dziecioodporne. Ale i to muszę przeżyć, za chwilę wydorośleją i będzie już całkiem inna bajka.

Na obiadek zafundowałam sobie


cukinię zapiekaną ze serem, wyszła przepyszna, a na zimno na kolację była jeszcze lepsza niż na ciepło :) 

Korytarz umyłam, narobiłam się, bo wszyscy z piętra w tym miesiącu olali, a jako że mi wypada w sierpniu podwójny dyżur, znaczy się, kolejny 30, oleję ten drugi. I nie, że byli na urlopie, nie, olali. Oleję i ja.

Wolałabym dopłacić do czynszu, żeby nie sprzątać korytarza, ale jest jak jest, więc kombinuję, jak się da.

Mieszkanie też ogarnięte, maszynki zapowiedziały się na poniedziałek, więc coś będzie się działo.

Wczoraj była rocznica, już 80., wybuchu powstania warszawskiego. Nie oceniam, nie analizuję, jakby na to nie patrzyć - narodowa tragedia. Przez ostatnie 8 lat, w czasie rządów pisuaru działo się, rozróby, manifestacje narodowców, często niemających pojęcia o co w tym chodzi, ale z Bogiem, honorem i ojczyzną na ustach rozwalających to, co im na drodze stanęło.

W tym roku obchody bardzo stonowane, aż byłam zaskoczona, bo nie mogę się doszukać informacji o narodowcach.

I bardzo dobrze. Tak ma być.

Bo powstanie było polityczną rozgrywką ówczesnych rządzących, bo tak, jak pisała już Konopnicka:

A jak chłopu dół kopali,Zaszumiały drzewa w daliI dzwoniły przez dąbrowęTe dzwoneczki, te liliowe.Te dzwoneczki, te liliowe.
 
Od tego chciałam uchronić dziecko, które za nic do wojska iść nie chciało, grożąc samobójstwem. Inna bajka, że przez nieposłuszeństwo i matce, i radom brata samo sobie bicz na własną skórę ukręciło. Podjęliśmy taką a nie inną decyzję może dlatego, że nie było nikogo mądrego, kto mógłby nam coś poradzić albo pomóc. I zakałapućkało się nasze spokojne życie, bo ani po bracie, ani po mnie nie spłynęło to jak woda po gęsi. I nie, nie było rodziny, mój teść osobiście pisał donosy na swojego najmłodszego syna, który nie chciał iść do wojska tak samo, jak moje dziecko.
Dla mnie każda wojna jest okrucieństwem. 
I nie, nie wiem sama, co zrobiłabym.
Teraz, u kresu życia, siadłabym i czekała, na zasadzie, co ma być i tak będzie, ale młodym chciałabym pomóc przetrwać.
Żaden z moich synów nie był we wojsku. Ja sama mam przeszkolenie wojskowe, przez cały rok akademicki co tydzień 8 godzin wojska, w szkole średniej też przysposobienie obronne.
Papiery nawet mam :)
Po skończeniu studiów zostałam wpisana w pracy w struktury obrony cywilnej, chociaż gdybym była facetem, zostałabym zwolniona ze służby wojskowej ze względu na słuch (mój brat był i ubolewał nad tym).
Nie mam zielonego pojęcia, co zrobiłyby moje dzieci obecnie, mając już swoje dzieci. 
Nie są już młodzikami, patrząc na kondycję I. nie sądzę, żeby był dobrym żołnierzem.
Aczkolwiek znając jego upór i ułańską fantazję - aż boję się pisać scenariusze.
Abstrahując zaś - moi dziadkowie byli powstańcami wielkopolskimi.
Mój ojciec odbył służbę wojskową.
Co wcale na niego dobrze nie wpłynęło.
Z chłopców z mojego pokolenia wielu zniszczyło właśnie wojsko - mojego niedoszłego męża - rozpił się tam i po pijaku zszedł z tego świata. Kilku takich niepokornych nieraz poczuło na karku but sierżanta - jak A., który mógł strzelać tylko z tym butem (dosłownie) na karku, bo sierżant bał się, że A. go zastrzeli. I MH, moja taka miłość-niemiłość, ulubiony partner na wiejskich zabawach, boski tancerz, kochałam się w nim, czy on do mnie coś czuł już dziś nie ogarnę, jego też wojsko zniszczyło, a potem zniknął z mojego radaru - nie pytam, nie szukam, odnalezienie się po latach z G., uczniem mojej mamy okazało się wielkim niewypałem, dzieci orzekły jednogłośnie, że gość szuka przygód, mając żonę, no i gdy postawiłam sprawę na ostrzu noża nagle przestał być miły i pomaszerował lewa, prawa, w siną dal, w objęcia żony :) Miały dzieci nosa, aczkolwiek ja nie miałam żadnych romantycznych ciągot (może dlatego?), dla mnie to był znajomy z dzieciństwa.
Tak to mi się dziś plecie, przewija, widać, że się starzeję...
I pomyśleć, że te wszystkie wijące się myśli wywołała jedna rocznica.
A Igrzyska spływają po mnie jak woda po gęsi. Tyle wiem, co z postów na FB.
I pomyśleć, że kiedyś paliłam Sporty :)