dni wyrwane z życia, Kochany Pamiętniczku, ale cóż poradzić, życie sprawiedliwe nie jest.
Ale oj tam, oj tam, i tak piękne.
W środę lało tak, że w piżamce przesiedziałam cały dzień i dziękowałam niebiosom za wolne.
W czwartek rano Manhattan, poczta, leki, praca i znów dzień przeminął.
W piątek mnie kurwica, bo siedzę dwie godziny i czekam, po zrobieniu, żeby nie było.
Żeby się dowiedzieć, że nie, nie sorry Batory, idziemy do drukarni w środę.
Tom rzekła, dygając wdzięcznie nóżką: pocałujta wójta w dupę. Oczywiście, dokończę te drobiażdżki, ale nie ma opcji wiszenia na poczcie. Czekam na SMS i zrobię, jak znajdę komputer, albo dotrę w jego pobliże
A co?
Rankiem Inżynier się odezwał, dobrze tresowany, ale cóż mam zrobić, łezka mi się zakręciła w oku, oj tam, oj tam. Sumitował się, że kartka po weekendzie może dojdzie, ale pamiętał i słał.
Doceniłam, bo wiem, jak ma.
A kartka niespodziewajkę zrobiła i doszła dziś.
W sedno trafiona.
Na naszych falach.
I dlatego Miśki od jutra będą kolejno rozstrzeliwane, bo schowały moją kartkę, też w sedno. Może po pierwszym pod murem któryś skórkowaniec się przyzna...
Prosz...
Wiedziałam, zawsze wiedziałam, że zależy mu tylko na opierunku i kieszonkowym ;)
Nie myliło mnie przeczucie, dziś wywalił kawę na ławę, ale oj tam, oj tam ;)
I tak go kocham... Pamięta i w angielskie, i w polskie. Na amerykańskie się zbuntował, ale wiem, przegięłam :)
Pierworodny, jak wiadomo, nie ma telefonu, nie ma FB, więc nie miał mu kto przypomnieć. W angielskie pamiętał, rozgrzeszony :)
Baran w dzikich krajach jest, nie ma go online od paru dni, ale zazwyczaj pamiętał, w angielskie pamiętał, więc odpuszczone ma :)
Wracając z pracy pieszkom wlazłam na mój ogród, na mój zaczarowany ogród...
Maki, irysy, ale morze piwonii jeszcze w pakach. Wpadnę za tydzień...
A potem idiotka, sierota jedna, do ogrodniczego wlazłam i juterko, bo dziś świętuję, wolno mi, sadziła będę
Oj tam, oj tam...
Raz się żyje, potem się straszy...
A w międzyczasie afera na FB, że w UK gorąco, że ona już nie wytrzymuje, że jak żyć, jak w mieszkaniu 25 stopni. I że musiała zdobyć kapelutek dla Alienka. Jprdl, jak gimbaza mówi.
Normalnie. Żal.pl. Sklepy, sklepy, sklepy wszędzie, kasa na koncie, transport, kurde, kotom online kupuje cuda wianki, a kapelutek to problem?
Gacie opadają.
Nie, nie jestem nieludzka. Tu też mamy takie temperatury. I nade mną się jakoś nikt nie użala, a od dobrych dziesięciu lat nie znoszę gorąca. I jeżdżę MPK, a nie klimatyzowanymi samochodami. Ma coś do osuszania powietrza, podejrzewam, że to ustrojstwo może robić za mały klimatyzator. Ma wentylator. Też mogę kupić ale oszczędzam prąd, a to ustrojstwo żre na potęgę. I... Moje pierwsze mieszkanie miało 16 metrów kwadratowych, cztery osoby, strych, poddasze. Pierworodny urodził się w czerwcu, Inżynier w lipcu. Fakt, nie było FB ani w ogóle nawet istnienie internetów i social mediów nikomu w głowie nie było. Więc nie miałam gdzie jojczeć :P
Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek robili tragedię, że zimno, ze gorąco, choć zimą trzeba było węgiel tachać na 3. piętro (czytaj: tachała SJ, bo Ex się prozą życia nie plamił), popiół znieść, zakupy wnieść, wózek znieść, w kolejce pokolędować.
Ale człowiek był młody, siły miał i życie było takie piękne.
Piękne jest zresztą do dziś.
Budząc się rano macam obolałe kosteczki i dziękuję im, że bolą, bo to znaczy, że jeszcze żyję :) To nie są takie bóle nawet na środki przeciwbólowe, to są takie: oj tam, oj tam, strzyka i dobrze.
Zatem przede mną kilka spokojnych dni, a potem znów do roboty. Ale w sumie: dobrze, że robota jest.
Pogawędziłam z sąsiadką spod "trzynastki". Nie miała opcji wzięcia urlopu w czasie najazdu kiblotłuków, czekała pół dnia, jak nie przyszli, to wyszła. I jak mówili mi, tak zrobili. Rozwalili jej całą kuchnię. Ojapierdolę. Poradziłam pisac do spółdzielni skargi, mimo że prezes był i insynuował, że sama sobie ścianę rozwaliła. Co na piśmie to na piśmie.
Zanotować w kajeciku: nie zadzierać z majstrami.
Zeniszki, begonie, a toto zolte to co?
OdpowiedzUsuńTez mi goraco, ale moge zejsc do piwnicy, tam jest jeszcze zimowo :)
Nemezja, Basiu :)
OdpowiedzUsuńO, dziekuje :) Jak animozja, zapamietam!
UsuńCo zrobisz,,takie czasy, a kapelutek może musiał być jakis szczególny,po za tym zawsze najlepiej przymierzyć, trudno trafić w odpowiedni rozmiar. Sama wiem jak dla swoich szukałam,nie było tak łatwo mimo masy kapelutków:)
OdpowiedzUsuńZ tymi majstrami,to włos się jeży, dobrze,ze nie muszę byc zdana na takich łaskawców-fachowców,poki co zadnych rur nie trzeba wymieniać.
Miłej soboty!
No ale z pewnością nie jest to powód by tak jojczyć,tylko wziąć dupę w troki i iść/jechać na zakupy.
Mnie skręca lekko jak widzę tyle kwiecia,ale trudno,albo rybka albo pipka.
Rozumiem Twój kwiatowy ból. Moje dzieci nie miały kapelutków, jak coś, chusteczka a la pirat, zresztą i tak zawsze ściągali.
OdpowiedzUsuńNo ale dobrze, że dba :)
Bo Inżynier ogolił się kiedyś na zero i poszedł w pochmurny dzień na spacer wzdłuż jeziora ;)
Ło matko, J. i K też owłosieniem nie grzeszą (tzn.mąż to wiadomo,a Krystian od Marty goli głowę na łyso) to im zawsze przypominam o smarowaniu głowy kremem z filtrami.
OdpowiedzUsuńJedynie chłopak Młodszej ma takie cudne kedziory i długie, ze ach, niejedna kobieta by chciała takie mieć.