dziękuję zatroskanym o moje dalsze losy, Kochany Pamiętniczku.
Co do życia z rodziną pod jednym dachem, kiedy to już nie jest moja rodzina - znaczy się mąż, dzieci, to wiem.
Wchodząc do rodziny męża, przekonana byłam, że Pana Boga za nogi złapałam, bo taka wielka, zgrana rodzina. Stół na 24 osoby, olbrzymi bufet, pianino, ogród zimowy i stada dzieci latające wokoło. Rzeczywistość okazała się jednak inna - byłam do kochania synową, do roboty córką zaś. A roboty było od cholery i w interesie teściowej, i podczas obsługi rodzinnych imprez. Nie wniosłam posagu, wiana, więc byłam tam na ostatnim szczeblu łańcucha pokarmowego.
Jak trzeba było w nocy pracować, teściowej pomagać, plany zmieniać, bo tak, o to byłam „kochana SJ” (dlatego nie cierpię, jak ktoś do mnie emilkuje: kochana SJ, uraz mam). Jak trzeba było z dnia na dzień wyprawić I Komunię Inżynierowi, bo tak mu się zaśniło, w Wielki Czwartek, nagle, bo on szedł do Komunii dla Pana Jezusa, a nie dla prezentów, a hahahaha, a dziś staramy się o apostazję, to na moich 46 metrach kwadratowych 21 osób bawiło się niesamowicie, choć wszystko było na kartki. Ale jak szwagier jedynaczce I K wyprawiał w domku jednorodzinnym, tego samego roku, to nas nie zaprosili, bo ciasno mieli 😊
Zresztą nie ma co rozdzierać szat, ale i ja widzę, że życie to nie je bajka. Nie je, bo żadna z moich synowych nie jest tak, jak sobie wymarzyłam, że usiądziemy, pogadamy, na zakupy skoczymy. Nie.
Owszem, inna bajka z synową od Pierworodnego, ale i ten mój syn to jest inna bajka. Bywa.
Zaś z Inżynierową mam stosunki jak Szwajcaria. Poprawne do bólu, ale nigdy nie będziemy przyjaciółkami, nie ta opcja. A na dokładkę dostaję w pakiecie jej rodzinę, z którą mi absolutnie nie jest po drodze, nie tylko ze względów politycznych. To są dobrze, bardzo dobrzy ludzie, ale nie moje klimaty, zupełnie, zaciskam zęby, zgrzytam nimi i… No cóż, kocham Inżyniera.
Ale są granice.
I nie, nikt mi nie każe z nimi mieszkać w L. Była taka koncepcja, że budują dla mnie osobny domek, dziś goszcząc na działce widzę, że znalazłoby się tam miejsce. Ale… Wyskoczyło mi w mózgu NIE, gdy tylko synowa wtrąciła się, że budujemy tak, żeby nic nie było dla Pierworodnego w razie W. Inżynier załagodził sprawę, wiem, że nie skrzywdzi brata, moją propozycję testamentu olał, mówiąc: niech matka siary między nami nie robi, nie skrzywdzę go. Znając tę łajzę wiem, że tak będzie. Pytanie, czy udźwignęłabym tam koszty ogrzewania i inne takie tam? Więc stanęło na stanowczym NIE moim i temat umarł śmiercią naturalną.
Kwestia mieszkania z nimi to nie jest kwestia, że ja się do nich wprowadzam, bo takiej opcji absolutnie nie ma (SJ nigdy nie mów nigdy), to kwestia logistyki przy sprzedaży mojego mieszkania i kupna mieszkania w L. Tymczasowość.
Rozważając za i przeciw, jest tych opcji tyle, że można się załamać.
Z jednej strony: będziemy blisko (w domyśle – podrzucanie dzieci bez problemu), z drugiej: chuj wie, jak będzie z moim zdrowiem.
Boję się przede wszystkim ubezwłasnowolnienia w sensie nieruszania się tam,
gdzie chcę. Nie jestem moją teściową, która zawsze bez drgnienia oka rozwalała
moje plany, gdy potrzebowała samochodu, a jej wysiadał.
Nie mam prawa jazdy i nie zamierzam go już robić.
A różnic w naszych charakterach jest od groma. Ona zawsze ma rację, Inżynier też zawsze mówi, że jego żona ma rację (głupia byłam, wychowując syna). Więc wolę mieć rację tu, nie tam.
Pewno, że chcę mieć Łobuzy blisko, pytanie, na ile będzie to na co dzień blisko? Bo jednak dobrze mi jest jak jest… A potem może być niekoniecznie, aczkolwiek w amerykańskich filmidłach wnuki zawsze mają wsparcie od babciów. Starałam się już raz i okazało się, że życie to jednak nie jest amerykański serial, ni chujenki 😊
Wracając do stosunków i poglądów. Taki drobiazg: dzieci wciąż są chore. Tak nie chorowały nawet moje, w czasach komuny.
Wszelkie moje porady można o kant dupy potłuc. No ok, stara jestem, nie znam się. Nagle Inżynierowa w internetach wyczytuje, że olej z czarnuszki. Kupuje, świeżo tłoczony, nawet nie chce się przyznać, ile zapłaciła, pewno jak za zboże. Dzieci mają pić łyżeczkę dziennie. Ona próbuje i mówi, że o mało się nie porzygała. Takie okropieństwo, Odpisuję, że ma fajny, orzechowy smak. Jak jej nie pasuje, wezmę, bo mój się kończy, a używam, bo mi smakuje.
Jak to podać dzieciom, które są jak francuskie pieski? Mówię: surówka: kwaszona kapusta, starta marchewka… Nie, bo nie jedzą, jedzą surówki od Grześkowiaka. A ja dzisiaj taką wciągnęłam, na dokładkę z czosnkiem i karp. Płat karpia zanabyłam. Kilo płatu 53 zł. Ojapierdolę… Ale w sumie, licząc ten nieszczęsny płat, kapustę, marchewkę, olej, czas i gaz, wypasiony obiad zamknął się w 25 złotych, bez napiwku dla mnie 😊 Pyszny był, karp nówka nieśmigana, z milickich stawów, ani trochę mułem nie jechał, w mleku wymoczyłam… Bez pyrów, co do mnie niepodobne, ale surówki wyszła góra, więc dobrze, że pyrów nie było.
A u mnie Kalafiorkówna zażerała się sałatką siedmiodniową (ona w ogóle zielonożercą jest, jak ma do wyboru ciastko i liść kapusty, to zje kapustę).
Ja też nie we wszystkim słuchałam teściowej, ale starałam się zrozumieć pewne rzeczy i mi to na złe nie wyszło.
Więc nie, nie ma opcji wspólnego mieszkania, tym bardziej, że gdy chwaliłam się moim gniazdkiem po remoncie, zadowolona jak diabli, usłyszałam, że i owszem, ujdzie.
Tak jakby parę miłych słów było na wagę złota. Tak, mamy inny gust mieszkaniowy, ale to jest moje mieszkanie i mnie jest tu dobrze.
Może i mam pierdalnik, ale to jest mój pierdalnik.
Sprzedaż tego, kupno nowego to jest melodia przyszłości i to dalekiej. Najpierw muszą się wybudować i zagospodarować.
A do tego jeszcze daleka droga.
Więc wszystko w swoim czasie.
A wracając na to, co dziś. Jeszcze żadnego atomu nie pierdolnęli i oby tak zostało.
Straszne są te czasy, te dni.
Na tyle straszne, że zagłuszam to muzyką.
Nauczyłam się już, że są rzeczy, na które absolutnie nie mam wpływu i choćbym na głowie stanęła i uszami tupała, pomagając sobie rzęsami – co ma być, będzie.
Dlatego fajnie jest, że jest
Pensja na koncie.
Ciepło w mieszkaniu.
I Kalafiorkówna znów zażyczyła sobie dwa warkoczyki, tak jak babcia plecie
Dzień gospodarczy za mną.
I ostatni dzień września 😊
Ciepło było, nie dam sobie powiedzieć, że nie 😊
A, tak w sumie to niewiarygodna jestem i niewiele warta, bo jak można tylko badyle hodować, nie myśląc o biednych sierściuchach?
Hmmm...
Jestem nic nie warta, bo nie chcę sprzątać po zwierzętach?
Serio?
To mnie dyskwalifikuje jako człowieka?
I za każdym razem, jak I. żartuje, że mu dzieciństwo zmarnowałam, przypominam sobie, jak zapierdalałam, sprzątając po rybkach i żółwikach, po których sprzątanie im się szybko znudziło, w międzyczasie między pracą, ogarnianiem chałupy i lataniem do szpitala.
I innymi takimi tam.
Nie krzywdzę zwierząt, ale nie lubię ich obsługiwać. Brak jebanego sierściucha na kolanach wynagradza mi widok draceny nad głową, gdy budzę się rano :)



Dobrze, ze tutaj mamy duzo domow opieki, nie chcialabym obciazac moich dzieci opieka nade mna, choc oczywiscie przyjemniej byloby umierac na lonie rodziny, a nie w przytulku, ale wiem teraz akurat najlepiej, jak to smakuje opieka nad matka. I nie wiem, jak mnie odbije na starosc.
OdpowiedzUsuńA w ogole nie ma pewnosci, ze tej starosci dozyjemy, bo Putinu odpier***la coraz silniej, a jankesow swedzi do nowej wojny, bo dawno nigdzie nie wprowadzali swojej demokracji i nie pomagali w konfliktach zbrojnych, prowadzacych do uzaleznienia kolejnego panstwa od ich dularow.
Kalafiorkowna ma przepiekne te warkocze!
W imieniu Kalafiorkówny dziękuję :) Tak, świat pędzi tak, że mam ochotę wysiąść, ale nikt go nie zatrzyma...
UsuńW PL niestety, nawet z moją emeryturą i dopłatą do domu opieki od synów - nie stać nas po prostu. Nie ma takiego ubezpieczenia, w sumie nawet nie chcę myśleć o tym, jak obstawiam taką sytuację, nie wiem, co byłoby dla nich większą traumą. Pojebane to jest. I tyle. Jak mam zidiocieć tak jak wuc, to naprawdę wolę zejść z tego świata pamiętana jako postrzelona z lekka babcia :)
Uff, dobrze, że wyjaśniłaś sytuację, bo też myślałam, że wprowadzasz się do Inżynierostwa... Świetne to zdjęcie Kalafiorkówny w warkoczykach.
OdpowiedzUsuńDziękuję, tak fajne ma te kitki :) Ma takie jedwabiste kudełki, ale proste, nie kręcone jak moje i nie do końca rude ;) Wyrodziła się, Skubana :) Nie, nie ma opcji, że wprowadzę się do kogokolwiek. Nie będę dla nikogo ciężarem :) Taką mam nadzieję :)
Usuńmasz stosunki z synowa takie jak jak ja ze swoja.marzyla mi sie synowa taka do serca.czyli i do boga i do ludzi.[do boga z duzym umiarem] a moja do ludzi to juz nie .jedno co jej wychodzi to motlitwy 4 razy na dzien.to jest zimny ,wyrachowany czlowiek .do tego len do entej potegi.to ja wredna tesciowa
OdpowiedzUsuńOj tam, my wszystkie jesteśmy wredne. Taka uroda. Żadna z młodych nie myśli, że one też będą w takiej sytuacji, chociaż to pokolenie znów "poszło naprzód" w zjadaniu wszystkich rozumów dzięki internetom :)
Usuństarych drzew się nie przesadza , siedź na swoich śmieciach. Jeśli zrobisz inaczej będziesz bardzo żałowała. Będziesz tęsknic za manahatanaem, za świeżą rybką, za prawdziwym chlebem, itp itd. Nie rób tego, przyjadą do Ciebie , pojedziesz do nich. To mój drugi wpis, ale życzę Ci jak najlepiej.
OdpowiedzUsuńDziękuję. Wszystko wiem, ale nie wiem też do końca, co przyniesie los...
UsuńJak mówi moje motto, życie nie składa się z oddychania. Rozmawiałam dziś w ubezpieczalni z panią, która mówiła, że małżeństwo, które wyprowadziło się lata temu stąd, do dziś żałuje Manhattanu i wciąż tu jeździ... Zobaczymy, co da los.