trzy dni, Kochany Pamiętniczku, a rollercoaster, że ojacierpiędolę.
Wstałam w nocy i...
Sceny balkonowe odstawiałam, bo Inżynier leciał...
No i spanie poszło się jebać.
A on... dojechał na lotnisko, a jakże i poleciał.
Ale com się nascenowała i nie spała, to moje...
A przed wyjazdem, nakręcona przez Panterę (kocham Cię i tak), że te jarmarki są tak atakowane, że olaboga, nasmrodziłam mu dydaktycznie, że na jarmarki ma nie chodzić.
Ledwo wylądował, to przysłał mi fotkę.
Z jarmarku, a jakże. Że najpierw na jarmark polazł.
Kochające dziecko, co nie? Dopiero później się przyznał, że to jarmark przy wyjściu z lotniska, więc siłą rzeczy nie mógł go ominąć.
Ale co mamusi nerwy podkręcił, to jego :)
Potem już nie miałam z nim kontaktu, bo i on wpadł w wiry konferencyjne, a i ja miałam sądny dzień
Bo tak, jak moje koleżeństwo poniedziałek i wtorek przebimbało, a i środowy poranek do 10 miało na luzie, tak po 10 rozbiła się lawina emilków. Nie pamiętam, kiedy tak miałam, choć co miesiąc w dzień wysyłania pierwszej składki mam młyn. Tym razem nie nadążałam, a ja przecież szybka dziewczynka jestem. I metodę mam, systematyczną, u mnie nic nie ginie. Ale jak zaczęły się przeplatać emilki z I i II korektą (pierwsza ma pierwszeństwo - odsyłam, a oni sobie to łamią), to jeszcze zaczęły wskakiwać emilki z pytaniami, czy ich emilek nie zginął, bo długo czekają, no i emilki zatroskane, pytające, czy jeszcze żyję.
Kurwa.
A produkowali się tak, jakby byli na haju wszyscy, jakby się blekotu obżarli. Bo choć Boss twierdzi, że ja to tylko kropki, przecinki, literówki...
Oczywiście. Powinnam więc spokojnie puścić polowanie zbóż, bo przecież literki się zgadzają, co nie? Polowanie zbóż w tym roku brzmi całkiem logicznie, nieprawdaż? Konia z rzędem temu, kto zgadnie, co autor miał na myśli? Bo autor nie widział błędu, jemu się wszystko zgadzało. Jak w banku. Szwajcarskim. No nie poszło. Gość ma włączony słownik i wklepuje, co mu ślina na język przyniesie, a Word podpowie.
Nagroda specjalna dla tego, kto zgadnie, o czym myślał autor :)
A drugi, mój ulubieniec, któremu stale śmiercią grożę, a który to lekceważy (do czasu, panie JB, do czasu), nie widział kiksa w adopcji technologii do naszych potrzeb. A pisał o ważnej z punktu widzenia naszej branży konferencji. Był bardzo zdziwiony, że jest różnica między adopcją a adaptacją, wierzyć nie chciał, musiałam linki dosyłać.
No mogło iść, co nie? Literki się zgadzają, a ja jestem od zamiatania.
Inny geniusz zaś dosłał mi 50 ha zbórz. Jakby jeszcze było u otwarte, byłoby ciekawiej, co nie?
I to z NASZEJ branży słowo. No ale to już moja działka, za to mi płacą.
Kolejny mistrz siał na polu MPK. MPK to jak wiadomo zbiorkom w Koziołkowie. Ale co tam, mogli i na pole wjechać, kto bogatemu zabroni?
Nie mówiąc już o przekręcaniu nazwisk zaproszonych na imprezę roku szyszek. Zagranicznych. To nie wchodzi w zakres moich obowiązków, zresztą skąd ja mam znać nazwiska wszystkich speców od agrotechniki, gleb, nawozów, hodowli świń, bydła i innych chujów mujów? I to w programie imprezy...
No szukam w internetach, sprawdzam, a redachtóry zaskoczone, że jak to, że źle napisali.
Jedynie naczelna pochyliła się nade mną zatroskana i przepraszała za wariatkowo. Lubię naczelną i to bardzo :)
Dobrze, żem krupnik upichciła, z żurkiem za dużo roboty było, wprawdzie znalazłam tylko kaszę orkiszową, ale i tak pyszny był i życie mi uratował :)
Na trzy dni starczył i na jutro jeszcze zostało :O Na tych kościach, więc przesmaczny :)
Gdy zakończyłam pracę o 22 (tak, tak, 12 godzin jak w pysk strzelił), zażyłam pigułę i do wyrka, ale...
Nie spałam. W myślach pisałam emilka do ludzi, bo byłam zła jak cholera. Jak dwie cholery, jak cały las (tekst dzieci, jak były małe).
W czwartek apiać zaczęły lecieć emilki, bo okazało się, że jednak nie dokończyli roboty, więc gdy na poczcie zrobiła się znów kolejka, machnęłam emilka. Zatytułowanego, a jakże, po niemiecku (bo jesteśmy szwabskim klonem) ACHTUNG :)
Jako że właśnie rozpruł się worek z mailami, uprzejmie proszę
Szanownych Państwa o niepytanie, czy ich mail gdzieś zaginął albo czy
korektorka jeszcze żyje (to już wyższy stopień troski o mnie).
Uprzejmie informuję, że jestem na posterunku i pracuję jak mały motorek.
Każdy z Państwa otrzyma swą korektę wg kolejności. Wlatują właśnie jeszcze I korekty, więc wola boska i skrzypce. Pozostaję do usług :)
I... poleciały emilki, że co złego to nie oni, że sorry i takie tam.
Naczelna zaś wzięła się za gościa, który jeszcze nigdy się nie wyrobił (zresztą z jej działu, jest na emeryturze, nie zwolnią go, bo u nas nie zwalniają - tak jakby). I tym pięknym sposobem wczorajszy dzień skończyłam o 18.30.
I zaczęłam męczyć Inżynierową, bo Inżynier mi z horyzontu zniknął. Wyszła z założenia, że jest dorosły i w dużym mieście, to nic, że ciemno... Nawet nie wiedziała, o której ma samolot, za to ja, stara wariatka, palce zdarłam na klawiaturze, zanim znalazłam lot, bo tablica w Monachium jest chujowa.
Ale ona się wcale o niego nie martwiła, zajęta zakupami dla dzieci na Gwiazdkę.
No jej zakupy kosztowały mnie sporo, ale cóż. Powiedziałam, że kupię to, co dzieci wybiorą. A że podsuwa dzieciom hmmm... kosztowne rzeczy, trudno. Nie zna wartości pieniądza. Życie. Z prezentu dla Alienka jestem zadowolona, bo dostanie mikroskop. Interesuje się juz takimi rzeczami, a ja wolę wydać kasę na to, niż na kolejny zestaw klocków LEGO - mają ich chyba więcej niż ma sama fabryka :)
A ja widzę siebie, siedzącą w kuchni nad mikroskopem (takim prawdziwym, mama uczyła biologii), oglądającą co się dało i nie dało. Moim ulubionym szkiełkiem był preparat: wągier tasiemca w mięsie świni. Byłam zboczona od małego :)
Za to Kalafiorkówna dostanie Stitcha z LEGO, po chuja jej to - nie wiem. No ale to "kultowe" jest. I kultowo kosztuje. Inna bajka, że chce dostać konia, jest zafascynowana końmi, więc niebiosom dziękuję, że nie zażyczyła sobie (mama, nie dziecko) konia :)
Więc piszę do Inżyniera, gdzie się szlaja (bo ja kochająca matka jestem). Odrzekł, że na lotnisko jedzie, na co była już najwyższa pora, więc odsapnęłam, ale nie na długo. Na lotnisko jedzie się pociągiem. A wiadomo (wiem od Pantery znów), że niemieckie bany to jakieś niedorobione są.
No i po chwili pisze mi, że bana się rozjebała, jedzie na lotnisko taksówką. 40 minut do celu. Nawet nie zapytałam, ile to będzie kosztowało. Zapytałam dziś. 100 euro poszło. Nie drążę, skąd wziął, podróż służbowa, firma zwraca.
Poszłam po dwie tabletki uspokajające, puzzle zaczęłam układać, nie nękałam, bo mógł mu telefon paść.
Dojechał.
Odprawił się.
Poprosiłam, żeby napisał, jak dojedzie do chaty (zapowiadali goło leć i zamieć, a do nich droga jak z horroru). Nie obiecał, bo padał na mord. Ale o 1.10 napisał, że dojechał. Z tym, że ja nie widziałam, bo mi nie wyświetliło na MSG, a nie sprawdzałam co kawałek. Mimo piguł nie spałam, cholera mną rzucała, a na dokładkę zapomniałam, że wierzbówka kiprzyca jest moczopędna...
Nad ranem śniło mi się, że zostałam zaproszona na obiad do Elżuni. Siedzieliśmy w jakiejś sieni, czekając na obiad, w długiej kolejce na drewnianej ławie, gdy wtem wszyscy zgromadzeni zaczęli mówić jeden przez drugiego, że spóźnię się do pracy, że mam napisać SMS do pani M., że się spóźnię, bo to nieładnie tak się spóźniać. Oczywiście, jak w każdym moim śnie nie umiałam napisać SMS... Zlana zimnym potem obudziłam się i było dość późno jak na moje plany, ale...
Ogarnęłam się jak za młodych lat.
Błyskawicznie. I kontemplując
poleciałam do Lidla, bo pyry mi się kończyły, a zapowiadają sajgon pogodowy :)
Z wywieszonym ozorem jeszcze śmieci wyniosłam, rzuciłam się na pocztę i...
Przedpołudnie spędziłam na kontemplowaniu widoków za oknem
ale wpadłam na chytry pomysł i rzutem na taśmę ogarnęłam chałupkę
jednego gnoma już wyciągając z niebytu...
Ruszyło o 15, zdążyłam nawet obiad zjeść, zadowolona, że jednak się zmobilizowałam. Został mi tylko korytarz, bo mój dyżur. Ale że chciałam mieć to na spokojnie, ogarnęłam po pracy, to tylko 20 minut.
Dziś pracowało się miło i spokojnie, wiedziałam, że na włościach OK.
Alienek na antybiotyku dochodzi do siebie.
Skończyłam pracę po 18, był jeszcze emilek z maszynek, z materiałem i pytaniem, czy w niedziele po kościele mogę coś ogarnąć i czy gazetka mnie jeszcze męczy. Nie wnikałam, ale złośliwie odpisałam, że po kościele nie dam rady, bo nie chodzę do kościoła.
I tak sobie mile pogawędziliśmy, po czym dostałam emilka:
Jako że mam wino, więc noc prześpię.
Jutro ciąg dalszy testowania piguł na spanie - ale chyba na mnie nie działają - ani mnie mniej do słodkiego nie ciągnie, ani spanie się nie poprawiło.
No cóż, pożiwiom, uwidim.
Przede mną kilka spokojnych dni.
Wrócę do pracy w środę. Po tym całym bajzlu z imprezą.
A impreza będzie się odbijała czkawką przez cały grudzień. Po raz 9. znów te teksty silni, zwarci, gotowi, stoimy murem i inne chuje muje.
Jako że mam to w zapowiedziach, potem w tekstach, wszystko czytam w sumie 4 razy - więc jak w tej piosence: ona na pamięć to umie...
Do wyrzygania, ale za to mi płacą.
Tak sobie streściłam trzy szalone dni...
A mogłam leżeć pod palemką, wachlowana przez seksownego Murzyna (pierdolić poprawność polityczną), drinki z tymi palemkami popijać i mieć na wszystko wyjebane...
A nie, wróć.
Nie ma opcji, za gorąco :)













Ten jarmarek, z ktorego jest zdjecie, jest jeszcze w trakcie budowy i urzadzania. U nas zaczyna sie dopierow poniedzialek, teraz tez stawiaja budy i je wyposazaja. Terrorystom sie nie oplaca, za malo ludzi ;)
OdpowiedzUsuńZ tym polowaniem na zboza niec nie wymyslilam, za goopia jestem i za blondyna, no i nie siedze w branzy.
Powiedz, dlaczego mnie ani troche nie zaskoczylo, ze niemiecka kolej nie dowiozla Ci dziecka na lotnisko? Ale juz zapowiedzieli kolejne podwyzki biletow. Bandziorki!
Ja się założę, że niemiecka kolej włoskiej nie przebije, nigdy. Nie będę opisywać moich historii z nimi, ale ostatnia to hit (beze mnie, na szczęście) - kilka dni temu pociąg z Rzymu odjechał 50 minut wcześniej, bez powiadomienia wszystkich pasażerów, żeby....uwaga, uwaga - dojechać punktualnie do Genuii ,po włosku Genova. Podobno roboty byly po drodze.
UsuńJa zas na blogu nieraz opisywalam jak nie spoznienia, co jest codziennoscia, to to, ze mnie i innych pasazerow w srodku niczego z pociagu wyrzucili, bo byla awaria zwrotnic. Innym razem pociag w ogole nie przyjechal. Ni wspomne juz, ze praktycznie za kazdym razem nie zdazalam na pociag przesiadkowy.
UsuńAle przyznaje, zaden nie odjechal prawie godzine wczesniej, zeby zdazyc. Italia rules! :)))))
Dopytałam potem. Ale nie do końca, bo tylko na MSG. Jakiś remont tam był, wiedział, chciał z drugiej strony dojechać, ale znienacka na tej drugiej stronie też był remont i wszystko jebło.
UsuńWitaj w klubie, ja też jestem mistrzynią w zamartwianiu się o dorosłe dziecko. Próbowałam się odzwyczaić, ale nie udało się. Widocznie w ustawieniach fabrycznych mam miłość połączoną z lękiem. Chyba większość matek tak ma.
OdpowiedzUsuńDaj Tryptofanowi szansę, ja poczułam się lepiej dopiero po tygodniu przyjmowania tabletek. To trochę tak jak z ziółkami, organizm musi się wysycić. Trzymam kciuki, żeby Ci pomógł.Pozdrawiam serdecznie.
A myślałam, że tylko ja jestem zepsutym modelem :) OK, łykam dalej, zobaczymy :)
UsuńAle kołowrót! No podziwiam i wiadomo:Jest Pani niezastąpiona:👏A z tym zbożem to mi tylko pokładanie zbóż się kojarzy:)Zasłużyłaś na wino!
OdpowiedzUsuńNie, nie zgadałaś :) Chodziło o plonowanie zbóż :) Na danym polu :)
Usuńja tez z tym strachem o dorosle podrozujace dziecko mam przerabane. wyjscia nie widze. chyba ze nie wiem ze gdzies pojechali.
OdpowiedzUsuńTeż tak mam. Zwłaszcza teraz, jak ślisko... Syn już ma wprawę, 4. rok w PL, ale synowa dopiero zaczęła, a dojeżdża do sąsiedniej wiochy, więc o nią też się denerwuję, chociaż ona tego nie uznaje...
Usuń