nowa miotła dobrze zamiata, Kochany Pamiętniczku.
Nigdy nie dostawałam urlopu na długi weekend, albowiem nie, bo nie, bo ludzie pracują. I kończyło się tym, że siedziałam jak głupia przed kompem, bo ludzie brali wolne.
Nie byłam nigdy taka cwana, żeby brać wtedy urlop na żądanie. A tu napisałam do nowej Naczelnej, że jest tak a tak, a ona wie, że nawet jak coś dojdzie w piątek, to ja to nadgonię. Poprosiła tylko o raport, ile zeszło do środy i urlop podpisała.
A ja czuję się jak ten kundel z łańcucha spuszczony. I nie, nie mam żadnych planów, ale sam fakt, że nie muszę rano kombinować, jak się wyrobić z zakupami, że wszystko mogę, nic nie muszę, mogę leżeć na dupie, albo do góry dupą - jest zaiste fantastyczny :)
Poniedziałek i wtorek przeleciał mi przez palce, bo maszynki tym razem się nie starały, a rodzona gazeta też baluje.
Maszynki miały być zamknięte dziś, więc z lekka wkurw miałam, ale że i zapasy mikre, tom się bladym świtem zerwała z łoża i pogimnastykowałam się.
Hahahaha, to bardzo szerokie pojęcie - pogimnastykowałam się, ale od trzech dni zwlekam zwłoki i na karimacie kilka minut wywijam. Niby nic, bo nie trzymam się niczego, wyginam ciało śmiało, ale bez przesadyzmu, wszak mam wieki niećwiczenia, a i wagę swoją mam, plus nadciśnienie, więc żadna tam joga, ale... Cztery dni siedziałam na dupie, ruszając się tylko do kibelka, do kuchni i do drukarki, więc wybierałam się w trasę z obawą, bo zazwyczaj w połowie drogi biodra mnie tak napierdalają, że zastanawiam się, czy iść dalej, czy wracać. A dziś szłam i szłam i nic mnie nie bolało. Zatem warto, choć z boku wyglądam prześmiesznie ćwicząc, ale nie od razu Rzym zbudowano :)
Ale najpierw przeżyłam horror. Winda stała na piętrze, więc wsiadłam do niej, naciskam guzik i nic, nie jedzie. Dobra, wysiądę, ściągnę drugą. A wała... Drzwi się nie otwierają! Mamy wiekowe windy, tak stare jak chałupa, liczą bez mała 38 lat. A ja mam klaustrofobię i to zaawansowaną. W dzieciństwie musiałam chodzić po warzywa i węgiel do piwnicy, a piwnica miała tak niskie sklepienie, że nawet ja, mająca 160 na gazecie i w kapeluszu musiałam się zginać tam. Nie mówiąc o myszach tam pomykających... Krew uderzyła mi do mózgu, panika, piszę do I., choć co on biedny mógłby, nie ma zasięgu, zupełnie zapomniałam, że na tabliczce jest nr do pogotowia, ale zasięgu nie ma, wdech, wydech, duszę wszystkie możliwe guziki, wdech, wydech, nic, walę z całej siły pięściami w drzwi (mam zdrowo poobijane), nikt nie reaguje, hałasy w naszym blokowisku to chleb powszechni, czuję, że za chwilę zemdleję, gdy wtem, drzwi drgają, więc pcham i tadam... Wyszłam.
Kurwa.
Pojechałam małą windą, schodami jeszcze bardziej boję się chodzić, tam czasem siedzą różne dziwne typy, można w kupę wdepnąć, inne takie tam... Cóż, życie na blokowisku.
Po powrocie z Manhattanu piszę emilka do spółdzielni, ale cisza w eterze. Nawet nie wychodziłam sprawdzić, czy naprawili windę. Jak wróciłam z Manhattanu wciąż stała na moim piętrze.
Mamy na FB osiedlową grupę i tam dopiero toczą się wewnątrzspółdzielcze wojenki z zarządem, jako że u na sto cuda wianki od lat. Na nic nie ma kasy, zwalają na niegospodarność poprzedniego zarządu. Ale... Na murach mamy reklamy. Już wojowałam kiedyś z nimi, bo lampy były tak ustawione (takie kurewsko mocne ledy), że świeciły prosto w moje okna, dzięki czemu mogłam czytać za darmo, no ale w nocy to ja wolę mieć ciemno. A świecą tak, że przeświecają przez rolety, a nie mam najmniejszego zamiaru zakładać żaluzji - szkoda mi na to kasy. Spółdzielnia łaskawie podała namiary na reklamodawcę, ale reklamować musiałam sama. Telefonicznie, a jakże, kurwa mać. Załatwił Inżynier, czasami dobrze mieć dziecko, co nie?
Ostatnio przed wyborami do PE wisiał tam jakiś pisior czy konfederata, już nie pomnę. Wybory się skończyły, gnoja ściągnęli następnego dnia, chodzę tamtędy czasami (samej ściany z mieszkania nie widzę), od dłuższego czasu reklamy nie ma, a lampy jak napierdalały, tak napierdalają.
Więc sobie uskuteczniłam notkę na grupie z pytaniem, kto płaci za oświetlanie nagiej ściany? Ktoś się skarżył, że chodząc z psem musi sobie świecić latarką, bo całe połacie osiedlowych alejek są czarne jak w dupie u Murzyna. A gołe ściany widać na kilometr :) Było parę komentarzy, ale od spółdzielni nic.
A dziś o 4, gdy kur zapiał, lecę ci ja do kibelka i drogi nie widzę. Ki diabeł? Wpadam do kuchni (tam nie spuszczam rolet, bo nie lubię ciemnej ciemności) i co ja paczę? Lampy na bloku nie świecą.
Oczywiście, nie omieszkałam wrzucić kija w mrowisko i napisać o tym na grupie. Okazuje się, że jak jest reklama, to za prąd płaci zleceniodawca, jak jej nie ma, to kto płaci? Oczywiście, że my, spółdzielcy. No i była jazda, aja osiedlowy prześmiewca i szyderca dostałam plusiki. Bo ludzie to ze sobą gadają po cichu, ale głośno nikt nie powie, że ma źle. Ja zaś, po tylu latach znam niewielu ludzi na osiedlu, nigdy nie wdawałam się w pogawędki z nieznajomymi, zawsze z daleka od osiedlowych pierdół. Zarząd mieliśmy taki, że jak trzeba było coś u nich załatwić, to losowaliśmy, kto ma iść. Brazylijską telenowelę mogłabym na ten temat napisać :)
Ale wracając do naszych baranów.
Na Manhattanie załamałam się, złamałam wszystkie przyrzeczenia dane sobie i do chałupki przywlokłam
no nie oparłam się, przecudnej urody dalie... Wiem, szybko padają, ale co się nimi nacieszę, to moje.
I o ja głupia cipa
taki matkoboskozielny bukiecik, bo tak. To, że jestem ateistką, nie zmienia faktu, że z tyłu łba mam wciąż wryty ten bukiet. A że nie miałam czasu latać po opłotkach po chwasty, zaszalałam za całe 5 zł polskich :) Z tym, że nie będę tego święcić i nie będę miała wyrzutów sumienia, że wywalam. Kiedyś miałam obiekcje, zanim dorosłam.
Ale to moja młodość, gdy jeszcze głęboko wierzyłam, gdy ten dzień był dla mnie ważny.
Teraz też jest ważny, ale dlatego że jest wolny :) Starzeję się i każdy darowany wolny dzień jest piękny :)
I wciąż widzę nasze dożynki na wsi... Wieńce, będące podziękowaniem za plony, za to, że będzie co jeść, w sumie i Słowianie takie święta mieli, więc jest to wpisane w tok życia i nic w tym złego nie ma :)
No to i ja dziękuję ci, życie, że wciąż mam co jeść...
I przeklinam Manhattan, bo...
uległam.
Między maszynkami a gazetką ogarnęłam i po południu miałam
i cały długi weekend na dopieszczanie :) A co...
To mnie uspokaja lepiej niż dragi :P
A na korytarzu był
znów ten gość (mamy liczniki na korytarzu)...
Więc niedługo, nie po weekendzie dostanę rachunek. Ciekawe, ile teraz zapłacę.
Nie obejmują mnie żadne dopłaty ani bony, bo a jakże - jestem przeraźliwie bogata. Jak na jednoosobowe gospodarstwo mam za wysoki dochód i nikogo nie obchodzi, że to niczyja łaska, ale moja ciężka praca.
Dupa klepnął tę wdowią rentę, jestem ciekawa czy na coś z tego się załapię, bo przepisów zrozumieć nie umiem. Ja, której płacą za czytanie ze zrozumieniem. W świetle prawa byłam żoną Eksa do końca, inna bajka, że nawet nie pytałam, jaką miał emeryturę, bo z góry wiedziałam, że najniższą krajową, więc nawet nie miałam się na co zamieniać wg starych przepisów. Wciąż nie wiem, czy to będzie działało wstecz (znaczy się, jeśli małżon zmarł przed wejściem w życie tych przepisów). Ale nie pogardzę nawet kilkoma groszami z jego emerytury - alimentów nie powąchałam ani złotówki, a i dzieci zostały przez rodzinę wyrolowane aż miło.
Nieważne.
Chaupkę sobie z leksza ogarnęłam, zostawiając jednak na piątek dzień gospodarczy. Lubię, gdy w piątek wszystko mogę, nic nie muszę, snuję już niecne plany na dokupienie i dupomirków, i śliwek...
A i o Alienku z czułością myślę, bo skunks czyta tak szybko, jak ja. Synowa wypożyczyła mu 8 (sic!) książek jakiejś szwedzkiej historii (Szwedzi potrafią w klocki dla dzieci), wciągnął na luzie 1,5 tomu w jednej chwili. I nawet na wieczorną pokąpielową bajkę musieli go wołać, bo książka go tak wciągnęła.
Moje geny, no dobra, Synowa dołożyła, bo ona też z tych czytających. I. nieszczególnie, miał inne priorytety, uraz do lektur szkolnych, ale jest mądry. Pierworodnemu do dziś czytanie nie przeszło. Wydaje, jak i ja kiedyś - majątek na książki. I czyta opasłe tomiszcza po angielsku.
Czyli - jest cudnie :)
A ja, no cóż, stoczyłam się. Czytam szybko, ale że muszę czytać niekoniecznie to, co mnie interesuje (a moja obecna dziedzina interesuje mnie mniej niż średnio), ze zrozumieniem, widząc błędy - bez bicia przyznaję, że nie czytam już, chociaż z przykrością stwierdzam, że bardzo mało książek pamiętam, poza kilkoma ulubionymi.
No cóż, może na emeryturze się odchamię znów.
A teraz męczę Law & Order.
Bo tak :)
Bo mogę :)






Jędzo - studiowałam. Wdowia, jeżeli małżonek zmarł NIE WCZEŚNIEJ niż 5 lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego - w przypadku męża nie przed sześćdziesiątką.
OdpowiedzUsuńPodziwiam za ćwiczenia i nieustającą gotowość do pracy. Czuj duch!
No dobra, dalej nie rozumiem. Eks, gdy zmarł, miał 68 lat. Jestem od niego o 4 lata młodsza. Nie mieszkaliśmy razem, ale i rozwodu nie mieliśmy. Mogę się starać o tę rentę wdowią? Przepraszam, że dopytuję, ale nadal nic z prawniczego bełkotu nie ogarniam. No i czy to działa wstecz, bo zmarł 7 lat temu... Tu jestem jak pijane dziecko we mgle :)
UsuńDziękuję - to ja, tylko tu anonimowo 😂
OdpowiedzUsuń