Kochany Pamiętniczku, to się koty truje.
(Wielbicieli sierściuchów uprasza się o niehejtowanie mnie, żadnego kota neie otrułam jeszcze i nie mam zamiaru tego zrobić.)
Jednak znów muszę do tego wrócić, dobrze, że mam nieprzeterminowany zapas piguł. Nie wiem co jest, teoretycznie nie mam żadnego powodu do zmartwień tak na maksa, a zasypianie to jak tortury. Więc będę się walerianą truła, trudno :) A, przed laty poleciła mi to teściowa, nieświadoma, że to ona jest powodem mojej nerwicy, no i zadziałało. Działa fajnie, a nie uzależnia. A nazywa się po prostu tabletka uspokajająca :) Fakt, nie zadziała od razu, ale co tam. Najtrudniejszy pierwszy krok. Tyle że pić po nich nie mogę, zwłaszcza piwa, bo mi morda drętwieje :) Więc mam dwa w jednym - odwyk i leczenie.
Wczoraj korekciłam, bo Boss kobyły dosyłał, a chciałam mieć spokój od rana dziś, a nie pytanie pięć po dziewiątej, czy maile doszły.
Ale dziś na maile, które przyszły po 19 nawet nie rzuciłam okiem, w dupie mam.
Burza dziś była, a potem taka
piękna tęcza, przez całe lato nie widziałam, a teraz, choć ziąb już nieludzki, tak pięknie wyszła.
A, jednocześnie śmierdzi palonym plastikiem (wiem, chciałam właśnie mieszkanie wywietrzyć), więc koniec spania przy otwartym już nawet nie balkonie, ale oknie...
I przymiarka do
tych dni, trzeba będzie zapas baterii uzupełnić.
A we włościach już są
drzwi stałe.
"Mój" stolarz, który mi zrobił ukochane półeczki na książki, nie powiedział tak na schody, bo schodów w zasadzie nie robi, ale nie powiedział nie. Powoli do celu, najgorzej będzie z pompą ciepła...
A mówiłam, kupić gotowca...
Dobra, waleriana potrzebuje czasu na zadziałanie.
Aby do piątku.
Obliczyłam pi razy drzwi, że robię właśnie 150. numer ukochanej gazetki, pi razy drzwi, bo dwa razy nie robiłam na urlopie (łaska pańska), ale robiłam parę razy na zleceniu jeszcze, zanim etat dostałam.
Taki mój mały, skromny jubileusz. Nawet nie mam siły przeliczyć, ile numerów gazet wyszło spod moich rąk, a raczej oczu...
Pewno z parę tysięcy, biorąc pod uwagę, że dziesięć lat pracowałam w wydawnictwie w gazecie codziennej, potem dziesięć, gdzie zaczynałam od 5 gazet, w tym jednego miesięcznika, a doszłam do 28 różnych gazet, z których gros zwalane było na moje barki, w tym oba miesięczniki i cała masa kwartalników, okolicznościowych i wychodzących co dwa miesiące. A i teraz robię - nie od początku, ale od jakichś kilku lat dodatkowe dwie u mnie.
Nie licząc książek, bo i te się trafiały, a jakże.
Takie tam - chyba miałabym rekord stron w czytaniu, ale płacę za to wysoką cenę - nie daję rady już czytać książek tak jak kiedyś - z miłością i w każdym miejscu...
No cóż, życie to nie je bajka ;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz