niedziela, 28 maja 2017

Wszędzie

dobrze, ale w domu najlepiej, Kochany Pamiętniczku.
Zwłaszcza w taki upał, nie da się ukryć.
Ten łach na grzbiecie (no co z tego, że łach, skoro wygodny i przewiewny), spuszczone roletki, Radio Pogoda, woda, koktajl truskawkowy, cóż więcej trzeba?
Fotki się poznajdowały jakieś takie :)

I takie tam...
Kwiatki posadziłam.



 I znów na balkonie dżungla...

Sznurek uszykowałam, pętlę zaczęłam robić, mówiąc do Miśków: no, który pierwszy windą do nieba i co?
Inżynierowa kartka się znalazła od razu, a wraz z nią wszystkie inne zagubione.

I czego ja chciałam od życia, jojcząc?
Teraz dopiero mam powód do jojczenia :)



Posłałam Synowej, myśląc, że się wzruszy, że taki dziewczęcy, ale gdzie tam, napisała: o, kotek.
Psiakrew.
Nie nadajemy na tych samych falach, trudno.
Sierściuch jak sierściuch, ale chłopcy jak dziewczynki :)

 Jak to dawno temu było...


Sweterek mam do dziś, ale w życiu go nie założę, ugotowałabym się na twardo :)

Ile bym dała za to, żeby wrócić.

No nic, nie da się. Życie.

Ludwikowi wierna jestem całe życie, a teraz dorwałam lawendowego i jak cudnie pachnie przy zmywaniu.
Nie zawsze to nowe jest złe, co nie?
Mała rzecz, a cieszy.

Jutro Alienka uzupełnić idę.
A kafelki w łazience nieśmigane, ale na samą myśl mam dreszcze.
Oj tam, oj tam :)


piątek, 26 maja 2017

Dwa

dni wyrwane z życia, Kochany Pamiętniczku, ale cóż poradzić, życie sprawiedliwe nie jest.
Ale oj tam, oj tam, i tak piękne.
W środę lało tak, że w piżamce przesiedziałam cały dzień i dziękowałam niebiosom za wolne.
W czwartek rano Manhattan, poczta, leki, praca i znów dzień przeminął.
W piątek mnie kurwica, bo siedzę dwie godziny i czekam, po zrobieniu, żeby nie było.
Żeby się dowiedzieć, że nie, nie sorry Batory, idziemy do drukarni w środę.
Tom rzekła, dygając wdzięcznie nóżką: pocałujta wójta w dupę. Oczywiście, dokończę te drobiażdżki, ale nie ma opcji wiszenia na poczcie. Czekam na SMS i zrobię, jak znajdę komputer, albo dotrę w jego pobliże
A co?
Rankiem Inżynier się odezwał, dobrze tresowany, ale cóż mam zrobić, łezka mi się zakręciła w oku, oj tam, oj tam. Sumitował się, że kartka po weekendzie może dojdzie, ale pamiętał i słał.
Doceniłam, bo wiem, jak ma.
A kartka niespodziewajkę zrobiła i doszła dziś.
W sedno trafiona.
Na naszych falach.
I dlatego Miśki od jutra będą kolejno rozstrzeliwane, bo schowały moją kartkę, też w sedno. Może po pierwszym pod murem któryś skórkowaniec się przyzna...
Prosz...

Wiedziałam, zawsze wiedziałam, że zależy mu tylko na opierunku i kieszonkowym ;)
Nie myliło mnie przeczucie, dziś wywalił kawę na ławę, ale oj tam, oj tam ;)
I tak go kocham... Pamięta i w angielskie, i w polskie. Na amerykańskie się zbuntował, ale wiem, przegięłam :)
Pierworodny, jak wiadomo, nie ma telefonu, nie ma FB, więc nie miał mu kto przypomnieć. W angielskie pamiętał, rozgrzeszony :)
Baran w dzikich krajach jest, nie ma go online od paru dni, ale zazwyczaj pamiętał, w angielskie pamiętał, więc odpuszczone ma :)

Wracając z pracy pieszkom wlazłam na mój ogród, na mój zaczarowany ogród...

Maki, irysy, ale morze piwonii jeszcze w pakach. Wpadnę za tydzień...
A potem idiotka, sierota jedna, do ogrodniczego wlazłam i juterko, bo dziś świętuję, wolno mi, sadziła będę


Oj tam, oj tam...
Raz się żyje, potem się straszy...

A w międzyczasie afera na FB, że w UK gorąco, że ona już nie wytrzymuje, że jak żyć, jak w mieszkaniu 25 stopni. I że musiała zdobyć kapelutek dla Alienka. Jprdl, jak gimbaza mówi.
Normalnie. Żal.pl. Sklepy, sklepy, sklepy wszędzie, kasa na koncie, transport, kurde, kotom online kupuje cuda wianki, a kapelutek to problem?
Gacie opadają.
Nie, nie jestem nieludzka. Tu też mamy takie temperatury. I nade mną się jakoś nikt nie użala, a od dobrych dziesięciu lat nie znoszę gorąca. I jeżdżę MPK, a nie klimatyzowanymi samochodami. Ma coś do osuszania powietrza, podejrzewam, że to ustrojstwo może robić za mały klimatyzator. Ma wentylator. Też mogę kupić ale oszczędzam prąd, a to ustrojstwo żre na potęgę. I... Moje pierwsze mieszkanie miało 16 metrów kwadratowych, cztery osoby, strych, poddasze. Pierworodny urodził się w czerwcu, Inżynier w lipcu. Fakt, nie było FB ani w ogóle nawet istnienie internetów i social mediów nikomu w głowie nie było. Więc nie miałam gdzie jojczeć :P
Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek robili tragedię, że zimno, ze gorąco, choć zimą trzeba było węgiel tachać na 3. piętro (czytaj: tachała SJ, bo Ex się prozą życia nie plamił), popiół znieść, zakupy wnieść, wózek znieść, w kolejce pokolędować.
Ale człowiek był młody, siły miał i życie było takie piękne.
Piękne jest zresztą do dziś.
Budząc się rano macam obolałe kosteczki i dziękuję im, że bolą, bo to znaczy, że jeszcze żyję :) To nie są takie bóle nawet na środki przeciwbólowe, to są takie: oj tam, oj tam, strzyka i dobrze.

Zatem przede mną kilka spokojnych dni, a potem znów do roboty. Ale w sumie: dobrze, że robota jest.

Pogawędziłam z sąsiadką spod "trzynastki". Nie miała opcji wzięcia urlopu w czasie najazdu kiblotłuków, czekała pół dnia, jak nie przyszli, to wyszła. I jak mówili mi, tak zrobili. Rozwalili jej całą kuchnię. Ojapierdolę. Poradziłam pisac do spółdzielni skargi, mimo że prezes był i insynuował, że sama sobie ścianę rozwaliła. Co na piśmie to na piśmie.
Zanotować w kajeciku: nie zadzierać z majstrami.



wtorek, 23 maja 2017

Działo się

Kochany Pamiętniczku...
W niedzielę niespodziewanie zlądowała na chwilę Sikora z Cyganiątkami. Wyglądają jak bliźniaki, kochane są i aniołkowate :)
No a potem proza życia i w pocie czoła korekciłam.
Kurcgalopek i gorąco przypłaciłam piękną opryszczką, zawsze tak mam przy upałach. Na dokładkę nie wiem, co mam używać do ust, strasznie mi pierzchną. Żadne pomadki, żadne tam wazeliny i inne takie tam nic nie dają. Dziś zaczęłam smarowac olejem kokosowym, ale chłoną go jak gąbka i niewiele lepiej jest, ale przynajmniej mi się nie kleją usta.
W poniedziałek rano leciałam do pracowa, chcąc oddać wydruki, żeby mieli co robić, jak ja będę w paszportowym kolędować. Wpadałam na redaktorkę przy przesiadce i oszczędziłam sobie czasu, dając jej prackę i lecąc na Wujka.
Tam pomarzłam 40 minut w kolejce zakręconej jak świński ogonek. Wzięłam numerek, ale mnie coś tknęło i poszłam do informacji i okazało się, że nie, za Chiny Ludowe nie, za Koreę też nie. Nie złożę wniosku o paszport dla Alienka, bo nie jestem ani rodzicem, ani prawnym opiekunem, więc nie i dupa.
Jako że głową muru się nie przebije ( a swoją szosą: akt urodzenia mogłam wyrobić, PESEL też, ale podania o paszport już nie mogę złożyć? Zrozumiałabym obiekcje przy odbiorze dokumentu, ale złożenie podania? No ale trudno).
Potruchtałam zatem do pracy apiać i znów mi nerwy chodziły. Bo to ostatni dzień, wszystko w polu, a ja gram w Angry Birds.
Nigdy tego nie ogarnę.
O czwartej poszłam w pizdu, mówiąc, że reszta z domu.
Tomorrow.
Oglądam sobie film i nagle pstryk, nie ma nic.
A światełko w monitorku jest, prąd jest. Kompik zdechł. Nie daje się włączyć.
Hmmm...
Ale jestem matką Inżyniera i nie ze mną takie numery, Brunner.
Wyłączam zasilacz. Czekam, włączam. Kompik działa i rzekłabym, szybciej nawet chodzi.
Musi się biedakowi coś wygło.
Ale wie, że go kocham, groszem nie śmierdzę, więc ożył. I git majonez :) 
Today wstałam, na Manhattan skoczyłam i do Biedronki i po drodze patrzę, emilek.
Spokojnie ogarnęłam trzy emilki i czekam na ostatki.
Dwunasta i nic.
Najbardziej mnie wkurwia to czekanie. Nawet w domu.
Ale spoko.
Listowy dzwoni :)
I kochana Sikora przysłała

a akurat dziś nie dostałam żadnych badyli, bo już nie ma teraz, a za konwalie chcą 8 zł, bo to sezon komunijny.
No to mam niewiędnące pieścichłopy :)

Czekam na te resztki, a tu na fejsuniu Synowa łka, że ma pecha. Po angielsku, psiakrew. Pytam, co się stanęło. Telefon jej padł. Pierworodnemu takoż. No co mam rzec? Dają telefony dzieciom, glebę zaliczają. Sama wrzuciła filmik, jak Papryczek wali w klawiaturę kompa, jak w kaczy kuper, aż się bałam, bo to było jak mieli u mnie sami być. Powiedziałam, że jak tkną kompiczek, to będą mi nowy kupowali. Podziałało.
Synowa płacze, że ma pecha, bo Papryczek mlekiem kompa zalał, herbatą jakiegoś xboxa (nawet nie wiem co to) i że wszystko się psuje. Nie dziwię się. Ale sami sobie są winni, to nie są zabawki dla dzieci i to nie są tanie zabawki. Rzucają pilotem, przełączają kanały, jak chcą, w ogóle nie szanują sprzętu (dzieci), to co się dziwić.
Moi chłopcy jak mieli konsolę, chyba nawet nie konsolę, nie pamiętam jak się to zwało, podłączało się do kompa, wkładało kasetę i można było grać, to obchodzili się z tym ostrożnie i... dopóki nie wywaliłam kiedyś, było całkiem OK.
Z telefonami to już różnie było, ale wkrótce zaczęli kupować za własne i rybka mi, ile na to wydawali.
Moje telefony, a od 2000 roku miałam ich sztuk cztery, czyli średnio jeden na cztery lata (nie licząc egzemplarzy chłopców, ale to też ciągnęło abonament). Ajfonika mam pierwszego za gotówkę i... kochany jest, jak wszystkie moje zabawki. Jedyne co mi pada regularnie to zaraz po gwarancji słuchawki, no ale użytkuję je intensywnie i trudno się mówi.
Pocieszyłam Synową, że ją lubię, więc powinna się cieszyć, bo inne teściowe nie lubią swoich. A ona na to, że też prawda. A ja, że może to pech, bo inne nie lubią? Zaczęła się śmiać i mówi, że poprawiłam jej humor :)
I też git majonez.
Dostałam ostatnie robótki, obiadek wciągnęłam i już była druga.
A ziemniaczki zjadłam takie, jak ten ostatni. Ten duży to jeden był

Takie maleńkie są nasze pyry :) W te zagraniczne to większe od tego pierwszego :)

I co robić z tak pięknie rozpoczętym dniem?
Musiałam jeszcze odreagować to czekanie, więc dupa w troki i w siną dal.

I...
Poleciałam wisterię zobaczyć. Mieszkam tu 37 lat i nie widziałam jej nigdy, nie zauważyłam, a rośnie koło mojego pierwszego domu niedaleko. Jadę z Baranem i mówię, że fajna robinia, taka fioletowa, a on oczy kwadratowe i mówi: wisteria. Lampka mi się zapaliła, Wisteria Lane rozszyfrowana. Więc poleciałam i już nie mogłam się zatrzymać :)

 Pani wisteria :)
 Pani wisteria z bliska...

 No i bez. Bez bzu nie ma życia. Ale już przekwitają.
 I kasztanowce jeszcze piękne
 A woda nie jest brudna, tylko osiada na niej pyłek sosen. Samochody i okna też są tak opyprane, po moich nie widać mycia, ale nie ruszę, bo syzyfowa praca. Trudno. Pyłkowi wolno :)

 I pokrzyw zatrzęsienie, ale jakoś nie mam przekonania. Mój ojciec zawijał mamę w prześcieradło i bił ją pokrzywami. Pomagało na jej bóle reumatyczne. Ale mnie nie ma kto bić...

 I pierwszy raz trafiłam na kwitnący tatarak. A chodzę tu już też 37 lat. Człowiek pracując nie ma czasu na cieszenie się pięknem świata. Ja pracuję, ale jak widać, mam teraz więcej czasu. I wiem, że - paradoksalnie - mam go coraz mniej, by się wszystkim nacieszyć, więc doceniam każdą chwilę i każdy drobiazg.
Tu też jest cudnie...





 Myślałam, że zdechły, a one drzemały po obiadku.

Kolejny trzask migawki zbudził pana kaczora, ale ona ani nie drgnęła. Może faktycznie zdechła? :)

 Zielsko rozbuchane, jaskółcze ziele z pokrzywami tworzyło piękny kobierzec...

 I odnowiono moją bramę do raju, przedtem była popisana graffiti, a teraz nówka nieśmigana. Cud...




 Zafascynowało mnie to :)





A łabądek powędrował na drugi koniec stawu, już mi się tam nie chciało iść, bo objadłam się szparagów i truskawek i goniło mnie do domu. A komary żarły niemiłosiernie, więc chyba nieprędko się znów wybiorę, tym bardziej że są meszki, a na nie mam uczulenie.

 Jasnota biała w pełnej krasie

 Wysypali ściezynki jakimś szutrem, strasznie niewygodnie się po tym chodzi, o mało nie skręciłam kostki parę razy. A jak dziecko się rypnie, to plasterków zabraknie. Komu przeszkadzała ziemia?
A tu trzeba znaleźć kotecka. Mistrz. 

 I schodami do nieba. Nie windą, nie ma letko :)
 Winter is coming?

 Dora wie, co to, ja zawsze zapominam :) No i Baran wie, ale ten to wszystko wie :D
 I kalina.
 I Acer!. A raczej dwa Acery, Baranie :D
I już dom. Winobluszcz jak moja głowa, wyłysiały, ale jest.

I od razu na sercu lepiej...
Moje miejsce na ziemi.