Kochany Pamiętniczku, złego diabli nie biorą, a jakże :)
To był długi i ciekawy miesiąc, a działo się i działo.
Większość czasu chodziłam zła, nadęta i wkurwiona na maksa, bo tak. Bo czułam się jak koń w kieracie, jak lew w klatce i jak małpa na łańcuszku, tańcząca w takt katarynki.
Zdjątek nie będzie, wrzucę je hurtowo jak wrócę do domu, bo zgrywanie na netbooka jest ponad moje siły.
Więc tylko ku pamięci „W pustyni i w puszczy” napiszę.
W niedzielę zaraz pojechaliśmy do St. Albans na jarmark świąteczny i potem do restauracji rybnej na moje małe urodzinowe co nieco. Jeszcze przed wylotem do UK Inżynier dał mi namiary na knajpę i miałam sobie obczaić menu. Zażyczyłam sobie fish and chips, choć naprawdę zjadłabym homara, ale nie wiedziałam, jak się do niego zabrać. Inżynier powiedział, że w pracy obśmiali mój wybór, aż echo niosło. Wobec tego zamówiłam talerz owoców morza i naprawdę było przepyszne :) I toaścik był, więc spoko wodza.
Jednak w same urodziny synowa się nawet słowem życzenia nie zająknęła, aczkolwiek z zakupów przywieźli balon okolicznościowy, którym z zachwytem bawił się i Alienek, i Edek. Wyrywali go sobie nawzajem.
A i torcik był, aczkolwiek bez świeczek, nie powiem więc - obiektywnie - ani słowa złego.
W niedzielę zaś tydzień później wpadliśmy do Pierworodnych z wizytą urodzinową u Papryczka, zostawiając przy okazji prezenty gwiazdkowe - jak się później okazało, była to bardzo mądra decyzja :) Wizyta była udana, świetna, aczkolwiek Papryczek mnie przeraża z lekka, bo mówi po angielsku (TV, leci u nich non stop i przedszkole), mimo upomnień Małej Wiedźmy, że ma do mnie mówić po polsku. Mówi zaś po angielsku tak niewyraźnie, że nie rozumie go nawet Inżynier, który język zna perfekt. Biedne dziecko, ale cóż...
No a potem leciały szare, zwykłe dni, a we mnie narastała z każdym z nich frustracja i ślepa furia.
Wszystko robiłam źle i nie tak, ale już mi się nawet wyliczać nie chce, zapominam, wykreślam, wymazuję, bo po co rozpamiętywać.
Ale jedno mnie zastanowiło: to ja cały miesiąc miałam Alienka na wyłączność i to nie dlatego, że musiałam, ale po prostu chciałam. Chciałam ją odciążyć, a i o Inżynierze myślałam, bo to on w galopie robił wszystko po powrocie z pracy. Więc od chwili, gdy rankiem obejmowały mnie za szyję te małe łapinki, często klejkie i natarczywe, z ostrymi pazurkami, aż do 22-23, kiedy nieśpiącego, a padającego ze zmęczenia zabierali do małżeńskiego łoża, żeby go uśpić, wszystko robiłam ja. Bo mogłam :) Najfajniejszy moment dnia to zawsze była kąpiel. Wywalczyłam płyn do kąpieli i od tej chwili była to jeszcze większa frajda, bo oczy mu się śmiały ze szczęścia, gdy widział, że mnie ochlapał. Kieckę miałam zazwyczaj mokrzuteńką, ale tam gorąco, 24 stopnie, to schło jak na psie. Problemem było karmienie, bo godzinę po posiłku stał przed lodówką albo szafką i jęczał rozdzierająco. Za to kupiszony walił, że ojapierdolę :) I jednego takiego sprzątałam kąpiąc, bo inaczej się nie dało. A Synowa, że ona by w życiu nie dotknęła kupy gołą ręką... Że to odrażające... WTF?? U dziecka? U bliskiego? Już wiem, że z okna skoczę jak coś. Zamknęłam jadaczkę zaciskając zęby, ale w środku mi grało, no bo jak to? Kotom dupę podcierają, koty prosto z kuwety siadają im na stole, na blacie kuchennym, sadzają dupę obok żarcia, kubka i jest spoko, a kupa dziecka to odrażające? I nie, Inżynier nie ma takich zahamowań.
Nauczyłam się przeżuwać złość w milczeniu, bo szkoda jęzora na głoszenie spraw oczywistych. Że dawanie dziecku wszystkich tych eko i organic, sranic, nie jest dobre. Że kurwa, można owoc umyć. Obrać i podać, a nie dawać gotowca z marketu, trzymanego w plastiku i krojonego nie wiadomo gdzie i nie wiadomo przez kogo. Że gotowe paluszki rybne to nie cuda wianki, ale syf. I tu nawet Inżynier mnie wyśmiewał, że się nie znam. Więc morda w kubeł, bo po co kopać się z koniem?
Wigilię zaczęliśmy robić na ostatni gwizdek i zaczęła się jazda, bo wszystko w polu, a ona musi do szpitala. No cóż, pojechali. Nakarmiłam dziecko normalnie, bo przecież mu bigosu ani śledzi nie dam, a tylko to było. Ze szpitala wrócili, bo nic się nie działo, ale miała się w samą Wigilię zgłosić na oddział. To pojechali znów, na głupiego jasia, nawet prezentów dla dziecka nie miałam, bo nie miałam zielonego pojęcia, gdzie schowane. Wrócili, bo na oddziale nie było miejsc. Więc była i wigilia, i prezenty, choć o 20 :)
25 z rana pojechali do szpitala, a 26 po południu urodziła się Kalafiorkówna, cud miód malina dziewczyna. Niestety, kupsko do wód płodowych strzeliła i w związku z tym dostała antybiotyk i posiedzieli w szpitalu do soboty. Badania nic nie wykazały, więc wypisali ich w sobotę, ale w związku ze świętym Biurokracym zlądowali w domu przed 20 dopiero.
Moje sam na sam z Alienkiem było survivalem, w sensie że... koty :)
Samo dziecko, samo ze mną (ojciec wpadał jak po ogień, wykąpać się i zakupy podrzucić, mają dziwny sposób kupowania, mniejsza z większym, w pobliżu nie ma nic, w czym mogłabym chociażby chleb kupić) funkcjonowało prawie jak szwajcarski zegarek, aczkolwiek żebranina o jedzenie była porażająca. I nie, nie głodziłam Alienka, zwanego też roboczo Pyzą, po prostu dostawał attacus histericus po każdej odmowie słodyczy z „tej” szafki. Bo skoro na drugie śniadanie zjadał solidną porcję szarlotki, własnoręcznie upieczonej przez ojca (dwa standardowe trójkąciki) plus dwa banany i opakowanie malin, to chyba nie miał prawa 1,5 godziny później konać w męczarniach z głodu? A darł się tak, jakby go ze skóry obdzierano i zastanawiam się, czy sąsiedzi są głusi? Bo spodziewałam się w każdej chwili desantu z ichniego MOPS-u i ciary mi po skórze chodziły :)
Noc to inna bajka. Prędzej czy później zasypiał ze mną w małżeńskim łożu, słuchając kołysanek z telefonu i buntując się, że ja oglądam Dynastię czy inny badziew, bo on chciał „Puppy”, znaczy się, Psi Patrol, który ja rzygałam... Bo to na TV leciało, jak musiałam coś upichcić, żeby trzymać małego „daj, babcia, pomogę” z dala od noży, kubków, garnków i innych atrakcji, a zwłaszcza od gorącego piekarnika. Mają kuchnię połączoną z livingiem i nie ma innej opcji na udupienie dziecka, które nie ma południowej drzemki, a jak już pada, to koło 17 i potem może do rana wędrować. Łoże olbrzymiaste, ale mały wędrowiec spał tak, że miałam mniej miejsca dla siebie niż na sofie w kuchni. Ale przesypiał całe noce i rano budził się wypoczęty, rzucając się na mnie po wypierzeniu się i obśliniając moją mordę okrutnie.
Fajne to było, ale...
Na wysokości mojego nosa, niecały metr od niego stała kocia kuweta. Ojaciepierdolę, nawet gdy była sprzątnięta, zapach żwirku powodował u mnie ból głowy. A mnie głowa nie boli. Pierwszej nocy o 23 Edek zesrał się tak, że nie wiedziałam, co otworzyć, żeby smród wywietrzyć. Drugiej nocy zamknęłam już drzwi od sypialni i w dupie miałam koty, ale... coś mnie tknęło i gdy Alienek zasnął, wstałam. Znów kupsko.
Mówię Inżynierowi o tym, a ten, że biedne kotki to pewnie Alienek stresuje, przepędzając je.
Zero zrozumienia dla mnie, a i myślę, jako że większość bywalców tu jest kotowata, że przesmradzam. Nie, nie przesmradzam, trzeba było, to sprzątnęłam, życie. Ale ja się tu nie prosiłam, po prostu zostałam w to wrobiona zrządzeniem losu. I wytrzymałam cały miesiąc w kłębach kociej sierści, w brudzie, bo przez cały miesiąc nie była myta podłoga, bo nie. Jak dla mnie to niekomfortowe warunki, i nie, sierść sierściuchów w moich świeżo wypranych gaciach mnie nie rajcuje i nie kręci. I nie, nie doładowuję się emocjonalnie, głaszcząc sierściuchy i trzymając je na kolanach. A pchały się na mnie, jebane, nawet kocica, która ludzi omija kołem. Nie wiedziały, głupie, że ja złą kobietą jestem?
Jęczą, że nie mają miejsca, a mieszkanie zagracone dwoma potężnym drapakami, na których koty nigdy prawie nie leżą, a jeśli już Edek ośmieli się wejść, to dostaje lanie aż miło. Edek zatem egzystuje na krzesłach pod stołem, o ile go stamtąd Alienek radośnie nie wypłoszy, albo w wannie, skąd nie chce wyleźć za Chiny Ludowe i trzeba siłą wywlekać 8 kilo żywego kota. Arya zaś siedzi na szafie, gdzie jej nie widać (com ja się kota naszukała, bo miałam przykazane sprawdzać co parę godzin, czy koty żyją, jakby jebane ani myślały zdychać. Dwa małe drapaczki stoją też bezużytecznie, albowiem koty upatrzyły sobie moje walizki, dając spokój kanapie. I łażąc po mnie bezkarnie kilka razy w nocy, bo przez kanapę wiodła droga do wodopoju w formie fontanny, który zajmuje jakieś 60 cm blatu kuchennego :) Synowa zaś zawsze PODKREŚLA, że jej kłęby sierści nie przeszkadzają w życiu. Jako że mi nie przeszkadzały nigdy sterty gazet i książek, które przeszkadzały mojej teściowej, morda w kubeł. I w milczeniu cierpiałam okrutnie :)
Nie przeszkadzało mi już nic, nigdzie i tylko ja wiem, jak mi się wścieklizna uszami wylewała, zwłaszcza w sobotę, gdy nie było wiadomo, czy wyjdą wreszcie. A Baran mógł mnie odebrać tylko w weekend, bo pracuje.
Jednak wyszli. Kalafiorkówna jest, no co tu dużo gadać, jest moją wnuczką, więc nie ma innej opcji, jak być cudna, jedyna, słodka, złota i kochana. Taki paskudny los jej przypadł w udziale i będzie musiała z tym żyć.
Wieczór był zwariowany, bo Alienek oszalał z radości, czemu dał wyraz, waląc w Kalafiorkównę klockiem, a następnie rzucając się na nią z nożem. Serio. Plastikowym. Bo on to, co kocha, tnie na plasterki, żeby było więcej :) Na szczęście udało nam się ją ocalić, ale Alienek zwariował, po prostu zwariował z radości. I następnego ranka, gdy chciałam się nim zająć, by rodzice mogli pospać, bo Kalafiorkówna odżyła w nocy i żyła intensywnie do 5.30, lament pod niebiosy podniósł, że nie babcia. No cóż, skreślił mnie, ale mu wybaczam, bo to było pierwsze w jego życiu tak długie rozstanie z obojgiem rodziców i na dokładkę przywieźli do domu jakieś nowe dziecko, które nie chce się z nim bawić :)
Oj, będą mieli nielekko.
Aczkolwiek podkreślić muszę, że podoba mi się ich stosunek do dzieci w tym momencie: wyważony, bez faworyzowania, bez mówienia: ustąp, zostaw, bo jest mniejsza.Jest przytulany i uczony obsługi małej. Sama siedziałam trzy godziny ze śpiącą na mnie Kalafiorkówną (lubi na mnie spać, mam odpowiedni stopień tłustości i miękkości, aczkolwiek kości mnie okrutnie potem bolały), a ona w tym czasie bawiła się cierpliwie z Alienkiem, dozując mu nowe zabawki, przezornie po świętach zachomikowane.
I... Szok. Podziękowała mi za wszystko, że nie spodziewała się, że wytrwam z Alienkiem, a tym bardziej tak długo. Widać, że mnie zupełnie nie zna, ale mniejsza z większym. Z Alienkiem wytrwałabym jeszcze więcej, ale nie z kotami. I zrobiłam to dla mojego dziecka, bo i bez tego ma ciężko w życiu. Pytałam, czy mam zostać do końca, ale sami podkreślali, że jednak trochę muszę odpocząć, a i oni muszą sobie poukładać.
Z jednej strony serce się rwało, bo nowa zabawka, noworodki takie są do piekarnika wprost, a i ketchup, i sos czosnkowy był. I z Alienkiem trudno się rozstać, co mam ukrywać, wnuczę, z którym jestem najbliżej, bo najwięcej je miałam. Nawet Mała Wiedźma nie była w sumie ze mną tak długo przez te lata, ani nie była w moich szponach indywidualnie. No ale jest jak jest i też mi się serce w tę drugą stronę wyrywało.
Schudłam 5 kilo bez wyrzeczeń.
A po południu przyjechała po mnie moja wymarzona i wytęskniona ekipa i zabrali mnie do raju :)
Do krainy, gdzie jestem obsługiwana jak w hotelu pięciogwiazdkowym, koty, piękne, zwłaszcza takie jedno rude cudo widuję tylko za oknem, gdzie ręczniki są suche jak pieprz, panuje błoga cisza, nie trzeba patrzeć, gdzie się stawia kubek z wrzątkiem, a za oknem kwitną cyklameny, hiacynty i magnolia już ma nabrzmiałe pąki...
Cisza, półmrok, wszyscy w pracy, ja sama w domu. Z podłogi można jeść. Okruchów próżno szukać.
Wszystkie moje rzeczy wyprane i bez śladu kociej sierści.
Tylko trochę żal „apija, apija, puppy, puppy”, jak robi wilk, jak robi foczka, jak robi babcia, i mama ze specjalnym akcentem, który słyszę nawet ja, bo on na tatę mówi też mama :) I tych klejkich łap, umorusanej buzi i „akyszania”. I innych takich tam.
Stara, głupia wariatka której trudno dogodzić.
I Inżynier, i Synowa jeszcze pisali, że dziękują. Aż opierdoliłam.
A Inżynier wczoraj napisał, że nie może się odnaleźć w czasie kąpieli, bo mu dziecko jakoś urosło i takie ciężkie się zrobiło... Że się dziwnie czuje. No cóż, a mi brakuje mokrego łacha.
Życie.
A jutro zacznie się nowy rok.
Oby przyniósł nam wszystkim tylko dobre chwile i jak najmniej trosk. Spełnienie marzeń - tych wielkich i tych małych.
Szczęśliwego nowego roku!