piątek, 30 września 2022

Bardzo

 dziękuję zatroskanym o moje dalsze losy, Kochany Pamiętniczku.

Co do życia z rodziną pod jednym dachem, kiedy to już nie jest moja rodzina - znaczy się mąż, dzieci, to wiem.

Wchodząc do rodziny męża, przekonana byłam, że Pana Boga za nogi złapałam, bo taka wielka, zgrana rodzina. Stół na 24 osoby, olbrzymi bufet, pianino, ogród zimowy i stada dzieci latające wokoło. Rzeczywistość okazała się jednak inna - byłam do kochania synową, do roboty córką zaś. A roboty było od cholery i w interesie teściowej, i podczas obsługi rodzinnych imprez. Nie wniosłam posagu, wiana, więc byłam tam na ostatnim szczeblu łańcucha pokarmowego.

Jak trzeba było w nocy pracować, teściowej pomagać, plany zmieniać, bo tak, o to byłam „kochana SJ” (dlatego nie cierpię, jak ktoś do mnie emilkuje: kochana SJ, uraz mam). Jak trzeba było z dnia na dzień wyprawić I Komunię Inżynierowi, bo tak mu się zaśniło, w Wielki Czwartek, nagle, bo on szedł do Komunii dla Pana Jezusa, a nie dla prezentów, a hahahaha, a dziś staramy się o apostazję, to na moich 46 metrach kwadratowych 21 osób bawiło się niesamowicie, choć wszystko było na kartki. Ale jak szwagier jedynaczce  I K wyprawiał w domku jednorodzinnym, tego samego roku, to nas nie zaprosili, bo ciasno mieli 😊

Zresztą nie ma co rozdzierać szat, ale i ja widzę, że życie to nie je bajka. Nie je, bo żadna z moich synowych nie jest tak, jak sobie wymarzyłam, że usiądziemy, pogadamy, na zakupy skoczymy. Nie.

Owszem, inna bajka z synową od Pierworodnego, ale i ten mój syn to jest inna bajka. Bywa.

Zaś z Inżynierową mam stosunki jak Szwajcaria. Poprawne do bólu, ale nigdy nie będziemy przyjaciółkami, nie ta opcja. A na dokładkę dostaję w pakiecie jej rodzinę, z którą mi absolutnie nie jest po drodze, nie tylko ze względów politycznych. To są dobrze, bardzo dobrzy ludzie, ale nie moje klimaty, zupełnie, zaciskam zęby, zgrzytam nimi i… No cóż, kocham Inżyniera.

Ale są granice.

I nie, nikt mi nie każe z nimi mieszkać w L. Była taka koncepcja, że budują dla mnie osobny domek, dziś goszcząc na działce widzę, że znalazłoby się tam miejsce. Ale… Wyskoczyło mi w mózgu NIE, gdy tylko synowa wtrąciła się, że budujemy tak, żeby nic nie było dla Pierworodnego w razie W. Inżynier załagodził sprawę, wiem, że nie skrzywdzi brata, moją propozycję testamentu olał, mówiąc: niech matka siary między nami nie robi, nie skrzywdzę go. Znając tę łajzę wiem, że tak będzie. Pytanie, czy udźwignęłabym tam koszty ogrzewania i inne takie tam? Więc stanęło na stanowczym NIE moim i temat umarł śmiercią naturalną.

Kwestia mieszkania z nimi to nie jest kwestia, że ja się do nich wprowadzam, bo takiej opcji absolutnie nie ma (SJ nigdy nie mów nigdy), to kwestia logistyki przy sprzedaży mojego mieszkania i kupna mieszkania w L. Tymczasowość.

Rozważając za i przeciw, jest tych opcji tyle, że można się załamać.

Z jednej strony: będziemy blisko (w domyśle – podrzucanie dzieci bez problemu), z drugiej: chuj wie, jak będzie z moim zdrowiem.

Boję się przede wszystkim ubezwłasnowolnienia w sensie nieruszania się tam, gdzie chcę. Nie jestem moją teściową, która zawsze bez drgnienia oka rozwalała moje plany, gdy potrzebowała samochodu, a jej wysiadał.
Nie mam prawa jazdy i nie zamierzam go już robić.

A różnic w naszych charakterach jest od groma. Ona zawsze ma rację, Inżynier też zawsze mówi, że jego żona ma rację (głupia byłam, wychowując syna).  Więc wolę mieć rację tu, nie tam.

Pewno, że chcę mieć Łobuzy blisko, pytanie, na ile będzie to na co dzień blisko? Bo jednak dobrze mi jest jak jest… A potem może być niekoniecznie, aczkolwiek w amerykańskich filmidłach wnuki zawsze mają wsparcie od babciów. Starałam się już raz i okazało się, że życie to jednak nie jest amerykański serial, ni chujenki 😊

Wracając do stosunków i poglądów. Taki drobiazg: dzieci wciąż są chore. Tak nie chorowały nawet moje, w czasach komuny.

Wszelkie moje porady można o kant dupy potłuc. No ok, stara jestem, nie znam się. Nagle Inżynierowa w internetach wyczytuje, że olej z czarnuszki. Kupuje, świeżo tłoczony, nawet nie chce się przyznać, ile zapłaciła, pewno jak za zboże. Dzieci mają pić łyżeczkę dziennie. Ona próbuje i mówi, że o mało się nie porzygała. Takie okropieństwo, Odpisuję, że ma fajny, orzechowy smak. Jak jej nie pasuje, wezmę, bo mój się kończy, a używam, bo mi smakuje.

Jak to podać dzieciom, które są jak francuskie pieski? Mówię: surówka: kwaszona kapusta, starta marchewka… Nie, bo nie jedzą, jedzą surówki od Grześkowiaka. A ja dzisiaj taką wciągnęłam, na dokładkę z czosnkiem i karp. Płat karpia zanabyłam. Kilo płatu 53 zł. Ojapierdolę… Ale w sumie, licząc ten nieszczęsny płat, kapustę, marchewkę, olej, czas i gaz, wypasiony obiad zamknął się w 25 złotych, bez napiwku dla mnie 😊 Pyszny był, karp nówka nieśmigana, z milickich stawów, ani trochę mułem nie jechał, w mleku wymoczyłam… Bez pyrów, co do mnie niepodobne, ale surówki wyszła góra, więc dobrze, że pyrów nie było.

A u mnie Kalafiorkówna zażerała się sałatką siedmiodniową (ona w ogóle zielonożercą jest, jak ma do wyboru ciastko i liść kapusty, to zje kapustę).

Ja też nie we wszystkim słuchałam teściowej, ale starałam się zrozumieć pewne rzeczy i mi to na złe nie wyszło.

Więc nie, nie ma opcji wspólnego mieszkania, tym bardziej, że gdy chwaliłam się moim gniazdkiem po remoncie, zadowolona jak diabli, usłyszałam, że i owszem, ujdzie.

Tak jakby parę miłych słów było na wagę złota. Tak, mamy inny gust mieszkaniowy, ale to jest moje mieszkanie i mnie jest tu dobrze.

Może i mam pierdalnik, ale to jest mój pierdalnik.

Sprzedaż tego, kupno nowego to jest melodia przyszłości i to dalekiej. Najpierw muszą się wybudować i zagospodarować.

A do tego jeszcze daleka droga.

Więc wszystko w swoim czasie.

A wracając na to, co dziś. Jeszcze żadnego atomu nie pierdolnęli i oby tak zostało.

Straszne są te czasy, te dni.

Na tyle straszne, że zagłuszam to muzyką.

Nauczyłam się już, że są rzeczy, na które absolutnie nie mam wpływu i choćbym na głowie stanęła i uszami tupała, pomagając sobie rzęsami – co ma być, będzie.

Dlatego fajnie jest, że jest


 

Pensja na koncie.

Ciepło w mieszkaniu.

I Kalafiorkówna znów zażyczyła sobie dwa  warkoczyki, tak jak babcia plecie




Dzień gospodarczy za mną.

I ostatni dzień września 😊

Ciepło było, nie dam sobie powiedzieć, że nie 😊


 

 A, tak w sumie to niewiarygodna jestem i niewiele warta, bo jak można tylko badyle hodować, nie myśląc o biednych sierściuchach?

Hmmm...

Jestem nic nie warta, bo nie chcę sprzątać po zwierzętach?

Serio?

To mnie dyskwalifikuje jako człowieka?

I za każdym razem, jak I. żartuje, że mu dzieciństwo zmarnowałam, przypominam sobie, jak zapierdalałam, sprzątając po rybkach i żółwikach, po których sprzątanie im się szybko znudziło, w międzyczasie między pracą, ogarnianiem chałupy i lataniem do szpitala.

I innymi takimi tam.

Nie krzywdzę zwierząt, ale nie lubię ich obsługiwać. Brak jebanego sierściucha na kolanach wynagradza mi widok draceny nad głową,  gdy budzę się rano :)

środa, 28 września 2022

Cudowny

 marcokwiecień mamy tego września, Kochany Pamiętniczku. 

Jeszcze dwa dni, a obawiam się piątku, zgodnie z zapowiedziami z sytuacji politycznej.

No nic, co ma być, będzie.

A na razie cieszę się wolnym tygodniem, nicnierobieniem, łazęgami zgodnie ze wskazaniami apki, żeby nie zmarznąć i nie zmoknąć.

Kurtkę sprzed lat wyciągnęłam, mało, że w nią włażę, to się jeszcze dopinam, ale oj tam, oj tam...

Ważne, że








 ... jest cudnie, każdej chwili, aczkolwiek nóżki w sandałkach cieszą się  życiem, a reszta ciałka w kurtce momentami zdycha, jednocześnie za chłodny wieje wiatr, by ją zdjąć, jak się człowiek zgrzał.

Takie tam marudzenie SKS :) 

Niby wrzesień (odpukać, jeszcze te jebane trzy dni), ale nie jest źle. Inżynierowi drgnęło w banku, za co niebiosom dzięki.

Mnie spłynęła w tym roku nader szybko i w niespodziewanej kwocie kasa z AR. Taki bonus od państwa za kilka lat pracy w budżetówce. Procentuje do dziś, aczkolwiek wciąż mam w oczach moją ówczesną szefową (bardzo dobrego człowieka, nawiasem mówiąc, chociaż denerwująca była), mówiącą: pani SJ jak ja przejdę na emeryturę, pani zajmie moje miejsce... :) Tak się składało, że nawet ja, smarkata po studiach, miałam dłuższy tytuł niż ona. Ona skończyła karierę jako starszy kustosz dyplomowany i wciąż pracuje (ojaciepierdolę), trochę starsza ode mnie jest, a ja wciąż jestem młodszym bibliotekarzem :) Więc może dobrze, że zmieniłam kierunek kariery zawodowej?

Ale nie zmieniłam w sumie dziedziny - zaczęłam na Akademii Rolniczej, a pracuję w wydawnictwie z tej branży i to wydawnictwie znaczącym, opiniotwórczym :) Ba, tak się składa, że poprawiam teksty po moich kolegach z podstawówki, którzy tam w profesory poszli...

Jaki ten kraj jest mały, co nie?

Dziś tak sobie szłam w stronę słońca, po chleb, a kupuję tam dwa bochenki, proszę o dzielenie na cztery i zamrażam.

A tam w gablotce 


ojaciepierdolę, do niedawna było w granicach 39 zł, to było i tak drogo. To są rogale świętomarcińskie, zajadane w mojej wiosce z okazji 11 listopada, znaczy się, urodzin świętego Marcina, który ma tu swoją ulicę, nie tak jak w reszcie kraju, gdzie to jest Dzień Niepodległości :) Znaczy się, u nas też się liczy niepodległość, ale imieniny ulicy są ważniejsze.

Jedni te rogale uwielbiają, inni nienawidzą. Mnie tam rybka, zjem, choć nie jestem zagorzałą fanką, ale to jak indyk w Independence Day czy pierogi na wigilię :) (Do nielubiących należy Zmorka, ale ona jada jakieś podróbki z Brzydgoszczy). 

Ciekawa jestem, ile będą kosztowały w listopadzie. I nie, nie będę sama piekła, jeszcze nie zgłupiałam, być może są warte tej ceny, kupię sobie jednego, żeby zadośćuczynić tradycji, a jak mi się ktoś zwali, to jednego podzielę na części :)

Ale...

Idąc dalej w stronę słońca i mijając kwiaciarnię poczułam, że włos (rzadki) na mym łysym łbie się jeży.

Albowiem stroiki, wyłożone na chodniku mają ceny wołające o pomstę do nieba. Co z tego, że to są komplety? Takie do wazonu i wiązanka na płytę. Serio? Od 170 zł do 200 w górę... I nie, nie można tego rozbić. No nic, do Wszystkich Świętych jeszcze trochę czasu jest. A ja sobie chwalę deal życia, te bukiety za 50 zł. Jak nic nie drgnie w dekoracjach, po prostu zlikwiduję groby. Życie, nie widzę sensu wydawania pieniędzy na plastik zaśmiecający planetę, w momencie, gdy będę musiała żyć za emeryturę. Umarlaki są w mej pamięci na zawsze, a gdy i ja odejdę, to nie wiem, czy następnym pokoleniom będą potrzebni.

O ile będą następne pokolenia.

Przykre to, niełatwe, ale cóż mam rzec?

I zawieszona jestem między tak a nie.

Bo pojechałam z Inżynierem na włości w niedzielę. Pięknie tam, wreszcie w tygodniu załatwił z bankiem, a i to, że podziękował za pomoc z duszy i serca to już coś...

Rozdarta, zawieszona, bo z jednej story brzmi kusząco, z drugiej odrzuca, bo to nie takie hop siup...

Wiśta wio, łatwo powiedzieć.

Ale zaprojektowali wypasiony dom bez jednego pokoju gościnnego.

Na moich 46 metrach miałam zawsze miejsce dla gościa, a nawet dla czterech.

Oni na 160 w sumie nie mają. A mówienie, że jak coś, to się dzieci eksmituje do jednego pokoju, żeby mnie przechować w razie W przy sprzedaży mojego mieszkania... Wszystko się we mnie buntuje na myśl o łazience. Tak, lubię mieć łazienkę dla siebie, starość. Łażę do niej w nocy, przez moje nadciśnienie i nie wiem, czy złażenie po schodach w nocy będzie aż tak bezbolesne i dla nich, i dla mnie.

Hmmm.... to temat na przespanie się ze ślimakami.

Pożyjemy, zobaczymy, zwłaszcza że to i notariat, trzy podania i klucz od mieszkania plus fotografia pradziadka.

No chyba, że pożyję jak Elżunia.

Nie jestem fanką. To nie jest tak do końca przemyślane i jak u mnie, nic tu nie gra. I nawet nie o pracę chodzi, bo tam, gdzie jest internet, mam pracę na spokojnie :)

No, ale myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny.

Co ma być, będzie.

Jak ktoś ma HBO, polecam 



i tym wierzącym w cokolwiek, i tym niewierzącym. Wciąga, jak chodzenie po bagnach i pokazuje, jak zakręcone może być życie.

Niezależnie od wiary.

Sama chyba nie odnalazłabym się w tym, ale nigdy nie mówię nigdy :)

 


piątek, 23 września 2022

Ojciec

 mój zawsze mówił, że jestem przewrotna, Kochany Pamiętniczku :)
Zaiste, potwierdziło się w tym sezonie grzewczym.

Jako że wrzesień nas nie rozpieszcza, znów było jak za głębokiej komuny, kiedy sezon grzewczy zaczynał się 15 października, niezależnie od tego, jak bardzo piździło (a inny był klimat wtedy).

I nie było zmiłuj.

Teraz, gdy płacę za ogrzewanie jak za zboże, a będę płaciła jeszcze więcej, chciałabym mieć opcję włączenia kaloryferów, kiedy mi się zasmrodzi.

A nie mam.

I tak ostatnie dwa dni, klnąc, siedziałam zawinięta w kocyk, z - olaboga - mitenkami na dłoniach i grzejąc się w blasku fałszywego kominka


Już dawno nie miałam tak zimnych rąk. I jako że nie zjeżdżałam na dół, awansem poodkręcałam zawory. W środę zjechałam na dół i nie było ogłoszenia o tym, by je odkręcić, na stronie spółdzielni też nie. Poszłam więc spać pod kordełką, w polarowej oczojebnej piżamie, dokładając koc, aczkolwiek termometr wskazywał 20 stopni, a ten zwykły 18 (jak zawsze).

A wczoraj po południu, tadam, kaloryferki letnie.

Piszę do I., u niego zimno, ale zalecam mu odkręcenie kaloryferów...

Tak na wszelki wypadek :)

A rano wstaję wyspana jak królewna bez ziarnka grochu (hahahaha, po kolejnym dniu z sześcioma - norma - pigułami uspokajającymi), i lecę, do Biedronki, gdzie wykorzystuję jakiegoś sympatycznego dryblasa do ściągnięcia mi z półki (najwyższej! nie sięgam) Primitivo Masso al Sole, dzięki promocji zaoszczędzam na dwóch butelkach 14 zł, to ładna kasa, a wino przepyszne... Gość był zdziwiony, ale uczynny :) Była 8.04, więc wyszłam na potrzebującą alkoholiczkę, trudno. Alkoholik też człowiek :) 

Dlaczego dobre wina stoją zawsze wysoko? W mojej Biedronce gros personelu jest niższy ode mnie...

Pana od Pomidorków nie było, a dotarłam o 8.24, więc trudno, pomidorków nie ma (na dnę nie są wskazane, więc pikuś).

Cały Manhattan jakiś taki przetrzebiony ostatnio, czyżby to sytuacja gospodarcza? A tyle przetrwał...

Kurcgalopkiem do piekarni (odkryłam starą nową, chleb z niej mi nie szkodzi, a tamta jednak i za droga, i daleko, i umawiać się trzeba, a mój czas jest nieelastyczny, nawet jak się umówię, nigdy nie wiem, kiedy będę mogła).

Inżynier straszył mnie rozpierduchą w banku, ale okazuje się, że w ramach ekspiacji za zaniedbania i kanty dostaje kredyt odnawialny bez prowizji i inne bonusy, a kredyt chciał wziąć pod koniec roku, zatem "bez prowizji" mu z nieba spadło, bo jak ja chciałam poratować i wziąć (bo mogę, to zaśpiewali prowizję w wysokości mojej miesięcznej pensji). Więc załatwił i alleluja i do przodu (mam nadzieję).

Wracam do domu i... szlag mnie.

Gorrrrrąco :)

Na termometrach takie same wartości, a mnie jest gorąco, jak w dupie u Murzyna :) 

Więc upewniwszy się, że jak już mam załadowane kaloryfery, to mogę je na zero przestawić, robię to :)

I to jest dowód mojej przewrotności.

Dlaczego raz mi w 20 stopniach zimno tak, ze zdycham, a raz gorąco tak, że rozbieram się do rosołu? :) 

Jak to wyjaśnić, Kochany Pamiętniczku?

A potem było już z górki, choć i tak pracę zakończyłam po godzinach, aczkolwiek Boss się ulitował, i nie kazał skakać z kamieniem na szyi do Warty, mówiąc, że to już przesada. A skakać chciałam, bo zamieniłam mu "co" na "który", bo tak było poprawnie, a nie chciał "który", bo mu się powtarzało... Kiedy nie kazał mi się topić, tom mu przeredagowała zdanie i było dobrze między nami. A niech się boi, że mu skoczę :)

A mój filodendron, kupiony dwa lata temu w Biedronce rozrasta się tak, że gdzie go nie postawię, to zawadza...


Albo on za duży urósł, albo ja za gruba jestem, chociaż wciąż spokojnie wchodzę w dżinsy sprzed dwóch lat, a to już coś, co nie?



Winobluszcze na balkonie kłaniają się już jesieni.

A ja... nie licząc maszynek mam luz do 2 września, randkę w niedzielę z Łobuzami, ciepło w mieszkaniu.

Życie czasami się uśmiecha nawet do mnie. 

I nie ma na Spotify, a uwielbiam





poniedziałek, 19 września 2022

Walerianą

 Kochany Pamiętniczku, to się koty truje.

(Wielbicieli sierściuchów uprasza się o niehejtowanie mnie, żadnego kota neie otrułam jeszcze i nie mam zamiaru tego zrobić.)

Jednak znów muszę do tego wrócić, dobrze, że mam nieprzeterminowany zapas piguł. Nie wiem co jest, teoretycznie nie mam żadnego powodu do zmartwień tak na maksa, a zasypianie to jak tortury. Więc będę się walerianą truła, trudno :) A, przed laty poleciła mi to teściowa, nieświadoma, że to ona jest powodem mojej nerwicy, no i zadziałało. Działa fajnie, a nie uzależnia. A nazywa się po prostu tabletka uspokajająca :) Fakt, nie zadziała od razu, ale co tam. Najtrudniejszy pierwszy krok. Tyle że pić po nich nie mogę, zwłaszcza piwa, bo mi morda drętwieje :) Więc mam dwa w jednym - odwyk i leczenie. 

Wczoraj korekciłam, bo Boss kobyły dosyłał, a chciałam mieć spokój od rana dziś, a nie pytanie pięć po dziewiątej, czy maile doszły.

Ale dziś na maile, które przyszły po 19 nawet nie rzuciłam okiem, w dupie mam.
Burza dziś była, a potem taka 


piękna tęcza, przez całe lato nie widziałam, a teraz, choć ziąb już nieludzki, tak pięknie wyszła.

A, jednocześnie śmierdzi palonym plastikiem (wiem, chciałam właśnie mieszkanie wywietrzyć), więc koniec spania przy otwartym już nawet nie balkonie, ale oknie...

I przymiarka do 


tych dni, trzeba będzie zapas baterii uzupełnić.

A we włościach już są


drzwi stałe.

"Mój" stolarz, który mi zrobił ukochane półeczki na książki, nie powiedział tak na schody, bo schodów w zasadzie nie robi, ale nie powiedział nie. Powoli do celu, najgorzej będzie z pompą ciepła...

A mówiłam, kupić gotowca...

Dobra, waleriana potrzebuje czasu na zadziałanie.

Aby do piątku.

Obliczyłam pi razy drzwi, że robię właśnie 150. numer ukochanej gazetki, pi razy drzwi, bo dwa razy nie robiłam na urlopie (łaska pańska), ale robiłam parę razy na zleceniu jeszcze, zanim etat dostałam.

Taki mój mały, skromny jubileusz. Nawet nie mam siły przeliczyć, ile numerów gazet wyszło spod moich rąk, a raczej oczu...

Pewno z parę tysięcy, biorąc pod uwagę, że dziesięć lat pracowałam w wydawnictwie w gazecie codziennej, potem dziesięć, gdzie zaczynałam od 5 gazet, w tym jednego miesięcznika, a doszłam do 28 różnych gazet, z których gros zwalane było na moje barki, w tym oba miesięczniki i cała masa kwartalników, okolicznościowych i wychodzących co dwa miesiące. A i teraz robię - nie od początku, ale od jakichś kilku lat dodatkowe dwie u mnie.

Nie licząc książek, bo i te się trafiały, a jakże.

Takie tam - chyba miałabym rekord stron w czytaniu, ale płacę za to wysoką cenę - nie daję rady już czytać książek tak jak kiedyś - z miłością i w każdym miejscu...

No cóż, życie to nie je bajka ;)  




sobota, 17 września 2022

Wypiłam

 wczoraj wino, Kochany Pamiętniczku. Zasłużyłam na nie, należało mi się jak psu zupa.

Dziś rano budzę się z rozkosznym uczuciem, tak, że wszystko mogę, nic nie muszę, a jakże, o 5.30. No bo weekend jest, to kto przy zdrowych zmysłach by spał o tej porze, co nie?

I tak się przewracaniem w larach i piernatach znudziłam, że po ajpadzika sięgnęłam, coś tam przejrzałam, coś pograłam i niechcący wchodzę w zdjęcia. A tam, o godz. 0.34 straszą trzy zdjęcia, na których NIC nie widać, a na jednym z nich widnieje zarys białej siatki, wiszącej na kołowrotku w przedpokoju.

W panikę wpadłam, poleciałam sprawdzać zamki, ale OK, klucze są, drzwi zamknięte, portfel na swoim miejscu, zabawki też, więc co ja - lunatykuję? Znaczy się, zeskoczyć z balkonu też mogę, niby niewysoko, ale biedne dzieci - albo będą miały matkę trupa, albo będą miały kalekę do pchania na wózku...

Szlag.

Nigdy więcej wina na noc, przyrzekłam sobie solidnie, krzyżując palce i wzdech, jak to, bez wina?

Nic mi nie dolegało, zero kaca czy bólu wątroby, ale zdjęcia robione nocą?

Wykąpałam się, a jakże, w dresy wskoczyłam, bo to już sezon na nie, jeszcze nie grzeją, a choć spanie przy otwartym balkonie jest poezją, to jednak siedzenie w domu przy tej temperaturze, a mam 20 stopni, nie jest luksusowe, więc i futrzane kapcie zachomikowane w szafce wywlokłam (jak dobrze być chomikiem i okazuje się, że wcale nie muszę pod Okrąglak bieżyć)... 

Śniadanko zrobiłam, odkryłam, że Saga Winx jest II sezon, więc mam znów co robić (co z tego, że to bajka?), mam Netflixa, Disney+ i HBO Max, ale rzadko znajduje się perełka do oglądania, mnie nie wciągnął Marvel mimo zachęt Inżyniera, a i Gwiezdne wojny, które kręciły mnie w młodości, a których szalonym fanem jest do dziś Pierworodny, przestały na mnie działać.

Tak wyszło, nudzi mnie to :)

Posprzątałam, rosołek wstawiłam, a jakże, z jabłuszkiem, które przepysznie się rozgotowało, niebo w gębie, zaiste.

Po nastawieniu rosołku, wciąż zmartwiona moim stanem umysłowym, siadłam do wydruczków z warzyw, a jakże, kocham pracę, bo tylko ona na mnie leci, ale z drugiej strony myśl, że warzywka tylko do grudnia i tysiąc w plecki...

I nagle.

TADAM :)

Jak piorun z jasnego nieba strzeliło mnie olśnienie.

Nic się nie działo o godzinie 0.34.

Nie zwariowałam, po prostu mam początki alzheimera.

Wstałam na sik, może jakieś dwie minuty wcześniej, a znów nie zasłoniłam rolet.

A Księżyc, mimo że nie w pełni, oświetlał i przedpokój i pokój tak, że w przedpokoju widać było napisy na podłodze (tak, mam panele z napisami - nazwy win i roczniki, zachwyciły mnie, ale były tak drogie, że położyłam je tylko w przedpokoju, na więcej nie było mnie stać). Stąd siatka na kołowrotku, jako biała się załapała :) A że ciemno było, to i zdjęcia ciemne wyszły, nie pokazały tego, co oko widziało. Niestety, to nie aparat fotograficzny, a ja byłam zbyt zaspana, by szukać aparatu, fociłam tym, co pod ręką leżało.

Ten huk koło południa, słyszany w okolicy, to był ten kamień, co mi z serca spadł.

Mogę więc co jakiś czas spokojnie wypić wino... :)

Co za ulga i radość...

Następna sesja jak zamknę gazetkę, bo jakoś to zamknięcie musi ze mnie spłynąć.

Tak wiem, okoliczne AA dopytują się o mnie, ale co mi tam. Płacę kartą imienną, nie debetową i tak mi zalecił Inżynier, więc nie jestem anonimowym alkoholikiem, tylko znanym pijakiem...

Oszczędzanie zaczęłam od płynu do prania. Latami używałam Persilu, pięciolitrowa butelka za jakieś 30 zł starczała mi na rok. Teraz za 1,5-litrową zapłaciłam 40 zł i powiedziałam stop.

Kupuję Kłębuszek, pierze równie dobrze (przynajmniej jeszcze nie widzę różnicy), a kosztuje 13 zł za 2,5 litra.

Sorry, Winnetou...

Zaczynam oglądać każdą złotówkę, co nie zdarzało mi się od co najmniej 10 lat.

Ustanawiam sobie limity, ile można wydać.

Wiem, gorzej mają inni, w tym moje osobiste dzieci, ale życie nie polega na tym, żeby pocieszać się, że inni mają gorzej. 

Powinni mieć równie dobrze jak ja, a nawet lepiej.

Jebać PiS, Konfederację i wszystkich ich pociotków.

I tak czekam aż naród się obudzi, jak tego pamiętnego sierpnia 1980 roku. 

I nie na FB, bo pisiory na te wpisy mają wyjebane w Kosmos.

Dlatego jeszcze na FB można wszystko pisać.

Wydawało się, że tamte wybory też będą przegrane, a jednak. Z tym, że nawet stan wojenny nie był takim szajsem, jak te 7 lat rządów pisiorów.

Milionerką już byłam.

Chcę znów poczuć, że żyję, że nie liczę każdego grosza.

Jestem wdzięczna losowi za Wrocław, nawet gdyby miał być on moim ostatnim Paryżem.

To były piękne dni. Z nadzieją, że nadejdą jeszcze piękniejsze... 

I że to nie alzheimer, tylko zwykły piątkowy wybryk ;) 

No co :) Zasłużyłam, długim,pracowitym tygodniem na relaks :)


piątek, 16 września 2022

Takie

 zamknięcie tygodnia, Kochany Pamiętniczku, spokojne jak rzadko kiedy.

Nie wiem, czy uda mi się dziś foty wrzucić, bo MSG w kompie zdechł, a tą drogą je przesyłam, zobaczymy.

Jesień puka do drzwi i jest wspaniale, dziś już było ciepło aczkolwiek chłodnawo (klasyk jednej z nauczycielek Inżyniera).

Ogarnąwszy rano Manhattan, zdążyłam do pracy, ale rękawów sobie nie wyrywałam, bo było jak było. Obiecałam świnkom, że je zamknę, bo do Dojczlandii jadą, więc po 13, a w zasadzie po 14, posłałam raport Bossowi, wracam, a na poczcie emilek, że raport raportem, ale jeszcze od niego jeden tekst.

Zrobiłam, ale w emilku posłałam wzdech i info, że ja już dawno po robocie, a siedzę, bo świnki...

Kurwa.

A potem zrobiłam wszystko, co w międzyczasie się dokulało, bo jestem IDIOTKĄ, a gdy już skończyłam z tym koksem, wleciały warzywka, niby nie na gwałt, bo pani jedzie w pole, do wtorku mam czas.



A, obeszłam system, a komputer mi mówi, że mam problem z połączeniem sieciowym. Wszystko wszystkim dziś się wygło (mojemu kompikowi tak, bo nie zaktualizowałam Windowsa, bo mi rozwala system, a Inżynier nieczynny.Połączenie sieciowe jest OK :)

Zatem obchodzimy kolejne sranie w banie, zakładając, że teraz to Microsoftowi się wszystko jebie. Nie wiem, jak z moim Officem, mam domowy z I., już mu kasę wysłałam, teraz pora na odnowienie, ale może coś poszło nie tak. 

Zatem po wyprawie na Manhattan przyszła pora na wyprawę do Biedronki (fajna promocja na wina, które lubię, wino za 29 przy zakupie dwóch butelek jest za 19,90, więc choć się nie umywa promocja do Chianti za 13 zł, kupiłam, bo to nie będą łatwe dni. I dobrze mieć w zapasie coś, po czym można w razie W zasnąć, bez miotania się między łóżkami.

Po drodze mam Aldi, więc…

Ojapierdolę. Okazało się, że biedne Łobuzy cierpią na niedobór plasteliny, zatem z Aldi mamy 


 

 

... i zostałam nazwana łapówkarzem, ja sobie wypraszam. To nie jest żadna łapówka, to są ostatnie plasteliny z Aldiego i to jest zwykły wziątek. W tygodniu Klafiorkówna, nielubiąca babci Yody na maksa, stworzyła bez żadnego przymusu i namowy takie oto arcydzieło, z dedykacją właśnie dla mnie


Z własnej i nieprzymuszonej woli, każąc sfocić matce i wysłać do mnie, no to jest więcej dla mnie niż Nagroda Nobla. Może z tym niedotykaniem to się tylko tak wygłupia, żeby nie pokazać, że mnie kocha? Może nie tak, jak ja ją, ale kiedyś może mnie z łezką w oku wspomni? Może będę dla niej równie dobrym wspomnieniem, jak moja jedyna babcia, którą znałam, a i druga przyszywana nie od macochy, choć macochą dla mojej Mamy i Cioci była, a niezbyt dobrze ją wspominały, aczkolwiek Ciocia opiekowała się nią - w sumie już bezinteresownie, bo nie musiała - gdy odchodziła na najgorszego z możliwych raków - raka odbytu? W tamtych czasach to był jednak survival...

Nikt nie ma pojęcia, jak boli mnie, że nie kupuję nic dla drugiej Bandy, ale skoro nikt od pobytu MW w szpitalu, gdy byłam potrzebna do towarzystwa oraz od mojej prośby o podlanie badyli, gdy byłam we Wrocku, nie zapytał nawet czy żyję - jednak wyrosłam już z dopytywania się, co u nich słychać.

Nie, żeby mnie to nie bolało, ale cóż. C'est la vie.

A i pod kasztanami, niemiłosiernie sponiewieranymi przez szrotówka kasztanowcowiaczka znalazłam dziś dwa, które same spadły, a nie te strącane na siłę, więc może nie są takie super, ale


... znów zakłuło, bo kiedyś ktoś mówił: włosy masz jak kasztany... Oczu nie mam kasztanowych, ale mają je moje dzieci i wnuki, co potwierdza teorię dziedziczenia...

Mam nadzieję, że będę dziś dobrze spać.

Bo jutro wszystko mogę, nic nie muszę...