sobota, 30 kwietnia 2022

Jak co roku

 w Chałupach, Kochany Pamiętniczku...

Każda wyprawa z I. to jak dar od losu.

Tym razem dodatkowo testowaliśmy naprawę samochodu (a jakże, u autoryzowanego dealera, albowiem nieautoryzowani utykali na błędzie w komputerze, kto ma nową technikę w aucie, ten wie). Z tego powodu raz wróciliśmy na naczepie, nie dojechaliśmy na pogrzeb, ale miało być wszystko OK. No nie było, bo - oddajemy cześć - przed tradycyjnym miejscem zapaliła się kontrolka, co olaliśmy, bo już wszystko było jasne.

Stracha miałam, bo to pierwszy dzień długiego weekendu, ale poza paroma "specami", wyprzedzającymi na podwójnej ciągłej i kilkoma dawcami narządów, którzy spieszyli się do spełnienia misji no i kilkoma kawalkadami barabuł (dla nieznających się na rzeczy - stada motocyklistów, wskakiwałabym na siodełka, ale nie chcieli się zatrzymać), pędzących równie chętnie na stół operacyjny (a na drodze do K. co i rusz w rowie krzyż z kaskiem na wierzchu), ale na całe moje szczęście, dziecko me rozsądnym kierowcą jest i nie szaleje.

Cztery godziny przegadane, papy nam się nie zamykały, tematów nie brakowało. To są te darowane chwile, kiedy nie ma na stanie Łobuzów, aczkolwiek przekochanych, ale czasem dojrzewa w I. myśl o włożeniu ich do okna życia, na co ja ripostuję, że będę tam czyhała, brała je z miejsca i jak już go tęsknota przypili, to ewentualnie zgodzę się na widzenie pod nadzorem...

Takie tam matki z synem rozmowy.

Dzięki nieocenionej E. do sprzątania wiele nie było, chociaż ze wszystkiego zapomniałam wody zabrać, ale starczyły chusteczki nawilżane, jeden ze zniczy rozsypał mi się w rękach, dobrze, że nie poraniłam się szkłem i miałam je czym sprzątnąć, a ustaliliśmy, że te "wieczne" znicze są przereklamowane i przedrożone, generują więcej elektrośmieci niż zwykłe, też nieekologiczne.


I tak Umarlaki dostały zjebkę za niepilnowanie młodych i poszło szybko. W okolicy tyle nowych pomników, że prawie zabłądziłam. Jako że za rok mija 20 lat od śmierci mojego brata (już? kurwa, kiedy?), będziemy dzwonić i ogarniać całą kuwetę.

Ja zakładam, że do parapetówki na włościach dożyję, a potem będę mogła lec spokojnie, na co dziecię me uspokoiło mnie, że odchodząca ekipa od razu dołek wykopie, żeby nie było kłopotu z pozbywaniem się zwłok po imprezie.

Dogadujemy się zatem idealnie.

Bociany po drodze stadami latały, ale na sugestię, że może jakiś Łobuz do kompletu, oberwałam w łeb.

I tak rozkoszując się kwitnącymi po drodze magnoliami (a kwitły, zwłaszcza w J. jak potłuczone), rzepakami, traktorami trenującymi na wypadek W, stadami glap w bruzdach i innymi cudami wiankami, wpadliśmy do Piccolo, bo takie było zamówienie obiadkowe (nie mogłam przeboleć nieodwiedzenia Atutu), gdzie zanabyłam obiad w ramach "bo mogę" i zamiast spaghetti, które śmierdzi mi moczem zawsze, sobie kupiłam lasagne ze szpinakiem i... Piccolo mam też na fyrtlu, więc jak mnie leń ogarnie, to będę tam latać, bo dwa obiady za 17 zł to nieźle... :) Nie dałam rady wciągnąć jednej porcji.

A potem było szaleństwo z Łobuzami, Alienek od drzwi witał mnie z bukietem (znaczy się zaatakował mnie z rysunkiem badyli), a Kalafiorkówna rączo ruszyła do mojej torebki, łypiąc spod oka i pytając: masz tam coś dla mnie?

Na wiadomość, że łapówki są w siatce, którą dostała do rąk własnych mama, kaszląca jak umierający na suchoty Waryński w Szlisselbursgu przerzuciła się na matkę, a ta z terrorystami nie negocjuje, więc wszyscy siedli do obiadu :)

A w siateczce oprócz łapówki dla matki (wysokość ustalił I.) w postaci chardonnaya (chcę, mogę, wiem, jak wkurwiało mnie, gdy teściowa niszczyła moje plany, zabierając męża na swoje widzimisię, moja synowa, mało, że chora, została z chorymi Łobuzami, więc - doceniam), dla Łobuzów (rzodkiewki od Pana od Pomidorków żarła nie tylko Kalafiorkówna, będąca ich fanką, ale i Alienek, na którego żadne zachęty typu zjedz, bo zdrowe nie działają) było i dla I.


Posłałam mu fotkę, myślał, że to jakieś wino jest. A to jest... piwo. I smakowało mu, więc :)

Zanim wyszłam, zostałam jeszcze oprócz mizianka, siedzenia na podłodze w charakterze jeża na podłodze i innych pieszczotek obdarowana fotkami Łobuzów, tym razem solo, nie w duecie, w duecie przedszkolny fotograf ma przesrane, jak go dorwą na stare lata, to biada mu i... świecznikiem, wykonanym własnoręcznie przez Alienka, łatwopalnym, który schował, miał nikomu nie dać, ale kopnął mnie ten zaszczyt i świecznik mam, bo ja lubię światełka i nauczyłam Łobuzów, jak się gasi płomienie w świeczuszkach...


Pod kontrolą, of course, świecznik, na razie niezapalony między dwoma kalendarzami na pracowym office home biurku...

Pierworodny w międzyczasie dosłał zdjęcie P. na fyrtlu na rowerku. Odpisałam, poinformowałam, że wracam z K.
Są w wiosce, więc wystarczyło zapytać, czy wlecę na kawę, ewentualnie na herbatkę, co nie? Nawet szklanka wody byłaby OK :)

Bo mam w planie długi weekend nicnierobienia, jestem zmęczona i na pewno nie będę gotowała dla czterech osób. A i nie mam zapasów soków, wód mineralnych i innych opcji "to lubię, tego nie lubię". Ostatnio, w ramach oszczędzania, przyjęłam strategię Kalafiorkówny, warzywkożercy, że nawet włoszczyznę się zżera, a nie wyrzuca, więc z ciężkim sercem, zamiast gotować pyry, zażeram się włoszczyzną :) Nie, żebym włoszczyzny nie lubiła, ale ile warzyw można zeżreć? Zwłaszcza marchewki...

Ale na spacer mogłabym iść i kawę później wypić. Mogłaby być herbatka. Tylko dlaczego ja mam to organizować?

Też nie sprzątam kątów na wysoki połysk, zakładając, że nikt nie będzie sprawdzał mojej perfekcji w sprzątaniu chałupy. Bo ja mam wyrąbane na sprzątanie innych i nawet jak coś mi nie pasuje,  myślę: wrócisz na swoje śmieci, gdzie będzie jak chcesz i lubisz. I mam na resztę wyjebane.

Inżynierostwo informowało, że chce doleczyć Alienka, siedzącego na antybiotyku. W środę idą (razem, o ile Inżynierowej suchoty przejdą) na randkę ze Smerfem Marudą, który wleciał po latach nieobecności do PL. Łobuzy wpadną wtedy w szpony dziadka i to jest OK, ostatnio jak rodzice poleźli w długą, to ja męczyłam się  z bandą.

Można wszystko ogarnąć? Można.Wystarczy nie kłamać i nie przeginać.

Zapytać i nie kłamać.

I tak minął mi pierwszy dzień długiego weekendu.

Cieszyłam się każdą jego chwilą.

I tym, że do piątki wróciła pani A. też.

Gdy mi ciebie zabraknie...

Mam nadzieję, że dziś już żadne pozamieniane groby nie będą mi się śniły.

 

 

 



piątek, 29 kwietnia 2022

Niespodzianki

 nie było, Kochany Pamiętniczku. Pensja znów goła jak święty turecki. A ja najzwyczajniej w świecie mam dość upominania się przez kilka miesięcy, jakbym żebrała.

Więc nie, sorry Winnetou, T. nie zrobię kolejnej książki.

Pierdolę, są jednak rzeczy ważniejsze niż robienie dobrze wszystkim. Jak moje życie osobiste, gorsze, lepsze, ale moje. Innego nie będzie.

Więc chcę mieć czas, żeby lecieć na Manhattan i wrócić z 


tak, już konwalie dorwałam w tym roku :) Jak pachniało. Młodością. Szczęściem. Marzeniem.

Bez wywieszonego ozora, bo rozregulowałam się na maksa i nie ma opcji zrywania się o 6. A Boss ma dziwny zwyczaj kontrolowania, czy jestem już na posterunku, mimo że nadgodzin mam więcej niż włosów na głowie.

Więc nie, sorry Winnetou.

Ogarnęłam dodatek już po godzinach, ale wyraźnie napisałam i uzgodniłam z nim, że w związku z tym wrócę do pracy dopiero 9 maja.

Sekretarka dziś pisze, że mam urlop na 2 maja wypisać, bo jest rozporządzenie i wszyscy wypisują, kiedyś bym wypisała. Teraz mam wyjebane, nie ma mnie, umarłam.

Loggię mam już w miarę ogarniętą, pozostały do wyniesienia śmieci, sama nie udźwignę. Miała być akcja sprzątamy u mamy, ale I. już dość wykorzystuję, więc na razie odpuszczę. 

Nie musi wszystkiego dźwigać na swoich barkach.

A, warzywka podniosły mi uposażenie o 200 zł netto, zrozumiałam, że dostanę już w tym miesiącu, ale nie. Zobaczymy za miesiąc.

Nie, żeby mnie te stówy w jakiś sposób ratowały, ale powinnam wreszcie mieć zapłacone uczciwie za swoją pracę.

Ciężką.

To też mnie zniechęca do wszystkiego, żeby nie ta nieszczęsna budowa, nie wiem, co bym zrobiła, bo naprawdę mam, kurwa, dość.

I tak mimo




 że nawet te jebane srajdy, żrące na trawniku jak rasowe świnie przy korycie nie budzą już we mnie takich emocji (w międzyczasie jedna wleciała mi, chuj wie jak, za siatkę do loggii i tylko dlatego, że sąsiad łaskawie ją złapał nie zeszłam z tego świata).

Staram się nie nakręcać, a nawet nie mam z kim o tym porozmawiać, że realizuje się scenariusz z Ostatniego brzegu - zmory mojej młodości.

Myślałam, że już nigdy nie będę takich lęków przeżywać, rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze i się bać tak potwornie.

Nie, nie śmierci, cierpienia.

Umierania.

Dlatego cieszę się każdym darowanym dniem i staram się nie nakręcać zapowiedziami, że jebnie 9 maja. Jak jebnie, to po nas, bo pod bokiem są Krzesiny i wspominam słowa majora P., który w czasie przysposobienia wojskowego, gdy wszystkie inne grupy w pocie czoła pisały plan dla Poznania na wypadek ataku nuklearnego, usadowił się wygodnie na katedrze i rzekł:  nie czarujmy się, jak jebnie, nie będzie co zbierać i szkoda waszego młodego życia na takie rzeczy, więc podyktuję... I podyktował, nasz grupa miała idealne wyniki, co nie zmienia faktu, że w razie W, jak jebnie, to trzeba się modlić (do kogo?) o szybką śmierć. 

Z Baranem się wyjaśniło, u niego też dużo zmian. 

 Włości ruszyły, ale do końca daleko, a kasa topnieje w oczach...

Tylko rachunki rosną. Byłam tam, ale to nie na moje nerwy chodzenie po niezabezpieczonych schodach i krawędziach, na starość jeszcze bardziej mi to dokucza, w perspektywa zlecenia i połamania to już mogiła.

I błogosławię moment, gdy podpisałam umowę z Enea, że stała cena na 3 lata. Klęłam po podpisaniu, ale teraz się cieszę, w tym miesiącu zapłaciłam za prąd o 30 zł mniej niż dwa miesiące temu.

Ja, oglądająca każdą złotówkę zanim wydam, to jednak po tych wszystkich latach coś nie tak.

I jednego nie umiem sobie odmówić - badyli.

Mam mieszane uczucia, rezygnując z nich, ale pomna na zasadę: nie pisz credo na parkanie, spuszczę na to zasłonę milczenia.

A jutro jadę do Umarlaków, od paru dni śnią mi się non stop, w kretyńskich konfiguracjach, że grobu mamy (osobnego, a leży z ojcem i bratem moim) znaleźć nie mogę, inne takie fantazje, a I., dziecko me ukochane, przysyła mi dziś rankiem fotkę w T-shircie z napisem We're all gonna die. Die to wiem, ale składnia angielska, więc pytam.

A słodkości moje odpisuje: wszyscy umrzemy.

Tyż prowda...

O drugim moim dziecku nie wypowiadam się, albowiem spotkaliśmy się WSZYSCY na urodzinach Alienka (po terminie, bo jak nie urok to sraczka przedszkolna). Synowa jakby nie było tych dwóch lat milczenia, wszystko ładnie i pięknie, tylko po chuja kłamstwo na każdym zakręcie?

Nie mam za co przepraszać. A już na pewno nie będę przepraszała za to, że jeszcze żyję i ośmielam się mieć swoje zdanie.

Żeby to tylko tak cholernie nie bolało.

Ale takie jest życie - kogoś musi.

Od wielkanocnej imprezy się wykręciłam, rozumiem, że I. musi, ale ja nie. Jest mi dobrze we własnym sosie i będę o to walczyła przy okazji kolejnych świąt.

O ile 9 maja nie jebnie.

Od wojny Warta nie ubezpiecza. 

Więc wszystko i tak pisane palcem na wodzie.

Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale...




środa, 27 kwietnia 2022

Serio

Kochany Pamiętniczku?

Serio?

Za wszystkie tęskniące wpisy bardzo dziękuję, były mi bardzo potrzebne do niepopadnięcia w sytuacje, w których serce klęka. Wszystkim wpisującym i każdemu z osobna - bardzo dziękuję. I przeklinam tych, co wierzyli, że wrócę, bo ich fluidy mnie tu ściągnęły...

A klękało nie raz i nie dwa.

Wstawało, padało, wstawało...

A blogowanie gorsze niż alkoholizm, z alkoholizmu daje się wyjść, z blogowania chyba nie.

No dobra, u mnie wszystko jak dawniej. Może tak, może nie. Ogólnie.

W sumie wszystko po staremu, toczy się, jedyne co mnie kocha, to praca (namiętnie, aczkolwiek pensja już nie tak - long story, w zależności od opcji). Boss podwyżkę o całe 200 zł brutto po 12 latach pracy przedstawił mi jak wygraną miliona w totka, nie było negocjacji, maszynki były zaskoczone moją pensją i bez drgnienia dostałam 200 zł netto podwyżki, z sumitowaniem się, że więcej nie mogą, warzywka ponoć od 2 miesięcy czekają na decyzję prezesa o podwyżce, pomijając po drodze przypominanie, że zapracowałam na premię, kadry odpisują, że jest ok, ale nie radzą łapania się na Nowy Nieład)...

Nowy zaś (Nie)Ład sprawił, że mimo tych szalonych podwyżek moje uposażenie spadło o 200 zł. Ponoć odzyskam to po rozliczeniu w 2023... 

Muszę jeszcze dożyć.

Sikoreczce dziękuję za wspomaganie w decyzjach podatkowych. Bezinteresownym.

A ja, no cóż.

Nie śpię po nocach, bo nie słuchała myszka mamy.... I aczkolwiek (teoretycznie) mogę pomóc, zastanawiam się czasami, czy warto. Bo w sumie gówno mogę. Gówno o całym życiu w pocie czoła.

I dopiero niedawno do mnie dotarło, że skoro ta (większa część) rodziny Eksa tak się rozczulała nad jego niedolą, dlaczego nikt z nich, ludzi dobrze urządzonych w życiu, nie oddał swojej działki z zachowku moim dzieciom, skrzywdzonym przez całokształt?

Jedna z dziewczyn, znam ją realnie dzięki blogowi, lecząca się u mojego szwagra, który okradł moje dzieci w majestacie prawa (inna bajka to jakość leczenia), była bardzo niezadowolona z tej terapii.

Więc nie jest tak, że to ja jestem napalona i zła.

A, kolejna long story, bo uczona przez życie wciąż myślałam, że nie muszę mieć wszystkiego, że mam wspierać itedeitepe...

A nieważne, jestem tylko starą, zniechęconą do życia kobietą.

Maybe...

 Wracając do mnie. Poza pracą (na którą dziś czekałam bite 8 godzin i nic nie było, ale za to wypinam się na całokształt do 9 maja za zgodą Bossa, więc od piątku będę miała wyrąbane na wszystko) mam na stanie parę planów, w tym wyjazd do K.

Teoretycznie samochód naprawiony, jestem uzależniona od tego transportu, albowiem publiczny padł.

Na dnie z honorem, a że inflacja zapierdala jak potłuczona, na noc w hotelu tam mnie nie stać.

Poszłam na giełdę kwiatową i na 95 za wkład do wazonu witki mi opadły. Do tego gacie z hukiem.

Tak, wiele się zmieniło w tym czasie, kiedy mnie tu nie było..
Wojna.

Wpłacam na siepomaga.pl, bo nie sądzę, że wysyłanie moich starych ciuchów, w które się już nie mieszczę, w jakikolwiek sposób zmieni losy świata.

Na Inżyniera siepomaga dopłacają moją wpłatę, o jej wysokość więc to dobry deal,

Moja firma działa we wpłatach z Caritasem, ale okazuje się, że  Caritas kantuje aż miło...Na początku wojny pisałam do firmy, że nie reklamujemy kacapskich firm. Podjęli, ale...

A, nieważne:) Przecież jestem tylko nieważnym pionkiem...

WOJNA.

Co dzień, budząc się we własnym łóżku, dziękuję życiu, że żyję.

I nie, nie modlę się o życie dla wnuków.

Bo nie ma się do kogo modlić.

Jakoś sobie to uświadomiłam.

A i Alienek w międzyczasie skończył 5 lat. 

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.