piątek, 16 sierpnia 2024

O jeżu

 kolczasty, jaka jestem szczęśliwa, Kochany Pamiętniczku :)

Cztery dni wolnego, nie w kij dmuchał.

Wczoraj był taki upał, że o mało nie zeszłam, a zastanawiałam się, czy ma gorączkę, kovida jakiegoś, czy inna franca, a to po prostu gorąc i nic innego.

Po północy poddałam się, kordłę wywaliłam, wyciągnęłam poszewkę na kordełkę i tak dotrwałam do rana, raz po raz budząc się...

Jakbym wujka pytała, to mam wszystkie objawy wszystkich chorób wieku starczego. Spasowałam, nie bronię się już przed nazywaniem mnie seniorem, jak jeszcze niedawno.

Parę lat temu czytałam o eksperymencie, że założono młodym coś a la kamizelki kuloodporne z ołowiu, żeby im uświadomić, co to jest starość. Śmiałam się, teraz już się z tego nie śmieję. Są takie dni, że czuję się jak  takiej kamizelce.

Ale...

Wstając dziś z wyrka, kopnęłam się w tę tłustą kubańską dupę i... 

Rozłożyłam karimatę.

Lekko nie było, nie ukrywam, zapachy też jak na siłowni, no ale mieszkam sama, kąpię się rano, więc co mi tam :)

I bravo, bravo, bravissimo - wstałam z podłogi prawie samodzielnie, opierając się tylko na jednej nodze, bez łapania krawędzi mebli :) 

A jeszcze niedawno mówiłam wnukom, że nie ma takiego dźwigu, który podniósłby mnie z podłogi. Więc babcia nie siada na podłodze...

I wciąż mam przed oczyma obraz, gdy siedzę na podłodze (jeszcze jako panna, nie członek rodziny, którym i tak mimo wysiłków nigdy nie zostałam) z T., kuzynem Pierworodnego, którego nikt nie potrafił zabawić, a mnie się to udawało... No ale ważyłam wtedy 45 kilo :P 

Nie wrócę do tej wagi, bo to znaczyłoby, że pora się do urenki zwijać.

Nie chodzi mi nawet o zrzucenie kilogramów, jest jak jest, ale chcę odzyskać sprawność.

O kciuki upraszam, żeby się udało :) 

Mam kijki, ale przy tych temperaturach i przy moim trybie życia, niechęci do wychodzenia z domu, łatwiej mi oswoić karimatę.

Chciałabym ją dodać do porannych rytuałów.

Na Manhattan poleciałam już tylko z zadyszką, bez bólu w kościach. A i ciężki wózeczek, wyładowany po brzegi, bo... Samych pomidorków 4 kilo (się przetwarza), ziemniaków kilo, takoż borówek, nie licząc innych cudów, no i... pięciu słoneczników, a co, badyle w domu muszą być, swoje ważyło :P Dowlokłam, nie padając, a z rozpaczą patrzyłam na drzewa, które już są jesienne, lecą z nich liście, albowiem w mojej wiosce nie pamiętam, kiedy padało. Tak, jest susza, katastrofalna susza, wbrew temu, że zalewa nas woda.

Wielkopolska stepowieje i nawet wczorajsze zapowiadane burze, z alarmami RCB nie dotarły tu.

Zresztą, gdyby tak lunęło, jak zapowiadali, znów na FB byłyby fotki wodospadu na schodach galerii, ale... Ziemia, sucha i skamieniała, nie wchłonęłaby tej wody.

Mam nadzieję, że dzisiejszą noc uda mi się lepiej przespać. Poszewkę wyprałam, dociążyła pralkę, a wyschło wszystko błyskawicznie na pieprz :)

Obiadu nie gotowałam, zadowoliłam się sushi z Biedronki (znaczy się ze sklepu, nie przerabiam biedronek na sushi). Nawet zmywać nie musiałam :D  

Na moje nieszczęście kupiłam na Manhattanie kilo borówek i zamiast kazać sobie je zważyć z leżących luzem, wzięłam takie w plastikowym pojemniku... Kurwa. Dopiero w domu zauważyłam, że sok puszczają, choć brałam leżące z tyłu, gdzie słońce nie docierało...

Ale wpadłam na genialny pomysł... Wszak miałam na piecu jeszcze nie do końca wypowidlone powidła. Więc... Wrzuciłam do nich rzeczone borówki, dodałam troszkę cukru trzcinowego (wiem, takie same świństwo, jak buraczany), cukier WANILIOWY (nie waniLInowy, bo to różnica) z prawdziwą wanilią (kłania się chomikowanie), dwie łyżki miodu, chyba nostrzykowego, mam tyle odmian, że nie pomnę już na co która - i tadam, jeszcze dzień smażenia i jak Alienek tego nie zje, to zabiję (no, może nie, bez przesadyzmu, zeżrę sama). Cut, mjut i ożeszki laskowe mi wyszły z tego.

Czeka mnie jeszcze przelewanie tego do słoików, ale luz.

Nie było dziś dnia gospodarczego, bo nie, może i nie wszędzie kurze są starte i daleko mi do PPD, ale kiedyś trzeba zacząć żyć, co nie?

Dobrze, że gaz mam wciąż na ryczałt, za te niecałe 13 zyla miesięcznie, więc mogę się dogrzewać do woli, smażąc te jebane pomidorki, które wcale tak szybko odparować nie chcą :)

Jako że w środę ogarnęłam to na widoku, resztę dziś olałam.

Kiedyś muszę zluzować, nie mogę być wciąż na baczność.

W ramach luzowania wpadłam na stronie spółdzielni w pyskówkę.

To dziwne, ale dopiero teraz, po 38 latach, zaczynam ogarniać bezmiar przewałów.

Właśnie dzięki netowi - dzięki stronie spółdzielni i dzięki stronie osiedlowej.

Tak, moja spółdzielnia to niezłe kurestwo.

Mieliśmy przydział na mieszkanie na os. Łokietka, na parterze, po kimś, jako mieszkanie zastępcze.

Dla mnie parter nigdy nie wchodził w grę,więc powiedziałam, że nie, że nie wyniosę się z 16 m kw. na strychu...

Lokatorzy teściowej, zajmujący 150 m kw. za śmieszne grosze nie chcieli też tego mieszkania.

Eks miał kolegę ze studiów.

Kolega miał brata w spółdzielniach.

Ktoś nie chciał mieszkania na moim obecnym osiedlu.

Bo to była końcówka rurociągu i ludzie zamarzali w mieszkaniach :)

Więc zamieniliśmy się.

Ja na zamarzanie (i faktycznie, w pierwszym roku zamarzaliśmy, spaliśmy w swetrach, dzieci wciąż chorowały, a ja miałam zapalenie płuc, mimo spania w sukience z wełny i w swetrze). O seksie oczywiście mowy nie było :), ten gość na Piątkowo :)

Ironia losu: moja pierwsza praca po przejściu na rentę, gdy się zbuntowałam,  była właśnie na Piątkowie, na osiedlu, na którym nie chciałam mieszkać na parterze (taka fobia, miałabym wrażenie, że w nocy ktoś się włamie, nie umiałabym tam spać przy otwartym balkonie, całe życie mieszkam wyżej). Druga moja redakcja (pierwszą po przeprowadzkach zlikwidowano, hasło: Świtalski - poznaniacy starsi kojarzą), ta z Auschwitz, to też ironia losu, była w miejscu pierwszej :) 

I tak zamieszkałam tu, gdzie dziś, po sławetnym zatrzaśnięciu się w windzie, dowiedziałam się ze strony spółdzielni, a w zasadzie pana pretendującego na stanowisko wiceprezesa, po długiej, aczkolwiek mało merytorycznej dyskusji, że: 

uratuje mnie z windy, jak się dodzwonię do niego (nie każdy bohater nosi pelerynę).

Mimo tego, że pisałam, że nie dzwonię, bo słuch (czytanie ze zrozumieniem się kłania).

Tuwima mi zacytował, że:
Próżnoś repliki się spodziewał. Nie dam ci prztyczka ani klapsa. Nie powiem nawet pies cię jebał, bo to mezalians byłby dla psa.

Zaś moje Gałczyńskiego: 
Życie jest zawsze takie, że jest się w nim, moje złoto, albo zimnym łajdakiem, albo natchnionym idiotą.

Zniknęło jak sen złoty, zaś pan p.o. wiceprezesa (jak miło widzieć poprawny zapis), zaproponował mi, KURWA, że uwolni mnie z windy, jak do niego napiszę.

Batman się, sklonowany z Supermenem znalazł...

A co ze staruchami, które w marketach podsuwają mi metki, bo JA MAM okulary, a oni swoich nie zabrali, nie widzą, co kupują... 

Pomagam, bo żeby przeczytać najdrobniejszy druk wszędzie zdejmuję okulary.


I tak się to życie codzienne, KURWA, kręci.

A Łobuzy pojechały do fotografa, bo rodzice planowali zagraniczne uciechy, ale w porę spostrzegli, nie tak, jak Pierworodny, który chciał z UK przelecieć do PL z MW na nieważnym paszporcie, że dokumenty są nieważne.

Na zdjęciach, na których normalny człowiek wygląda jak na listach gończych, moje wnuki wyglądają (jak dla mnie, ale nie jestem bezkrytyczna) - olśniewająco.

Jak dobrze ułożone dzieci...

Życie jest zaskakujące.
Jak zepsuty motocykl :)






9 komentarzy:

  1. Ach Jędzo. Miło przeczytać taki w większości pozytywny wpis.
    U nas też pieruńsko gorąco, ale że to Pogórze, a na dodatek w dolinie z rzeczką, no i wbrew naszej bardzo polskiej tendencji zamiast wycinać drzewa, to posadziliśmy tyle, ile się dało, to stworzyliśmy z biegiem lat przyjemny cienisty zakątek, w którym i tak ostatnio dyszę jak ryba wyrzucona z wody na brzeg. Więc ja Cię podziwiam, że dajesz radę, bo ja pewnie też bym dała, jako że człowiek się do wszystkiego przyzwyczaja, ale jednak cieszę się, że się przyzwyczajać na razie nie muszę.
    Życząc udanych przetworów, satysfakcjonujących pyskówek, znośnej temperatury oraz zadawalających Cię dokonań gimnastycznych, dopijam kawę i spadam z tego, jakże miłego, miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za dobre słowo :) Serdeczności i widzę, że nie ja jedna borykam się z tymi upałami :)

      Usuń
  2. Tak, jak prosiłaś - trzymam kciuki za wytrwałe wygniatanie karimaty! Zapewniam, dobrze robisz, Kobieto! Sama ćwiczę od siedmiu lat i dzięki temu moje -obiecywane przez neurochirurga- porażenie czterokończynowe poszło się prostytuować. I nie zarobi, niecnota lekarz. A tak najzupełniej serio, dzięki ćwiczeniom naprawdę czuję się o wiele lepiej, sprawniejsza i z lepsiejszym humorem. Czego i Tobie, Jędzo Kochana, serdecznie życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, jestem pełna podziwu i chapeau bas, bo to na pewno nie było łatwe, ale rezultat - bomba. Nie jest łatwo, ale kto mówił, że musi być lekko? ;) Zatem zdrówka :)

      Usuń
  3. Ja z uprzejmym zapytaniem, jaki byś poleciła specyfik bez recepty na obniżenie kwasu moczowego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obniżyłam dietą. Dieta w sumie jałowa - bez mięsa, kasze, poszukaj w necie warzyw, które nie szkodzą. Z ziół podagrycznik działa fantastycznie. Niedawno odkryłam, że jest też w tabletkach, popytaj w zielarni, powinni mieć. Piłam też rano wodę z cytryną i imbirem - po kilku dniach uśmierza ból. Ale ogólnie unikam piguł, nawet tych bez recepty - postudiowałam w necie i jem to, co mi nie szkodzi. No i wywaliłam alkohol, bo to najgorsze jest, żyję w cnocie, choć bez przesadyzmu :)

      Usuń
  4. Dzięki. Na alkohol to już nie mam zdrowia kupiłam podagrycznik w tabletkach i jem już drugi tydzień. Mięcho lubię chyba będę musiała pójść w te warzywa które nie bardzo lubię.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję samozaparcia i trzymam kciuki za ciąg dalszy. Ćwiczenia naprawdę pomagają. Mnie w 2005 roku neurochirurg wieszczył że pochodzę jeszcze 2 do 5 lat. Chodzę do dziś, ale też przykładam się do gimnastyki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Biorę z Ciebie przykład, choć nie ukrywam, że na razie łatwo nie jest, a i rezultaty mikre, no ale nie od razu Rzym zbudowano :)

      Usuń