niedziela, 5 października 2025

Mówił

 że za wcześnie jedziemy jak na Wszystkich Świętych, Kochany Pamiętniczku.
Ja zaś upierałam się, że OK, bo tak zazwyczaj jeździliśmy.

No i FB przyznał mi rację - rok temu byliśmy dokładnie tego samego dnia, z Łobuzami.

Pogoda nam sprzyjała, było ciepło, aczkolwiek chłodnawo, no i jeszcze nie peregrynowała cała Polska.

Jechanie zaś samochodem, w którym kierownica zwariowała to nie takie hop siup. Może z żoną mu łatwiej, bo ona jest kierowcą, a ja nie - nawet jak widzę, że nadjeżdża z przeciwka samochód, nigdy nie jestem pewna, czy on się zmieści, wyprzedzając - nie umiem w ten sposób oceniać odległości. 

Ale prawie całą drogę jechało się spokojnie, chociaż dwa razy musieliśmy czekać po kilka minut - bo był ruch wahadłowy - prace na trasie idą pełną parą.

Roboty za dużo nie było, w sumie moglibyśmy grobów nie myć, ale umyliśmy, wszystkie trzy. Moja E. jest naprawdę idealna. Zmieniliśmy kwiaty (poprzednie nawet specjalnie nie spłowiały), a tym razem poszłam po rozum do głowy i nie zapaliłam wszystkich wkładów, tylko po jednym. A do pozostałych zniczy włożyłam nowe wkłady - jak ktoś przyjdzie i będzie chciał wymienić, to zapali.

Pogadałam z Umarlakami jak czekista z czekistą.

Śmietniki już kipiały z górką od śmieci, trzeba było nasze położyć obok, bo się nie zmieściły. A na cmentarzu są dwa śmietniki.

I taki grób minęliśmy, odrestaurowany, widać, że ktoś o niego dba. Bo to grób z lat 30. XX wieku.

Piękny na tle tych wszystkich marmurów, lastrik, granitów i chujwiczegojeszcze.  

Pojechaliśmy do knajpy na stacji benzynowej, bo nam tam zawsze smakuje, a nie chcieliśmy krążyć po mieście - mnie zależało, żeby wrócić do domu w miarę wcześnie - na I. czekało skręcanie jakiegoś mebla, a jutro leci rano do Londynu. Mnie tym razem ominął wycug, bo rozkład zajęć Inżynierowej pozwoli na ogarnięcie Łobuzów, a we wtorek dziadek wleci odsikać psa i odebrać Łobuzy. Dziadek jest na emeryturze i mobilny, niech też się trochę zajmie wnukami. Ja musiałabym się przenosić już dziś, z całym bajzlem, bo tydzień pracujący mam, tylko po to, żeby odsikać kundla i odebrać Łobuzy, a wracałabym do domu dopiero w środę wieczorkiem. Więc bez sensu. Za to nie ominie mnie dłuższy wycug pod koniec miesiąca - niby po zamknięciu, ale 3 dni, które przeciągną się do 6 (nie uśmiecha mi się to), bo chcą iść w sobotę na imprezę, więc bez sensu jest, żebym ja w piątek wracała do domu tylko po to, żeby w sobotę wozili do mnie Łobuzy i odbierali w niedzielę. Jeszcze zobaczymy i uzgodnimy. Ja mam już bardzo mało miejsca, bo powstawiałam badylki, a oni lepiej bawią się u siebie w domu, gdzie mają swoje lary i penaty :) 

No i ja też trochę środowisko zmienię, a co, trzeba.

Knajpa zamknięta była, albowiem wesele (dobra jest, dobrze karmią).

Więc ją tylko osikaliśmy i wio.

Google nie pokazywało nic interesującego, ja z okolic pamiętałam tylko zajazd U Maćka, gdzie przed jakimiś 30 laty dobrze karmili. Zamieszanie było, bo tam teraz przebudowują drogę, zjechaliśmy, ale zamiast zajazdu był wielki i wypasiony ODZ, prowadzony nota bene przez byłego ucznia mojej mamy i znany w Europie :) 

Za 2 km miała być knajpa Wieża.

Zajeżdżamy na koźmiński rynek  (w Koźminie leży moja babcia, mama mojego ojca, niedawno tam zmarła moja kuzynka, a w tym roku mój kuzyn, zawiadamiał jej prawnuk - którego ostatni raz widziałam przed półwieczem, jak obgryzał farbę ze szczebelków łóżeczka). Nie zjechaliśmy, jak już wspominałam  - gonił nas czas. Taka to familia, niefamilia, lata lecą, ludzie się mijają. 

Na rynku 

zadbanym, ładnym, odjeżdżając już z samochody cyknęłam pompę, taką, jak stała na moim podwórku...


 No ale czas, nie było jak połazić.

Takie czasy.

Wieża.



 Czyściutka, puściutka (jeden stolik zajęty i my), ceny z Kosmosu (znaczy się takie niskie, że ojapierdolę)...

Zamówiłam tradycyjnie dorsza. Bo lubię. Ale nie lubię przyrządzać.

Inżynier wziął schabowego z pieczarkami i posłał żonie fotkę, bo ona nie cierpi ani schabu, ani pieczarek. 

Odpisała, że pomidor jest OK :) 

Ja posłałam swoje danie, odpisała, to już lepiej wygląda :) 


 Dorsz rozpływał się w ustach, zmieniaczki jak za młodych mych lat (tylko w okolicach K. są takie), a kapustka zasmażana była wniebowznosząca. Za całość plus 2 piwka, kierowca oczywiście bezalkoholowe, zapłaciłam 99 zł. Za porcję dorsza o połowę mniejszą, a moja była kolosalna w Sfinxie płacę 75 zyla. Więc poprosiłam o podwyższenie rachunku, ale pani mówi, że nie może (płaciłam kartą), nie wolno im brać napiwków. 
Więc poszperawszy w portfelu, gdzie miałam tylko grube nominały, znalazłam zabłąkaną setkę i położyłam na bufecie.

Sumitując się, że tak mało, a kobieta patrzyła na mnie, jakbym się z choinki urwała i chciała mi to 10 zł oddawać. Nie chciałam już wydłubywać groszy z portmonetki, więc zwialiśmy w podskokach, umawiając się już na następną wizytę tam. Fotka Inżynierowego dania poleciała do UK, żeby kumpel wiedział, jak dobrze jest w PL :) 

I tak sobie gawędząc o problemach rodzinnych, pracowych,  krajowych, światowych, o okrutnym świecie młodości moich wnuków (moje używanie brzydkich wyrazów, które mi się czasem w ich obecności wymykają, to małe miki przy grach, o których opowiadał Inżynier). Nazwy gry nie pamiętam, po angielsku, pewno bym nawet nie umiała jej napisać. Otóż jest platforma, na której są gry w stylu, że do kibla wpada ludzka głowa, a ty na nią kupę robisz, żeby nie powiedzieć: srasz. Zdziwiona pytam, jak to, a on, mamo, nie żyjemy na bezludnej wyspie. Jego dzieci mają blokadę rodzicielską, Alienek już ma ścisły nadzór, a wiadomości o tej grze przynoszą... ze szkoły, bo koledzy grają, nie wszyscy rodzice pilnują tego, co robią ich dzieci. Alienek jest zafascynowany tym, co wyprawiają w tej grze jego koledzy i nawijał jak makaron na uszy... 

Widzę, że moje dzieci mają większe problemy z wychowaniem dzieci niż ja, która mogłam je spokojnie pod blok puszczać, a jedynym przestępstwem było to, że wzięli zakazaną im gumę do żucia (zakazaną, bo znajomy lekarz, znany i szanowany, długo i szeroko opowiadał, jak nie udało im się uratować dziecka, które taką gumę połknęło i zaklinowała mu się w przełyku), czy też eksces Pierworodnego, który w jakimś wyrzuconym gdzieś czajniku próbował palić wąsy z kukurydzy (nie wyobrażam sobie, jak to szło), co zaś oduczyło go palenia na całe życie :) 

TV u nas w domu nie grał nigdy na okrągło, programy były dobierane, gry na kartridżach też, a najbardziej przerażający dla mnie był Carmageddon, który jednak nie obudził w nich żadnych zbrodniczych instynktów.

Potem już nie kontrolowałam gier, wiem, że chłopcy perfekcyjnie opanowali angielski właśnie dzięki grom. I. mi dziś powiedział, że jemu właśnie lepiej się myśli i mówi po angielsku, nie po polsku.

Pomogło im to w życiu...

I tak sobie gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, ustalając szczegóły mojego pochówku - jestem już spokojna, choć nie powiem, nawrzeszczał na mnie i to zdrowo, że za wcześnie, ale doszliśmy do konsensusu.



   I tak mknęły minuty, krajobraz urozmaicały wiatraki, pełno ich tam (te produkujące prąd), jeszcze miałam parę pogadanek o fotowoltaice i planach (ale dobrze wiedzieć, czym żyje dziecko) i jak zbliżaliśmy się do M. zaczęły się przelotne ulewy.

Eks został więc zrugany i...

W samej M. nie padało już.

Ale grób nas ubawił.

I owszem, bywa tam ktoś, albowiem były uzupełnione wkładami  trzy olbrzymie znicze, które tam stały jak byliśmy na wiosnę, z których wywalałam wkłady olejowe. I do zostawionego przeze mnie skromnego wianuszka z goździków, który wyglądał jak wczoraj kupiony, dostawiony był inny. Inżynier, ściągnąwszy wszystko z płyty, zarechotał. Płyta była brudna, te mosiężne litery znów zafajdane na maksa. Po zniczach brudne kręgi...

Zarechotał, bo on zawsze się z tym męczy (ja już nie). I tak sobie mruczał, że kurwa, leży tu dziadek 3 żyjących jeszcze osób, pradziadek 10, dziadek też 10, więc mógłby ktoś raz posprzątać, bo jeśli chodzi o Eksa, to jest tylko ojcem dwóch, którzy ten grób sprzątają na zmianę. 

Nie licząc oczywiście ciotków i pociotków.

Rozumie, że mogą być już starsi ludzie, niemający siły tak jak nie mam już ja (kadziłam mu, że odżyłam, odkąd mam podwózkę - bo taka prawda, i odkąd sprząta, a na moje odpuść, mówi zawsze: nie, bo mnie ciocia inaczej uczyła). Dobre mam dziecko - mówię, że jak umrę, ma odpuścić K., a on na to, że chociaż raz na rok wpadnie aż minie termin dzierżawy, potem odpuści. Nie sądzę, żebym do dziewięćdziesiątki dociągnęła, ale gdyby nie daj borze iglasty, to też odpuszczę. Bez przesadyzmu. 

I tak dojechaliśmy do Heimatu, wręczyłam mu smoking i całą resztę oprzyrządowania (ma garderobę, a ja mam mało miejsca w szafie). Parę śmieci elektronicznych, z których kiedyś chciał zbudować rakietę na Wenus albo innego Marsa. Pelerynę profesjonalnego rolnika - myślę, że to lepsze rozwiązanie na sikupę w deszczu czy ulewie, bo ręka wolna na zbieranie skarbów po psie. Parę słoiczków przetworów. Gruszki dla Alienka, KLAPSY (sic!), ale okazało się w praniu, że Alienek wyrósł z gruszek, teraz na fali jest melon jakiś tam... Porzeczki dla Kalafiorkówny i mandarynki, jakich dawno nie było...

Książeczki zakupione niedawno.

Kasztany, które zbierałam, jak wiało, a które nagle sobie zażyczyli.

Puściłam więc go z torbami.

Dziękując za piękny dzień.

Cóż, bywają i takie.

A u mnie znów my Echo, my Shadow and Me...


 Umarlaki powinny być już zadowolone i zaopiekowane.

A ja?

 Wyśpię się, jutro już mam kolejkę na emilku, więc nie pogniję w łóżeczku.

I to niepognicie mnie trzyma.

I znalazłam, szukając peleryny koty na łeb na Halloween, różki diabelskie, do których brakuje mi  baterii (dokupię), i łosie na Gwiazdkę.

Jak się bawić, to się bawić, czapkę sprzedać, pas zastawić.

A i jeszcze w przelocie dałam mu upoważnienie na pobranie całej kasy z mojego konta, jak wyciągnę kopyta.

Nie będzie dochodzenia spadkowego, ma brać, co zostało.

Ile zostanie nie wiem, bo jak mówi przysłowie: myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny. A ja mam zamiar jeszcze trochę pożyć, poszaleć, a może i przepić.

Zobaczymy. 

Nie skrzywdzi brata, bo nigdy się nie krzywdzili.

A po co jakieś korowody?

Z tą nadzieją pozostaję, do napisania, Kochany Pamiętniczku :)  

 

Update: Zapytałam I., co z robić z książeczkami do nabożeństwa.

Bo mam ich cały karton, naszych i innych, niektóre datowane na rok 1800 któryś z hakiem. Po mojej mamie, jeden z podpisem mojego dziadka, czyli jego pradziadka. Zaproponowałam wielką beczkę na ogródku. Odpowiedział, że na ogródku to on mnie rozsypie, żeby zaoszczędzić na kosztach, zawsze może się potknąć i rozbić urenkę.

A książeczki trzymać, bo... to świadectwo dziejów i jego dziedzictwo jak coś.

Po kim  on taki popierdolony jest?? 

 

 

2 komentarze:

  1. Serce to samotny mysliwy...
    Ja mam o grobach przygotowany post, wiec nie bede sie tutaj powtarzac. Mieliscie znow fajny dzien we dwojke.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, kochana. Z nim mam zawsze takie dni. Chociaż czasami krzyczy na mnie okrutnie. Ale... no dobra, jakby się dało, zakonserwowałby mnie w formalinie, żeby się ludzkość ze mną męczyła do końca świata i jeden dzień dłużej :) Ogarnęliśmy to Umarlakowo, bo tak. Bo mimo odejścia z Kościoła coś w nas zostało. Pamięć przodków nie ma religii. A Wszystkich Świętych pokrywa się i z Hallowen, i ze staropolskimi Dziadami - to taki dzień, taki czas. I myślę, że i jemu będzie kiedyś dzięki temu łatwiej dalej iść.

      Usuń