post, Kochany Pamiętniczku, nadal sponsoruje polska piosenka.
Bo czasami mam takie fazy, wracania do młodości, durnej, chmurnej, ale zawsze pięknej.
Teraz, z perspektywy lat patrząc, wiele rzeczy rozegrałabym inaczej, ale jednego bym nie zmieniła - tego, że trzymałam się słów Mamy, krótko przed jej śmiercią.
Że mam się uczyć, by nigdy nie być zależna od mężczyzny.
Żeby mieć swoją kasę, swoje zdanie i dbać o siebie.
To ostatnie przyszło mi dopiero na stare lata, na naprawdę już stare lata.
Poszłam dziś na spokojnie na Manhattan - uwielbiam takie wyprawy spacerowym krokiem, kiedy nie goni mnie zegarek.
Ciepło było, aczkolwiek bez słońca, więc szłam i szłam, latynoskie rytmy pasują idealnie do takich włóczęg.
Obkupiłam się jak głupia, w rzeźnika natchnęło mnie na golonkę, reklama była, że na andrzejki golonka - nie wiedziałam nawet o tym, u nas nie jadało się golonki, bo Eks uznawał tylko schabowego i pałę z kurczaka - nie muszę chyba mówić, że w tamtych latach musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby go wyżywić.
Golonkę jadałam z ojcem - jak wyciągałam go z knajpy, stawiał mi golonkę albo tatara. Od wieków ich nie jadam. A i dziś nie kupiłam klasycznej golonki, tylko taką w siateczce - wrzuciłam obok zwłok do rosołu i wyszedł cut, mjut i ożeszki laskowe :) Komponenty do kombinowania z rosołkiem też mam, i nie, nie będzie to pomidorowa :)
Wracając z Manhattanu wpadłam na teściową Kierownika Budowy, bardzo ją lubię. Drobna, chuda jak patyk, zawsze na mój widok krzyczy: bez czapki, nie jest ci zimno? No to ja dziś na jej widok krzyknęłam: w czapce, a tak ciepło jest :) I tak stanęłyśmy na chodniku i przegadałyśmy godzinę, chociaż ona dopiero szła po zakupy. Ale co ją żegnałam, to znów nam się papy otwierały... Szkoda, że nie ma w okolicy ŻADNEJ kafejki, więc tak gadałyśmy na ulicy. Ona też pracuje, choć z niej w sumie młoda dupa, u mnie jest jak jest - sama stwierdziła, że nie ma żadnych psiapsiół. Ale choć nadajemy na tych samych falach, nic z tego nie będzie. I tak czasem bywa.
Tuśmy gawędziły, przepłoszywszy przedtem ptaszyska :) Nie były zadowolone :P
A ja uświadomiłam sobie, że tak naprawdę w tej wiosce jestem sama jak palec. Nie, żebym narzekała, to jest mój wybór. Dobrze mi z samą sobą. Nie ciągnie mnie już nigdzie. Do żadnych zobowiązań, spotkań. Miło w przelocie zamienić z kimś dobre słowo, pogadać na jakimś forum - tak w zasadzie moje życie przeniosło się w sfery netowe.
Dobrze mi z tym, wystarcza mi realny kontakt z Inżynierową bandą.
Wierną, troskliwą, komunikatywną.
Dziś wieczorem znów była kontrola techniczna, czy jeszcze żyję - jak myślałam, mieli intensywny dzień, wpadli też w mieście na dziewczynę, która nazywa się tak jak babcia Inżyniera (ze strony Eksa), poznali się na forum zespołu, którym byli zafascynowani - złączyło ich wspólne nazwisko. Mnie ona przypadła do gustu, bo spotykali się, choć pół Polski ich dzieliło, nawet zaczęłam mruczeć, ale dziecko mnie zgasiło... Cóż, dziewczyna woli swoją płeć. Ale przyjaźnili się latami, a i Baran przypadł do kompanii, ja zaskarbiłam sobie jej łaski też, została świadkową Inżyniera na jego ślubie... Żyje intensywnie, nie nalegam na bliższe kontakty, ale... Dostanę od niej naparstki, przywiozła, dała Inżynierowi, wciąż pamięta o moim bziku :) To miłe, nieprawdaż?
Takie podsumowanie sobie robię, bo pora.
Zmiana kodu to jednak nie takie hop-siup jak myślałam.
Nie, żeby to coś zmieniało ogólnie, ale...
Wciąż widzę ulicę, wybrukowaną kocimi łbami, po której popyłał jedyny we wsi traktor, jeszcze na żelaznych obręczach.
Wykopki z dziabką.
Pierwszą we wsi Warszawę, gość, który nią jeździł był tak mikrego wzrostu, że śmialiśmy się, że encyklopedię podkłada na siedzenie, żeby go było widać.
I można było spać na środku jezdni, bo samochód jechał dwa razy na tydzień.
I wóz piekarza z Dąbrowy, który za kołnierz nie wylewał (piekarz, nie wóz), prowadzony przez konia, który wiedział, gdzie stawać, ludzie sami brali chleb (zamówiony, piekł na zamówienie) i kładli kasę. Moja Mama, nie wiem dlaczego, nie chciała od niego chleba kupować, więc chodziłam do sąsiadki na skibeczkę, bo uwielbiałam ten chleb...
I cosobotni spacer z blachą placka pod pachą do piekarni, gdzie za dwa złote piekarz piekł ludziom ciasta. Przed piekarnią na podwórku były regały, gdzie kładło się blachy z surowym ciastem...
I ten słup, rozwidlony, na środku chodnika stojący, po którym została mi blizna na nosie (już niewidoczna), bo szłam, swoim zwyczajem czytając książkę, nadziałam się na niego - Mama zapytała, co się stało, a ja na to: bezczelny, nie cofnął się, jak szłam i czytałam...
I kilka chat jeszcze strzechą pokrytych.
A dziś nie ma już tych kocich łbów.
Warszawą nikt nie jeździ.
Nie wiem, jak piekarnia, budynek stoi, ale rodziny już nie ma. A piekarz lata całe zapalał lampkę na grobie mojej Mamy - jeszcze jednak niewyjaśniona historia - dlaczego? Bo bywaliśmy u nich, Mama uczyła jego córki, ale coś mi do końca nie pasuje...
A ja jestem na bieżąco z nowinkami technicznymi - traktory z ISOBUS, kompatybilne z maszynami uprawowymi, jeżdżące bez traktorzysty, sterowane z komputera. Lasery, lidary, roboty paszowe, udojowe i inne chuje muje. Jak to się ma do mojej rodzinnej wioski?
A to jedynie jedno pokolenie.
I moja babcia, mówiąca, że jedno z dzieci urodziła w czasie sianokosów - poszła do domu, urodziła, umyła podłogę i upiekła placek.
I już o tym pisałam - o kompie w ZETO, do którego nie wolno się było zbliżyć, oddychać koło niego, bo mógł się zepsuć. A ja w kieszeni noszę komputer o większej mocy niż ten w ZETO. Wtedy z ZETO jeszcze nikt nie słyszał o internetach w Polsce.
A ja dziś apopleksji dostaję, jak mi net padnie na kilka minut.
I praca jeszcze bez internetów - słowniki papierowe, zanim człowiek coś znalazł, mijał czas. A i nie wszystko dało się sprawdzić w słownikach, czy w encyklopediach.
A dziś pytam wujka Googla (AI nie, bo czasem pieprzy trzy po trzy, jeszcze spora droga przed nią, zanim ogarnie tę kuwetę, ale uczy się szybko, skubana) i tadam, wiem, że redaktor olał swoją pracę - bo ja jestem korektorką, nie redaktorem i powinnam wierzyć na słowo, że nazwa instytucji, rzeczy, urządzenia, roślinki jest OK. A bardzo często nie jest. I błysk - i mam odpowiedź. Nie mówiąc o słownikach i o sprawdzaniu tekstów przez AI - bywa czasem pomocna, bo nie powinno się wykonywać korekty po sobie, ale jest jak jest.
Moja Mama piorąca na tarze swoimi schorowanymi rękami.
I ja, wrzucająca wszystko do automatu.
Mogłabym mieć zmywarkę, choć u mnie to byłby kolejny remont kuchni (o, a może to jest pomysł na prezent, bo wylazłam dziś z drogerii bez perfum, uświadamiając sobie, że mam w domu zapas do końca życia, i to tych z górnej półki, którymi nie mam nawet kiedy się posmrodzić tak naprawdę)... Ale wychodzę z założenia, że COŚ jeszcze robić muszę, bo inaczej wkrótce z fotela nie wstanę... A zmywania nie lubię.
Ale cóż, nie można robić w życiu tylko tego, co się lubi :)
Czasem chciałbym wydać trochę kasy na siebie, ale...
No, na badyle wydaję dużo.
Nie potrzebuję nic z gospodarstwa domowego.
Jak coś kupuję, to już fanaberia.
Mieszkanie mam urządzone, może nie najnowocześniej, ale mi się podoba i żałuję wywalonych starych mebli. Tęsknię za nimi i chuj.
Ciuchów mam dość, butów też.
Dyżurny szlafrok, kupiony w ataku paniki, a co będzie, jak będę musiała iść do szpitala, wisi i starzeje się.
Raz, że jest mi ciepło w mieszkaniu, dwa, że nie mam przed kim ukrywać swoich wdzięków.
Ostatnio zakładałam go w panice, jak policja mi do drzwi zadzwoniła, bo reklamowałam (parę lat temu), że wciąż od nich przychodzą do mnie awiza od gościa, o którym pojęcia nie mam, kto zacz :)
Zatem jakieś pomysły, co mam sobie sprawić, by się dopieścić?
Książki odpadają, wciąż myślę, by wrócić do Nocy i dni i innych bajek, ale mój czytaniowstręt pracowy mi to uniemożliwia.
Nowych dzieł nie pożądam, wystarczą mi filmy, by wiedzieć, co się w literaturze dzieje.
Tak, zatrzymałam się na klasykach i nic mnie nie ciągnie (pomijając czytaniowstręt... a czytając "guru" korektorskiego 497 błędów językowych, pożyczone do Inżynierowej, na ortografa natrafiłam "nie rzadko". Aż poszłam sprawdzić w internetach, czy mi się nie przywidziało. Więc nie, podziękuję za książki, Wydaję je, licząc na to, że dostaną drugie życie i ktoś się nimi zaopiekuje. Jak Alienek moją serią biologiczną :)
Odkurzacz bym sobie kupiła, ale...
Ten, który mnie zafascynował, że jak w amerykańskim filmie, bezprzewodowy, na rączce, schylać się nie trzeba, markowy, a jakże Tefal, padł tuż po gwarancji.
A drugi, Amica, zwykły, na kabelku, przez te durne rozporządzenia UE, ssie jakby nie mógł, jest głupi i ma wszy na płucach.
Częściej posługuję się zwykłą miotłą (jak to Wiedźma), bo i ogarnie, i nie wymaga wyciągania pierdyliarda akcesoriów, kabli i innych chujów mujów.
Więc biedna ja.
Niedopieszczona.
Ale szczęśliwa (psssttt, niech tego nie usłyszy szczęście).
Żyjąca na własnych zasadach.
Nieco rozgoryczona, że nie wszystko jej się do końca udało, ale przecież bywa gorzej, co nie?
Najważniejsze, że moje dzieci nie czują się źle (no, przynajmniej jedno, tego jestem pewna, drugie jest zagadką).
A ja, poza zastanawianiem się, czy będę w ramce w stopce, czy jednak odejdę w niebyt i zapomnienie nie mam w tej chwili większych zmartwień - i niech tak zostanie.
I prywata dla abasi - naukowcy z Lublina, z tamtejszego Uniwersytetu Przyrodniczego zalecają dodatek L-tyrozyny... w paszy dla świń. Ma ona zapobiegać obgryzaniu ogonków i uszu :) Czyli świńskiemu kanibalizmowi, popularnemu w stadach nudzących się świń :P Na razie nie mam ochoty na takie akty, ale kto wie. (Wieści z korekconego artykułu o żywieniu świnek). Jednocześnie poszperawszy głębiej w czeluściach wujka, doszukałam się, że to nie do końca jest bezpieczny suplement. Dam mu szansę, ale na razie działa na trzy z plusem, wg dawnej skali ocen. Może to ja jestem w grupie wyjątków?
To, co działa na jednych, innym krzyżuje szyki.
Nie wszystko złoto, co się świeci, nieprawdaż?
Na mnie działają tabletki uspokajające, tak się nazywają, jadąc na nich przetrwałam teściową.
Nie pomagają mi na spanie, ale wyciszają moje emocje, kiedy się nakręcę codziennością, chociażby męcząc się z kodowaniem ZIP :)
I tak nie zdołałam zapisać wszystkiego, co ciśnie mi się pod klawiaturę, a pora na wyłączenie kompa.
Na pożegnanie zatem
Pantera kusiła pieczeniem, ale moja Mama zawsze mówiła, że bezy nie wychodzą (chyba wiem, dlaczego, wina pieca), bezy, którymi zażerałam się kupowałam u TEGO piekarza. Jestem fanką bezów, sprzedam za nie diabłu duszę (wątpię, żeby był chętny na nią, wszak jestem apostatką, więc z paragrafu ją ma), no i dziś męczyłam panią w Galerii, w cukierni, w której nie kupowałam od kilku lat, ile to będzie 10 deko bezów - kosztują prawie 50 zł za kilo :) Ostatecznie kupiłam 26 dag... :)
No i moja dupa teraz po cichu rośnie i rośnie, a to wszystko przez Panterę piekącą...
Nie dała się nabrać, wiedziała, że kupiłam.
Są przepyszne :)
Kupię znów, jak Alienek się zapowie z audiencją (też je lubi, genów nie wydłubiesz).
Jego rodzice mnie zamordują i to będzie lekka i przyjemna śmierć, a co zrobić z ciałem, to już będzie ich problem :P





































