piątek, 2 sierpnia 2024

Bezpracowy

 (teoretycznie, coś tam wpadło) tydzień minął mi błyskawicznie, Kochany Pamiętniczku i prawdę mówiąc, zaczynam trochę tęsknić za pracką :) Wiem, wiem, wielka zboczucha ze mnie, ale w takie upały lepiej czuję się, ogarniając pracową kuwetę, niż leniąc się i nie wychodząc z domu z powodu, że za gorąco :) 

Jeszcze wczoraj myślałam, że tym razem już naprawdę zdechnę, ale dziś wróciła mi chęć do życia. Deszczyk pada, w mieszkaniu 24 stopnie przy 56% wilgotności - żyć, nie umierać.

Zakupy ogarnięte, już na inwazję Łobuzów rosołek i inne pyszności gotowe, mam nadzieję, że po latach będą mieli fajne wspomnienia o mnie, jak i ja mam o mojej babci - ta nie mogła mnie rozpieszczać smakołykami, albowiem złamawszy głowę kości udowej - chodziła o kulach, zakupy robiliśmy jej my albo sąsiedzi - mieszkała w czworakach podworskich. Ale mam inne piękne związane z nią wspomnienia. I to właśnie u niej jadłam bułkę wkrojoną do wrzątku, z odrobiną masła i soli - jej smak pamiętam do dziś.

Nosiłam jej co tydzień książki z biblioteki, czytała namiętnie, unieruchomiona, miała tylko radio. Właśnie dziś, idąc na Manhattan, zastanawiałam się, jak załatwiano jej okulary? Bo w R. okulisty nie było, do K. jej nikt nie zawiózł, nie było też wtedy w aptekach takich okularów do czytania jak dziś.

Pozostanie to już nierozwiązaną tajemnicą.

Mimo że dziś jest ciepło, aczkolwiek chłodnawo, jak mawiała jedna z nauczycielek Inżyniera, wracałam z Manhattanu zlana potem, z trudem ciągnąc wózeczek. A zmachałam się, bo... znów był ten pan, co rok temu i miał przepiękne słoneczniki po 3 złote sztuka, więc z okazji, że na koncie miałam już pensję, kupiłam sztuk 5, miło sobie z nim gawędząc...

A ciężkie były te słoneczniki, a i wózeczek nielekki i nic więcej się w nim nie zmieściło...

A, obok słoneczników były astry, więc aczkolwiek astry już mam, to się nie oparłam...

No co. Na większe mieszkanie jeszcze nie odłożyłam, stół mam tylko jeden, jest jak jest, wzdech :)

Ale jest cudnie, chociaż jutro będę z obłędem w oczach utykała te wazony, żeby ich nie wytłukli i nie wylali... Bo wszędzie blisko do przedłużaczy i innych ustrojstw elektrycznych. Nie, moje obecne mieszkanie nie jest dziecioodporne. Ale i to muszę przeżyć, za chwilę wydorośleją i będzie już całkiem inna bajka.

Na obiadek zafundowałam sobie


cukinię zapiekaną ze serem, wyszła przepyszna, a na zimno na kolację była jeszcze lepsza niż na ciepło :) 

Korytarz umyłam, narobiłam się, bo wszyscy z piętra w tym miesiącu olali, a jako że mi wypada w sierpniu podwójny dyżur, znaczy się, kolejny 30, oleję ten drugi. I nie, że byli na urlopie, nie, olali. Oleję i ja.

Wolałabym dopłacić do czynszu, żeby nie sprzątać korytarza, ale jest jak jest, więc kombinuję, jak się da.

Mieszkanie też ogarnięte, maszynki zapowiedziały się na poniedziałek, więc coś będzie się działo.

Wczoraj była rocznica, już 80., wybuchu powstania warszawskiego. Nie oceniam, nie analizuję, jakby na to nie patrzyć - narodowa tragedia. Przez ostatnie 8 lat, w czasie rządów pisuaru działo się, rozróby, manifestacje narodowców, często niemających pojęcia o co w tym chodzi, ale z Bogiem, honorem i ojczyzną na ustach rozwalających to, co im na drodze stanęło.

W tym roku obchody bardzo stonowane, aż byłam zaskoczona, bo nie mogę się doszukać informacji o narodowcach.

I bardzo dobrze. Tak ma być.

Bo powstanie było polityczną rozgrywką ówczesnych rządzących, bo tak, jak pisała już Konopnicka:

A jak chłopu dół kopali,Zaszumiały drzewa w daliI dzwoniły przez dąbrowęTe dzwoneczki, te liliowe.Te dzwoneczki, te liliowe.
 
Od tego chciałam uchronić dziecko, które za nic do wojska iść nie chciało, grożąc samobójstwem. Inna bajka, że przez nieposłuszeństwo i matce, i radom brata samo sobie bicz na własną skórę ukręciło. Podjęliśmy taką a nie inną decyzję może dlatego, że nie było nikogo mądrego, kto mógłby nam coś poradzić albo pomóc. I zakałapućkało się nasze spokojne życie, bo ani po bracie, ani po mnie nie spłynęło to jak woda po gęsi. I nie, nie było rodziny, mój teść osobiście pisał donosy na swojego najmłodszego syna, który nie chciał iść do wojska tak samo, jak moje dziecko.
Dla mnie każda wojna jest okrucieństwem. 
I nie, nie wiem sama, co zrobiłabym.
Teraz, u kresu życia, siadłabym i czekała, na zasadzie, co ma być i tak będzie, ale młodym chciałabym pomóc przetrwać.
Żaden z moich synów nie był we wojsku. Ja sama mam przeszkolenie wojskowe, przez cały rok akademicki co tydzień 8 godzin wojska, w szkole średniej też przysposobienie obronne.
Papiery nawet mam :)
Po skończeniu studiów zostałam wpisana w pracy w struktury obrony cywilnej, chociaż gdybym była facetem, zostałabym zwolniona ze służby wojskowej ze względu na słuch (mój brat był i ubolewał nad tym).
Nie mam zielonego pojęcia, co zrobiłyby moje dzieci obecnie, mając już swoje dzieci. 
Nie są już młodzikami, patrząc na kondycję I. nie sądzę, żeby był dobrym żołnierzem.
Aczkolwiek znając jego upór i ułańską fantazję - aż boję się pisać scenariusze.
Abstrahując zaś - moi dziadkowie byli powstańcami wielkopolskimi.
Mój ojciec odbył służbę wojskową.
Co wcale na niego dobrze nie wpłynęło.
Z chłopców z mojego pokolenia wielu zniszczyło właśnie wojsko - mojego niedoszłego męża - rozpił się tam i po pijaku zszedł z tego świata. Kilku takich niepokornych nieraz poczuło na karku but sierżanta - jak A., który mógł strzelać tylko z tym butem (dosłownie) na karku, bo sierżant bał się, że A. go zastrzeli. I MH, moja taka miłość-niemiłość, ulubiony partner na wiejskich zabawach, boski tancerz, kochałam się w nim, czy on do mnie coś czuł już dziś nie ogarnę, jego też wojsko zniszczyło, a potem zniknął z mojego radaru - nie pytam, nie szukam, odnalezienie się po latach z G., uczniem mojej mamy okazało się wielkim niewypałem, dzieci orzekły jednogłośnie, że gość szuka przygód, mając żonę, no i gdy postawiłam sprawę na ostrzu noża nagle przestał być miły i pomaszerował lewa, prawa, w siną dal, w objęcia żony :) Miały dzieci nosa, aczkolwiek ja nie miałam żadnych romantycznych ciągot (może dlatego?), dla mnie to był znajomy z dzieciństwa.
Tak to mi się dziś plecie, przewija, widać, że się starzeję...
I pomyśleć, że te wszystkie wijące się myśli wywołała jedna rocznica.
A Igrzyska spływają po mnie jak woda po gęsi. Tyle wiem, co z postów na FB.
I pomyśleć, że kiedyś paliłam Sporty :)



2 komentarze:

  1. Zupelnie mnie ta olimpiada nie interesuje, bo jestem zamknieta na nowoczesnosc i prawa do wlasnych wizji artystycznych, jak rowniez na nierowna walke bokserska faceta udajacego kobiete z kobieta i masakrujacego te ostatnia. No ale glupi nie zrozumie tej promowanej przez zabojadow nowoczesnosci, wiec nie oglada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nawet nie mam telewizora. Tyle wiem, co w necie wyszperam :)

      Usuń