piątek, 19 maja 2017

Za tym pustym

stepem miasto jest ogromne,
dla nas dwojga tam zbuduję piękny dom...
Kochany Pamiętniczku...

Księżyc swoją złotą twarz pochylił nisko, niech nie słucha, nie zrozumie naszych słów...

Wiem, wiem, kicz i banał, ale cóż.
Życie jest kiczem, nie da się ukryć.

Bladym świtem kurcgalopkiem poleciałam wczoraj na Libelta i nie czekałam nawet dwóch minut w kolejce.
Alienek umiejscowiony jest. Poprawki załatwię w wolnej chwili, nie pali się.
Później ruszyłam na plac Wolności i ta przemiła pani załatwiła mi Alienkowy PESEL w 10 minut, choć ponoć trzeba czekać tydzień. Chwała jej i cześć, com jej rzekła wprost. Za jeden uśmiech załatwiła.
Ale paszport na Wujka, a tego już nie dałam rady ogarnąć.
Do pracy spóźniłam się 20 minut, co u nas przechodzi bez echa, nawet nikt nie zauważa.
Ale oczywiście, nie wyrobili się jak należy, poniekąd też przez łamaczkę, która ileś tam czasu przebumblowała, a gdy powiedziałam, że idę na dworzec i wrócę jak będę, scenę balkonową zrobiła.
W dupie to miałam i poszłam, lewa, prawa.
Raz na siedem lat mogą na mnie godzinę poczekać :D
Oburzona była na maksa.
Dorwałam Barana i ochoczo pojechał ze mną do pracy.
Łojezoo, ci, co wiedzieli, inspekcję robili :)
Opinię mam zepsutą, ale rybka mi to. Siedział grzecznie i grał, nawet kawy nie chciał, bo i to D. proponowała :)
Gazetkę zamknęłam, jak zazwyczaj w dobrych miesiącach o 16.30, więc nie widzę problemu.

Jako że nie miałam czasu na gotowanie, a u boku przystojniaka, to poleźliśmy do knajpy.
Chodziłabym częściej, ale samej to jednak niehalo, a tu taki dar niebios :)
Żurek za nim chodził, więc poleźliśmy do Chatki Babuni, ale okazało się, że Chatkę zlikwidowali, a w nowej knajpie żurku nie ma.
A on nic, żurek :D
Na Starym Rynku kolejna nowa knajpa, Pod Niebieniem, w menu jest żurek. Klapnęliśmy.
Personel z lekka nieogarnięty, ale jedzenie dobre, choć żurek na talerzu wyglądał jak grochówka, nie jak żurek, ale skoro zamawiający nie narzekał, nie widziałam problemu :)


Przed drugim daniem bronił się rękami i nogami, ale zamówił deser

... wciągnął i padł :)
Znając jego moce przerobowe przeszłam nad tym do porządku dziennego, to jest ideał do karmienia :)
Sama wzięłam jakiegoś kurczaka z soczewicą i innymi groszkami i marchewkami.

Przepyszne było, o dziwo, nie byłam głodna, ale... nocą moje brzucho jednak pamiętało, co jadło. Nie, nic mnie nie bolało, ale to jednak potrawy, których zazwyczaj unikam :)
Dwóch saksofonistów grało, nawet całkiem całkiem, kręciły się różne malownicze typy, ot, Stary Rynek piątkowym wieczorem...

Nie zrobiliśmy rajdu po knajpach i nie odwiedziliśmy Brovarii tradycyjnie (to z Baranem ją odkryłam), bo i on był zmęczony podróżą, a i ja miałam dość wrażeń...
W domu czekała na niego w lodówce zamówiona Fortuna, a i innych wynalazków nie brakowało :)
I znów nam czas leciał jak zawsze, nawet lampki gwiazdkowe zapaliliśmy i było tak, jakbyśmy się wczoraj rozstali...
Norma.
Ani się nie obejrzeliśmy, jak było grubo po północy.
Mnie rano wywaliło słońce, napieprzające o 6 w moje nóżki, tak że niech schowa się Kuba wyspa jak wulkan gorąca.
Miałam duszę na ramieniu, bo u mnie drzwi nie ma, a nie chciałam go budzić, ale animrumrał :)
Ogarnęłam się, ogarnęłam warzywka, co mi dosłali.
Wstał, polecieliśmy na Manhattan, bo miał tam interes, a żeby mi zazdrościł, przewlokłam go przez cały, bo jak sam mówił, nic mu tam nie brakuje prócz tej feerii, która u nas teraz jest na straganach, bo tam manhattany są takie nijakie, a i daleko do nich.
Szybciorem ugotowałam obiad, za to go też kocham, że jest łatwy w obsłudze, nie grymasi i je (prawie) wszystko. Młode, polskie ziemniaczki pożarliśmy, ten smak :) Kapustkę pochwalił (młodą, sama kwasiłam), jajka sobie sam posadził, bo tylko swoją rękę uznaje w tym momencie o już lecieliśmy na dworzec.
I dobrze, bo kolejka jak świński ogonek, dojście do peronu wymagało od nas sprytu detektywa. Miejscówki nie dostał, ale nie dał mi jojczyć.
I pojechał, miałam nie płakać, kiedy odjedzie, ale coś mnie pod powiekami tarło...
No cóż. Nóżki mam jak u kaczuszki, nawet do ziemi na dworcowym stołku nie sięgałam, a o jego kopyta się potykali...
Kaczuszko, wiesz maki są tak duże, duże, duże, a ty masz krótkie nóżki.

Dziękuję, Przyjacielu, że znalazłeś dla mnie czas.
Dziękuję, że jesteś.
Szmat czasu, uwierzysz, że na jesieni stuknie nam trzynaście lat, a dzieli nas przecież wiele.
I to jest takie piękne, że wciąż nam dobrze ze sobą :)


I nikt mi nie przemówi do rozumu, żeby praktykować zapominanie o świecie i trenować oddech.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.


8 komentarzy:

  1. To musiala byc specjalna okazja , ze wszystko bylo ale w tempie. Wszystkiego najlepszego ;) . Przesylam pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  2. dobrze że te jajka sam se posadził ;-)
    fajnie mieć takich ludzi koło siebie , mimo że nie widzicie się miesiące gdy się spotykacie myślicie że widzieliście się wczoraj....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Tobą też tak mam :) Ale Ty mi pozwolisz w kuchni urzędować i nie marudzisz :P

      Usuń
  3. Bardzo ladnie podane te dania, na duzych ladnych talerzach i piszesz ze bylo smaczne, takiej restauracji gratuluje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ceny też piękne. Na co dzień nie da się tak. No chyba, że ktoś jest na górze piramidy :)

      Usuń
  4. Cieszę się,to był dobry czas,piękne chwile, dobrze mieć Przyjaciela!

    OdpowiedzUsuń