stepem miasto jest ogromne,
dla nas dwojga tam zbuduję piękny dom...
Kochany Pamiętniczku...
Księżyc swoją złotą twarz pochylił nisko, niech nie słucha, nie zrozumie naszych słów...
Wiem, wiem, kicz i banał, ale cóż.
Życie jest kiczem, nie da się ukryć.
Bladym świtem kurcgalopkiem poleciałam wczoraj na Libelta i nie czekałam nawet dwóch minut w kolejce.
Alienek umiejscowiony jest. Poprawki załatwię w wolnej chwili, nie pali się.
Później ruszyłam na plac Wolności i ta przemiła pani załatwiła mi Alienkowy PESEL w 10 minut, choć ponoć trzeba czekać tydzień. Chwała jej i cześć, com jej rzekła wprost. Za jeden uśmiech załatwiła.
Ale paszport na Wujka, a tego już nie dałam rady ogarnąć.
Do pracy spóźniłam się 20 minut, co u nas przechodzi bez echa, nawet nikt nie zauważa.
Ale oczywiście, nie wyrobili się jak należy, poniekąd też przez łamaczkę, która ileś tam czasu przebumblowała, a gdy powiedziałam, że idę na dworzec i wrócę jak będę, scenę balkonową zrobiła.
W dupie to miałam i poszłam, lewa, prawa.
Raz na siedem lat mogą na mnie godzinę poczekać :D
Oburzona była na maksa.
Dorwałam Barana i ochoczo pojechał ze mną do pracy.
Łojezoo, ci, co wiedzieli, inspekcję robili :)
Opinię mam zepsutą, ale rybka mi to. Siedział grzecznie i grał, nawet kawy nie chciał, bo i to D. proponowała :)
Gazetkę zamknęłam, jak zazwyczaj w dobrych miesiącach o 16.30, więc nie widzę problemu.
Jako że nie miałam czasu na gotowanie, a u boku przystojniaka, to poleźliśmy do knajpy.
Chodziłabym częściej, ale samej to jednak niehalo, a tu taki dar niebios :)
Żurek za nim chodził, więc poleźliśmy do Chatki Babuni, ale okazało się, że Chatkę zlikwidowali, a w nowej knajpie żurku nie ma.
A on nic, żurek :D
Na Starym Rynku kolejna nowa knajpa, Pod Niebieniem, w menu jest żurek. Klapnęliśmy.
Personel z lekka nieogarnięty, ale jedzenie dobre, choć żurek na talerzu wyglądał jak grochówka, nie jak żurek, ale skoro zamawiający nie narzekał, nie widziałam problemu :)
Przed drugim daniem bronił się rękami i nogami, ale zamówił deser
... wciągnął i padł :)
Znając jego moce przerobowe przeszłam nad tym do porządku dziennego, to jest ideał do karmienia :)
Sama wzięłam jakiegoś kurczaka z soczewicą i innymi groszkami i marchewkami.
Przepyszne było, o dziwo, nie byłam głodna, ale... nocą moje brzucho jednak pamiętało, co jadło. Nie, nic mnie nie bolało, ale to jednak potrawy, których zazwyczaj unikam :)
Dwóch saksofonistów grało, nawet całkiem całkiem, kręciły się różne malownicze typy, ot, Stary Rynek piątkowym wieczorem...
Nie zrobiliśmy rajdu po knajpach i nie odwiedziliśmy Brovarii tradycyjnie (to z Baranem ją odkryłam), bo i on był zmęczony podróżą, a i ja miałam dość wrażeń...
W domu czekała na niego w lodówce zamówiona Fortuna, a i innych wynalazków nie brakowało :)
I znów nam czas leciał jak zawsze, nawet lampki gwiazdkowe zapaliliśmy i było tak, jakbyśmy się wczoraj rozstali...
Norma.
Ani się nie obejrzeliśmy, jak było grubo po północy.
Mnie rano wywaliło słońce, napieprzające o 6 w moje nóżki, tak że niech schowa się Kuba wyspa jak wulkan gorąca.
Miałam duszę na ramieniu, bo u mnie drzwi nie ma, a nie chciałam go budzić, ale animrumrał :)
Ogarnęłam się, ogarnęłam warzywka, co mi dosłali.
Wstał, polecieliśmy na Manhattan, bo miał tam interes, a żeby mi zazdrościł, przewlokłam go przez cały, bo jak sam mówił, nic mu tam nie brakuje prócz tej feerii, która u nas teraz jest na straganach, bo tam manhattany są takie nijakie, a i daleko do nich.
Szybciorem ugotowałam obiad, za to go też kocham, że jest łatwy w obsłudze, nie grymasi i je (prawie) wszystko. Młode, polskie ziemniaczki pożarliśmy, ten smak :) Kapustkę pochwalił (młodą, sama kwasiłam), jajka sobie sam posadził, bo tylko swoją rękę uznaje w tym momencie o już lecieliśmy na dworzec.
I dobrze, bo kolejka jak świński ogonek, dojście do peronu wymagało od nas sprytu detektywa. Miejscówki nie dostał, ale nie dał mi jojczyć.
I pojechał, miałam nie płakać, kiedy odjedzie, ale coś mnie pod powiekami tarło...
No cóż. Nóżki mam jak u kaczuszki, nawet do ziemi na dworcowym stołku nie sięgałam, a o jego kopyta się potykali...
Kaczuszko, wiesz maki są tak duże, duże, duże, a ty masz krótkie nóżki.
Dziękuję, Przyjacielu, że znalazłeś dla mnie czas.
Dziękuję, że jesteś.
Szmat czasu, uwierzysz, że na jesieni stuknie nam trzynaście lat, a dzieli nas przecież wiele.
I to jest takie piękne, że wciąż nam dobrze ze sobą :)
I nikt mi nie przemówi do rozumu, żeby praktykować zapominanie o świecie i trenować oddech.
Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.
To musiala byc specjalna okazja , ze wszystko bylo ale w tempie. Wszystkiego najlepszego ;) . Przesylam pozdrowienia
OdpowiedzUsuńDziękuję, pozdrawiam również.
Usuńdobrze że te jajka sam se posadził ;-)
OdpowiedzUsuńfajnie mieć takich ludzi koło siebie , mimo że nie widzicie się miesiące gdy się spotykacie myślicie że widzieliście się wczoraj....
Z Tobą też tak mam :) Ale Ty mi pozwolisz w kuchni urzędować i nie marudzisz :P
UsuńBardzo ladnie podane te dania, na duzych ladnych talerzach i piszesz ze bylo smaczne, takiej restauracji gratuluje.
OdpowiedzUsuńI ceny też piękne. Na co dzień nie da się tak. No chyba, że ktoś jest na górze piramidy :)
UsuńCieszę się,to był dobry czas,piękne chwile, dobrze mieć Przyjaciela!
OdpowiedzUsuńO tak :) Dziękuję :)
Usuń