zaczął się nerwowo, Kochany Pamiętniczku.
Kupka do pakowania urosła, a zadeklarowałam, że sama przyjadę. Tak, wiem, powinnam być traktowana z należytą czcią, szacunkiem, czerwonym dywanem, podwózką i innymi bajerami.
Ale: primo po pierwsze - chcę się ruszać. Primo po drugie - wiem, w jakim kołowrocie jest I. I tak, pomagam, bo póki mogę, póki opieka nade mną nie spadnie na jego barki, jeszcze jest dzieckiem. Ja byłam do 50. roku życia, zanim zmarła Ciocia.
Więc, tak wściekła jestem na obie moje synowe, uważające, że są ósmym cudem świata.
Nie, nie są.
I nikt nie wie, jak bardzo żałuję Sikory, że im nie wyszło. Byłabym mamcią, chcianą i inne takie tam. Ona z czworgiem dzieci ogarnia wszystko. Tak jak ja kiedyś. Fakt, pomaga jej mąż (ma fajnego męża), ale ogarnia wszystko, śpiewająco.
Ale wracając do rzeczy. Kupka - mimo że zabieram najniezbędniejsze rzeczy urosła. A jeszcze nie zapakowałam iPada, ładowarek, I. pisze, że ogrzewanie nie działa, więc mam wziąć coś cieplejszego też. Więc torba odpada, walizka. Walizka wzięła i znikła, jak sen złoty. Polazłam do komórki nawet, w której nie byłam od pół roku, a walizki nie ma, diabeł ogonem nakrył. To nie torebusia, to walizka. Zaczynam się podejrzewać o demencję, analizuję picie w ostatnim czasie, wizyty (pośmiertne) Eksa, wszystkie możliwe warianty. Nic. Pytam I. Nie, nie pożyczałam mu walizki. Ale tknęło go sumienie i polazł do garażu.
Ufff. Walizka jest. Ale okoliczności jej wywędrowania nie ogarniał ani on, ani ja. Ogarnęłam na miejscu - polazłam do garażu, zakładając, że są tam moje brudne lumpy. Nie, nie było, Była torba termoizolacyjna od Bystrego i - Eureka - wiozłam w niej mięso na grilla na wiosnę bodaj. Miał mi ją odwieźć, bo wracałam podwózką, nie odwiózł, a mnie nie była do niczego potrzebna, tom o niej zapomniała.
Więc druga walizka, której nie lubię, spakowana, jadę. 50 minut czekania na autobus na Ogrodach, bo zatrzymała mnie sąsiadka, razem się wprowadzałyśmy, sympatyczna, zawsze o I. mówi z sympatią: o, taki mały był, jak się wprowadzaliście. Wdowa po szewcu - jak się okazało, 10 lat starsza ode mnie. No i tak jak jestem nietowarzyska (my same też dzień dobry, do widzenia, ładna pogoda - tak przez lata), ale pogadałam, bo potrzebowała rozmowy. Nawet nie pamiętam, jak się nazywa, odkąd nie ma list lokatorów, bo RODO - znam tylko kilka nazwisk.
No i zwiał mi autobus z dobrym połączeniem, ale cóż, i tak bywa.
Studia socjologiczne na przystanku. Bo podjeżdża jeden za drugim autobus do okolicznych suburbiów - tłumy młodych, wracają ze szkoły.
Moim autobusem też, ruszyli przeze mnie jak stado bizonów, no i oczywiście nikt nie myśli o zdejmowaniu plecaków... Na całe szczęście zdobyłam miejsce siedzące, niewygodne, na lewym póldupku, a prawy półdupek zwisał mi za słupek, no i ta walizka. Ale siedziałam, przede mną godzinna jazda, do samego końca trasy prawie, a nikt z tych młodych, wpatrzonych w swoje ekraniki nie widzi siwych włosów. Ja sama dwa razy ustępowałam w autobusie miejsca, bo są słabsi ode mnie, a na przystanku na ławeczkę wpuściłam młodszą ode mnie osobę, o kulach, która ledwo stała na nogach, trzymając się słupka. I nie, nie była w stanie wskazującym...
No cóż, póki mogę, ustępuję. Tak mnie wychowano.
Dojechałam i na progu witała mnie delegacja, choć I. był jeszcze w pracy, ale śledził mnie (ma pozwolenie), a Łobuzy zwariowały. Nawet Kundel w objęciach I. ślinił się do mnie. Musiałam całe towarzystwo wygonić z wiatrołapu, żeby się ogarnąć. (Tak, walizkę trzymam w wiatrołapie, choć wrzucenia jej w ogólny bajzel - tym razem kosmiczny - nikt by nie zauważył).
Wylizana, nawet Kalafiorkówna mnie tym razem lizała, ojacierpiędolę, bo te dzieci najpierw całują się z Kundlem (bo koty wieją), a potem mnie chcą kissać, co mi NAPRAWDĘ nie odpowiada. Trudno. Brzydzi mnie całowanie zwierząt. Ich włażenie na stół, na blat. I nie jestem absolutnie fanką kłaczków w kubku czy na talerzu.
No ale czego się nie robi z miłości...
Ten to się od razu zakolegował, stwierdził, że jestem jego wielbicielką i nie mam innej opcji...Szczerze - zmęczona byłam i to bardzo. Bo jakbym nie usiadła, to zawsze dokował u stacji. Zwą go też Roomba. Ale siedzenie przez cały czas w charakterze stacji dokującej jest męczące, tym bardziej, gdy chcę wstać z krzesła, nie robiąc mu krzywdy - nie jest mi łatwo nogę podnieść, walę nią w stół - całe kolana mam w sińcach. A cała podłoga na dole jest usiana świniami, kośćmi, piłeczkami, laleczkami, sznurkami i chujwieczym - przejście tam, z plączącym się natychmiast zakochanym Kundlem - w moim wieku to mistrzostwo na miarę zdobycia Mont Everest.
Wyprowadzany, bo trzeba - a obiecywałam sobie, że nigdy zbierania gówien - idzie jak chce. Jak mu fantazja zagra. Wieje z prędkością błyskawicy - udało mu się raz wywiać, gdy wychodziłam z nim na spacer, zabierając Łobuzy, które kłócąc się o to, kto prowadzi, po prostu pozwoliły mu zwiać, a na imię nie reaguje absolutnie, nie wraca, takiego skoku za drzwi przez dwa stopnie, żeby zdążyć nadepnąć smycz, którą szarpnął - nie powstydziłby się sam Małysz.
A wykonałam go ja, we własnej osobie, o mało nie padając w błoto przed wejściem na ryj, bo z taką mocą ta "kruszyna" szarpie...
Więc rozdzielając i pilnując Łobuzów, które jednak dręczą go z miłości, miałam na karku i jego.
Gdy po konsultacjach z pracującą matką sierści, polazłam na górę, by biednemu Edkowi, który od rana siedział i patrzył na mnie błagalnie, nasypać karmy (jednak serce mnie nie myliło, miseczka była pusta, a Edzio na blat, gdzie jest karma dla Aryi nie wskoczy... Kundel polazł za mną, ale zleźć nie chciał. Synowa uświadomiła mnie, że on nie umie złazić po schodach, że może siedzieć na górze. Ale coś mnie tknęło, wlazłam po niego... Pomagał sprzątać w sypialni, w której na podłodze leżały szuflady z rzeczami z szafy zamontowanej w poprzednią niedzielę.
Dobrze, że ostudziłam jego porządkowe zapędy, ale... mój kręgosłup do tej chwili czuje 8,5 kilo w moich ramionach...
Kurwa.
Kotki były kochane, dopóki nie pojawił się kundel. Edka niańczy I., ale jego akurat nie ma. A to już drugi raz, kiedy Edziu chodzi głodny, jak I. nie ma.
Więc to fakt, nie moje majaczenie, reguła.
Wszystko kręci się koło Kundla.
No OK, nie mój cyrk, nie moje pchły. Nawet gówna zbieram bez szemrania. I, to docenia. Jego żona nie bardzo, bo wychodzi z założenia, że Kundel to pępek wszechświata i koniec tematu.
OK.
Przyjeżdżam do dzieci, bo to moje wnuki.
I tak, jestem wredna, obgaduję.
Ale moje mieszkanie w czasie remontu było czystsze, niż to, co tym razem zastałam.
Indukcję szorowałam pół godziny, zanim zaczęła przypominać płytę. Nie domyłam, bałam się, że coś uszkodzę. Blaty kleiły się, tak samo stół. I nie, nie usprawiedliwiam syna. Ale wiem, że kończąc pracę, zajmuje się dziećmi. Zajmuje się nimi też w czasie pracy (pracuje zdalnie), odwozi i odbiera ze szkoły. Ogarnia chałupę. I zawsze, jak jest, zapyta: co podać. Gotuje, śpiewa, tańczy, recytuje. Pierze. Mają full wypas wszystkie możliwe gadżety kuchenne. Zastanawiam się, czy synowa nie ma nawrotu depresji, nie wiedziałam przedtem, że ją ma, ukrywali, bo w rodzinie synowej wszystko się ukrywa.
Ale bez bicia przyznaję - oswojona z chorobami umysłu, nie ogarniam depresji. Bo mając całe życie pod górkę i nie mając siły, wstawałam i ciągnęłam ten wózek, pod górkę i pod wiatr, nie wiem, nie diagnozowano mnie - ale nie było innego wyjścia.
Skala bajzlu była przerażająca. Przywiezione żarcie dla psa, położone na stole, stało tak aż do mojego wyjazdu.
Dzień przedtem ogarnęłam również ten stół. Fajnie byłoby, gdybym mogła tam posprzątać, korona z głowy by mi nie spadła, choć I. mówi, że mam nic nie ruszać, bo nie jestem służącą.
A że z synową nie mam odwagi rozmawiać, że coś zrobię, bo się po prostu - kurwa - nudzę w tym domu, siedząc na niewygodnym krześle, nawet poduszki pod dupę nie ma, a moja jaśniepańska dupa potrzebuje coś miękkiego...
Na podłodze, na schodach, na kontaktach (sic!) koty z kurzu (mają ogrzewanie podłogowe i 20% wilgotności).
Inżynierowa wciąż zapracowana, zamyka się w gabinecie i ma webinary i takie tam :) OK. Ale też ma 18 godzinne pensum jako nauczycielka. Przedszkola, więc nie poprawia prac.
Nie gotuje. Je zupki chińskie i inne wynalazki.
Ja jadąc tam sama się żywię (w sensie obiady), bo... no cóż. Nie skarżę się. Wczoraj sobie lunchbox kupiłam, kefirem popiłam, a dziś poszliśmy na obiad do Klamerki. Kalafiorkówna wychodząc ze szkoły oznajmiła od razu, że jest głodna. Alienek też głodny był, aczkolwiek oboje jedli obiad o 12. A ja odbierałam ich o 12.35. Podobno obiady są niedobre. Chociaż rodzicie stwierdzili, że mnie Łobuzy naciągają na maksa.
I na dokładkę, zeżarłszy swoje 6 pierogów (na łebka), które sobie same wybrały, zeżarły mi jeszcze pół moich szarych klusek
po czym oznajmiły, że wciąż są głodne (tym razem na szare kluski, których jeszcze pół roku temu kijem nie chcieli tknąć), na całe moje szczęście okazało się, że kupiłam ostatnią porcję (są tylko w czwartki i kosztują jak za zboże - rolnik dostaje 30-60 gr za kilo pyr, ja za to danie zapłaciłam 25 zł).
Do spiżarni wlazłam, nie w celu inspekcji, ale szukając miotły (nie, nie od odlecenia, ale to pozamiatania, bo Roomby w doku nie było, a inny cudowny odkurzacz padł, coś nie stykało, stał, ale bałam się ruszać)... Cudna spiżarnia, full miejsca i... stosy worków w recyklingiem, misz masz pudeł. Zamknęłam drzwi, miotły nie widziałam, więc dalej siedziałam w syfie.
I myślałam: to minie, wrócisz do domu, na swoje... W swój brud i bałagan... I tylko to trzymało mnie przy życiu.
Okoliczności przyrody - cudne...
W środę miałam fatalny rozkład obowiązków. Poprzedniego dnia I. wygenerował mi kody QR dla każdego Łobuza. Rzeczony kod zawiera moje dane, upoważnienie na Łobuzów i inne takie tam :) Żeby odebrać delikwenta, trzeba kod zeskanować w poczekalni. Nie odprowadzałam Łobuzów, niebiosom dzięki, odwoziła je Synowa, pojechałam z nimi, żeby ogarnąć. Pobudka o 6 (dla mnie, bo łazienka, po staremu), potem łeb pękający od wrzasków, kto co chce, kto czego nie chce, kto się ubrał, kto się bawi z psem, zamiast się ubierać...
Synowa wzdycha i mówi: witaj w moim świecie.
Serio?
Masz taki świat, jaki sobie budujesz.
U mnie stół był nakryty do śniadania, skibki i owoce zapakowane do szkoły, bez pytania, co kto chce albo nie chce.
Fakt, nie było odwożenia, szkoła była 15 minut spacerkiem.
Szkoła Łobuzów jest 30 minut spacerkiem (moim spacerkiem, bo ja chodzę wolno, nie nadążam za Kalafiorkówną, która leci jak strzała). Ale OK. Synowa spieszy się do pracy, musi ich odwieźć (na zdrowy chłopski rozum w momencie, gdy I. jedzie w delegację, mogłaby to ogarnąć, zamieniając się z koleżankami na dyżury, nevermind).
I miałam odebrać Kalafiorkównę o 14.35, wrócić z nią do domu (po 15, bo ja nie pobiegnę), Kalafiorkówna zbuntowana na maksa, bo o 16.20 miałyśmy wrócić pod szkołę, żeby odebrać Alienka z basenu.
Ona by to przeżyła, ale ja, bo wracałam rano pieszo spod szkoły, a potem wychodziłam z psem, szłam po nią, wracałam z nią... Padłabym idąc jeszcze raz.
Uratowała mnie ulewa. Lało jak z cebra, wróciłyśmy mokrzuteńkie. Synowa (pracuje w sąsiedniej miejscowości), widząc, że leje, zapytała, czy u nas też.
Wspomogła ją koleżanka, zadzwoniła do mamy kolegi Alienka (też chodzi na basen, kolega, nie mama), że ma poczekać u woźnej, bo podjedzie 5 minut później...
Chyba bym umarła, wlokąc się w tej ulewie znów do szkoły i z powrotem.
Logistycznie, będąc na ich miejscu, ogarnęłabym to inaczej, bez angażowania mnie, ale cóż...
Żal mi I., którego żona ciężko pracuje i nie ma czasu na nic (a jeździ jak diablica, I. przy niej jest idealnym kierowcą). Nie mówię, że źle, nie, ale jak diablica :)
Alienek był bardzo rozczarowany, że po niego nie przyszłam, rozżalony, bo mama nie pojechała z nim do Dino po wydanie specjalne Ninjago.
Ninjago było tematem całego dnia do końca.
Padłam o 21.
Ale...
Gdy próbowałam posłać sobie łóżko (rozwaloną kanapę, można spać na połowie, bo nie da się wyciągnąć drugiej, dzieci skakały), rzuciła się na mnie z pazurami Arya, której zabierałam miejscówkę. Mam pokaleczony i to zdrowo, palec.
Piszę do Inżynierowej, która już "pracuje" w gabinecie na górze, a ta mi odpisuje (co za czasy, chociaż i ja z dziećmi w drugim pokoju gadałam na GG, ale nie miałam wtedy aparatów), że mam ją kocem spędzić. Próbuję, a ta wydała taki ryk, którego by i tygrys się nie powstydził...
I. usłyszała i zleciała, zwaliła kocicę... A ja bałam się, że ona w nocy zlezie i...
... przegryzie mi gadrełko...
Next day łaziła koło mnie i złowrogo na mnie łypała, ale jak tylko zrobiłam krok w jej stronę, wiała do góry...
Nie goniłam.
W czwartek miałam pospać. Bo I. odwoziła dzieci do szkoły.
Mój pech - na 7.
Nie pospałam, na posłanie władował mi się Alienek. Na pieszczotki, bo babcia najlepiej pieści.
Później okazało się, że w nocy też miałam amatora.
Ściągnął mi koc, którym ogrzewałam nóżki (nie zasnę z zimnymi kopytkami), poduchę z boku i tak sobie spał.
I nic na to nie poradzę, że odrzuca mnie zapach mokrego psa, a taki się za nim ciągnie. Nie jest mokry, ale czuję to.
Można mnie hejtować. Mój nos woli zapach mojego domu. I misz-masz moich perfum...
Pojechali, a ja miałam aparaty, no bo te pieszczochy, co przyłaziły...
I dzwonek... Kanapa zarwana, zanim się wygramoliłam, a i Kundel nie ułatwiał...
Z budowy obok złapali Synową...
Bo prąd od nich pożyczają.
Zostałam wplątana w tę akcję, a że im coś nie stykało, więc... działo się.
Chcieli ode mnie pilota od bramy do garażu... Dobrze, że nie przyłapali mnie saute (gość machał za oknem), ale już po kąpieli, ogarniętą :)
Nie pisałam się na pilnowanie korków wysadzanych przez betoniarkę.
Ile ja nerwów straciłam, a o pilocie nie wie nawet Inżynierowa, a co dopiero ja, którą pytano, gdzie są bezpieczniki (hahahahahahaha).
Poleciałam po wyprowadzeniu Kundla na sikupę (kupy tym razem mi oszczędził) po Łobuzów.
Autobus mi pasował, podjechałam. Niby tylko dwa przystanki, ale OK :)
Tym razem (wczoraj mi nie odczytało IQ, mówiąc, że nie mam uprawnień, ale gdy tłumaczyłam woźnej, akurat leciała przez korytarz Kalafiorkówna i wrzeszcząc rozdzierająco: babcia, rzuciła mi się na plecki, więc mi ją dali) QR mnie widziało, ale Alienka wciąż meldowało jako nieobecnego w świetlicy, była jednak woźna, pamiętająca mnie z ubiegłego roku jako najlepszą babcię na świecie (opinia Alienka) i znalazła mi delikwenta.
Uwiesili się na mnie, mój kręgosłup czuje to do teraz, łącznie z noszonym przez trzy dni cyckonoszem) i poszliśmy w stronę słońca, cudem unikając rozjechania na wąskich chodnikach włości. Gdzie na hulajnogach i rowerkach popylały osobniki młodsze od Alienka.
Ojacierpiędolę...
Pogoda była cudna, zawlokłam ich na plac zabaw ( po drodze był), gdzie Kalafiorkówna szalała
na tyrolce i innych ustrojstwach, a Alienek marudził, że do Dino, bo...
Wydanie specjalne Ninjago...
Moment chillout i...
W Dino awantura, bo Alienek (odważnie idąc do kasjera i pytając o wydanie, którego nie było na półkach, zdobył je), a Kalafiorkównie nie chciałam kupić kolejnego plastikowego badziewia z TVP... Ceniąc bardziej spokój niż pieniądze i obawiając się, że plecakami i wózkiem, kłócąc się i przeszkadzając innym będą mnie więcej kosztowali, zapłaciłam...
I poszliśmy do Klamerki, bo ani w Dino, ani w sąsiedniej Biedronce nie znalazłam lunchboxu...
Już w szkole w drzwiach mówili, że są głodni.
Dotarliśmy do chatki, poszliśmy z Kundlem, poszli do swoich pokoi, bawić się badziewiem z gazetek...
Dotrwali do 15.30, a ich wrzaski słychać było w Poznaniu...
Zleźli, mówiąc, że są głodni, pytając, kiedy wróci mama...
Głodni byli na słodkie.
Dostali ze swojej szuflady.
Było mi już wszystko jedno.
Nie narzekam, mam nieograniczony dostęp do lodówki, z której wylewa się... chemia. Na moje uwagi ich rodzice reagują: ale to tylko raz na tydzień...
Oshee, Wojanek, pepsi.
I inne takie tam. Serek z rzodkiewkami. Jadłam, bo był na granicy przydatności, ale rzodkiewki tam nawet z lupą nie widziałam. Sama kupuję twaróg, trę rzodkiewkę, dodaję coś - jogurt, kefir, śmietanę i mam serek z rzodkiewką.
Ale co się będę kopała z koniem?
Kalafiorkówna pierwszego dnia, gdy ją odbierałam, zapytała, czy może wrócić do szkoły po żelki, bo mają automat.
Odmówiłam, bo do szkoły nie wolno wchodzić, a nie wiedziałam, jak zapłaci.
Okazało się, że ma portfel, którego nie wolno jej do szkoły nosić.
Chciała mnie wykorzystać.
Więc tak, jestem w szoku, po tych dwóch dniach.
I gdy tylko ich matka wróciła, nie pozwoliłam jej wyleźć na spacer z Kundlem, bo o 16.50 miałam autobus.
Wyleciałam jak z procy, akurat zaczęło lać, ale miałam parasol, a walizkę zostawiłam do odwiezienia...
20 minut na przystanku i...
Powtarzałam sobie, że to się skończy, jak wrócę do chaty.
Chociaż nawet kundel mnie na pożegnanie z własnej i nieprzymuszonej woli lizał (ki czort?), a Alienek i łezkę uronił, chociaż mam wrócić tam w sobotę.
Nawet Kalafiorkówna szepnęła, że mnie kocha, ojacierpiędolę...
Wyszłam o 16.30. O 18.30 weszłam do domku...
Cicho, my Echo, my Shadow, and Me :)
A na włościach dąb Alienka wciąż dycha...Inżynier wraca z DE...
A ja czekam na lądowanie i spadam spać.
To były piękne, ale i męczące dni. A i tak wszystkiego nie zapisałam.
Więc niech zniknie w mroku niepamięci...













Podziwiam Cie,ale czego sie nie robi dla dziecka swego...
OdpowiedzUsuńJolaz To.
C'est la vie :) Macierzyństwo jest przereklamowane, ale nie da się go wykopać :)
UsuńDwa dni? Matko, wydawać by się mogło, że dwa tygodnie tam spędziłaś! 😄
OdpowiedzUsuńAmarylis już tak kwitnie? 😍
No mnie się też tak wydawało. Kolejna perspektywa w listopadzie, też takie dni i gorzej - bo moje pracujące, więc dłużej będę siedzieć, nie wrócę sama ze sprzętem. Ale będę negocjować, bo nie dam już tak rady, tym bardziej, że listopadowa pogoda może być jeszcze gorsza.
UsuńPatrzaj, Jedza, a ja blisko 70-tki i nadal jestem dzieckiem, to sie nazywa miec szczescie.
OdpowiedzUsuńUfff... zmeczylam sie samym czytaniem, ale wiem mniej wiecej, jak to wyglada, spedzilam przeciez tydzien z jedna Hexa w Polsce i tez mialam dosyc, z dwojgiem to by mnie do czubkow odwiezli w kaftanie.
No ale... Niby tak. I rozumiem, że jesteś w takim punkcie, w jakim jesteś. Co do wnuków - mamy bardzo podobnie, więc wiem, że wiesz.
UsuńNajbliższe mi- wyprawy do Dino( obowiązkowo!) Ppo gazetki! Reszta - inną- u J. tak sterylnie, że aż onieśmiela
OdpowiedzUsuńUważaj z tym skakaniem że schodkowi w ogóle spacerów z silnym psem- całe IVpietro HCP przepełnione paniami, które wyszły na chwilę..A o ustepujacych- wyroslo pokolenie chamow, roszczeniowych i egoistycznych.Ja też wstawałam, a młodzi siedzieli.Depresji nie rozumiem, ale widziałam- straszna!Wspolc-uje I!
Przepraszam, ze sie wetne. Psa trzeba wychowac i nauczyc chodzic na smyczy, nawet takiego malego, bo on na czterech potrafi zdrowo pociagnac czlowieka na dwoch. Tak zrobil jamnik (10kg) mojej mamie, upadla i zlamala reke. Toya wazy ponad 20 kg, to juz bardzo silny pies i gdybym jej nie nauczyla chodzic na smyczy przy nodze i nie wyrywac sie, to nie mialabym szans jej utrzymac. Jednak opiekunowie malych psow wychodza z zalozenia, ze ich nie trzeba niczego uczyc, bo czlowiek jest i tak silniejszy, wiec da rade.
UsuńZdaję sobie z tego sprawę, już obczaiłam Kundla i wiem, na co go stać. Drugi raz nie dam dziecku smyczy w wiatrołapie. Ale jakby zwiał, to by mnie pewno do pierdla wsadzili :)
UsuńPanterko, właśnie sobie to uświadomiłam, widząc psy idące grzecznie przy nodze. Kundel jest mały, ale wariat. Albo zastyga jak Niobe, albo leci jak rakieta. Nie odzywam się, bo znów usłyszę, że piesek jest kochany i uroczy. Unikam jak mogę wychodzenia z nim, no ale trzeba. Teraz już wiem, jak działa i nie dam się podejść. Jak wiesz, jestem niezwierzęca, ale życie mnie tak wkopało. I tak, masz rację, nie przeczę :)
UsuńBasiu i dlatego nie mam psa. Tak, dziś dzieci są inaczej wychowywane, ale cóż, świata nie zmienisz. I każdy ma swój dom, mnie nic do tego. Zaciskam zęby i powtarzam jak mantrę: wrócisz na swoje... :)
UsuńNo ale jest też inna opcja - wypuścić do ogródka i niech później pańcia bobki pozbiera 😉 Dwa dni bez spaceru psa nie zabiją. Z samym psem nie byłoby problemu, ale z dwójką dzieciaków i psem, to już zmienia postać rzeczy 🤷♀️
Usuń@ Asko - Oj tam, dla mnie dwojka i pies to male piwo, tyle ze moj pies jest na smyczy posluszny (bardziej od dzieciakow).
Usuń@ SJ - psa trzeba wychowywac od szczeniaka, zwlaszcza od szczeniaka, bo wtedy najszybciej sie uczy, z Toya bylo trudniej, bo miala juz ok. 10 m-cy, nielatwe zycie na ulicy i doswiadczenia w obrywaniu. Teraz moge spokojnie oddac smycz Hexie, ale ani na chwile nie przestaje obserwowac otoczenia i kiedy widze innego psa, odbieram smycz dziecku. To sie nazywa odpowiedzialnosc za psa, dziecko i tego drugiego psa.
Asiu - sek w tym, że ogródek nie jest ogrodzony i zarośnięty. A Kundel wieje nawet jak się szparę robi w drzwiach na (przyszły) taras. Puszczają, bobki zbierają od razu, ale średnia przyjemność łazić w mokrej koniczynie, sięgającej do kostek. Nie mam kaloszy, wszak na wyjeździe jestem, nie u siebie. Tak, dzieci są już w miarę ogarnięte na ulicy, aczkolwiek czasem mają fantazję iście ułańską, a na tej wsi chodniki takie wąskie, że moja dupa się w całości nie mieści czasami.
UsuńPantero, nie śmiem nic wspomnieć, nie zająknę się o wychowywaniu szczeniaka, "bo ja się nie znam, nie rozumiem zwierząt i tylko badyle mam w głowie". Zostałam objechana, bo nawet żaluzji nie umiem spuścić prawidłowo - nie spuszcza się ich do końca, żeby była droga ucieczki w razie pożaru. No to wybacz, nie rozumiem sensu mania żaluzji przeciwwłamaniowych na parterze, skoro nie mogę ich do końca spuścić. No ale ja totalną idiotką jestem i nie rozumiem rzeczy podstawowych jak się ostatnio okazuje.
Nie no wiem, ze nie jestes u siebie i ze na niczym sie nie znacz, to oczywiste, przeciez my chowani w epoce kamienia lupanego nie znamy sie ani na wspolczesnych wynalazkach, ani na psach. Przytulam.
UsuńMam chocholy w chalupie.
Przetrwania. Ja dlatego jadę jutro, żeby ich nie mieć w chałupie. Zaczynam się obawiać, że zwali mi się na łeb i policja, i opieka społeczna na te wrzaski. Nie wiem, sąsiedzi na razie się nie skarżą, ale moje meble tak. W domu już zarwali kanapę, ja mojej bronię jak niepodległości :)
Usuńpodziwiam i przytulam, moi też mają psa, ostatnio synowa zabłysnęła, że kurde za chwilę z dwójką dzieci będzie musiała chodzić na siku i kupę a ja jej na to, że takie są konsekwencje decyzji i mimo, że mam 3 kroki i kundel jest przy mnie spokojny to nie ustąpię. na podwórko nie wypuści bo nie mamy ogrodzenia i tak o, nauczyłam się być asertywna, biorę tabletki na radość i w dupiemanie, jestem samolubna i czasem nawet wredna, ale to oni mieli takie plany a nie ja hahaha ja jestem w fazie "teraz czas na zabawę dla nas"
OdpowiedzUsuńPrawda. U mnie to nie jest tak źle, bo ja psa wyprowadzam tylko jak nikogo nie ma - czyli 1-2 razy dziennie. Tak mnie nikt nawet nie śmie o to prosić. Inna bajka, że pies jest młody i cały czas chce się bawić, plącze się pod nogami, a to dla mnie niewygodne. A I. jest bardzo wdzięczny za pomoc, cóż, jednak moje dziecko. Słusznie czynisz. Ja mimo przypominania, że całe życie chcieli mieć zwierzątka i nie mieli, nie mam sobie nic do zarzucenia. Ty masz koty z własnego wyboru. I tego się trzymaj :)
Usuń