w niedzielę na obiad, a jakże, Kochany Pamiętniczku :)
Jakbym Eksa widziała, bo mało, że skóra z niego zdjęta, to i jak jego ojciec, bez kobiecej ręki kupa nieszczęścia. No ale on zawsze kupa, bo kobieca ręka tam u nich jest... hmmm... słaba.
Mniejsza z większym, do głosu dojść nie dałam, przelało się.
Zaatakowałam już zaraz po wejściu, wywalając do łazienki i każąc umyć łapki, jak niedorostkowi.
Posłuchał. Umył.
A ze mnie się wylało wszystko nagromadzone przez lata trzymania mordy na kłódkę.
I pakując żarełko na talerz, a pachniał bosko, bo i też te mielone z wołowiny (zrazowej, żeby nie było, zmielonej na moich oczach u rzeźnika, nie z żadnych tam skrawków i ochłapów) wyszły mi przesmaczne, jak nigdy, a i nie rozwalały się, jak to mają w zwyczaju moje mielone :)
I fasolka była, szabelek, a jakże, z bułeczką smażoną na masełku.
Wciąż widzę zachwyt w oczach Eksa, gdy mówił matce: bo wie mama, ona ta cyk i cyk, i całe kilo fasolki obrane, a wtedy była taka fasolka, że miała łyko...
Na jego ale mamo, ale mamo, kazałam - nauczona przez Alienka i jego występ - zamknąć mordę.
I wyplułam, że wiem, że okłamują mnie od lat, że synowa pracuje w Żabce, że nie mówią mi prawdy ani o zdrowiu dzieci, ani o ich edukacji, ani o wielu innych sprawach. Że nie jestem ich wrogiem, co od dawna podkreślam, że boli mnie, że Synowa w cztery oczy mówi co innego, a potem dupa. Sprawdza się, była z rodzicami i dziećmi nad morzem - i super, a nie dostałam ani jednej fotki. Od Inżynierostwa z ich wypadów i z codziennych spraw dostaję. Że nie znam własnych wnuków, bo nie znam. Że nie oceniam, nie krytykuję, ale żeby zrozumieć, muszę wiedzieć, co jest grane. Bo wiem, że dziadek nie akceptuje MW, sama się buntowałam, dopóki nie poznałam (nie od nich, okrężną drogą), diagnozy, nie obczaiłam (dziękuję wujku Google) i staram się ogarnąć, choć to nie jest łatwe.
Niby się dogadaliśmy jak czekista z czekistą, ale nie sądzę, że do końca.
Tyle że dowiedziałam się, że to, co mówiła synowa, że będą razem pracować, to nie fake news.
Ale też, mimo mówienia, że wystarczy jedno zdanie na MSG, cicho, sza. Może tak, może nie, a chujwiecojestgrane :)
Mniejsza z większym, nieważne, wykorzystałam go do naprawy kibelka, w którym w spłuczce coś jebło, a którą to część kupiłam w OBI.
Miał zamontować I., ale to P. jest talentem od hydrauliki w tym domu. I. musiałby zaś jechać 70 km, by to ogarnąć, więc dlaczego nie?
W końcu w wychowanie ich obu wpakowałam dwa mercedesy.
I żeby nie było niedopowiedzeń, wyplułam, że kładę lachę na kasie, którą pożyczył na tę nieszczęsną sprawę z telefonem MW.
Usprawiedliwiał się, ale zgasiłam, że wiem, że nie pojechał z nimi nad morze, bo we wrześniu za dwa tygodnie urlopu dostanie 2000 zł, z których chce mi to oddać. Umiem łączyć kropki, a to powiedziała mi jego teściowa.
A MW nadal ma telefon na abonament...
Więcej nie pomogę.
Zatem niby wszystko fifty-fifty, dostał jeszcze taki pojemniczek z mięsem z rosołu dla Wafla, a jakże, zdjęcie przysłał, że przegubowiec szczęśliwy.
Miał wpaść po 18, a wpadł w samo południe. Bo wziął urlop. No problem, nakarmiłam znów, bo knajpka u mamusi zawsze na baczność, a obiecałam, że wieczorkiem nakarmię. Namęczył się, ale w kibelku już OK. Chciał odkupywać pojemnik od mięska, bo Waflowi tak smakowało, że pojemnik pogryzł. Wyśmiałam :) Dobrze, że sierściuchowi nie zaszkodził plastik.
Nie, nie płaciłam tym razem za robociznę i za poświęcony czas - bez przesadyzmu. Nie zrobiłoby mi to różnicy, gdyby wleciał wieczorem, tak jak się umawialiśmy. No i te 1200 zł to też przecież piechotą nie chodzi, co nie?
Nie zbiedniałam, ale odkładam na czarną godzinę, gdy już nie będę miała siły pracować.
Nie chcę być dla nikogo ciężarem.
Bo wiem, że będę w razie W ciężarem dla I.
I obym miała wtedy siły, by sama odejść.
Amen.
Ale wracając do naszych baranów, jest cudnie.
Pracowo rękawów nie wyrywałam, będzie wyrywanie w następnym tygodniu, zanim nie zamknę maszynek.
Co z długim weekendem - na razie wszystko jest milczeniem.
A codzienność jest OK, zwłaszcza że nie denerwuję się już Bossem. W sumie nade mną nie ma władzy bezpośredniej, podlegam pani M., nie jemu.
Jak wygląda sytuacja w mateczniku - nie mam pojęcia, nie pytam.
Jak mówi ruskie przysłowie: tisze jediesz, dalszie budiesz.
Poczekam aż się rozkręci.
Z ZUS dostałam (sacré bleu, błyskawicznie) rozliczenie, emerytura wzrosła mi o 44 złote. Za cały rok pracy i niezłe zarobki, miałam kilka zleceń, gdzie kwota przekraczała znacznie średnie w PL. A przypominam, że pracuję na pól etatu. Mniejsza z większym, podwyżkę wypłacą mi we wrześniu (sic!) chujwiedlaczego, wyrównaniem, ale oczywiście bez odsetek :) I wzrósł mi podatek od emerytury, składka zdrowotna, tego mi nie napisali, ale jeszcze mi obetną czternastkę.
Życie.
A w tym tygodniu coś mnie gryzło. I nie, nie było to sumienie, bo mam czyste. Fizycznie mnie gryzło. W zeszłym tygodniu ujadło mnie w nogę, a bolało o w tym. W tym ujadło mnie, mimo że balkon mam obsadzony komarzycami i od wieków nie widziano u mnie komara, znów coś. I nie, nie był to ani komar, ani pająk. Ugryzienie i na nodze, i na ręce (dwa razy) wyglądało tak, jakby miniaturowa żmija wpiła mi się w ciało. A NIC nie czułam. Na nodze przecierpiałam, ale to na ręce - nie. Nie spałam w nocy, bo drapałam się do krwi, skończyło się na ropnym bąblu. W aptece dostałam hydrokortyzon, ale słabą dawkę, bez recepty. Pomagało jak umarłemu kadzidło... Zabiłam na monitorze coś, co wyglądało jak miniaturowy giez koński - rozdrapane rany goją się, już nie lecę w Kosmos. I nic mnie nie żre :P
Ale patrząc na stan mojego konta i na to, jak niewiele udaje mi się zaoszczędzić mimo ascetycznego trybu życia...
Żre mnie niepewność jutra :)
To może bardziej politycznie byłoby złożyć wniosek o przeliczenie emerytury po wypłacie 14?
OdpowiedzUsuńNie drążę. Nie warto :P Dla tych paru groszy naprawdę nie warto :P
UsuńMnie tez zre, bo nie wiem, jak dlugo jeszcze pociagne, i w pracy, i w domu. Sil coraz mniej, a zycie kosztuje coraz wiecej. I obowiazkow tez coraz wiecej, a i dzieci nie wychodza naprzeciw oczekiwaniom, jak u Ciebie. Nie powiem, zebym byla szczegolnie zmotywowana.
OdpowiedzUsuńAle mam nadzieje, ze Twoja tyrada cos poprawi w Waszych relacjach, moze cos dotrze, skloni do refleksji. W koncu matka jest tylko jedna.
Tako rzekli ci, którzy otwierali lodówkę, szukając drugiej połówki :) Dla mnie jest OK, życie nauczyło mnie, że nie można mieć wszystkiego. Za Ciebie trzyma kciuki, żebyś dotrwała do spokoju, jaki w sumie mam ja...
UsuńW pewnym wieku mamy takie same niepewności 😀 Myślę o tym co napisałaś, że dziadek nie akceptuje MW.Nie umiem sobie wyobrazić.Rozu.iem, że może nie podobać się ciuch, fryzuraitp, ale to przecież bzdety, bez znaczenia dla akceptacji. Myślałam, że wnuki kocha się bezwarunkowo. I żal mi bardzo Syna, nawet na wakacje nie zasłużył, .? A rozmowa, choć trudna - bywa oczyszczającą, Basia( mam nowy telefon i za nic nie mogę zalogować się z konta Google)
OdpowiedzUsuńNie akceptuje, bo nie rozumie. Mnie też denerwowało jej zachowanie, dopóki nie dotarła do mnie okrężną drogą diagnoza. Znając ją, wiem, dlaczego jest tak, a nie inaczej. Podejrzewam też, że dziadostwo zna diagnozę, takie są układy, ale czego się spodziewać po prymitywie, który mając ze mną kontakt dwa razy w życiu, wchodzi do mojego mieszkania po raz pierwszy i od razu kładzie się jak długi na kanapie, bo on w domu tak leży? Nie pytając mnie, czy może? Gdyby zapytał, że źle się czuje, że zmęczony, oczywiście nie miałabym z tym problemu. Ale pan i władca, kurwa jego mać, w mojej chacie? Ważny, bo on ma dużo kasy, a ja gołą dupę. Taki life, zięcia (znaczy się P.) też lekceważy maksymalnie... To co on będzie wnikał, dlaczego wnuczka go nie słucha? Ma słuchać i koniec. Musi jej wszystko pasować, bo on tu rządzi. Powodzenia z ustawianiem telefonu :)
Usuń