piątek, 31 października 2025

Uzupełnienie

 Kochany Pamiętniczku :) 

Jadąc na włości zabrałam ze sobą maleńki flakonik  Shalimar Guerlain. Bo ja się nie maluję, ale...

Jak wyjdę z domu nieuperfumowana, to czuję się, jakbym naga była.

Jako że w mojej torebce nie mieści się iPad, a nie chciałam wlec siatki, zamieniłam torbeczkę na starą, szmacianą, jeszcze z Paryża. Ale pojemna, iPad wchodzi bez problemu.

Rano szukam perfum i nic, znikły jak sen złoty. Wybebeszyłam całą torebkę, ale nic. A wkładałam do przedniej klapy, zapinanej na zamek, szczelnej, nic nie miało prawa wypaść. No cóż. Przyglądam się klapie, a tam... dziura. I na wierzchu dziurki dwie, jakby wąż czy inna żmija się wgryzł.

No nic. Serce trochę zabolało, bo z tej kolekcji to Shalimar i Ma petite robe noire są ulubione. Inżynier złazi, gawędzimy, no i mówię, że zła jestem, bo nie zorientowałam się, że torebka ma przetarcie i zgubiłam perfumy. A ten woła Alienka i pyta, gdzie ma te perfumy, które zabrał Kundlowi i z którymi leciał do  mamy jej oddać.

I to były moje Shalimar.

Korek pogryziony, ale Kundel nie dostał się dalej. 

Nie do wiary, jak on je stamtąd wygryzł.

Inżynier wątpił, no ale przecież nóg same nie dostały, a położyłam je na krześle, mając już aparaty, więc słyszałabym, gdyby coś wypadło.

Tak więc na Kundla trzeba naprawdę uważać.

 Pogoda cały czas barowa, a że nie można co dzień pić, bo się do AA trafi, seriale mi się skończyły - polecam Breslau, cudny jest, te suknie przedwojenne, ci wspaniali mężczyźni w kapeluszach i garniturach, w koszulach krochmalonych (przekleństwo mojej młodości, jak mama zmarła, musiałam ojcu takie prasować, jak była jedna fałdka gdzieś, wyrzucał do prania nie zakładając, elegant pieprzony, a jak już nie byłam pod jego jurysdykcją, przyszedł do mnie koszule prasować, bo żelazka nie miał. Co ja paczę? Prasuje koszule do połowy, a na moje: a dół - odpowiada: wsuwa się w spodnie i nie widać, kurwa). 

A, fotkę znalazłam, to nie lata przedwojenne, ale moda z lat 50. Też taką sukienkę miałam, na sztywnej halce. Co z tego, że z paczki i niemodna, ale taka moja, kochana :) 


 Taftowa halka, sztywniuteńka i koronka spod sukni wystająca. A teraz jestem jak moja ciocia, skopiowana :) Ten dryblas to mój brat, a chłopcy to moje dzieci :) 

Tak, teraz jestem absolutnie niekobieca, niesukienkowa, latam w portkach i jestem Starą Jędzą :) Nawet jednej pary rajstop nie mam :) 

I nie kupuję, bo znów zetleją i cały pogrzeb na nic.

A dziś taka pogoda była, że biłam się z myślami, robiąc zakupy: serce wołało: idź do domu, legnij i miej wyrąbane, a rozum mówił: rusz tę tłustą kubańską dupę i wio w świat.

Wygrał rozum, było tak ciepło, słonecznie, że grzechem by było siedzieć w chacie po tylu dniach szarugi.

No to wzięłam i kupiłam po drodze chryzantemy (bo wrzos kupiony w Yucca jest tak lekki, że byle wiaterek by go zwiał), znicze zapakowałam i pojechałam do wujka...


 Myśląc, jak to będzie, gdy się spotkamy: on, wciąż młody, 17-letni kleryk i ja, stara (nie liczę lat, bo jeszcze nie wiem, ile pożyję, ryzyk fizyk), sterana życiem kobieta. Na dokładkę apostatka :) 

Będzie się działo, co nie?

I tu dla mówiących mi, że potem nic nie ma: nie zgadzam się, może i gupia jestem, ale wierzę, nie, nie w życie pozagrobowe, ale w to, że coś jest.

Bo mogę i tak łatwiej mi ciągnąć ten wózek, często pod górkę i pod wiatr.

I tak sobie o tym rozmyślałam, siedząc na przystanku naprzeciwko Hanki, grzejąc się w promieniach słońca, a grzało dziś cudnie 


 w okna "mojego" pokoju, wspominając młodość i kontemplując. Czego mi żal? Nie lat minionych, lecz grzechów żal niepopełnionych - Safrin się kłania :) 

Dobrze, że wracałam od razu, bo zaczęły się już robić korki, trwał pierwszolistopadowy exodus narodu... 

Obiadek był gotowy, od wczoraj zupka została.

Więc zaczęłam ogarnianie halloweenowe :) 


 Osobiście udekorowałam się kotkami na łysym łbie :) 

Potem narażając się na złamanie karku ściągnęłam burdelówkę, która zrobiła świetną pracę, ustawiłam na jej tle spory koszyk ze słodyczami.

Ołtarzyk zrobiłam... Moja ulubiona kula, którą mi Inżynier kiedyś rechocąc wręczył w dodatku urodzinowym, z tekstem, że jak ją wypatrzył w gadżetach na Halloween, to od razu wiedział, że to jego matki portret. Jak się nią potrząśnie, latają nietoperki...

 


 

I świece, kapiące krwią...


 Pies z kulawą nogą się nie zjawił.

Po 20 przestałam pilnować dzwonka - dzieci już powinny spać, a nastolatków z głupimi czasami pomysłami raczej bym nie wpuszczała.

I tak minął kolejny dzień mego długiego życia.

A jutro Wszystkich Świętych i tak - zapalę świeczkę dla moich Umarlaków.

Pamiętam o nich na co dzień.

Może gdzieś pójdę.

Nie wiem.

A może znów będę kontemplować stare fotografie?

Łobuzy w tym roku były w maskach, w których mnie straszyły.

Żadnych już słodziaków...

I już nie ma dla kogo kupować takich słodkich body...


 Upływa szybko życie, jak potok mija czas...

 

Z resztek marzeń, co zostały, układamy świat na nowo,
A przez palce nam przecieka jeszcze jedna, druga młodość.
Po kropelce ze zdumieniem,
Przesączamy się w nieznane
I do końca nie wierzymy,
Że z nas śladu nie zostanie...
 
UPDATE
 
Oglądnęłam Dom pełen dynamitu. Zagmatwany, ciężkostrawny. I cieszę się, że jestem nic nieznaczącym człowieczkiem, że jak jebnie, to jebnie.
Chociaż młodych żal.
Ale lepiej czasami nie wiedzieć.
Że jebnie. 

 

 

wtorek, 28 października 2025

Kolejny

 wycug za mną, Kochany Pamiętniczku...

Dotarłam na włości sobotnim popołudniem. Miałam przywieźć wino, ale uświadomiłam sobie, że jadę pilnować Łobuzów, a oni wybywają, więc... po prostu nie kupiłam wina :) I. wychodząc plumknął, że w lodówce jest wino i jak będę miała dość Łobuzów, mam je sobie otworzyć. Łobuzów miałam dość jeszcze zanim ich rodzice się wynieśli, bo szalały z 

pinkową chustą po mieszkaniu. Kalafiorkówna widząc tę fioletową na mnie była tak głęboko zachwycona (jej matka pojechała: znów kolejna rzecz zagracająca ten dom, no ale co, mogę), że obiecałam jej tę pinkową (Kalafiorkównie, nie jej matce). Nie pamiętam już, kiedy kupowałam ten zestaw i dlaczego kupiłam też pink? Jakieś 20 lat to ma, jak nie więcej, ale jak wiadomo, niektóre zakupy są wieczne.

Uspokoili się dopiero po kąpieli, jak zagroziłam, że wyłączę (hahahahaha, jeszcze nie rozgryźli, że nie znam się na pilocie) wieczorną TV...

Mogli siedzieć do 21 i siedzieli.

Ale potem poszli karnie spać.

Jak nie oni.

Przedtem była jeszcze lekcja na temat przesuwania czasu.

Sama pokolędowałam prawie do 24, wciągnęła mnie Odwilż.

Już w półśnie wiedziałam, że rodziciele wrócili, bo... Budzi mnie światło, a oni mają w wiatrołapie fotokomórkę, która niestety przez szyby w drzwiach świeci prosto w moje oczy.

Nie otwierałam oczu, przeżyłam wszystkie światła włączane, wyłączane, przełączane - cóż. 

Pospałam do 7, bo to była już stara 8, cicho było, tylko Kundel napierał się na zabawę, ale powiedziałam mu stanowczo NIE.

Ogarnęłam spokojnie kąpiel, posłanie, śniadanie, gdy zwaliły się na mnie Łobuzy.

I tak, wiem, nie dawać iPada, ale jako babcia mam pewne przywileje.

Więc zamiast męczyć się w kółko i krzyżyk na papierze, ściągnęłam apkę...

I choć nie miałam już na czym filmu oglądać, miałam święty spokój :P 

Oczywiście, pogadaliśmy, w międzyczasie Łobuzy odkryły dzięki moim opowieściom parę grzeszków z życia swojego ojca...

Było fajnie, aż ojciec rzeczonych wstał, zarekwirował mojego iPada i...

Dalej było super :)

Ponieważ Łobuzom myliły się godziny, te przesunięte i lamenciły,  że na Wisienkę Kalafiorkówna nie zdąży, działo się.

W międzyczasie wstała matka Polka, a ojciec Polak wymaszerował z Kundlem, po czym ja, babcia Polka wszczęłam lament, że ojciec Polak zaginął, bo go długo nie ma...

Matka Polka pokazała apkę, że niepotrzebnie histeryzuję, albowiem ojciec Polak jest na skrzyżowaniu ulic...

A potem ojciec Polak pojawił  się na wprost okien, dzierżąc w dłoni dumnie woreczek z psią kupą :) 

No i ogarnęliśmy się szybciorem i pojechaliśmy we czwórkę do Wisienki...

Bo do pojemnego auta ojca Polaka mieści się tylko sztuk cztery plus Kundel. 

Kundel został w domu.

Bo straszyłby Wisienkę.

A mnie serce pikało z zachwytu na widok piękna jesieni na tych wiejskich drogach i żal dupę ściskał, że droga była tak wąska i zakręcona, że nie było gdzie zjechać, żeby  sfocić to wszystko (nie jestem AŻ taką wariatką, żeby wypadek sprowokować). Więc nie ma fotek tych beli z pól, tak malowniczych, że ojacierpiędolę, na tle chmur i jesiennych kolorów. Oczami duszy je widzę :)

A potem...

Pyskowałam, po co Alienek bierze książkę?

Alienek nie lubi jazdy konnej, kocha pływanie. 

Książka to jedyny sposób na spacyfikowanie Alienka, żeby nie gadał jak nakręcony.

Więc Alienek spacyfikowany wygląda tak 


 Alienek oderwany od książki łazi i gada, gada, najczęściej o Minecrafcie czy innym bohaterze Marvella



 ewentualnym przerywnikiem jest jakiś sierściuch...

Sierściucha atakowała też Kalafiorkówna


 .. myśleliśmy, że to mama sierściucha, który wdzięczył się, latając za batem, ale nie, okazało się, że kotka jest wysterylizowana, a mały to jakaś przybłęda, adoptowana. Pewno tatuś alimentów w okolicy nie płaci, bo i kotka, i kotełek były jak dwie krople wody... Więc może to były siostry :) 




 Kalafiorkówna pojeździła na Wisience (biedny kuc, pod koniec ledwo nogami powłóczył, chociaż I. upierał się, że kiedyś musiałby w kopalni ciężej pracować, widać, że lektur nie czytał, a już na pewno nie Łyska z pokładu Idy). 70 zł za 20 minut. No ale widać, że dobrze wydają te 800 plus, nie na wódkę :) 

A ja kontemplowałam i Kalafiorkównę, i inne takie tam






 

 Chillout total...

I. uparł się, że pojedzie ze mną do Yucca, bo marudziłam, że są tam badylki (nadzieję miałam na hiacynty). Wprawdzie odkryłam, jak dojechać tam zbiorkomem, ale... Wywalił Łobuzy do domu (na całe szczęście), mówiąc, że żadnych jazd do marketów w niedzielę z dziećmi (prorok jakiś, czy cuś?), a to market ogrodniczy, tydzień przed Wszystkimi Świętymi, więc...

Wróciłam do domu lżejsza o parę groszy, po czym I. zarechotał: leć matka kupić większe mieszkanie...




 No co, ktoś by się temu oparł? Gdzie ja bym taką cudną gwiazdę betlejemską znalazła? Poza tym jak mróz ściśnie, to tego się do domu nie doniesie.

A to mnie skusiło, chociaż ni chuchu nie wiem, co to...


 Jeszcze na wujku nie poszukałam, ale pikne jest i kosztowało tylko 15 zł bez grosza :)

Wróciliśmy, spakowaliśmy moje lary i piernaty do bagażnika i pojechaliśmy do 


 Bo zapraszałam na obiad. Wprawdzie I. deklarował, że upichci swoją pizzę (cut, mjut i ozeszki), ale wolałam knajpę... I to był błąd.

Wybrali knajpę rekomendowaną i w necie, i przez znajomych, ale...






 

 Widoki, pogoda, luz, blues, hasta manana.


 Tylko to było warte swojej ceny... Piwo smakujące jak rogale świętomarcińskie. I towarzystwo :) 

 Rachunek jak za zboże (spoko, stać mnie, liczyłam na taki), obsługa super, ale...

Rachunek wyjebany w Kosmos (za samo piwo 23 zł, no bez przesady, takie wyczaiłam dziś w markecie monopolowym za 11,50, więc marża z dupy wzięta, rozumiem wszystkie niusanse). Nikt nie był zachwycony daniami, mnie sam mój  pstrąg nie zachwycił, warzywa i pyry były marne, więcej tymianku w daniu niż ustawa przewiduje, ale na I.: niech mama reklamuje, pomyślałam o wracającym daniu, do którego napluto - nie o takich historiach słyszałam.  Alienek pizzę dostał jak już wszyscy wszystko zjedli, kelnerka uprzedzała, że na pizzę się czeka, ale...

Takich sensacji, jakie miałam po tej knajpie, nie zapomnę do końca życia. I już wiem (oni też), że tam nie wrócimy. Nigdy, nawet McDonald's lepszy jest. A znajomi Inżynierowej polecali knajpę. No cóż. 

Do tego ogrzewania gazowe, takie te kolumny z gazem, jakiś domorosły śpiewak, wyjący nie wiadomo co... 

Nie, Leśny Zakątek, mimo widoków - jest przereklamowany i nie polecam.

Ale mniejsza z większym.

Byliśmy na dwa samochody.

Łobuzy wracały z matką, te uściski, zapewnienia o miłości i inne takie tam, że tęsknota, że...

I znów życie nie składało się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

A potem spokój niedzielnego wieczora.

Leniwy poniedziałek.

Wciąż nierozwiązany jedyny pasjans w tym roku...

Spanie do oporu - tak mam zawsze jesienią po zmianie czasu... Jakie to szczęście, że nie muszę już dojeżdżać do pracy.

I nie, nie wypisałam urlopu, choć poniewczasie M. napisała, że śmiało wypisywać, ale nie zająknęła się o premii za dodatkową robotę, to i ja się nie wychylam.

Poniedziałek taki, jakiego bali się Gallowie, że im niebo na łeb spadnie.

I dziś, wyprawa po chleb, już bez parcia na szkło.


 I moja aleja, taka już do bólu jesienna...

Niezapisane, niekupione drobiazgi - pretekst do wyjścia jutro z domu.

Jak nie tak dawno pisałam - stłukłam ulubione kubki. Szukałam dziś kolejnych, albowiem choć kubków mam od cholery, to takie mikre. A stłukłam kubasy. No i niby były w osiedlowym AGD, w KiK i w Pepco, ale...

Wszystkie w świątecznych szatkach.

A ja nie mam zamiaru cały rok celebrować Gwiazdki, pijąc cokolwiek...

Więc przede mną misja: zdobyć kubki (tylko gdzie ja je wstawię?).

I okulista wciąż nieogarnięty.

Ale domowy obiad, dorsz, zmieniaczki, pieczarki, kapustka zasmażana, podlany świętomarcińskim  piwkiem o niebo lepszy niż ten knajpiany :)

Jednak to były piękne dni.

Teraz przerwa do prawie połowy listopada.

Choć młodsze dziecię wciąż trzyma rękę na pulsie.

Starsze zapadło się pod ziemię. 

Powinnam się martwić?

Moja nowa dewiza: w dupie to mam.

Nawet Kalafiorkówna zaczęła mi się rzucać na szyję i...

Nie, nie zdradzę, co mówi :) 

Alienek ma nasze (znaczy się moje i chłopaków) czarne poczucie humoru.

Rechoce w odpowiednich momentach.

Kalafiorkówna zaś, jak jej mama, jest rzeczowa, zrównoważona i zapodaje umoralniającą mówkę w danym momencie, oczywiście, ona zawsze ma rację.

I jakoś tak dziwnie - kocham to wszystko, aczkolwiek czasami...

Zamilknę :)  

 

 

czwartek, 23 października 2025

Wtorek

 zaczął się nerwowo, Kochany Pamiętniczku. 

Kupka do pakowania urosła, a zadeklarowałam, że sama przyjadę. Tak, wiem, powinnam być traktowana z należytą czcią, szacunkiem, czerwonym dywanem, podwózką i innymi bajerami.

Ale: primo po pierwsze - chcę się ruszać. Primo po drugie - wiem, w jakim kołowrocie jest I. I tak, pomagam, bo póki mogę, póki opieka nade mną nie spadnie na jego barki, jeszcze jest dzieckiem. Ja byłam do 50. roku życia, zanim zmarła Ciocia.

Więc, tak wściekła jestem na obie moje synowe, uważające, że są ósmym cudem świata.

Nie, nie są.

I nikt nie wie, jak bardzo żałuję Sikory, że im nie wyszło. Byłabym mamcią, chcianą i inne takie tam. Ona z czworgiem dzieci ogarnia wszystko. Tak jak ja kiedyś. Fakt, pomaga jej mąż (ma fajnego męża), ale ogarnia wszystko, śpiewająco.

Ale wracając do rzeczy. Kupka - mimo że zabieram najniezbędniejsze  rzeczy urosła. A jeszcze nie zapakowałam iPada, ładowarek, I. pisze, że ogrzewanie nie działa, więc mam wziąć coś cieplejszego też. Więc torba odpada, walizka. Walizka wzięła i znikła, jak sen złoty. Polazłam do komórki nawet, w której nie byłam od pół roku, a walizki nie ma, diabeł ogonem nakrył. To nie torebusia, to walizka. Zaczynam się podejrzewać o demencję, analizuję picie w ostatnim  czasie, wizyty (pośmiertne) Eksa, wszystkie możliwe warianty. Nic. Pytam I. Nie, nie pożyczałam mu walizki. Ale tknęło go sumienie i polazł do garażu. 

Ufff. Walizka jest. Ale okoliczności jej wywędrowania nie ogarniał ani on, ani ja. Ogarnęłam na miejscu - polazłam do garażu, zakładając, że są tam moje brudne lumpy. Nie, nie było, Była torba termoizolacyjna od Bystrego i - Eureka - wiozłam w niej mięso na grilla na wiosnę bodaj. Miał mi ją odwieźć, bo wracałam podwózką, nie odwiózł, a mnie nie była do niczego potrzebna, tom o niej zapomniała. 

Więc druga walizka, której nie lubię, spakowana, jadę. 50 minut czekania na autobus na Ogrodach, bo zatrzymała mnie sąsiadka, razem się wprowadzałyśmy, sympatyczna, zawsze o I. mówi z sympatią: o, taki mały był, jak się wprowadzaliście. Wdowa po szewcu - jak się okazało, 10 lat starsza ode mnie. No i tak jak jestem nietowarzyska (my same też dzień dobry, do widzenia, ładna pogoda - tak przez lata), ale pogadałam, bo potrzebowała rozmowy. Nawet nie pamiętam, jak się nazywa, odkąd nie ma list lokatorów, bo RODO - znam tylko kilka nazwisk.

No i zwiał mi autobus z dobrym połączeniem, ale cóż, i tak bywa. 

Studia socjologiczne na przystanku. Bo podjeżdża jeden za drugim autobus do okolicznych suburbiów - tłumy młodych, wracają ze szkoły. 

Moim autobusem też, ruszyli przeze mnie jak stado bizonów, no i oczywiście nikt nie myśli o zdejmowaniu plecaków... Na całe szczęście zdobyłam miejsce siedzące, niewygodne, na lewym póldupku, a prawy półdupek zwisał mi za słupek, no i ta walizka. Ale siedziałam, przede mną godzinna jazda, do samego końca trasy prawie, a nikt z tych młodych, wpatrzonych w swoje ekraniki nie widzi siwych włosów. Ja sama dwa razy ustępowałam w autobusie miejsca, bo są słabsi ode mnie, a na przystanku na ławeczkę wpuściłam młodszą ode mnie osobę, o kulach, która ledwo stała na nogach, trzymając się słupka. I nie, nie była w stanie wskazującym...

No cóż, póki mogę, ustępuję. Tak mnie wychowano.  

Dojechałam i na progu witała mnie delegacja, choć I. był jeszcze w pracy, ale śledził mnie (ma pozwolenie), a Łobuzy zwariowały. Nawet Kundel w objęciach  I. ślinił się do mnie. Musiałam całe towarzystwo wygonić z wiatrołapu, żeby się ogarnąć. (Tak, walizkę trzymam w wiatrołapie, choć wrzucenia jej w ogólny bajzel - tym razem kosmiczny - nikt by nie zauważył). 

Wylizana, nawet Kalafiorkówna mnie tym razem lizała, ojacierpiędolę, bo te dzieci najpierw całują się z Kundlem (bo koty wieją), a potem mnie chcą kissać, co mi NAPRAWDĘ nie odpowiada. Trudno. Brzydzi mnie całowanie zwierząt. Ich włażenie na stół, na blat. I nie jestem absolutnie fanką kłaczków w kubku czy na talerzu. 

No ale czego się nie robi z miłości...

Ten to się od razu zakolegował, stwierdził, że jestem jego wielbicielką i nie mam innej opcji...

 Szczerze - zmęczona byłam i to bardzo. Bo jakbym nie usiadła, to zawsze dokował u stacji. Zwą go też Roomba. Ale siedzenie przez cały czas w charakterze stacji dokującej jest męczące, tym bardziej, gdy chcę wstać z krzesła, nie robiąc mu krzywdy - nie jest mi łatwo nogę podnieść, walę nią w stół - całe kolana mam w sińcach. A cała podłoga na dole jest usiana świniami, kośćmi, piłeczkami, laleczkami, sznurkami i chujwieczym - przejście tam, z plączącym się natychmiast zakochanym Kundlem - w moim wieku to mistrzostwo na miarę zdobycia Mont Everest.

Wyprowadzany, bo trzeba - a obiecywałam sobie, że nigdy zbierania gówien - idzie jak chce. Jak mu fantazja zagra. Wieje z prędkością błyskawicy - udało mu się raz wywiać, gdy wychodziłam z nim na spacer, zabierając Łobuzy, które kłócąc się o to, kto prowadzi, po prostu pozwoliły mu zwiać, a na imię nie reaguje absolutnie, nie wraca, takiego skoku za drzwi przez dwa stopnie, żeby zdążyć nadepnąć smycz, którą szarpnął - nie powstydziłby się sam Małysz.

A wykonałam go ja, we własnej osobie, o mało nie padając w błoto przed wejściem na ryj, bo z taką mocą ta "kruszyna" szarpie...

Więc rozdzielając i pilnując Łobuzów, które jednak dręczą go z miłości, miałam na karku i jego. 

Gdy po konsultacjach z pracującą matką sierści, polazłam na górę, by biednemu Edkowi, który od rana siedział i patrzył na mnie błagalnie, nasypać karmy (jednak serce mnie nie myliło, miseczka była pusta, a Edzio na blat, gdzie jest karma dla Aryi nie wskoczy... Kundel polazł za mną, ale zleźć nie chciał. Synowa uświadomiła mnie, że on nie umie złazić po schodach, że może siedzieć na górze. Ale coś mnie tknęło, wlazłam po niego... Pomagał sprzątać w sypialni, w której na podłodze leżały szuflady z rzeczami z szafy zamontowanej w poprzednią niedzielę.

Dobrze, że ostudziłam jego porządkowe zapędy, ale... mój kręgosłup do tej chwili czuje 8,5 kilo w moich ramionach...

Kurwa.

Kotki były kochane, dopóki nie pojawił się kundel. Edka niańczy I., ale jego akurat nie ma. A to już drugi raz, kiedy Edziu chodzi głodny, jak I. nie ma.

Więc to fakt, nie moje majaczenie, reguła.

Wszystko kręci się koło Kundla. 

No OK, nie mój cyrk, nie moje pchły. Nawet gówna zbieram bez szemrania. I, to docenia. Jego żona nie bardzo, bo wychodzi z założenia, że Kundel to pępek wszechświata i koniec tematu. 

OK.

Przyjeżdżam do dzieci, bo to moje wnuki.

I tak, jestem wredna, obgaduję.

Ale moje mieszkanie w czasie remontu było czystsze, niż to, co tym razem zastałam. 

Indukcję szorowałam pół godziny, zanim zaczęła przypominać płytę. Nie domyłam, bałam się, że coś uszkodzę. Blaty kleiły się, tak samo stół. I nie, nie usprawiedliwiam syna. Ale wiem, że kończąc pracę, zajmuje się dziećmi. Zajmuje się nimi też w czasie pracy (pracuje zdalnie), odwozi i odbiera ze szkoły. Ogarnia chałupę. I zawsze, jak jest, zapyta: co podać. Gotuje, śpiewa, tańczy, recytuje. Pierze. Mają full wypas wszystkie możliwe gadżety kuchenne. Zastanawiam się, czy synowa nie ma nawrotu depresji, nie wiedziałam przedtem, że ją ma, ukrywali, bo w rodzinie synowej wszystko się ukrywa.

Ale bez bicia przyznaję - oswojona z chorobami umysłu, nie ogarniam depresji. Bo mając całe życie pod górkę i nie mając siły, wstawałam i ciągnęłam ten wózek, pod górkę i pod wiatr, nie wiem, nie diagnozowano mnie - ale nie było innego wyjścia.

Skala bajzlu była przerażająca. Przywiezione żarcie dla psa, położone na stole, stało tak aż do mojego wyjazdu. 


 Dzień przedtem ogarnęłam również ten stół. Fajnie byłoby, gdybym mogła tam posprzątać, korona z głowy by mi nie spadła, choć I. mówi, że mam nic nie ruszać, bo nie jestem służącą. 

A że z synową nie mam odwagi rozmawiać, że coś zrobię, bo się po prostu - kurwa - nudzę w tym domu, siedząc na niewygodnym krześle, nawet poduszki pod dupę nie ma, a moja jaśniepańska dupa potrzebuje coś miękkiego... 

Na podłodze, na schodach, na kontaktach (sic!) koty z kurzu (mają ogrzewanie podłogowe i 20% wilgotności).  

Inżynierowa  wciąż zapracowana, zamyka się w gabinecie i ma webinary i takie tam :) OK. Ale też ma 18 godzinne pensum jako nauczycielka. Przedszkola, więc nie poprawia prac.

Nie gotuje. Je zupki chińskie i inne wynalazki.

Ja jadąc tam sama się żywię (w sensie obiady), bo... no cóż. Nie skarżę się. Wczoraj sobie lunchbox kupiłam, kefirem popiłam, a dziś poszliśmy na obiad do Klamerki. Kalafiorkówna wychodząc ze szkoły oznajmiła od razu, że jest głodna. Alienek też głodny był, aczkolwiek oboje jedli obiad o 12. A ja odbierałam ich o 12.35. Podobno obiady są niedobre. Chociaż rodzicie stwierdzili, że mnie Łobuzy naciągają na maksa.

I na dokładkę, zeżarłszy swoje 6 pierogów (na łebka), które sobie same wybrały, zeżarły mi jeszcze pół moich szarych klusek


 po czym oznajmiły, że wciąż są głodne (tym razem na szare kluski, których jeszcze pół roku temu kijem nie chcieli tknąć), na całe moje szczęście okazało się, że kupiłam ostatnią porcję (są tylko w czwartki i kosztują jak za zboże - rolnik dostaje 30-60 gr za kilo pyr, ja za to danie zapłaciłam 25 zł).

Do spiżarni wlazłam, nie w celu inspekcji, ale szukając miotły (nie, nie od odlecenia, ale to pozamiatania, bo Roomby w doku nie było, a inny cudowny odkurzacz padł, coś nie stykało, stał, ale bałam się ruszać)... Cudna spiżarnia, full miejsca i... stosy worków w recyklingiem, misz masz pudeł. Zamknęłam drzwi, miotły nie widziałam, więc dalej siedziałam w syfie.

I myślałam: to minie, wrócisz do domu, na swoje... W swój brud i bałagan... I tylko to trzymało mnie przy życiu.

Okoliczności przyrody - cudne...




 W środę miałam fatalny rozkład obowiązków. Poprzedniego dnia I. wygenerował mi kody QR dla każdego Łobuza. Rzeczony kod zawiera moje dane, upoważnienie na Łobuzów i inne takie tam :) Żeby odebrać delikwenta, trzeba kod zeskanować w poczekalni. Nie odprowadzałam Łobuzów, niebiosom dzięki, odwoziła je Synowa, pojechałam z nimi, żeby ogarnąć. Pobudka o 6 (dla mnie, bo łazienka, po staremu), potem łeb pękający od wrzasków, kto co chce, kto czego nie chce, kto się ubrał, kto się bawi z psem, zamiast się ubierać...

Synowa wzdycha i mówi: witaj w moim świecie.
Serio?

Masz taki świat, jaki sobie budujesz.

U mnie stół był nakryty do śniadania, skibki i owoce zapakowane do szkoły, bez pytania, co kto chce albo nie chce.

Fakt, nie było odwożenia, szkoła była 15 minut spacerkiem.

Szkoła Łobuzów jest 30 minut spacerkiem (moim spacerkiem, bo ja chodzę wolno, nie nadążam za Kalafiorkówną, która leci jak strzała). Ale OK. Synowa spieszy się do pracy, musi ich odwieźć (na zdrowy chłopski rozum w momencie, gdy I. jedzie w delegację, mogłaby to ogarnąć, zamieniając się z koleżankami na dyżury, nevermind). 

I miałam odebrać Kalafiorkównę o 14.35, wrócić z nią do domu (po 15, bo ja nie pobiegnę), Kalafiorkówna zbuntowana na maksa, bo o 16.20 miałyśmy wrócić pod szkołę, żeby odebrać Alienka z basenu.

Ona by to przeżyła, ale ja, bo wracałam rano pieszo spod szkoły, a potem wychodziłam z psem, szłam po nią, wracałam z nią... Padłabym idąc jeszcze raz.

Uratowała mnie ulewa. Lało jak z cebra, wróciłyśmy mokrzuteńkie. Synowa (pracuje w sąsiedniej miejscowości), widząc, że leje, zapytała, czy u nas też.

Wspomogła ją koleżanka, zadzwoniła do mamy kolegi Alienka (też chodzi na basen, kolega, nie mama), że ma poczekać u woźnej, bo podjedzie 5 minut później...

Chyba bym umarła, wlokąc się w tej ulewie znów do szkoły i z powrotem. 

Logistycznie, będąc na ich miejscu, ogarnęłabym to inaczej, bez angażowania mnie, ale cóż...

Żal mi I., którego żona ciężko pracuje i nie ma czasu na nic (a jeździ jak diablica, I. przy niej jest idealnym kierowcą). Nie mówię, że źle, nie, ale jak diablica :) 

Alienek był bardzo rozczarowany, że po niego nie przyszłam, rozżalony, bo mama nie pojechała z nim do Dino po wydanie specjalne Ninjago.

Ninjago było tematem całego dnia do końca.

Padłam o 21. 

Ale...

Gdy próbowałam posłać sobie łóżko (rozwaloną kanapę, można spać na połowie, bo nie da się wyciągnąć drugiej, dzieci skakały), rzuciła się na mnie z pazurami Arya, której zabierałam miejscówkę. Mam pokaleczony i to zdrowo, palec.

Piszę do Inżynierowej, która już "pracuje" w gabinecie na górze, a ta mi odpisuje (co za czasy, chociaż i ja z dziećmi w drugim pokoju gadałam na GG, ale nie miałam wtedy aparatów), że mam ją kocem spędzić. Próbuję, a ta wydała taki ryk, którego by i tygrys się nie powstydził...

I. usłyszała i zleciała, zwaliła kocicę... A ja bałam się, że ona w nocy zlezie i...

... przegryzie mi gadrełko... 

Next day łaziła koło mnie i złowrogo na mnie łypała, ale jak tylko zrobiłam krok w jej stronę, wiała do góry...

Nie goniłam. 

W czwartek miałam pospać. Bo I. odwoziła dzieci do szkoły.

Mój pech - na 7.

Nie pospałam, na posłanie władował mi się Alienek. Na pieszczotki, bo babcia najlepiej pieści.

Później okazało się, że w nocy też miałam amatora.

 


 Ściągnął mi koc, którym ogrzewałam nóżki (nie zasnę z zimnymi kopytkami), poduchę z boku i tak sobie spał.

I nic na to nie poradzę, że odrzuca mnie zapach mokrego psa, a taki się za nim ciągnie. Nie jest mokry, ale czuję to.

Można mnie hejtować. Mój nos woli zapach mojego domu. I misz-masz moich perfum... 

Pojechali, a ja miałam aparaty, no bo te pieszczochy, co przyłaziły...

I dzwonek... Kanapa zarwana, zanim się wygramoliłam, a i Kundel nie ułatwiał...

Z budowy obok złapali Synową...

Bo prąd od nich pożyczają.

Zostałam wplątana w tę akcję, a że im coś nie stykało, więc... działo się.

Chcieli ode mnie pilota od bramy do garażu... Dobrze, że nie przyłapali mnie saute (gość machał za oknem), ale już po kąpieli, ogarniętą :)

Nie pisałam się na pilnowanie korków wysadzanych przez  betoniarkę.

Ile ja nerwów straciłam, a o pilocie nie wie nawet Inżynierowa, a co dopiero ja, którą pytano, gdzie są bezpieczniki (hahahahahahaha).

Poleciałam po wyprowadzeniu Kundla na sikupę (kupy tym razem mi oszczędził) po Łobuzów.

Autobus mi pasował, podjechałam. Niby tylko dwa przystanki, ale OK :) 

Tym razem (wczoraj mi nie odczytało IQ, mówiąc, że nie mam uprawnień, ale gdy tłumaczyłam woźnej, akurat leciała przez korytarz Kalafiorkówna i wrzeszcząc rozdzierająco: babcia, rzuciła mi się na plecki, więc mi ją dali) QR mnie widziało, ale Alienka wciąż meldowało jako nieobecnego w świetlicy, była jednak woźna, pamiętająca mnie z ubiegłego roku jako najlepszą babcię na świecie (opinia Alienka) i znalazła mi delikwenta.

Uwiesili się na mnie, mój kręgosłup czuje to do teraz, łącznie z noszonym przez trzy dni cyckonoszem) i poszliśmy w stronę słońca, cudem unikając rozjechania na wąskich chodnikach włości. Gdzie na hulajnogach i rowerkach popylały osobniki młodsze od Alienka.

Ojacierpiędolę...

Pogoda była cudna, zawlokłam ich na plac zabaw ( po drodze był), gdzie Kalafiorkówna szalała


 na tyrolce i innych ustrojstwach, a Alienek marudził, że do Dino, bo...

Wydanie specjalne Ninjago...


 Moment chillout i...

W Dino awantura, bo Alienek (odważnie idąc do kasjera i pytając o wydanie, którego nie było na półkach, zdobył je), a Kalafiorkównie nie chciałam kupić kolejnego plastikowego badziewia z TVP... Ceniąc bardziej spokój niż pieniądze i obawiając się, że plecakami i wózkiem, kłócąc się i przeszkadzając  innym będą mnie więcej kosztowali, zapłaciłam...

I poszliśmy do Klamerki, bo ani w Dino, ani w sąsiedniej Biedronce nie znalazłam lunchboxu...

Już w szkole w drzwiach mówili, że są głodni.

Dotarliśmy do chatki, poszliśmy z Kundlem, poszli do swoich pokoi, bawić się badziewiem z gazetek...

Dotrwali do 15.30, a ich wrzaski słychać było w Poznaniu...

Zleźli, mówiąc, że są głodni, pytając, kiedy wróci mama...

Głodni byli na słodkie.

Dostali ze swojej szuflady.

Było mi już wszystko jedno.

Nie narzekam, mam nieograniczony dostęp do lodówki, z której wylewa się... chemia. Na moje uwagi ich rodzice reagują: ale to tylko raz na tydzień... 

Oshee, Wojanek, pepsi. 

I inne takie tam. Serek z rzodkiewkami. Jadłam, bo był na granicy przydatności, ale rzodkiewki tam nawet z lupą nie widziałam. Sama kupuję twaróg, trę rzodkiewkę, dodaję coś - jogurt, kefir, śmietanę i mam serek z rzodkiewką.

Ale co się będę kopała z koniem?

Kalafiorkówna pierwszego dnia, gdy ją odbierałam, zapytała, czy może wrócić do szkoły po żelki, bo mają automat.

Odmówiłam,  bo do szkoły nie wolno wchodzić, a nie wiedziałam, jak zapłaci.

Okazało się, że ma portfel, którego nie wolno jej do szkoły nosić.

Chciała mnie wykorzystać.

Więc tak, jestem w szoku,  po tych dwóch dniach.

I gdy tylko ich matka wróciła, nie pozwoliłam jej wyleźć na spacer z Kundlem, bo o 16.50 miałam autobus.

Wyleciałam jak z procy, akurat zaczęło lać, ale miałam parasol, a walizkę zostawiłam do odwiezienia...

20 minut na przystanku i...

Powtarzałam sobie, że to się skończy, jak wrócę do chaty.

Chociaż nawet kundel mnie na pożegnanie z własnej i nieprzymuszonej woli lizał (ki czort?), a Alienek i łezkę uronił, chociaż mam wrócić tam w sobotę.

Nawet Kalafiorkówna szepnęła, że mnie kocha, ojacierpiędolę...

Wyszłam o 16.30. O 18.30 weszłam do domku...



 

 Cicho, my Echo, my Shadow, and Me :)

A na włościach dąb Alienka wciąż dycha...

Inżynier wraca z DE...

A ja czekam na lądowanie i spadam spać.

 To były piękne, ale i męczące dni. A i tak wszystkiego nie zapisałam.

Więc niech zniknie w mroku niepamięci... 

 

 

 



sobota, 18 października 2025

... i wróciłam

 jak zły szeląg, Kochany Pamiętniczku.

Ja tak zawsze mam, że jak nie muszę do pracy, to budzę się bladym świtem. 

I podziwiam teatr za oknem, ciesząc się, że jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień :)


 Przed wschodem słońca niebo było przezajebiste...

Ale jeszcze wróciłam do łóżeczka, pod kordełkę...

Co nie zmienia faktu, że już - wyluzowana, bo wszystko mogę, nic nie muszę, a tego mi ostatnio w pracowych dniach brakuje, pomaszerowałam lewa, prawa na Manhattan, dziwiąc się, jak ten Marceli Szpak światu, który...

... nie da się ukryć, zmienił się i to bardzo przez ten tydzień, kiedy siedziałam w norze na dupie :) 



 I ten kobierzec z liści, gęsty, nikt go jeszcze nie sprzątał, ani deszcz nie zrobił z niego obrzydliwej, śliskiej pulpy...

Do piekarni, bo choć samoróbka chleba jest OK, ale...

Nienawidzę mycia naczyń po cieście. W ogóle nienawidzę zmywania, więc orkiszowy z Faworu - kocham :)

No i zaszalałam, kostkę hiszpańską z bezami kupiłam.

Oj tam, oj tam. Kurtka ma zapas.

A na Manhattanie szok.

Tam budki stoją od czasu handlu na  łóżkach polowych, znaczy się, od 1989 roku.

Sypią się, walą, w czasie deszczu woda leje się na człowieka, który nie ma trzeciej ręki, by otworzyć portfel...
Dwa tygodnie mnie nie było, a tadam :)
Jaki skok cywilizacyjny


 

Nawet rynna jest i jakieś żaluzje. Szkoda tylko, że właścicielka opryskliwa jak cholera i na pochwałę budki skrzywiła się, jakby się napiła octu siedmiu złodziei...

No nic.

Jajka ma dobre, a czasem sprzedaje je przesympatyczna i przepiękna dziewczyna :) 

I tak ogarnąwszy Manhattan, z dystansem, bo na wycug do waju idę we wtorek...

Niosąc pęk mieczyków, może już ostatnich w tym roku... 

 ... do chaty wróciłam, ale nie wrócił mój zapał do sprzątania.

No wiadomo, musu nie ma, my home is my castle, ale... 

Gryzło mnie, mocno mnie gryzło...

I tak umyśliłam sobie, że zamiast stać przy garach, pójdę do Lidla po sushi.

Tak też uczyniłam.

No i... zgrzeszyłam, biję się piersi, aczkolwiek...

no co?


 Ktoś zgadnie, czym zgrzeszyłam?

A potem, zeżarłszy sushi odzyskałam siłę do życia i...

Pozbierałam puszki z resztkami świeczek.

Zagwozdkę mam, gdzie to dostarczyć, oczywiście na pomoc Ukrainie. Dużo tego mam, i wosku, i samych puszek. I tak, chcę w ten sposób pomóc Ukrainie, bo pomijam Wołyń - czego nigdy nie pomijał mój przyszywany wujek, pomijam Lwów, co zawsze było kontrowersyjne w rodzinie Eksa  (inna bajka, że na Lwowie wzbogacili się nieraz, kłamiąc w sądzie).

Dla mnie Ukraina jest w tej chwili przedmurzem przed ruskim atakiem.

W życiu nic nie jest proste.

Więc w całym mieszkaniu pachnie woskiem, pracowicie zeskrobywanym.

Resztę muszę ogarnąć. 

I tak, skrobiąc, odkurzając, spotifując (ach to cudne uczucie - nic nie muszę, mogę się położyć na środku pokoju i nikt mi nic nie zrobi - wciąż odreagowuję ten tydzień i pracowe zakręty, chyba jednak się zestarzałam, i to już nie na moje nerwy), taki tam post o wierze wrzucam na FB.

Aktywuje się moja synowa. Że nie mam racji, że jej dzieci nie są stygmatyzowane (tu się zgodzę). W całkowitej opozycji do moich przemyśleń, jak zawsze, wie lepiej. Bo ja się na niczym nie znam.

No OK.

Pytam na MSG, czy jej ojciec, zwolennik pisiorków do upierdzenia, tak samo jak jej brat, który sam się wypisał z moich znajomych, stwierdziwszy, że jestem antypis, a z którym realnie mam całkiem normalne stosunki (nie że seksualne, co to, to nie), wierzący oboje do wypierdzenia, rozmawiał z Alienkiem o wierze? Odpowiada, że nie wie, nie było jej przy takiej rozmowie.

No i kurwa, ja rozmawiałam z Alienkiem o wierze. I nie, że ja zaczęłam, ale on sam zapytał mnie, czy wierzę w boga.

Doszliśmy do porozumienia, że jesteśmy w tej samej ekipie. 

A mnie jednak ciekawi, co powiedziałby dziadek? I wujek?

Bo mnie dziadek próbował nawracać.

No ale ja nienawracalna jestem.

I inna bajka - Mała Wiedźma.

Sama deklarująca się jako niewierząca.

Krytycznie oceniająca i ojca, i matkę za ich postawę.

Bo babcia J....

Ano, ślub kościelny brali dla babci J., bo cała O. musiała wiedzieć, że żyją po bożemu.

Do komunii babci J. nie udało się dociągnąć, aczkolwiek oba bez Dżemoru ochrzczone są.

Małą W. po chrzcie nosiłam na rękach, poza kościołem, klnąc na kocich łbach, po których stąpałam na obcasach, albowiem babcia J., która miała opiekować się MW po chrzcie, zatraciła się w płaczu nad szczęściem młodej pary i ochrzczonej wnuczki, wyrwanej ze szponów szatana...

MW łkała jak opętana, nie podobał się jej chrzest, ksiądz pomylił jej imię, więc wzięłam dziecię w me ramiona i wyniosłam.

Mnie tam nic nie ruszało.

Dzisiaj nie chodzi na religię, nie była u komunii (były przymiarki, zapytała mnie, ile trzeba zjeść wafelków, żeby przyjąć całego Pana Jezusa :P )

Papryczek też nie, i chyba nie pójdą, nawet nie ze względów ideolo, ale... Dziadkowie z O. już się nie kwapią do finansowania imprezy, a rodzice kasy nie mają. Ja złamanego grosza nie dam, wolę wino kupić :P

Więc nie wszystko jest tak różowo, jak sądzi mama Alienka. Nie zna całokształtu, a od razu odsądza mnie od czci. No i... Nie wypisuje się, tłumacząc, że za dużo biurokracji. Myślę, że nie chce ojca ranić. Mnie to rybka. Ja, chrzczona na prowincji, gdzie psy dupami szczekają załatwiłam wszystko online.
Nevermind.

Wkurza mnie manie racji, gdy się jej nie ma do końca.

Dwa amarylisy będą, a może i więcej.

Poczekamy na kolorki :) 

A mnie będą czekały ciężkie dni na włościach.

No cóż, tak bywa.

W sumie najszczęśliwsza jestem u siebie.

My home is my castle.

U żadnego z moich synów nie czuję się mile.

I niech tak zostanie.

Żal mi ich, nie mnie.

Żyćko :)