wtorek, 28 października 2025

Kolejny

 wycug za mną, Kochany Pamiętniczku...

Dotarłam na włości sobotnim popołudniem. Miałam przywieźć wino, ale uświadomiłam sobie, że jadę pilnować Łobuzów, a oni wybywają, więc... po prostu nie kupiłam wina :) I. wychodząc plumknął, że w lodówce jest wino i jak będę miała dość Łobuzów, mam je sobie otworzyć. Łobuzów miałam dość jeszcze zanim ich rodzice się wynieśli, bo szalały z 

pinkową chustą po mieszkaniu. Kalafiorkówna widząc tę fioletową na mnie była tak głęboko zachwycona (jej matka pojechała: znów kolejna rzecz zagracająca ten dom, no ale co, mogę), że obiecałam jej tę pinkową (Kalafiorkównie, nie jej matce). Nie pamiętam już, kiedy kupowałam ten zestaw i dlaczego kupiłam też pink? Jakieś 20 lat to ma, jak nie więcej, ale jak wiadomo, niektóre zakupy są wieczne.

Uspokoili się dopiero po kąpieli, jak zagroziłam, że wyłączę (hahahahaha, jeszcze nie rozgryźli, że nie znam się na pilocie) wieczorną TV...

Mogli siedzieć do 21 i siedzieli.

Ale potem poszli karnie spać.

Jak nie oni.

Przedtem była jeszcze lekcja na temat przesuwania czasu.

Sama pokolędowałam prawie do 24, wciągnęła mnie Odwilż.

Już w półśnie wiedziałam, że rodziciele wrócili, bo... Budzi mnie światło, a oni mają w wiatrołapie fotokomórkę, która niestety przez szyby w drzwiach świeci prosto w moje oczy.

Nie otwierałam oczu, przeżyłam wszystkie światła włączane, wyłączane, przełączane - cóż. 

Pospałam do 7, bo to była już stara 8, cicho było, tylko Kundel napierał się na zabawę, ale powiedziałam mu stanowczo NIE.

Ogarnęłam spokojnie kąpiel, posłanie, śniadanie, gdy zwaliły się na mnie Łobuzy.

I tak, wiem, nie dawać iPada, ale jako babcia mam pewne przywileje.

Więc zamiast męczyć się w kółko i krzyżyk na papierze, ściągnęłam apkę...

I choć nie miałam już na czym filmu oglądać, miałam święty spokój :P 

Oczywiście, pogadaliśmy, w międzyczasie Łobuzy odkryły dzięki moim opowieściom parę grzeszków z życia swojego ojca...

Było fajnie, aż ojciec rzeczonych wstał, zarekwirował mojego iPada i...

Dalej było super :)

Ponieważ Łobuzom myliły się godziny, te przesunięte i lamenciły,  że na Wisienkę Kalafiorkówna nie zdąży, działo się.

W międzyczasie wstała matka Polka, a ojciec Polak wymaszerował z Kundlem, po czym ja, babcia Polka wszczęłam lament, że ojciec Polak zaginął, bo go długo nie ma...

Matka Polka pokazała apkę, że niepotrzebnie histeryzuję, albowiem ojciec Polak jest na skrzyżowaniu ulic...

A potem ojciec Polak pojawił  się na wprost okien, dzierżąc w dłoni dumnie woreczek z psią kupą :) 

No i ogarnęliśmy się szybciorem i pojechaliśmy we czwórkę do Wisienki...

Bo do pojemnego auta ojca Polaka mieści się tylko sztuk cztery plus Kundel. 

Kundel został w domu.

Bo straszyłby Wisienkę.

A mnie serce pikało z zachwytu na widok piękna jesieni na tych wiejskich drogach i żal dupę ściskał, że droga była tak wąska i zakręcona, że nie było gdzie zjechać, żeby  sfocić to wszystko (nie jestem AŻ taką wariatką, żeby wypadek sprowokować). Więc nie ma fotek tych beli z pól, tak malowniczych, że ojacierpiędolę, na tle chmur i jesiennych kolorów. Oczami duszy je widzę :)

A potem...

Pyskowałam, po co Alienek bierze książkę?

Alienek nie lubi jazdy konnej, kocha pływanie. 

Książka to jedyny sposób na spacyfikowanie Alienka, żeby nie gadał jak nakręcony.

Więc Alienek spacyfikowany wygląda tak 


 Alienek oderwany od książki łazi i gada, gada, najczęściej o Minecrafcie czy innym bohaterze Marvella



 ewentualnym przerywnikiem jest jakiś sierściuch...

Sierściucha atakowała też Kalafiorkówna


 .. myśleliśmy, że to mama sierściucha, który wdzięczył się, latając za batem, ale nie, okazało się, że kotka jest wysterylizowana, a mały to jakaś przybłęda, adoptowana. Pewno tatuś alimentów w okolicy nie płaci, bo i kotka, i kotełek były jak dwie krople wody... Więc może to były siostry :) 




 Kalafiorkówna pojeździła na Wisience (biedny kuc, pod koniec ledwo nogami powłóczył, chociaż I. upierał się, że kiedyś musiałby w kopalni ciężej pracować, widać, że lektur nie czytał, a już na pewno nie Łyska z pokładu Idy). 70 zł za 20 minut. No ale widać, że dobrze wydają te 800 plus, nie na wódkę :) 

A ja kontemplowałam i Kalafiorkównę, i inne takie tam






 

 Chillout total...

I. uparł się, że pojedzie ze mną do Yucca, bo marudziłam, że są tam badylki (nadzieję miałam na hiacynty). Wprawdzie odkryłam, jak dojechać tam zbiorkomem, ale... Wywalił Łobuzy do domu (na całe szczęście), mówiąc, że żadnych jazd do marketów w niedzielę z dziećmi (prorok jakiś, czy cuś?), a to market ogrodniczy, tydzień przed Wszystkimi Świętymi, więc...

Wróciłam do domu lżejsza o parę groszy, po czym I. zarechotał: leć matka kupić większe mieszkanie...




 No co, ktoś by się temu oparł? Gdzie ja bym taką cudną gwiazdę betlejemską znalazła? Poza tym jak mróz ściśnie, to tego się do domu nie doniesie.

A to mnie skusiło, chociaż ni chuchu nie wiem, co to...


 Jeszcze na wujku nie poszukałam, ale pikne jest i kosztowało tylko 15 zł bez grosza :)

Wróciliśmy, spakowaliśmy moje lary i piernaty do bagażnika i pojechaliśmy do 


 Bo zapraszałam na obiad. Wprawdzie I. deklarował, że upichci swoją pizzę (cut, mjut i ozeszki), ale wolałam knajpę... I to był błąd.

Wybrali knajpę rekomendowaną i w necie, i przez znajomych, ale...






 

 Widoki, pogoda, luz, blues, hasta manana.


 Tylko to było warte swojej ceny... Piwo smakujące jak rogale świętomarcińskie. I towarzystwo :) 

 Rachunek jak za zboże (spoko, stać mnie, liczyłam na taki), obsługa super, ale...

Rachunek wyjebany w Kosmos (za samo piwo 23 zł, no bez przesady, takie wyczaiłam dziś w markecie monopolowym za 11,50, więc marża z dupy wzięta, rozumiem wszystkie niusanse). Nikt nie był zachwycony daniami, mnie sam mój  pstrąg nie zachwycił, warzywa i pyry były marne, więcej tymianku w daniu niż ustawa przewiduje, ale na I.: niech mama reklamuje, pomyślałam o wracającym daniu, do którego napluto - nie o takich historiach słyszałam.  Alienek pizzę dostał jak już wszyscy wszystko zjedli, kelnerka uprzedzała, że na pizzę się czeka, ale...

Takich sensacji, jakie miałam po tej knajpie, nie zapomnę do końca życia. I już wiem (oni też), że tam nie wrócimy. Nigdy, nawet McDonald's lepszy jest. A znajomi Inżynierowej polecali knajpę. No cóż. 

Do tego ogrzewania gazowe, takie te kolumny z gazem, jakiś domorosły śpiewak, wyjący nie wiadomo co... 

Nie, Leśny Zakątek, mimo widoków - jest przereklamowany i nie polecam.

Ale mniejsza z większym.

Byliśmy na dwa samochody.

Łobuzy wracały z matką, te uściski, zapewnienia o miłości i inne takie tam, że tęsknota, że...

I znów życie nie składało się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

A potem spokój niedzielnego wieczora.

Leniwy poniedziałek.

Wciąż nierozwiązany jedyny pasjans w tym roku...

Spanie do oporu - tak mam zawsze jesienią po zmianie czasu... Jakie to szczęście, że nie muszę już dojeżdżać do pracy.

I nie, nie wypisałam urlopu, choć poniewczasie M. napisała, że śmiało wypisywać, ale nie zająknęła się o premii za dodatkową robotę, to i ja się nie wychylam.

Poniedziałek taki, jakiego bali się Gallowie, że im niebo na łeb spadnie.

I dziś, wyprawa po chleb, już bez parcia na szkło.


 I moja aleja, taka już do bólu jesienna...

Niezapisane, niekupione drobiazgi - pretekst do wyjścia jutro z domu.

Jak nie tak dawno pisałam - stłukłam ulubione kubki. Szukałam dziś kolejnych, albowiem choć kubków mam od cholery, to takie mikre. A stłukłam kubasy. No i niby były w osiedlowym AGD, w KiK i w Pepco, ale...

Wszystkie w świątecznych szatkach.

A ja nie mam zamiaru cały rok celebrować Gwiazdki, pijąc cokolwiek...

Więc przede mną misja: zdobyć kubki (tylko gdzie ja je wstawię?).

I okulista wciąż nieogarnięty.

Ale domowy obiad, dorsz, zmieniaczki, pieczarki, kapustka zasmażana, podlany świętomarcińskim  piwkiem o niebo lepszy niż ten knajpiany :)

Jednak to były piękne dni.

Teraz przerwa do prawie połowy listopada.

Choć młodsze dziecię wciąż trzyma rękę na pulsie.

Starsze zapadło się pod ziemię. 

Powinnam się martwić?

Moja nowa dewiza: w dupie to mam.

Nawet Kalafiorkówna zaczęła mi się rzucać na szyję i...

Nie, nie zdradzę, co mówi :) 

Alienek ma nasze (znaczy się moje i chłopaków) czarne poczucie humoru.

Rechoce w odpowiednich momentach.

Kalafiorkówna zaś, jak jej mama, jest rzeczowa, zrównoważona i zapodaje umoralniającą mówkę w danym momencie, oczywiście, ona zawsze ma rację.

I jakoś tak dziwnie - kocham to wszystko, aczkolwiek czasami...

Zamilknę :)  

 

 

4 komentarze:

  1. Tez mialam chocholy u siebie, ale na troche, odebralam wczesniej z przedszkola i przetrzymalam, poki ich mama nie wrocila z pracy. Ale i tak zdazyly mnie wymeczyc. Wieksze wyzwanie czeka mnie pod koniec listopada, kiedy corka pojedzie sluzbowo do Francji. Opieka nad chocholami przypadnie wlasnie mnie i to przez tydzien.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie pociesza fakt, że za dwa lata mają już sami chodzić do szkoły. Tylko przeżyć te dwa lata trzeba. Tak, podziwiam, tydzień - oszaleć można, tym bardziej, że Twoje jeszcze młodsze od moich :)

      Usuń