nie było, Kochany Pamiętniczku. Pensja znów goła jak święty turecki. A ja najzwyczajniej w świecie mam dość upominania się przez kilka miesięcy, jakbym żebrała.
Więc nie, sorry Winnetou, T. nie zrobię kolejnej książki.
Pierdolę, są jednak rzeczy ważniejsze niż robienie dobrze wszystkim. Jak moje życie osobiste, gorsze, lepsze, ale moje. Innego nie będzie.
Więc chcę mieć czas, żeby lecieć na Manhattan i wrócić z
tak, już konwalie dorwałam w tym roku :) Jak pachniało. Młodością. Szczęściem. Marzeniem.
Bez wywieszonego ozora, bo rozregulowałam się na maksa i nie ma opcji zrywania się o 6. A Boss ma dziwny zwyczaj kontrolowania, czy jestem już na posterunku, mimo że nadgodzin mam więcej niż włosów na głowie.
Więc nie, sorry Winnetou.
Ogarnęłam dodatek już po godzinach, ale wyraźnie napisałam i uzgodniłam z nim, że w związku z tym wrócę do pracy dopiero 9 maja.
Sekretarka dziś pisze, że mam urlop na 2 maja wypisać, bo jest rozporządzenie i wszyscy wypisują, kiedyś bym wypisała. Teraz mam wyjebane, nie ma mnie, umarłam.
Loggię mam już w miarę ogarniętą, pozostały do wyniesienia śmieci, sama nie udźwignę. Miała być akcja sprzątamy u mamy, ale I. już dość wykorzystuję, więc na razie odpuszczę.
Nie musi wszystkiego dźwigać na swoich barkach.
A, warzywka podniosły mi uposażenie o 200 zł netto, zrozumiałam, że dostanę już w tym miesiącu, ale nie. Zobaczymy za miesiąc.
Nie, żeby mnie te stówy w jakiś sposób ratowały, ale powinnam wreszcie mieć zapłacone uczciwie za swoją pracę.
Ciężką.
To też mnie zniechęca do wszystkiego, żeby nie ta nieszczęsna budowa, nie wiem, co bym zrobiła, bo naprawdę mam, kurwa, dość.
I tak mimo
że nawet te jebane srajdy, żrące na trawniku jak rasowe świnie przy korycie nie budzą już we mnie takich emocji (w międzyczasie jedna wleciała mi, chuj wie jak, za siatkę do loggii i tylko dlatego, że sąsiad łaskawie ją złapał nie zeszłam z tego świata).
Staram się nie nakręcać, a nawet nie mam z kim o tym porozmawiać, że realizuje się scenariusz z Ostatniego brzegu - zmory mojej młodości.
Myślałam, że już nigdy nie będę takich lęków przeżywać, rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze i się bać tak potwornie.
Nie, nie śmierci, cierpienia.
Umierania.
Dlatego cieszę się każdym darowanym dniem i staram się nie nakręcać zapowiedziami, że jebnie 9 maja. Jak jebnie, to po nas, bo pod bokiem są Krzesiny i wspominam słowa majora P., który w czasie przysposobienia wojskowego, gdy wszystkie inne grupy w pocie czoła pisały plan dla Poznania na wypadek ataku nuklearnego, usadowił się wygodnie na katedrze i rzekł: nie czarujmy się, jak jebnie, nie będzie co zbierać i szkoda waszego młodego życia na takie rzeczy, więc podyktuję... I podyktował, nasz grupa miała idealne wyniki, co nie zmienia faktu, że w razie W, jak jebnie, to trzeba się modlić (do kogo?) o szybką śmierć.
Z Baranem się wyjaśniło, u niego też dużo zmian.
Włości ruszyły, ale do końca daleko, a kasa topnieje w oczach...
Tylko rachunki rosną. Byłam tam, ale to nie na moje nerwy chodzenie po niezabezpieczonych schodach i krawędziach, na starość jeszcze bardziej mi to dokucza, w perspektywa zlecenia i połamania to już mogiła.
I błogosławię moment, gdy podpisałam umowę z Enea, że stała cena na 3 lata. Klęłam po podpisaniu, ale teraz się cieszę, w tym miesiącu zapłaciłam za prąd o 30 zł mniej niż dwa miesiące temu.
Ja, oglądająca każdą złotówkę zanim wydam, to jednak po tych wszystkich latach coś nie tak.
I jednego nie umiem sobie odmówić - badyli.
Mam mieszane uczucia, rezygnując z nich, ale pomna na zasadę: nie pisz credo na parkanie, spuszczę na to zasłonę milczenia.
A jutro jadę do Umarlaków, od paru dni śnią mi się non stop, w kretyńskich konfiguracjach, że grobu mamy (osobnego, a leży z ojcem i bratem moim) znaleźć nie mogę, inne takie fantazje, a I., dziecko me ukochane, przysyła mi dziś rankiem fotkę w T-shircie z napisem We're all gonna die. Die to wiem, ale składnia angielska, więc pytam.
A słodkości moje odpisuje: wszyscy umrzemy.
Tyż prowda...
O drugim moim dziecku nie wypowiadam się, albowiem spotkaliśmy się WSZYSCY na urodzinach Alienka (po terminie, bo jak nie urok to sraczka przedszkolna). Synowa jakby nie było tych dwóch lat milczenia, wszystko ładnie i pięknie, tylko po chuja kłamstwo na każdym zakręcie?
Nie mam za co przepraszać. A już na pewno nie będę przepraszała za to, że jeszcze żyję i ośmielam się mieć swoje zdanie.
Żeby to tylko tak cholernie nie bolało.
Ale takie jest życie - kogoś musi.
Od wielkanocnej imprezy się wykręciłam, rozumiem, że I. musi, ale ja nie. Jest mi dobrze we własnym sosie i będę o to walczyła przy okazji kolejnych świąt.
O ile 9 maja nie jebnie.
Od wojny Warta nie ubezpiecza.
Więc wszystko i tak pisane palcem na wodzie.
Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale...





A ma jebnac 9 maja? Pierwsze slysze.
OdpowiedzUsuńMnie jest tak wszystko jedno, ze bardziej byc nie moze. Zycie jest przereklamowane, a ten gatunek nie zasluguje na zycie na Ziemi i moze wlasnie Putin ma misje zniszczenia tego ludzkiego smiecia zaludniajacego i niszczacego nasz dom z gorliwoscia godna lepszej sprawy. Oby tylko wszystko odbylo sie szybko i w miare bezbolesnie.
Dziecko mnie dziś pocieszało, że to tylko przypuszczenia. Mam identyczne odczucia jak Ty, ale wiesz, miło pomyśleć, że nasze niewinne wnuki poznają smak pierwszej miłości i innych cudów. Nie wszyscy przedstawiciele naszego gatunku zasługują na zagładę, na dokładkę w cierpieniu...
UsuńDla mnie gołąb to wysłannik śmierci, nienawidzę tych ptaków.
OdpowiedzUsuńO, to musiałabym umierać średnio co 10 minut, od chwili gdy się zbudzą i latają. Nauczyłam się skutecznie (w miarę) ogarniać moją prywatną przestrzeń, tak że nie muszę co rusz zmywać gówien. I to mi wystarcza, choć każda cząstka mojego ciała ich nienawidzi...
Usuń