za mną, Kochany Pamiętniczku i otrząsnąć się z tego nie mogę.
Wciąż to mi stoi w oczach.
Czy powinnam coś zrobić, skoro mienię się człowiekiem, aczkolwiek przez małe c?
W sobotę wracając z M1 (będę dokładna, bo jak dopadnie mnie skleroza znów to zobaczę), na przystanku za Piaśnicką zobaczyłam jego.
Biorąc poprawkę na wszystko, na alkohol, narkotyki, inne takie tam...
Mógł być jednym z moich synów.
Siedział na ławeczce, miał nienaturalnie wygiętą rękę. Lewą. Już w zimowym stroju, łącznie z czapeczką na głowie. Wiedziałam, że śmierdzi jak cholera i że jak wsiądzie na tym przystanku, wysiądę na Katowickiej. Nie wsiadł, nie zdążył zarzucić szelek szeroko otwartego plecaka na ramiona.
Dojechałam do Posnanii i poszłam szukać butów.
Nie znalazłam. Nie wiem, ile tam byłam, ale z godzinę na pewno.
Siedział na przystanku przy Posnanii.Wstał. Kulał. Śmierdział tak, że na pewno nie dojechał tu tramwajem, a posuwał się tip-topem.
Śmierdział tak, że na świeżym powietrzu zwalało mnie z nóg w okolicy przystanku. Inni też pryskali, a tłum był nielichy i na pewno niewielu miało takie powonienie psa gończego jak ja.
Ruszył, krokiem kulejąco-posuwistym, z niewidzącym spojrzeniem, nie wiem, gdzie.
Mógł być moim synem.
Do dziś jestem zdruzgotana, bo wbrew wszystkiemu nie zaprosiłabym go na wigilię.
Chociaż gdyby był moim synem?
Pozostaje niebiosom dziękować, że moi synowie nie: przepili, przenarkotyzowali, chuj wie co swojego życia.
A gdyby to był mój syn?
Nie wiem.
A gdybym to była ja?
Ja, która stoczyłabym się na samo dno?
Czy ktoś podałby mi dłoń?
Tak, wiem, DDA, AA, wszystkie inne takie AA.
Jestem tylko znanym pijakiem, wszyscy, u których kupuję alkohol wiedzą, jak mam na imię.
Narkotyków nigdy nie kupowałam. Ani nie próbowałam.
Więc dlaczego mnie ten obraz tak wciąż boli?
niedziela, 30 września 2018
Układam
z powrotem wszystko powoli, Kochany Pamiętniczku.
Jedno wiem - nigdy więcej dobrych uczynków.
To, że ona kolęduje namiętnie po cmentarzach i bywa u moich Umarlaków codziennie prawie nie obliguje mnie do rewanżu. Nie prosiłam o to, robi to, bo takie ma hobby.
A ja nie mam siły na takie coś.
Zobaczyłam łażąc z nią po Avenidzie w jednym ze sklepów półbuty i zachorowałam na nie. Kupiłabym od razu, ale nie było mojego rozmiaru.
Nie ma ich nawet na eobuwie.
Całą sobotę łaziłam po marketach (kurde, ja i markety) i nawet śladu nie było.
Wiem, gdzie mogę je upolować i jutro tam ruszę, trzymajcie kciuki za polowanie.
Alienek pojechał do Londynu w sobotę na spotkanie ze znajomymi.
Tutaj w Hyde Parku. To, co dziecko ma na pleckach to smycz. A ja zapłonęłam pożądaniem, żeby go na tej smyczy poprowadzić. Ponoć chodzi swoimi drogami. Nie dziwię się, ma to w genach. A obsmyczony ciut krzywo, nie dlatego, że Inżynierowi się rączka omskła, ale dlatego, że Alienkowi się wygło nagle :) Ale i tak przystojniak z niego, co nie?
Rano dziś od razu chciał mnie tradycyjnie witać, aż musiałam go hamować, boby zakrztusił się bułą :) Taki wyrywny :)
A u mnie jesienna faza
Żeberka pieczone z jabłkami i mandarynkami, tylko pieprz, resztki zielonej pietruszki, i nic więcej. After...
... and before :D Sos niebo w gębusi :)
I sałatka a la Stardust.
Nie gotuję, jak są goście, raz, że szkoda mi czasu na sterczenie przy garach, a dwa, że niekoniecznie to, co smakuje mi, będzie im smakowało. Niestety, ponad połowa karmionych powycina mi z tych żeberek tłuszcz, co mnie wkurwia, albowiem uczono mnie jeść wszystko. Ostatnio nawet moje osobiste dziecko tak grzebie, dlatego chodzi jeść do knajpy, a nie jest dopuszczane do jadania w domu :)
Wiem, jestem gruba, ale odrobina tłuszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, jest też wskazany. Jak raz na pół roku zjem tłustsze mięso dziury w niebie nie będzie :)
I worek z serialami dziś się rozsypał, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo na jakichś popłuczynach już jechałam. Wróciło 9-1-1 i od razu z przytupem i półobrotem, bo trzęsienie ziemi w Los Angeles. I Greys anatomy, też mocne wejście, i Chicago Med. A place to call home napisy pięknie spływają. I parę innych. Księga czarownic się rozkręca. I świeżynka: Manifest, pierwszy odcinek super.
A na koncie zapłacone za wszystko, jak tak dalej pójdzie, to co dwa miesiące będzie super. Więc jutro jednak pójdę po te butki, a jak nie, to jakaś kurtka jesienno-wiosenna się przyda, bo mam same długie swetry i poncho, a kurtki nie - w zeszłym roku prosto z lata wskoczyłam w zimę, a z zimy w lato.
Tylko musi mi coś wpaść w oko.
Radio znów gra...
Jedno wiem - nigdy więcej dobrych uczynków.
To, że ona kolęduje namiętnie po cmentarzach i bywa u moich Umarlaków codziennie prawie nie obliguje mnie do rewanżu. Nie prosiłam o to, robi to, bo takie ma hobby.
A ja nie mam siły na takie coś.
Zobaczyłam łażąc z nią po Avenidzie w jednym ze sklepów półbuty i zachorowałam na nie. Kupiłabym od razu, ale nie było mojego rozmiaru.
Nie ma ich nawet na eobuwie.
Całą sobotę łaziłam po marketach (kurde, ja i markety) i nawet śladu nie było.
Wiem, gdzie mogę je upolować i jutro tam ruszę, trzymajcie kciuki za polowanie.
Alienek pojechał do Londynu w sobotę na spotkanie ze znajomymi.
Tutaj w Hyde Parku. To, co dziecko ma na pleckach to smycz. A ja zapłonęłam pożądaniem, żeby go na tej smyczy poprowadzić. Ponoć chodzi swoimi drogami. Nie dziwię się, ma to w genach. A obsmyczony ciut krzywo, nie dlatego, że Inżynierowi się rączka omskła, ale dlatego, że Alienkowi się wygło nagle :) Ale i tak przystojniak z niego, co nie?
Rano dziś od razu chciał mnie tradycyjnie witać, aż musiałam go hamować, boby zakrztusił się bułą :) Taki wyrywny :)
A u mnie jesienna faza
Żeberka pieczone z jabłkami i mandarynkami, tylko pieprz, resztki zielonej pietruszki, i nic więcej. After...
... and before :D Sos niebo w gębusi :)
I sałatka a la Stardust.
Nie gotuję, jak są goście, raz, że szkoda mi czasu na sterczenie przy garach, a dwa, że niekoniecznie to, co smakuje mi, będzie im smakowało. Niestety, ponad połowa karmionych powycina mi z tych żeberek tłuszcz, co mnie wkurwia, albowiem uczono mnie jeść wszystko. Ostatnio nawet moje osobiste dziecko tak grzebie, dlatego chodzi jeść do knajpy, a nie jest dopuszczane do jadania w domu :)
Wiem, jestem gruba, ale odrobina tłuszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziła, jest też wskazany. Jak raz na pół roku zjem tłustsze mięso dziury w niebie nie będzie :)
I worek z serialami dziś się rozsypał, co mnie niezmiernie ucieszyło, bo na jakichś popłuczynach już jechałam. Wróciło 9-1-1 i od razu z przytupem i półobrotem, bo trzęsienie ziemi w Los Angeles. I Greys anatomy, też mocne wejście, i Chicago Med. A place to call home napisy pięknie spływają. I parę innych. Księga czarownic się rozkręca. I świeżynka: Manifest, pierwszy odcinek super.
A na koncie zapłacone za wszystko, jak tak dalej pójdzie, to co dwa miesiące będzie super. Więc jutro jednak pójdę po te butki, a jak nie, to jakaś kurtka jesienno-wiosenna się przyda, bo mam same długie swetry i poncho, a kurtki nie - w zeszłym roku prosto z lata wskoczyłam w zimę, a z zimy w lato.
Tylko musi mi coś wpaść w oko.
Radio znów gra...
piątek, 28 września 2018
Powłóczyłam się
po knajpach do wypęku, Kochany Pamiętniczku i na jakiś czas mam serdecznie dość.
Znaczy się, z Inżynierem czy jakimś innym Inżynieropodobnym stworem mogłabym i ponad wypęk.
Ale znów, moim modo,wolę siebie i My Shadow.
Zlądowała u mnie E.
Że do lekarza i że zginie w wielkim mieście. Że ją zjedzą, rozjadą i takie tam. Faktycznie mogli, bo na światła nie patrzy, wchodzi na jezdnię wg swojego widzimisię :P Ze swoimi problemami, z mężem już rękoczynującym, bo nie dogadują się na stare lata, bo każde z nich ma swoją rację, a jego racja jest najmojsza. No OK. Wciąż pisze, że sprząta na grobie moich Umarlaków. Okazuje się, że systematycznie ląduje na cmentarzach w celu oczyszczania umysłu, no a ja cóż mam rzec - wdzięczna jestem, Umarlaki zadbane w sensie, że mam raporty, jak tam hulają, kogo sprowadzają na balangi i takie tam.
No więc wdzięczność dozgonna.
Zawlokłam do szpitala wśród lamentów, czy na pewno tam, a może na drugim końcu miasta.
Było na tym, gdzie wlekłam.
No ale jak dalej trafimy?
Droga na końcu języka. Była. Post factum okazało się, że przez telefon wymęczyła panią ze szpitala i miała tak opisaną trasę, że ślepy by doszedł bez macania laseczką.
Nieważne.
Prawdopodobnie zafundowała sobie chorobę przez własną głupotę, bo zrobiła sobie jakieś tam paznokcie, bij zabij, nie pamiętam nazwy, bo mnie to zupełnie nie interesuje, te co się robi lampą z jakiejś chińskiej mikstury. A, hybrydy. Dla mnie hybryda to całkiem coś innego, ale ja jestem głupia :P
Badanie, jazda do domu. W domu wyciąga lakier z plecaka i chce sobie manicure robić. Objechałam, jak święty Michał diabła. Bo nie wiadomo co jest, ma czekać na wynik, a ona kolejną chemię na te biedne paznokcie chce walić. Ale to nie chińskie, tylko z Avonu. Bo ona lubi mieć eleganckie i pomalowane.
Ojapierdolę.
Poluzowałam gumę w majtaskach :)
Gadka-szmatka i ona by chciała coś kupić do ubrania, bo nie ma nic w K.
No dobra, jako że gabarytowo zbliżona do mnie wlokę na Katowicką, dokąd wybierałam się od dawna, ale wciąż dupa. Na Katowickiej zaszalałam ja, a ona nawet nic nie przymierzyła, powtarzając, że"jakie to dobro jakościowo". Nie, że nie miała kasy, bo miała, nie działały tam karty, to mnie poratowała gotówką, i to niemałą, bo jak mówiłam - zaszalałam :) Ale za to mam dwie wyjechane w kosmos bluzy, jakich od dawna na jesień szukałam.
Potem do Posnanii, która zwiedzałyśmy sobie a muzom, bo... chciała, ale sama nie wiedziała czego, Nienawidzę łażenia po galeriach bez celu, ale trudno.
Obiad w Pyra Bar - wniebowzięta, bo ona jeszcze bardziej pyrowa niż ja.
I dała się namówić na Brovarię - a tam cót, mjut i ożeszki piniowe, bo jest już miodowe grzane. Podobało się jej.
I gadałyśmy jak najęte, bo jednak mamy o czym, aczkolwiek jej czarnowidztwo i złośliwość wpędza mnie do grobu. Galopem. Uważa, że ludzie pracujący są po to, by jej usługiwać. Gdy więc kelner zapytał, czy smakuje nam piwo i czy mamy ochotę na następne dobrze, ze wykazałam się refleksem. Bo gdy się oddalił, jęknęła, że "jeszcze nie wypiłam, a cham już pyta o następne. Za to mu płacę, żeby czekał aż go zawołam".
Zatkało kakao.
No nic.
i tak mnie przemęczyła do północy, bo ma kłopoty ze spaniem. Ja nie mam, ale trudno.
Jestem wzorową gospodynią.
Ranek i całkowite wybicie z mojego rytmu.
Nieważne.
Okropnie prowadzę dom, bo... nie mam dużego lusterka. Znaczy się, mam lustra w szafach, lusterko w łazience, ale nie mam TAKIEGO lusterka.
Z leksza wkurwiona, bo makijażowała się namiętnie, a śniadanie stygło, huknęłam, że i tak na nią nie polecę, z makijażem czy bez, więc najpierw śniadanie, potem tapeta, a na next time kupię rzeczone lusterko.
Zadziałało.
Plan był, że na dworzec, bilety, obiad i odjazd.
Bo nawet nie miałam kiedy tego upichcić, żeby ją przed odjazdem nakarmić, bo nie była zdecydowana, jedzie, nie jedzie, a bilety w piątek to loteria.
W końcu ruszyłyśmy na dworzec.
W okienku E. numer dwa.
Kupuje moja E. Tonem nieznoszącym sprzeciwu mówi, co chce. E. numer 2: senior? Moja E.: a co to senior? Ponieważ wiem, że senior, to bilet dla osób po sześćdziesiątce, mówię: tak, poproszę. Moja E. drąży temat, a głos ma jednak ostry, E. nr 2 odpowiada równie metalicznie, więc napięcie rośnie. Mówię, że tak, i do E.: płać.
Odchodzimy od okienka, a ona: siedzi pizda w okienku, ona dla mnie pracuje... Ojapierdolę. Mówię, że może okres miała, a może musi do kibla i nie może. I idę do informacji, gdzie siedzi młoda. Mówię: dzień dobry, zakręcona jestem, czy mogę prosić - i dostaję wszystkie potrzebne informacje, okraszone fajnym uśmiechem, za co nie omieszkam i podziękować, i życzyć miłego dnia....
E.: płacą jej za to...
Zamilkłam. Płacą, nie wiadomo ile, ale grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą, a czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą.
Idziemy na obiad, co jest biegiem z przeszkodami, bo to Avenida i sklep na sklepie. Każdy do wejścia, pomacania, skrytykowania: a to cen, a to rozmiarów.
Wkurw mi rośnie, bo ani nie kupuje, ani nie wie, czy coś chce.
Kurwa,
Sfinx.
Żarełko super i lampa
Z tykwy, takie robi żona mojego kolegi. Cudo, a w ciemności jeszcze większe cudo.
Płacę, zwijamy się na dworzec.
I znów sklep za sklepem, bez celu, dla sportu, dla jaj.
Trudno.
Po drodze nasza kawiarnia
I jakież piękne hasło
:)
I znów sklep za sklepem, dla sportu.
W ostatniej chwili orientuję się, że już czas.
No ale kibelek konieczny.
Udało się.
Lądujemy na peronie i seria "a jak pociąg nie jedzie?".
Sama jestem podróżową histeryczką, ale to przekracza wszystkie granice.
Pociąg podjeżdża, time to say good bye.
Oddycham z ulgą, jadąc do domu.
Home, sweet home.
My Shadow, Miśki, Anielka i Ciapek, radio Pogoda i więcej nic.
SMS od E., jak obrzydliwie przywitał ją mąż.
Przytulam, cóż więcej mogę?
Każdy ma swoje piekło i każdy jest kowalem swego losu.
Za chwilę SMS: żałuję, że nie przymierzyłam tych butów.
Kurwa mać.
Mam wyrwane dwa dni z życiorysu. Zaczęłam się zamartwiać, a ona żałuje, że butów nie przymierzyła? A namawiałam ją gorąco: skoro Ci się podobają, przymierz.
Koniec z relacjami międzyludzkimi, Kochany Pamiętniczku.
Chyba zacznę sama chodzić na to piwo do Brovarii, a kto bogatemu zabroni?
Bo jest przepyszne.
Znaczy się, z Inżynierem czy jakimś innym Inżynieropodobnym stworem mogłabym i ponad wypęk.
Ale znów, moim modo,wolę siebie i My Shadow.
Zlądowała u mnie E.
Że do lekarza i że zginie w wielkim mieście. Że ją zjedzą, rozjadą i takie tam. Faktycznie mogli, bo na światła nie patrzy, wchodzi na jezdnię wg swojego widzimisię :P Ze swoimi problemami, z mężem już rękoczynującym, bo nie dogadują się na stare lata, bo każde z nich ma swoją rację, a jego racja jest najmojsza. No OK. Wciąż pisze, że sprząta na grobie moich Umarlaków. Okazuje się, że systematycznie ląduje na cmentarzach w celu oczyszczania umysłu, no a ja cóż mam rzec - wdzięczna jestem, Umarlaki zadbane w sensie, że mam raporty, jak tam hulają, kogo sprowadzają na balangi i takie tam.
No więc wdzięczność dozgonna.
Zawlokłam do szpitala wśród lamentów, czy na pewno tam, a może na drugim końcu miasta.
Było na tym, gdzie wlekłam.
No ale jak dalej trafimy?
Droga na końcu języka. Była. Post factum okazało się, że przez telefon wymęczyła panią ze szpitala i miała tak opisaną trasę, że ślepy by doszedł bez macania laseczką.
Nieważne.
Prawdopodobnie zafundowała sobie chorobę przez własną głupotę, bo zrobiła sobie jakieś tam paznokcie, bij zabij, nie pamiętam nazwy, bo mnie to zupełnie nie interesuje, te co się robi lampą z jakiejś chińskiej mikstury. A, hybrydy. Dla mnie hybryda to całkiem coś innego, ale ja jestem głupia :P
Badanie, jazda do domu. W domu wyciąga lakier z plecaka i chce sobie manicure robić. Objechałam, jak święty Michał diabła. Bo nie wiadomo co jest, ma czekać na wynik, a ona kolejną chemię na te biedne paznokcie chce walić. Ale to nie chińskie, tylko z Avonu. Bo ona lubi mieć eleganckie i pomalowane.
Ojapierdolę.
Poluzowałam gumę w majtaskach :)
Gadka-szmatka i ona by chciała coś kupić do ubrania, bo nie ma nic w K.
No dobra, jako że gabarytowo zbliżona do mnie wlokę na Katowicką, dokąd wybierałam się od dawna, ale wciąż dupa. Na Katowickiej zaszalałam ja, a ona nawet nic nie przymierzyła, powtarzając, że"jakie to dobro jakościowo". Nie, że nie miała kasy, bo miała, nie działały tam karty, to mnie poratowała gotówką, i to niemałą, bo jak mówiłam - zaszalałam :) Ale za to mam dwie wyjechane w kosmos bluzy, jakich od dawna na jesień szukałam.
Potem do Posnanii, która zwiedzałyśmy sobie a muzom, bo... chciała, ale sama nie wiedziała czego, Nienawidzę łażenia po galeriach bez celu, ale trudno.
Obiad w Pyra Bar - wniebowzięta, bo ona jeszcze bardziej pyrowa niż ja.
I dała się namówić na Brovarię - a tam cót, mjut i ożeszki piniowe, bo jest już miodowe grzane. Podobało się jej.
I gadałyśmy jak najęte, bo jednak mamy o czym, aczkolwiek jej czarnowidztwo i złośliwość wpędza mnie do grobu. Galopem. Uważa, że ludzie pracujący są po to, by jej usługiwać. Gdy więc kelner zapytał, czy smakuje nam piwo i czy mamy ochotę na następne dobrze, ze wykazałam się refleksem. Bo gdy się oddalił, jęknęła, że "jeszcze nie wypiłam, a cham już pyta o następne. Za to mu płacę, żeby czekał aż go zawołam".
Zatkało kakao.
No nic.
i tak mnie przemęczyła do północy, bo ma kłopoty ze spaniem. Ja nie mam, ale trudno.
Jestem wzorową gospodynią.
Ranek i całkowite wybicie z mojego rytmu.
Nieważne.
Okropnie prowadzę dom, bo... nie mam dużego lusterka. Znaczy się, mam lustra w szafach, lusterko w łazience, ale nie mam TAKIEGO lusterka.
Z leksza wkurwiona, bo makijażowała się namiętnie, a śniadanie stygło, huknęłam, że i tak na nią nie polecę, z makijażem czy bez, więc najpierw śniadanie, potem tapeta, a na next time kupię rzeczone lusterko.
Zadziałało.
Plan był, że na dworzec, bilety, obiad i odjazd.
Bo nawet nie miałam kiedy tego upichcić, żeby ją przed odjazdem nakarmić, bo nie była zdecydowana, jedzie, nie jedzie, a bilety w piątek to loteria.
W końcu ruszyłyśmy na dworzec.
W okienku E. numer dwa.
Kupuje moja E. Tonem nieznoszącym sprzeciwu mówi, co chce. E. numer 2: senior? Moja E.: a co to senior? Ponieważ wiem, że senior, to bilet dla osób po sześćdziesiątce, mówię: tak, poproszę. Moja E. drąży temat, a głos ma jednak ostry, E. nr 2 odpowiada równie metalicznie, więc napięcie rośnie. Mówię, że tak, i do E.: płać.
Odchodzimy od okienka, a ona: siedzi pizda w okienku, ona dla mnie pracuje... Ojapierdolę. Mówię, że może okres miała, a może musi do kibla i nie może. I idę do informacji, gdzie siedzi młoda. Mówię: dzień dobry, zakręcona jestem, czy mogę prosić - i dostaję wszystkie potrzebne informacje, okraszone fajnym uśmiechem, za co nie omieszkam i podziękować, i życzyć miłego dnia....
E.: płacą jej za to...
Zamilkłam. Płacą, nie wiadomo ile, ale grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą, a czapką, papką i solą ludzie ludzi niewolą.
Idziemy na obiad, co jest biegiem z przeszkodami, bo to Avenida i sklep na sklepie. Każdy do wejścia, pomacania, skrytykowania: a to cen, a to rozmiarów.
Wkurw mi rośnie, bo ani nie kupuje, ani nie wie, czy coś chce.
Kurwa,
Sfinx.
Żarełko super i lampa
Z tykwy, takie robi żona mojego kolegi. Cudo, a w ciemności jeszcze większe cudo.
Płacę, zwijamy się na dworzec.
I znów sklep za sklepem, bez celu, dla sportu, dla jaj.
Trudno.
Po drodze nasza kawiarnia
I jakież piękne hasło
:)
I znów sklep za sklepem, dla sportu.
W ostatniej chwili orientuję się, że już czas.
No ale kibelek konieczny.
Udało się.
Lądujemy na peronie i seria "a jak pociąg nie jedzie?".
Sama jestem podróżową histeryczką, ale to przekracza wszystkie granice.
Pociąg podjeżdża, time to say good bye.
Oddycham z ulgą, jadąc do domu.
Home, sweet home.
My Shadow, Miśki, Anielka i Ciapek, radio Pogoda i więcej nic.
SMS od E., jak obrzydliwie przywitał ją mąż.
Przytulam, cóż więcej mogę?
Każdy ma swoje piekło i każdy jest kowalem swego losu.
Za chwilę SMS: żałuję, że nie przymierzyłam tych butów.
Kurwa mać.
Mam wyrwane dwa dni z życiorysu. Zaczęłam się zamartwiać, a ona żałuje, że butów nie przymierzyła? A namawiałam ją gorąco: skoro Ci się podobają, przymierz.
Koniec z relacjami międzyludzkimi, Kochany Pamiętniczku.
Chyba zacznę sama chodzić na to piwo do Brovarii, a kto bogatemu zabroni?
Bo jest przepyszne.
środa, 26 września 2018
Padnięta
jestem, Kochany Pamiętniczku :)
I widać tak miało być, że nie miała dziś przyjechać, bo nie dałabym rady.
Wczorak kurcgalopkiem pozałatwiałam rano, paczkę do Demi wysłałam i na lotnisko w ostatniej chwili zdążyłam.
Okazało się, że Inżynier nie ma żadnej randki, więc jest cały mój.
Zabrałam biedaka do domu, nakarmiłam, trochę się pouczył, bo jutro na egzamin z jabłuszka, to jest certyfikowany specjalista od ogryzków, jestem z niego taka dumna, że ojapierdolę.
Nie mógł się zdecydować, czy chce domowe żarełko, czy zaszaleć, ale w końcu kiedy szaleć, jak nie w momencie, gdy nie ma Alienka?
Zatem poleźliśmy do Brovarii.
Fotki takie sobie, bo ajfonem, chyba ma znów obiektyw niedomyty, ale mówi się trudno i idzie się dalej :)
Prawie cała sala była zarezerwowana, jak wychodziliśmy było jak w ulu i nie do wiary, że to był wtorkowy wieczór - nie było ani jednego wolnego stolika.
Wzięłam schabowego ze świni złotnickiej, bo tyle się o tej rasie naczytałam, ale szczerze? Nie widzę różnicy, no może w cenie. Ale smaczne było i to bardzo :)
No i najnowsze piwka - Inżynier porter wziął, a ja koźlaka,był przepyszny. Porter mi jakoś ostatnio nie wchodzi.
I potem nocne rodaków rozmowy przy kominku
Bo i kominka się dorobiłam :)
A ranek wstał piękny, choć zimny. Kaloryfery już ładują, za co dzięki niebiosom :P I elektrociepłowni :P
Inżynier skoczył na chwilę do znajomych, bo dziecko im się niedawno urodziło, a mieszkają na naszym fyrtlu. Potem dentysta i pakowanie.
I dzwoni Synowa. Dała Alienkowi owoce-gotowce, w takim plastikowym pudełeczku. Do tego był dołączony widelczyk plastikowy. Chwila, moment i... dorwał i zeżarł jeden ząb, No i co teraz? Jednak to ostry kawałek. Aktualnie jest w szpitalu, bo z przychodni odesłali ją do szpitala. Czekam na wieści i nie ukrywam, że się nerwuję. Moje połykały też różne cuda, jedno ołowianą kulkę od bilardu, musieliśmy wtedy monitorować gówna, Eks z zaparciem przez trzy dni macał gówienka, kulka wyszła. Ale taką kulkę można zlokalizować rentgenem, a jak zlokalizować kawałek plastiku? Nie mam pojęcia. Alienkowi nic nie jest, ale dmuchają na zimne.
A my pojechaliśmy na obiad, bo tak mieliśmy zaplanowane, w domu nie miała nic, żeby pichcić, a i niepojechanie na obiad w niczym nie pomogłoby Alienkowi.
Pojechaliśmy do Whiskey in Jar.
O rety :0
Harley Davidson na butelkach whisky :)
I piec, cudowny piec kaflowy
Honey Jar
jeden z lepszych drinków, jakie piłam w życiu.
I przepyszne danie
Inżynier wziął stek, ale ja poprzestałam na polędwiczkach wieprzowych, bo dla mnie grillowana wołowina to jednak kosmos :)
Ceny - zamilknę. Ale warte to było wydanej kasy, a i mój gość jest wyjątkowy.
Potem galopkiem na lotnisko, siałam panikę. Ale mieliśmy szczęście - całe miasto stało, a my tramwajem sruuu, a autobus na lotnisko ma buspas i akurat w tym jednym kierunku korków nie było.
I już po wizycie. Ma jeszcze trzy zęby do leczenia, ale to przyleci pewno dopiero jak się Kalafiorkówna urodzi.
I tak licząc wszystko, co wydał, wyszedł na plus w porównaniu z cenami u dentysty w UK.
Była przecież opcja leczenia kanałowego, a tam to nawet 800 funtów.
U nas drogo, ale nawet z polskiej pensji można na to wyskrobać.
Porąbane to wszystko.
Ławica żegnała mnie w spokoju
Za niedługo tam wrócę, a potem again...
Tylko życie pędzi coraz prędzej...
I widać tak miało być, że nie miała dziś przyjechać, bo nie dałabym rady.
Wczorak kurcgalopkiem pozałatwiałam rano, paczkę do Demi wysłałam i na lotnisko w ostatniej chwili zdążyłam.
Okazało się, że Inżynier nie ma żadnej randki, więc jest cały mój.
Zabrałam biedaka do domu, nakarmiłam, trochę się pouczył, bo jutro na egzamin z jabłuszka, to jest certyfikowany specjalista od ogryzków, jestem z niego taka dumna, że ojapierdolę.
Nie mógł się zdecydować, czy chce domowe żarełko, czy zaszaleć, ale w końcu kiedy szaleć, jak nie w momencie, gdy nie ma Alienka?
Zatem poleźliśmy do Brovarii.
Fotki takie sobie, bo ajfonem, chyba ma znów obiektyw niedomyty, ale mówi się trudno i idzie się dalej :)
Prawie cała sala była zarezerwowana, jak wychodziliśmy było jak w ulu i nie do wiary, że to był wtorkowy wieczór - nie było ani jednego wolnego stolika.
Wzięłam schabowego ze świni złotnickiej, bo tyle się o tej rasie naczytałam, ale szczerze? Nie widzę różnicy, no może w cenie. Ale smaczne było i to bardzo :)
No i najnowsze piwka - Inżynier porter wziął, a ja koźlaka,był przepyszny. Porter mi jakoś ostatnio nie wchodzi.
I potem nocne rodaków rozmowy przy kominku
Bo i kominka się dorobiłam :)
A ranek wstał piękny, choć zimny. Kaloryfery już ładują, za co dzięki niebiosom :P I elektrociepłowni :P
Inżynier skoczył na chwilę do znajomych, bo dziecko im się niedawno urodziło, a mieszkają na naszym fyrtlu. Potem dentysta i pakowanie.
I dzwoni Synowa. Dała Alienkowi owoce-gotowce, w takim plastikowym pudełeczku. Do tego był dołączony widelczyk plastikowy. Chwila, moment i... dorwał i zeżarł jeden ząb, No i co teraz? Jednak to ostry kawałek. Aktualnie jest w szpitalu, bo z przychodni odesłali ją do szpitala. Czekam na wieści i nie ukrywam, że się nerwuję. Moje połykały też różne cuda, jedno ołowianą kulkę od bilardu, musieliśmy wtedy monitorować gówna, Eks z zaparciem przez trzy dni macał gówienka, kulka wyszła. Ale taką kulkę można zlokalizować rentgenem, a jak zlokalizować kawałek plastiku? Nie mam pojęcia. Alienkowi nic nie jest, ale dmuchają na zimne.
A my pojechaliśmy na obiad, bo tak mieliśmy zaplanowane, w domu nie miała nic, żeby pichcić, a i niepojechanie na obiad w niczym nie pomogłoby Alienkowi.
Pojechaliśmy do Whiskey in Jar.
O rety :0
Harley Davidson na butelkach whisky :)
I piec, cudowny piec kaflowy
Honey Jar
I przepyszne danie
Inżynier wziął stek, ale ja poprzestałam na polędwiczkach wieprzowych, bo dla mnie grillowana wołowina to jednak kosmos :)
Ceny - zamilknę. Ale warte to było wydanej kasy, a i mój gość jest wyjątkowy.
Potem galopkiem na lotnisko, siałam panikę. Ale mieliśmy szczęście - całe miasto stało, a my tramwajem sruuu, a autobus na lotnisko ma buspas i akurat w tym jednym kierunku korków nie było.
I już po wizycie. Ma jeszcze trzy zęby do leczenia, ale to przyleci pewno dopiero jak się Kalafiorkówna urodzi.
I tak licząc wszystko, co wydał, wyszedł na plus w porównaniu z cenami u dentysty w UK.
Była przecież opcja leczenia kanałowego, a tam to nawet 800 funtów.
U nas drogo, ale nawet z polskiej pensji można na to wyskrobać.
Porąbane to wszystko.
Ławica żegnała mnie w spokoju
Za niedługo tam wrócę, a potem again...
Tylko życie pędzi coraz prędzej...
poniedziałek, 24 września 2018
Moce
mi się skumulowały, Kochany Pamiętniczku.
Po letnim myciu okien ani kropla deszczu nie spadła, ani żaden burz się nie pokazał na horyzoncie.
A tym razem moc wróciła ze zdwojoną siłą.
I pogoda się marcowa zrobiła.
Zimno. Ciepło, słońce, mrok, zimno, czarno, leje, grad i tak dookoła Macieju.
Dobrze, że pracuję online, bo pewno bym tak skończyła :)
Miałam dziś książkę dla Demirji wysłać, ale...
Najpierw pół dnia straciłam siedząc na poczcie emilkowej.
Co coś przyszło, odsyłałam i nic. Dupa. Cisza.
Koło 14 telefon dzwoni jak głupi...
Kurde.
Piszę SMS. A pani K. odpisuje, że proszą o materiały.
Już przy zeszłym numerze tak było, że nie odbierało materiałów ode mnie, co jest dziwne, bo normalnie odbiera.
Więc piszę, że poślę jej na prywatną pocztę na WP.
No i poszło szybciorem, 15 minut i było po bólu, a tak straciłam cały dzień.
No ale nic, niczyja wina, musimy komunikację usprawnić. I muszę ich do pionu ustawić, bo jak po półgodzinie w dniu zamykania nie ma ode mnie wiadomości, to coś niehalo jest :P Bo ja chcę zamknąć i być wolna jak ptak...
No nic, zamknięte.
Na termometr spojrzałam, zimowe poncho z szafy wywlokłam, zakładając, że w takim poncho i sandałkach to przeżyję te 9 stopni, ale... znów lunęło.
Więc zrezygnowałam nawet z wynoszenia śmieci, wywalając je szczelnie zawiązane do dyżurnego kubełka w loggii :) Wiem, fleja jestem.
Ale ubierać się tylko po to, żeby do śmietnika iść? Pierdolę :) Jakże brakuje mi dzieci.
I znów świeci słońce, ale nie, nie ze mną te numery Brunner.
Jutro.
Wszystko uszykowane, karnie, w szeregu. Bo jutro na lotnisko jadę, po Inżyniera :)
Parę godzin moje, ale zawsze.
Pierworodny mnie wkurzył, a i Synowa też. Mam mu zapłacić za kurs SEP. Pytam kilka razy o numer konta, bo bilet kupiony, a kurs niezapłacony. A on mi o dupie Maryni. Dopiero jak huknęłam i rąbnęłam pięścią w stół, to napisał rzeczowo, że płatność po egzaminie. Dla mnie dziwne, ale skoro tak twierdzi, mi to rybka.
Tak samo rozgarnięta jest Synowa, jak kupa gnoju. Mają dostać mieszkanie. Pytam, co słychać, a ta, że jakieś pismo dostali, ale nie otwierała, bo to nieinteresujące. Kurwa. "Starają się" o to mieszkanie od ośmiu lat i niczego nie pilnują. Ja otwieram każde pismo urzędowe szybciorem, nawet jak wiem, co jest w środku!
Dobrali się jak w korcu maku.
Czekam na złotą polską jesień, bo takich szarug to ja nie lubię.
Więc
i
i Radio Pogoda i już można żyć. Zwłaszcza jak nie trzeba nigdzie wychodzić :D
Koleżanka ma przyjechać w czwartek, bo do lekarza. Mówiłam, że ma przyjechać w środę, to spokojnie pójdziemy. Nie, przyjedzie w czwartek bladym świtem i nie wiadomo, czy zostanie. Kiedyś bym szalała, a teraz mam wyrąbane. Żadnych zakupów, będzie to co jest. Luz i hasta manana :) Chleb i pomidory są.
A potem odetchnę i już :)
Dla szukających seriali: A Discovery of Witches. Są już dwa odcinki. Miodzio. I zaczął się ostatni sezon A place to call home. Miodzia :)
I Damages polecam. Zakręcone jak słoik po ogórkach, ale wciąga. To skończone, jest 5 sezonów.
Po letnim myciu okien ani kropla deszczu nie spadła, ani żaden burz się nie pokazał na horyzoncie.
A tym razem moc wróciła ze zdwojoną siłą.
I pogoda się marcowa zrobiła.
Zimno. Ciepło, słońce, mrok, zimno, czarno, leje, grad i tak dookoła Macieju.
Dobrze, że pracuję online, bo pewno bym tak skończyła :)
Miałam dziś książkę dla Demirji wysłać, ale...
Najpierw pół dnia straciłam siedząc na poczcie emilkowej.
Co coś przyszło, odsyłałam i nic. Dupa. Cisza.
Koło 14 telefon dzwoni jak głupi...
Kurde.
Piszę SMS. A pani K. odpisuje, że proszą o materiały.
Już przy zeszłym numerze tak było, że nie odbierało materiałów ode mnie, co jest dziwne, bo normalnie odbiera.
Więc piszę, że poślę jej na prywatną pocztę na WP.
No i poszło szybciorem, 15 minut i było po bólu, a tak straciłam cały dzień.
No ale nic, niczyja wina, musimy komunikację usprawnić. I muszę ich do pionu ustawić, bo jak po półgodzinie w dniu zamykania nie ma ode mnie wiadomości, to coś niehalo jest :P Bo ja chcę zamknąć i być wolna jak ptak...
No nic, zamknięte.
Na termometr spojrzałam, zimowe poncho z szafy wywlokłam, zakładając, że w takim poncho i sandałkach to przeżyję te 9 stopni, ale... znów lunęło.
Więc zrezygnowałam nawet z wynoszenia śmieci, wywalając je szczelnie zawiązane do dyżurnego kubełka w loggii :) Wiem, fleja jestem.
Ale ubierać się tylko po to, żeby do śmietnika iść? Pierdolę :) Jakże brakuje mi dzieci.
I znów świeci słońce, ale nie, nie ze mną te numery Brunner.
Jutro.
Wszystko uszykowane, karnie, w szeregu. Bo jutro na lotnisko jadę, po Inżyniera :)
Parę godzin moje, ale zawsze.
Pierworodny mnie wkurzył, a i Synowa też. Mam mu zapłacić za kurs SEP. Pytam kilka razy o numer konta, bo bilet kupiony, a kurs niezapłacony. A on mi o dupie Maryni. Dopiero jak huknęłam i rąbnęłam pięścią w stół, to napisał rzeczowo, że płatność po egzaminie. Dla mnie dziwne, ale skoro tak twierdzi, mi to rybka.
Tak samo rozgarnięta jest Synowa, jak kupa gnoju. Mają dostać mieszkanie. Pytam, co słychać, a ta, że jakieś pismo dostali, ale nie otwierała, bo to nieinteresujące. Kurwa. "Starają się" o to mieszkanie od ośmiu lat i niczego nie pilnują. Ja otwieram każde pismo urzędowe szybciorem, nawet jak wiem, co jest w środku!
Dobrali się jak w korcu maku.
Czekam na złotą polską jesień, bo takich szarug to ja nie lubię.
Więc
i
i Radio Pogoda i już można żyć. Zwłaszcza jak nie trzeba nigdzie wychodzić :D
Koleżanka ma przyjechać w czwartek, bo do lekarza. Mówiłam, że ma przyjechać w środę, to spokojnie pójdziemy. Nie, przyjedzie w czwartek bladym świtem i nie wiadomo, czy zostanie. Kiedyś bym szalała, a teraz mam wyrąbane. Żadnych zakupów, będzie to co jest. Luz i hasta manana :) Chleb i pomidory są.
A potem odetchnę i już :)
Dla szukających seriali: A Discovery of Witches. Są już dwa odcinki. Miodzio. I zaczął się ostatni sezon A place to call home. Miodzia :)
I Damages polecam. Zakręcone jak słoik po ogórkach, ale wciąga. To skończone, jest 5 sezonów.
sobota, 22 września 2018
Sobota
Kochany Pamiętniczku :)
Pracowita nadzwyczaj.
Przez te pracowe tygodnie nie, że się nabałaganiło, ale jakoś tak...
Więc zerwałam się bladym świtem i na Manhattanie zostawiłam tyle kasy, że ojapierdolę.
I nie, nie na żarełko, no ale...
taki zajączek przytulak dla Kalafiorkówny, com się namęczyła, żeby wybrać, bo dla dziewczynek to wszystko pinkowe jest.
W tle takie drewniane coś, jedno dla Alienka, drugie może dla Papryczka, dla Papryczka kupię za tydzień, bo nie wiedziałam, co lubi,a są piękne drewniane puzzle.
Dinozaurek, miękki jak kaczuszka... Może dla Alienka, nie wiem, jak nikt nie będzie chciał, sama wezmę, bo zaiste, jak kaczuszka, kurde, jak kaczuszka. Tylko cicho, żeby Ciapek nie usłyszał, bo zwieje.
I pierdalca dostałam po powrocie do domu.
Okna umyłam.
Jak pięknie, bo dzień był pochmurny, a wtedy najlepiej się myje, bo się smugi nie robią :D
Tajemnica mojego szaleństwa leży w cyklu hormonalnym. Moja mama i ciocia też myły okna raz w miesiącu. Ciocia nawet jak już klimakterium miała, bo mama się na nie nie załapała. Mam i ja tak. Raz w miesiącu muszę, inaczej się uduszę, ale przez te upały wymiękłam.
A dzisiejszy dzień był idealny.
Rzutem na taśmę: zmieniłam i wyprałam pościel, pranie zrobiłam, posprzątałam dokładnie kuchnię i mały pokój, duży też, zmieniłam obrusy i takie tam, nawet kurze pościerałam. No dobra, bez ściemy - na widoku i po łebkach. Ale okna robią całość i jest cót, mjut i ożeszki laskowe :D
Sekretem mojego mycia okien jest
bez tego idzie mi jak krew z nosa.
To ściągaczka od malucha. Szwagra, nawiasem mówiąc. Pożyczyłam i... świnia jedna, nie oddałam. Ale też się nie upominał, pewno kupił sobie nową.
Inną nie umiem. Kupiłam już mnóstwo innych, w IKEA, w gospodarstwie domowym, w Biedronce i homoniewiadomo gdzie. I żadna mi nie pasuje tylko ta.
Lubię się chwalić, że umyłam okna, bo to też dla mnie już wyczyn fizyczny, jestem strasznie zaniedbana, jedyne co może to usprawiedliwić, to koszmarne upały, nie byłam w stanie nic robić, a chodziłam tylko jak musiałam. Trzydniowe latanie przy spadku opłaciłam dwoma tygodniami choroby.
Więc tak, cieszę się, że nie tylko pomyłam okna, ale i tak dokładnie ogarnęłam tę kuwetę.
I wkurwia mnie, gdy ktoś mówi "to wpadnij do mnie i umyj okna". Jak będę chciała myć okna na okrągło, założę firmę. I nie, nie lubię myć okien. Lubię myć swoje okna, a to zasadnicza różnica. Mam w pracy taką koleżankę, która mi zawsze to proponuje. A ma dwie córki w wieku moich chłopaków, ale panienki nie lubią myć okien. Powiedziała, że mi zapłaci. Jak ma na to kasę, niech sobie wynajmie taką usługę.
Powiedziałam jej to wprost, że cudze okna mnie nie kręcą, orgazm mam tylko myjąc swoje :)
Pracowita nadzwyczaj.
Przez te pracowe tygodnie nie, że się nabałaganiło, ale jakoś tak...
Więc zerwałam się bladym świtem i na Manhattanie zostawiłam tyle kasy, że ojapierdolę.
I nie, nie na żarełko, no ale...
taki zajączek przytulak dla Kalafiorkówny, com się namęczyła, żeby wybrać, bo dla dziewczynek to wszystko pinkowe jest.
W tle takie drewniane coś, jedno dla Alienka, drugie może dla Papryczka, dla Papryczka kupię za tydzień, bo nie wiedziałam, co lubi,a są piękne drewniane puzzle.
Dinozaurek, miękki jak kaczuszka... Może dla Alienka, nie wiem, jak nikt nie będzie chciał, sama wezmę, bo zaiste, jak kaczuszka, kurde, jak kaczuszka. Tylko cicho, żeby Ciapek nie usłyszał, bo zwieje.
I pierdalca dostałam po powrocie do domu.
Okna umyłam.
Jak pięknie, bo dzień był pochmurny, a wtedy najlepiej się myje, bo się smugi nie robią :D
Tajemnica mojego szaleństwa leży w cyklu hormonalnym. Moja mama i ciocia też myły okna raz w miesiącu. Ciocia nawet jak już klimakterium miała, bo mama się na nie nie załapała. Mam i ja tak. Raz w miesiącu muszę, inaczej się uduszę, ale przez te upały wymiękłam.
A dzisiejszy dzień był idealny.
Rzutem na taśmę: zmieniłam i wyprałam pościel, pranie zrobiłam, posprzątałam dokładnie kuchnię i mały pokój, duży też, zmieniłam obrusy i takie tam, nawet kurze pościerałam. No dobra, bez ściemy - na widoku i po łebkach. Ale okna robią całość i jest cót, mjut i ożeszki laskowe :D
Sekretem mojego mycia okien jest
bez tego idzie mi jak krew z nosa.
To ściągaczka od malucha. Szwagra, nawiasem mówiąc. Pożyczyłam i... świnia jedna, nie oddałam. Ale też się nie upominał, pewno kupił sobie nową.
Inną nie umiem. Kupiłam już mnóstwo innych, w IKEA, w gospodarstwie domowym, w Biedronce i homoniewiadomo gdzie. I żadna mi nie pasuje tylko ta.
Lubię się chwalić, że umyłam okna, bo to też dla mnie już wyczyn fizyczny, jestem strasznie zaniedbana, jedyne co może to usprawiedliwić, to koszmarne upały, nie byłam w stanie nic robić, a chodziłam tylko jak musiałam. Trzydniowe latanie przy spadku opłaciłam dwoma tygodniami choroby.
Więc tak, cieszę się, że nie tylko pomyłam okna, ale i tak dokładnie ogarnęłam tę kuwetę.
I wkurwia mnie, gdy ktoś mówi "to wpadnij do mnie i umyj okna". Jak będę chciała myć okna na okrągło, założę firmę. I nie, nie lubię myć okien. Lubię myć swoje okna, a to zasadnicza różnica. Mam w pracy taką koleżankę, która mi zawsze to proponuje. A ma dwie córki w wieku moich chłopaków, ale panienki nie lubią myć okien. Powiedziała, że mi zapłaci. Jak ma na to kasę, niech sobie wynajmie taką usługę.
Powiedziałam jej to wprost, że cudze okna mnie nie kręcą, orgazm mam tylko myjąc swoje :)
piątek, 21 września 2018
Nareszcie
pozamykane i pozamiatane, Kochany Pamiętniczku.
Ale jazdy były, bo nie przyjechała redaktorka z Warszawy, a zażyczyła sobie korektę w PDF.
No, a w pracowym kompiku mam Adobe z czasów dinozaurów, bez możliwości zaznaczania poprawek. Piszę, że zrobię, jak wrócę do domu, bo w domu mam program, ale nie, ma być teraz zaraz już i już.
Informatyk wchodzi do kompika, a jakże, zdalnie, co mnie bawi niezmiennie, bo rączki mam tutaj, a kursorek łazi sam, ale okazuje się, że... nie mamy licencji.
Nikt nie ma licencji, bo się nie opłaca.
Kolega robi wielkie oczy i...
Instaluje mi bezpłatną wersję Adobe. To mi wystarcza.
I tak sobie myślę, że pogadam z Inżynierem, czy to tak do końca legalne.
Czy też informatykowi się po prostu nie chciało?
Nie ściągałam sama, bo pechowa jestem, zawsze mi się wtedy McAffe czy inny badziew zainstaluje, zresztą to firmowy komp. Mam tam same starocie i muli, ale trudno :)
I tym pięknym sposobem wróciłam do domu w ostatnich promieniach letniego słońca, a lato było piękne tego roku...
Ponoć jutro ma być już jesień, deszcz i ogólnie japierdolę, co mnie nie cieszy, bo zaplanowałam mycie okien.
Zobaczymy, co ma być, będzie.
I z aparatów jednak kobieta dosłyszała nazwisko, a moje wszyscy przekręcają na tysiąc sposobów, bo SMS przyszedł z uprzejmym zaproszeniem. Odpisałam, ze w październiku, bo i tak nie mam jak.
Czas nie guma w majtach, nie wyciągnie się. Ale chyba odpadnie mi wizyta u laryngologa, co cieszyłoby mnie bardzo.
Zmęczona jestem i to bardzo, ale psychicznie. Dlatego potrzebuję fizycznego zmęczenia, żeby dojść ze sobą do ładu.
Niewiele mi czasu z tego wolnego zostaje dla mnie samej, bo przyszły tydzień chata pełna, potem minie kurcgalopkiem i już znów praca, potem Pierworodny i Umarlaki da się ogarnąć wreszcie, mam nadzieję, potem już listopad, trzy gazety, więc niewiele wolnego, potem grudzień i chuj znów bombki strzeli.
Jak to przelatuje, jak Zatopek, a kiedy usiąść, zadumać się i zwolnić?
No dobra, nie narzekam :)
Sublokatora nie wywaliłam i proszę, dołożył się do czynszu. Spisał się, co nie? Lubię Grzesia.
Polowałam na nią wczoraj cały wieczór, bo latała jak smród po gaciach, a dziś po pracy - tadam :)
Dlatego lubię pająki, a zwłaszcza Grzesia. Niech mu w ciałko idzie, bo mizerny. I będzie mi niezmiernie przykro, kiedy myjąc okna będę musiała go wyeksmitować. Coś wymyślę :)
Ale jazdy były, bo nie przyjechała redaktorka z Warszawy, a zażyczyła sobie korektę w PDF.
No, a w pracowym kompiku mam Adobe z czasów dinozaurów, bez możliwości zaznaczania poprawek. Piszę, że zrobię, jak wrócę do domu, bo w domu mam program, ale nie, ma być teraz zaraz już i już.
Informatyk wchodzi do kompika, a jakże, zdalnie, co mnie bawi niezmiennie, bo rączki mam tutaj, a kursorek łazi sam, ale okazuje się, że... nie mamy licencji.
Nikt nie ma licencji, bo się nie opłaca.
Kolega robi wielkie oczy i...
Instaluje mi bezpłatną wersję Adobe. To mi wystarcza.
I tak sobie myślę, że pogadam z Inżynierem, czy to tak do końca legalne.
Czy też informatykowi się po prostu nie chciało?
Nie ściągałam sama, bo pechowa jestem, zawsze mi się wtedy McAffe czy inny badziew zainstaluje, zresztą to firmowy komp. Mam tam same starocie i muli, ale trudno :)
I tym pięknym sposobem wróciłam do domu w ostatnich promieniach letniego słońca, a lato było piękne tego roku...
Ponoć jutro ma być już jesień, deszcz i ogólnie japierdolę, co mnie nie cieszy, bo zaplanowałam mycie okien.
Zobaczymy, co ma być, będzie.
I z aparatów jednak kobieta dosłyszała nazwisko, a moje wszyscy przekręcają na tysiąc sposobów, bo SMS przyszedł z uprzejmym zaproszeniem. Odpisałam, ze w październiku, bo i tak nie mam jak.
Czas nie guma w majtach, nie wyciągnie się. Ale chyba odpadnie mi wizyta u laryngologa, co cieszyłoby mnie bardzo.
Zmęczona jestem i to bardzo, ale psychicznie. Dlatego potrzebuję fizycznego zmęczenia, żeby dojść ze sobą do ładu.
Niewiele mi czasu z tego wolnego zostaje dla mnie samej, bo przyszły tydzień chata pełna, potem minie kurcgalopkiem i już znów praca, potem Pierworodny i Umarlaki da się ogarnąć wreszcie, mam nadzieję, potem już listopad, trzy gazety, więc niewiele wolnego, potem grudzień i chuj znów bombki strzeli.
Jak to przelatuje, jak Zatopek, a kiedy usiąść, zadumać się i zwolnić?
No dobra, nie narzekam :)
Sublokatora nie wywaliłam i proszę, dołożył się do czynszu. Spisał się, co nie? Lubię Grzesia.
Polowałam na nią wczoraj cały wieczór, bo latała jak smród po gaciach, a dziś po pracy - tadam :)
Dlatego lubię pająki, a zwłaszcza Grzesia. Niech mu w ciałko idzie, bo mizerny. I będzie mi niezmiernie przykro, kiedy myjąc okna będę musiała go wyeksmitować. Coś wymyślę :)
czwartek, 20 września 2018
Topić się
dzisiaj chciałam w Warcie, Kochany Pamiętniczku.
A tak fajnie zapowiadał się dzień.
Od paru dni dojechanie do pracy to jak loteria. Dziś widząc tłumy drepcące na przystanku, który o tej porze powinien być już pusty, wybrałam drogę okrężną i jak los pokazał - trafnie. Spóźniłam się do pracy tylko 4 minuty, a już w drzwiach wszyscy: Boss pyta o panią. Kurwa. Wysłał tekst o 7.25, zaczynamy pracę o 9. Jak jestem wcześniej, to gniję i w nosie dłubię.
No nic.
Skorekciłam.
Polazłam do kuchni po herbatkę, wychodzę, a Boss leci od ucha do ucha uśmiechnięty, z grabą. A ja w jednej ręce mam gorącą herbatę, a w drugiej zapasowy kubek. Bo ja mam najfajniejsze kubaski w całej redakcji i zawsze mi ktoś podprowadza. A ja nie lubię, jak ktoś z mojego kubka pije. Mam półlitrowe, w wszyscy mają małe, standardowe. Więc pożyczają. Zatem wyciągam ręce, że sorry, a ten mnie ojapierdolę, tuli. I o zdrowie, kurwa, pyta.
Już wiedziałam, że będą schody, ma się tego nosa.
Gala będzie.
Dostaję plakat, o dziwo.
Nie zgadzam się z tekstem i sruuu, do Bossa.
A ten się czepia, że mu coś tam poprawiłam, a poprawiłam dobrze. Kufa, Świat dużą literą pisze w środku zdania. On wszystko dużą, nawet Redaktor Naczelny :P
Ugiął się. Zmianę w plakacie zaakceptował.
I pojechał.
Godzinę później, gdy praca szła jak strumyk płynący z wolna, Długorzęsa Szczapa mówi, że Boss dzwonił. że poszedł błąd w chlewie.
Idę poszukać okeja, jest błąd. Mój błąd. I zastanawiam się, co mnie wygło, że takie coś puściłam? Jakim cudem? Coś mi nie pasowało, bo to nie była literówka, ale niespójne zdanie.
Zmartwiona mówię, że wezmę ten kamień, co w jednym pokoju leży i sruuu do Warty.
Pocieszać zaczęli, ale byłam niepocieszona. Kombinowałam, gdzie się rzucić, z mostu, czy z brzegu.
I tak czas płynął.
Odezwał się Pierworodny, że przyleci w październiku i zostanie do pojechania na cmentarz. Bo będzie SEP robił.I nie przyjadą na Gwiazdkę do PL bo nie dostał urlopu.
To mi pasuje. Bo nikt nie będzie się po chaupce plątał, jak mnie nie będzie. Kierownik Budowy będzie miał wstęp wzbroniony. Kwiatki podrzucę sąsiadom. Koniec, kropka :)
Znów robota.
Myślałam, że koniec, na śmierć zapomniawszy, że jeszcze z targów będzie relacja, ale los strzegł. Bo poszedłby koszmarek. Tłumy przyciągał magnez. Kurwa. Teraz mam tak wszystko popieprzone, że już sama nie jestem na sto procent pewna, jak poszło, ale... Nic to, jutro sprawdzę. Pierdolę wszystko.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, zwijając do domu, gdy wtem wpada Długorzęsa i mówi: Boss dzwoni, że w gali znów błąd.
Kurwa.
Czytałam to 4 razy, żeby błędu nie puścić, a błąd jest. Pora karierę skończyć.
Czytam. Znajduję błąd, ale kurwa, tego nie było tu. Mam pamięć wzrokową, zamykam oczy i widzę.
Biorę Worda. Jest inne zdanie, tego nie ma.
Drążę dalej. A, ktoś wyrzucił i nowe wrzucił, ale do korekty już nie dał. No i szło Euroropean, czego nikt nie widział, bo oni znają niemiecki, a nie angielski. Ja nie znam ani jednego, ani drugiego.
Poprawiłam.
I mordę drę, w sensie, że się wywnętrzam, bo muszę, inaczej się uduszę.
I coś mnie tyka.
Idę jeszcze raz do chlewa i biorę II korektę. A nie OK. I tak, to, co poszło źle to nie mój błąd. Po prostu koleżanka zmieniła słowa, ale nie wyrzuciła niepotrzebnych, które zaznaczyłam, żeby wyrzucić.
Ksero.
Kseruję. Nie robiłam tego nigdy, zawsze biorę wszystko na klatę. Nie drążę, kto, co, jak, błądzić jest rzeczą ludzką.
Ale hola, hola, nie wszystko na korektę. Pora zacząć pracować, nie na wariackich papierach, nie ja wszystko wiem lepiej. Bo ja nie wiem. I mam w sobie dużo pokory. I wiem, że robię błędy. Ale nie oskarżam nikogo i nie robię cyrków.
Bronić się jednak będę.
Bo to nie pierwsza taka akcja. Już kiedyś ktoś z zewnątrz dostał gotowy egzemplarz do skorekcenia, no i oczywiście - w tym fachu tak jest, że jeden rabin mówi tak, drugi rabin mówi nie. Ten ktoś miał na to 2 tygodnie :) Dwa tygodnie na taką robotę, w zaciszu domowym, bez to jest pilniejsze, ja zaraz wyjeżdżam i bez grzebania po mnie - biorę!
To była akcja poniżej pasa, jak i szukanie, ile robię, łącznie z drukowaniem Wordów i inne pierdoły.
Musiałam. Połaziłam z wydruczkami, pozwoliłam się pogłaskać po łysej główce i wysłuchałam: a nie mówiliśmy, nawet powiedziałam, że szkoda, że Warta nie wystąpi z brzegów, boby się trochę podlało. Zaprzeczali, ale ja swoje wiem :) Ja i ten kamolek - wylew rzeki murowany :)
Październikowy numer z głowy.
Jutro warzywka, ale warzywka to oaza spokoju. Wyśpię się i pojadę, jak będzie mi się chciało.
Dziękuję, życie, że wciąż mam siłę na takie fiki-miki, chociaż coraz trudniej to znoszę.
A tak fajnie zapowiadał się dzień.
Od paru dni dojechanie do pracy to jak loteria. Dziś widząc tłumy drepcące na przystanku, który o tej porze powinien być już pusty, wybrałam drogę okrężną i jak los pokazał - trafnie. Spóźniłam się do pracy tylko 4 minuty, a już w drzwiach wszyscy: Boss pyta o panią. Kurwa. Wysłał tekst o 7.25, zaczynamy pracę o 9. Jak jestem wcześniej, to gniję i w nosie dłubię.
No nic.
Skorekciłam.
Polazłam do kuchni po herbatkę, wychodzę, a Boss leci od ucha do ucha uśmiechnięty, z grabą. A ja w jednej ręce mam gorącą herbatę, a w drugiej zapasowy kubek. Bo ja mam najfajniejsze kubaski w całej redakcji i zawsze mi ktoś podprowadza. A ja nie lubię, jak ktoś z mojego kubka pije. Mam półlitrowe, w wszyscy mają małe, standardowe. Więc pożyczają. Zatem wyciągam ręce, że sorry, a ten mnie ojapierdolę, tuli. I o zdrowie, kurwa, pyta.
Już wiedziałam, że będą schody, ma się tego nosa.
Gala będzie.
Dostaję plakat, o dziwo.
Nie zgadzam się z tekstem i sruuu, do Bossa.
A ten się czepia, że mu coś tam poprawiłam, a poprawiłam dobrze. Kufa, Świat dużą literą pisze w środku zdania. On wszystko dużą, nawet Redaktor Naczelny :P
Ugiął się. Zmianę w plakacie zaakceptował.
I pojechał.
Godzinę później, gdy praca szła jak strumyk płynący z wolna, Długorzęsa Szczapa mówi, że Boss dzwonił. że poszedł błąd w chlewie.
Idę poszukać okeja, jest błąd. Mój błąd. I zastanawiam się, co mnie wygło, że takie coś puściłam? Jakim cudem? Coś mi nie pasowało, bo to nie była literówka, ale niespójne zdanie.
Zmartwiona mówię, że wezmę ten kamień, co w jednym pokoju leży i sruuu do Warty.
Pocieszać zaczęli, ale byłam niepocieszona. Kombinowałam, gdzie się rzucić, z mostu, czy z brzegu.
I tak czas płynął.
Odezwał się Pierworodny, że przyleci w październiku i zostanie do pojechania na cmentarz. Bo będzie SEP robił.I nie przyjadą na Gwiazdkę do PL bo nie dostał urlopu.
To mi pasuje. Bo nikt nie będzie się po chaupce plątał, jak mnie nie będzie. Kierownik Budowy będzie miał wstęp wzbroniony. Kwiatki podrzucę sąsiadom. Koniec, kropka :)
Znów robota.
Myślałam, że koniec, na śmierć zapomniawszy, że jeszcze z targów będzie relacja, ale los strzegł. Bo poszedłby koszmarek. Tłumy przyciągał magnez. Kurwa. Teraz mam tak wszystko popieprzone, że już sama nie jestem na sto procent pewna, jak poszło, ale... Nic to, jutro sprawdzę. Pierdolę wszystko.
Już byłam w ogródku, już z gąską się witałam, zwijając do domu, gdy wtem wpada Długorzęsa i mówi: Boss dzwoni, że w gali znów błąd.
Kurwa.
Czytałam to 4 razy, żeby błędu nie puścić, a błąd jest. Pora karierę skończyć.
Czytam. Znajduję błąd, ale kurwa, tego nie było tu. Mam pamięć wzrokową, zamykam oczy i widzę.
Biorę Worda. Jest inne zdanie, tego nie ma.
Drążę dalej. A, ktoś wyrzucił i nowe wrzucił, ale do korekty już nie dał. No i szło Euroropean, czego nikt nie widział, bo oni znają niemiecki, a nie angielski. Ja nie znam ani jednego, ani drugiego.
Poprawiłam.
I mordę drę, w sensie, że się wywnętrzam, bo muszę, inaczej się uduszę.
I coś mnie tyka.
Idę jeszcze raz do chlewa i biorę II korektę. A nie OK. I tak, to, co poszło źle to nie mój błąd. Po prostu koleżanka zmieniła słowa, ale nie wyrzuciła niepotrzebnych, które zaznaczyłam, żeby wyrzucić.
Ksero.
Kseruję. Nie robiłam tego nigdy, zawsze biorę wszystko na klatę. Nie drążę, kto, co, jak, błądzić jest rzeczą ludzką.
Ale hola, hola, nie wszystko na korektę. Pora zacząć pracować, nie na wariackich papierach, nie ja wszystko wiem lepiej. Bo ja nie wiem. I mam w sobie dużo pokory. I wiem, że robię błędy. Ale nie oskarżam nikogo i nie robię cyrków.
Bronić się jednak będę.
Bo to nie pierwsza taka akcja. Już kiedyś ktoś z zewnątrz dostał gotowy egzemplarz do skorekcenia, no i oczywiście - w tym fachu tak jest, że jeden rabin mówi tak, drugi rabin mówi nie. Ten ktoś miał na to 2 tygodnie :) Dwa tygodnie na taką robotę, w zaciszu domowym, bez to jest pilniejsze, ja zaraz wyjeżdżam i bez grzebania po mnie - biorę!
To była akcja poniżej pasa, jak i szukanie, ile robię, łącznie z drukowaniem Wordów i inne pierdoły.
Musiałam. Połaziłam z wydruczkami, pozwoliłam się pogłaskać po łysej główce i wysłuchałam: a nie mówiliśmy, nawet powiedziałam, że szkoda, że Warta nie wystąpi z brzegów, boby się trochę podlało. Zaprzeczali, ale ja swoje wiem :) Ja i ten kamolek - wylew rzeki murowany :)
Październikowy numer z głowy.
Jutro warzywka, ale warzywka to oaza spokoju. Wyśpię się i pojadę, jak będzie mi się chciało.
Dziękuję, życie, że wciąż mam siłę na takie fiki-miki, chociaż coraz trudniej to znoszę.
środa, 19 września 2018
Z tymi
zmianami to wcale nie do końca taka prawda, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem w pracy fonty mi padły.
Zawołany na ratunek T. pracowicie je wprowadzał z powrotem, albowiem informatyk przychodzi, jak ktoś strzelbę znajdzie. A fonty to podstawa mojej pracy, więc T. się poświęcił.
Ale okazało się, że są fonty, a nie ma ramki.
Znaczy się, w programie, który używam schowała się taka belka, na której są wszystkie przydasie. Umiem to obsługiwać, wyciągając funkcje z górnego paska, ale ile przy tym czasu tracę.
Raban podniosłam nieziemski.
I nie mógł nikt rameczki znaleźć, a ja dostałam po prawie całym dniu łażenia z kąta w kąt pracę na cito.
I co chwila ktoś właził, sprawdzając, czy już i dlaczego tak wolno.
Wyrzuciłam w końcu z wrzaskiem wszystkich, bo mało, że przeszkadzali, to nie mogłam nawet stron przewinąć.
Nienawidzę takich zmian.
Oddałam rzeczoną robotę.
Nigdy nie otwierałam tego programu na ślepo, a już był prawie czas do domu.
Zaryzykowałam, otworzyłam.
Nie mam zielonego pojęcia, co kliknęłam, ale odzyskałam tę pieprzoną rameczkę.
I znów mogę pracować z prędkością światła, z zamkniętymi oczami.
I jedyne co mnie teraz wkurza to przestawianie się z klawiatur, bo każda ma inny rozstaw liter i inne shifty i takie tam.
Ale spoko.
Z nudów wzięłam do ręki gazetkę wychodzącą piętro niżej. Kiedyś też ją korekciłam, na początku, w ramach pokazywania, jaka to ja dobra jestem. Potem miałam do wyboru moją i tamtą, ale nie chciałam tamtej, bo to tygodnik. Pracowałabym środa-piątek i poniedziałek. A tu jak dobrze idzie mam dwa tygodnie wolne. W międzyczasie tygodnik połączył się z drugim w Warszawie i ni cholery nie ogarniam, jak oni pracują, ale fakt, w sumie mają ok. 120 stron, odliczając od tego ogłoszenia drobne, program TV i ogłoszenia matrymonialne, których na pewno nikt nie korekci i reklamy, jest i tak sporo do roboty. Więc zerknęłam i ojapierdolę. Rozmawiałam potem z T., mówię jak jest, a on, żeby poczerwienić. Mówię, że nie będę kamieniem w koleżanki rzucała, a on, że nie chodzi o rzucanie. Ale Boss wciąż mówi, jak niechlujnie pracujemy. Nie wiem jak, mam zasadę nie brać do ręki drukowanego. Dla mojego zdrowia psychicznego. Tempo jest, jakie jest, a i po mnie co poniektórzy pracują. Nie ma tak, jak w Auschwitz, że korekta dostawała gotową makietę, podpisywała ją i już nikt nie mógł kropki zmienić. Często jest tak, że 5 minut po ogłoszeniu fajrantu i do następnego numeru, gdy mnie już nie ma, ktoś coś tam zmienia. U nas odpowiada redaktor, nie korekta. Więc cuda się zdarzają, a i chochliki nie śpią. Tak jak licho. Ono też nie śpi. I ja nie śpię. Z byle kim :) Ciapek i Miśki to nie byle kto, a reszta? Albo się nie liczy, albo jest milczeniem,
Nie, nie czytałam dokładnie, ale leciały po oczach błędy. Nawet w podpisach pod zdjęciami, które osobiście sprawdzam skrupulatnie, bo tytuły, śródtytuły i podpisy - to zawsze się w oczy rzuca. Pomijając już błędy stylistyczne typu w porównaniu do zamiast w porównaniu z - i to w wybiciach. I niekonsekwencje, bo raz % a raz procent. Nie jest to błędem, ale w tekście powinna być konsekwencja zapisu. U mnie przyjęto, że %, więc zawsze jest %.
I błędy zasadnicze, takie jak złe nazwy mieszkańców miejscowości. Fakt, to redaktorska robota, ale ja zawsze to sprawdzam.
I inne takie tam.
Dlatego mogę chodzić i drzeć mordę :)
Dam ten egzemplarz T. Jak chce, niech wykorzysta. Ja na zebrania nie chodzę.
A lubię moich kolegów, swoją pracę i nie znoszę twierdzenia, że jesteśmy tacy najgorsi.
Bo to nieprawda, są gorsi od nas :D
Tak mi się ostatnio wszystko okołopracowo kręci, ale czasem i tak bywa.
Okna, o dziwo, oprócz kuchennego, które osrały osy pchające się na gwałt do jedzenia, nie wyglądają źle, ale mam nadzieję wykorzystać jeszcze ciepły weekend do zrobienia z nimi porządku. Nie pada, więc nie są nawet brudne, tylko muszki je osrały.
A słońce teraz rano pada tak, że to widać. I kurz widać.
I mam pierdalca :P
No ale potem znów usiądę na listku bobkowym przy świecach i lampeczkach :D
Jeszcze jutro, będzie ciężko, bo muszę czekać na relację z targów, nie ma mocnych. A nie wiadomo, kiedy dojdzie, bo pisze mój ulubiony dział.
W piątek się wyśpię, polecę w południe na warzywka, ale to lajtowo jest.
A potem będzie intensywnie, bo i o aparatach muszę pomyśleć, i Inżynier wleci do dentysty, i koleżanka maruda mi się kroi zaraz.
A wrzesień cudny, jak nie wrzesień, o 18 26 stopni w cieniu, ojaciepierdolę. Wracając myślałam, że jestem chora, a po słońcu dreptałam z zakupami, to pewno i ze 28 było. Chociaż te upały nie są takie powalające jak naprawdę letnie. Są łagodniejsze i łatwiej je oswoić. Może dlatego, że noc przywraca już równowagę.
I na Dębinę albo w inny las mnie ciągnie, dawno nie byłam na przyrody łonie i choć niby co roku to samo, to jednak...
Duszaszczypatielno....
Albowiem w pracy fonty mi padły.
Zawołany na ratunek T. pracowicie je wprowadzał z powrotem, albowiem informatyk przychodzi, jak ktoś strzelbę znajdzie. A fonty to podstawa mojej pracy, więc T. się poświęcił.
Ale okazało się, że są fonty, a nie ma ramki.
Znaczy się, w programie, który używam schowała się taka belka, na której są wszystkie przydasie. Umiem to obsługiwać, wyciągając funkcje z górnego paska, ale ile przy tym czasu tracę.
Raban podniosłam nieziemski.
I nie mógł nikt rameczki znaleźć, a ja dostałam po prawie całym dniu łażenia z kąta w kąt pracę na cito.
I co chwila ktoś właził, sprawdzając, czy już i dlaczego tak wolno.
Wyrzuciłam w końcu z wrzaskiem wszystkich, bo mało, że przeszkadzali, to nie mogłam nawet stron przewinąć.
Nienawidzę takich zmian.
Oddałam rzeczoną robotę.
Nigdy nie otwierałam tego programu na ślepo, a już był prawie czas do domu.
Zaryzykowałam, otworzyłam.
Nie mam zielonego pojęcia, co kliknęłam, ale odzyskałam tę pieprzoną rameczkę.
I znów mogę pracować z prędkością światła, z zamkniętymi oczami.
I jedyne co mnie teraz wkurza to przestawianie się z klawiatur, bo każda ma inny rozstaw liter i inne shifty i takie tam.
Ale spoko.
Z nudów wzięłam do ręki gazetkę wychodzącą piętro niżej. Kiedyś też ją korekciłam, na początku, w ramach pokazywania, jaka to ja dobra jestem. Potem miałam do wyboru moją i tamtą, ale nie chciałam tamtej, bo to tygodnik. Pracowałabym środa-piątek i poniedziałek. A tu jak dobrze idzie mam dwa tygodnie wolne. W międzyczasie tygodnik połączył się z drugim w Warszawie i ni cholery nie ogarniam, jak oni pracują, ale fakt, w sumie mają ok. 120 stron, odliczając od tego ogłoszenia drobne, program TV i ogłoszenia matrymonialne, których na pewno nikt nie korekci i reklamy, jest i tak sporo do roboty. Więc zerknęłam i ojapierdolę. Rozmawiałam potem z T., mówię jak jest, a on, żeby poczerwienić. Mówię, że nie będę kamieniem w koleżanki rzucała, a on, że nie chodzi o rzucanie. Ale Boss wciąż mówi, jak niechlujnie pracujemy. Nie wiem jak, mam zasadę nie brać do ręki drukowanego. Dla mojego zdrowia psychicznego. Tempo jest, jakie jest, a i po mnie co poniektórzy pracują. Nie ma tak, jak w Auschwitz, że korekta dostawała gotową makietę, podpisywała ją i już nikt nie mógł kropki zmienić. Często jest tak, że 5 minut po ogłoszeniu fajrantu i do następnego numeru, gdy mnie już nie ma, ktoś coś tam zmienia. U nas odpowiada redaktor, nie korekta. Więc cuda się zdarzają, a i chochliki nie śpią. Tak jak licho. Ono też nie śpi. I ja nie śpię. Z byle kim :) Ciapek i Miśki to nie byle kto, a reszta? Albo się nie liczy, albo jest milczeniem,
Nie, nie czytałam dokładnie, ale leciały po oczach błędy. Nawet w podpisach pod zdjęciami, które osobiście sprawdzam skrupulatnie, bo tytuły, śródtytuły i podpisy - to zawsze się w oczy rzuca. Pomijając już błędy stylistyczne typu w porównaniu do zamiast w porównaniu z - i to w wybiciach. I niekonsekwencje, bo raz % a raz procent. Nie jest to błędem, ale w tekście powinna być konsekwencja zapisu. U mnie przyjęto, że %, więc zawsze jest %.
I błędy zasadnicze, takie jak złe nazwy mieszkańców miejscowości. Fakt, to redaktorska robota, ale ja zawsze to sprawdzam.
I inne takie tam.
Dlatego mogę chodzić i drzeć mordę :)
Dam ten egzemplarz T. Jak chce, niech wykorzysta. Ja na zebrania nie chodzę.
A lubię moich kolegów, swoją pracę i nie znoszę twierdzenia, że jesteśmy tacy najgorsi.
Bo to nieprawda, są gorsi od nas :D
Tak mi się ostatnio wszystko okołopracowo kręci, ale czasem i tak bywa.
Okna, o dziwo, oprócz kuchennego, które osrały osy pchające się na gwałt do jedzenia, nie wyglądają źle, ale mam nadzieję wykorzystać jeszcze ciepły weekend do zrobienia z nimi porządku. Nie pada, więc nie są nawet brudne, tylko muszki je osrały.
A słońce teraz rano pada tak, że to widać. I kurz widać.
I mam pierdalca :P
No ale potem znów usiądę na listku bobkowym przy świecach i lampeczkach :D
Jeszcze jutro, będzie ciężko, bo muszę czekać na relację z targów, nie ma mocnych. A nie wiadomo, kiedy dojdzie, bo pisze mój ulubiony dział.
W piątek się wyśpię, polecę w południe na warzywka, ale to lajtowo jest.
A potem będzie intensywnie, bo i o aparatach muszę pomyśleć, i Inżynier wleci do dentysty, i koleżanka maruda mi się kroi zaraz.
A wrzesień cudny, jak nie wrzesień, o 18 26 stopni w cieniu, ojaciepierdolę. Wracając myślałam, że jestem chora, a po słońcu dreptałam z zakupami, to pewno i ze 28 było. Chociaż te upały nie są takie powalające jak naprawdę letnie. Są łagodniejsze i łatwiej je oswoić. Może dlatego, że noc przywraca już równowagę.
I na Dębinę albo w inny las mnie ciągnie, dawno nie byłam na przyrody łonie i choć niby co roku to samo, to jednak...
Duszaszczypatielno....
wtorek, 18 września 2018
Moje
drugie imię to Panikara, Kochany Pamiętniczku.
17 września mijał mi termin używania Office'a. W zeszłym roku zapłacili mi z pracy, ale w tym nawet nie poruszam tematu, jest jak jest, w dupie mam. No ale przyjemność pracy na legalnym Office'u też kosztuje, 300 zł rocznie. Można za 800 zł wykupić na całe życie, ale... jeszcze muszę wygrać w totka :D Tak więc męczyłam biednego Inżyniera, bo to emilek był, potem drugi, a kasy z konta nie brali. Inżynier jak krowie na rowie tłumaczył, że po kasę to się zawsze zgłoszą i pacz pani, dziecko zawsze ma rację.
Zgolili dziś z konta i fakturkę wystawili.
Ale spoko. Nie, nie jestem święta, lata całe pracowałam nawet nie na Open Office, ale na zwykłym piracie. Pracuję z domu często, dla warzywek zazwyczaj z domu, więc... Nie chcę robić swoim pracodawcom siary. Fakt, mogliby kupić, wszystko mogą wrzucić w koszty, ale samo proszenie, pisanie. Pierdolę.
Nie mam zielonego pojęcia, jak będzie to wyglądało jak odejdę. A tak wiem, że jak nie zapłacę, będę miała. A z Officem jest dysk 1 TB, więc to się też kalkuluje, zwłaszcza przy moim fotach.
No nic, nieważne, kasa wydana.
Kota nie ma, myszy tańcują. Boss na Chińskim Murze siedzi, to i wszystko się wlekło, siedziałam dziś w pracy 10 godzin, z tego 8 przepracowane prawie bez sikania (nie miałam czasu pić). Spuchnięta jestem dodatkowo, bo w 19.30, gdy wracałam do domu na dworze było 21 stopni. Gdyby nie to, że był już zmierzch
pomyślałabym, że to ciepły, sierpniowy wieczór jak za dawnych lat.
A koło pracy rośnie
hmmm... obiadek czy nie obiadek?
Ranki już chłodnawe, ale nie chcę brać swetra, bo potem muszę dźwigać. Jeszcze dwa dni, zobaczymy jak będzie.
W piątek warzywka, dobrze, że je przenieśli na piątek, ale to dobrze, wyśpię się i spokojnie przyjadę na wydruki, tam dostaję całość, ogarniam i nie siedzę czekając na zmiłowanie.
To już osiem lat, a ja ciągle taka nieogarnięta i nieuczesana.
Dziś może powiedziałam parę słów za dużo, bo nasza gwiazda uśmiechała się do mnie serdecznie, a ostatnio na zebraniu p.o. Bossa powiedział, że jak pani H. mówi cicho, to źle wróży.Niestety, niektóre kobiety źle przeżywają klimakterium, a już zwłaszcza te, które całe życie jechały na chłopie. Pani H. jechała, aż miło, z poślizgiem, zmieniając mężów częściej niż ja obuwie... I zawsze dzięki męskiemu ramieniu była gwiazdą na niebiosach. Mąż jej zmarł kilka lat temu, nagle. Szkoda gościa, znałam go od lat. No ale pani H. ma już wyrobioną pozycję, jak może kogoś w dupę kopnąć, to kopnie, a co ma sobie żałować. Graficzką jest wszakże. Ano. Tyle że w porządnym DTP taka osoba jest łamaczem. Grafik to już wyższa szkoła jazdy. Nieważne, skoro jej to w życiu pomaga, to niech i graficzką będzie. W życiu nie zrobiła nic, co robi grafik i wiem, co mówię, bo pracuję z nią od 1992 r. :) Za to często poprawia teksty po korekcie, szkoda, że poprawia źle, a na każdego linka do słownika czy reguły robi sceny balkonowe. W życiu nie poprawiła po mnie literówki (a miałam paru fajnych łamaczy, nie grafików, którzy zawsze moje wpadki poprawiali), za to potrafiła się ze mną kłócić do upadłego, że odnośnie sprawy, a nie odnośnie do sprawy. Drobiazg, prawda? Na dywaniku u Bossa o to byłam... No bo jak to, pani H. mówi, że odnośnie... I wszyscy tak mówią...
W tym numerze dzięki talentowi graficzki czytałam strony po 4 razy. W umowie mam dwa, a wierzcie, czytanie 4 raz tego samego w kółko wcale nie poprawia wyłapywania błędów. A traci się czas, bolą oczy. Ale co tam, pani graficzka, widząc, że czytam dany tekst (takie ustawienia, ona widzi, ja nie) bawiła się w przełamywanie i cała moja praca szła się jebać.
Za czwartym razem poszłam z pyskiem do p.o., a ten, że i jemu taki numer walnęła dziś. A że korekta jest poniekąd pod ochroną (bo proszę, idź, poszukaj, gdzieś w największym tłumie, kto cię jeszcze tak zrozumie) i wyglądała jakby miała na zawał zejść... numerki skończyły się.
I tak się toczy życie firmowe.
A mogłoby być tak pięknie, co nie?
Czasem marzy mi się wielka wygrana w totka, bo życia już nie starczy na zarobienie na interes i firma tak naprawdę przyjazna dla ludzi.
Jestem wiedźmą, nie da się ukryć, ale czasem mam wrażenie, że potrafiłabym coś takiego stworzyć.
Ale może jak mówi Inżynier: zgadza się, ma mama wrażenie :)
PS Dla Zmorki, bez kropek. Ten layout mi się podoba i ostatnio zmieniłam zdanie. Tylko krowa nie zmienia poglądów - polubiłam zmiany. I jestem krową, bo komfort cieplny krów wynosi od 9 do 16 stopni. Identycznie jak mój :)
17 września mijał mi termin używania Office'a. W zeszłym roku zapłacili mi z pracy, ale w tym nawet nie poruszam tematu, jest jak jest, w dupie mam. No ale przyjemność pracy na legalnym Office'u też kosztuje, 300 zł rocznie. Można za 800 zł wykupić na całe życie, ale... jeszcze muszę wygrać w totka :D Tak więc męczyłam biednego Inżyniera, bo to emilek był, potem drugi, a kasy z konta nie brali. Inżynier jak krowie na rowie tłumaczył, że po kasę to się zawsze zgłoszą i pacz pani, dziecko zawsze ma rację.
Zgolili dziś z konta i fakturkę wystawili.
Ale spoko. Nie, nie jestem święta, lata całe pracowałam nawet nie na Open Office, ale na zwykłym piracie. Pracuję z domu często, dla warzywek zazwyczaj z domu, więc... Nie chcę robić swoim pracodawcom siary. Fakt, mogliby kupić, wszystko mogą wrzucić w koszty, ale samo proszenie, pisanie. Pierdolę.
Nie mam zielonego pojęcia, jak będzie to wyglądało jak odejdę. A tak wiem, że jak nie zapłacę, będę miała. A z Officem jest dysk 1 TB, więc to się też kalkuluje, zwłaszcza przy moim fotach.
No nic, nieważne, kasa wydana.
Kota nie ma, myszy tańcują. Boss na Chińskim Murze siedzi, to i wszystko się wlekło, siedziałam dziś w pracy 10 godzin, z tego 8 przepracowane prawie bez sikania (nie miałam czasu pić). Spuchnięta jestem dodatkowo, bo w 19.30, gdy wracałam do domu na dworze było 21 stopni. Gdyby nie to, że był już zmierzch
pomyślałabym, że to ciepły, sierpniowy wieczór jak za dawnych lat.
A koło pracy rośnie
hmmm... obiadek czy nie obiadek?
Ranki już chłodnawe, ale nie chcę brać swetra, bo potem muszę dźwigać. Jeszcze dwa dni, zobaczymy jak będzie.
W piątek warzywka, dobrze, że je przenieśli na piątek, ale to dobrze, wyśpię się i spokojnie przyjadę na wydruki, tam dostaję całość, ogarniam i nie siedzę czekając na zmiłowanie.
To już osiem lat, a ja ciągle taka nieogarnięta i nieuczesana.
Dziś może powiedziałam parę słów za dużo, bo nasza gwiazda uśmiechała się do mnie serdecznie, a ostatnio na zebraniu p.o. Bossa powiedział, że jak pani H. mówi cicho, to źle wróży.Niestety, niektóre kobiety źle przeżywają klimakterium, a już zwłaszcza te, które całe życie jechały na chłopie. Pani H. jechała, aż miło, z poślizgiem, zmieniając mężów częściej niż ja obuwie... I zawsze dzięki męskiemu ramieniu była gwiazdą na niebiosach. Mąż jej zmarł kilka lat temu, nagle. Szkoda gościa, znałam go od lat. No ale pani H. ma już wyrobioną pozycję, jak może kogoś w dupę kopnąć, to kopnie, a co ma sobie żałować. Graficzką jest wszakże. Ano. Tyle że w porządnym DTP taka osoba jest łamaczem. Grafik to już wyższa szkoła jazdy. Nieważne, skoro jej to w życiu pomaga, to niech i graficzką będzie. W życiu nie zrobiła nic, co robi grafik i wiem, co mówię, bo pracuję z nią od 1992 r. :) Za to często poprawia teksty po korekcie, szkoda, że poprawia źle, a na każdego linka do słownika czy reguły robi sceny balkonowe. W życiu nie poprawiła po mnie literówki (a miałam paru fajnych łamaczy, nie grafików, którzy zawsze moje wpadki poprawiali), za to potrafiła się ze mną kłócić do upadłego, że odnośnie sprawy, a nie odnośnie do sprawy. Drobiazg, prawda? Na dywaniku u Bossa o to byłam... No bo jak to, pani H. mówi, że odnośnie... I wszyscy tak mówią...
W tym numerze dzięki talentowi graficzki czytałam strony po 4 razy. W umowie mam dwa, a wierzcie, czytanie 4 raz tego samego w kółko wcale nie poprawia wyłapywania błędów. A traci się czas, bolą oczy. Ale co tam, pani graficzka, widząc, że czytam dany tekst (takie ustawienia, ona widzi, ja nie) bawiła się w przełamywanie i cała moja praca szła się jebać.
Za czwartym razem poszłam z pyskiem do p.o., a ten, że i jemu taki numer walnęła dziś. A że korekta jest poniekąd pod ochroną (bo proszę, idź, poszukaj, gdzieś w największym tłumie, kto cię jeszcze tak zrozumie) i wyglądała jakby miała na zawał zejść... numerki skończyły się.
I tak się toczy życie firmowe.
A mogłoby być tak pięknie, co nie?
Czasem marzy mi się wielka wygrana w totka, bo życia już nie starczy na zarobienie na interes i firma tak naprawdę przyjazna dla ludzi.
Jestem wiedźmą, nie da się ukryć, ale czasem mam wrażenie, że potrafiłabym coś takiego stworzyć.
Ale może jak mówi Inżynier: zgadza się, ma mama wrażenie :)
PS Dla Zmorki, bez kropek. Ten layout mi się podoba i ostatnio zmieniłam zdanie. Tylko krowa nie zmienia poglądów - polubiłam zmiany. I jestem krową, bo komfort cieplny krów wynosi od 9 do 16 stopni. Identycznie jak mój :)
sobota, 15 września 2018
Lepsze
jutro było wczoraj, Kochany Pamiętniczku.
Zielony blog może kiedyś wróci, bo też go lubię, ale primo po pierwsze, znudził mi się, a primo po drugie, człowiek czasem musi, inaczej się udusi.
A że nie mogę się dostać do mojej fryzjerki, padło na bloga :P
Śledzę huragany, uderzające w USA i na Filipinach. I wciąż myślę, jak bardzo bezbronni jesteśmy wobec przyrody i jak wiele szkód wyrządziliśmy sami sobie. Bo nawet taka "zwykła" burza to nie jest coś, co można po prostu wyłączyć. Można to przeżyć albo i nie, zależy jak los da. Zdaję sobie doskonale sprawę, że jak ktoś ma pecha, to i w drewnianym kościele cegła mu na łeb spadnie, ale co można zrobić, gdy znienacka zaatakuje taki żywioł.
Myślę, że jestem szczęściarą, że urodziłam się tu i tutaj, aczkolwiek nie mam zielonego pojęcia, co mnie czeka.
Ale to i lepiej.
I choć czasem wkurza mnie rano fakt, że znowu: kibelek, rączki, posłanie wyra, łazienka, kąpiel, tabletki, ekspres, śniadanie (dlaczego, kurde, nikt mi nie zrobi śniadania!), zmywanie, ogarnianie (po tylu latach mieszkania z My Shadow, który nic nie przestawia, nie licząc pieprzonych Miśków, mam staropanieńskie nawyki), ubieranie, sprawdzanie czy wszystko wyłączone, zamknięte, zakręcone, zgaszone, odcięte, czy mam perukę, zęby, biust gumowy i lewą nogę dobrze dokręconą, drzwi, klucze, już w windzie opanowywanie lęku, że nie zakluczyłam... I telefon, kurde, gdzie jest ajfonik? Bo muza leci z mp3... Ajfonik jest. Winda, kurcgalopek, plastik do plastiku, wczoraj dwa piwa, to i dwie butelki do szkła...
Dzień jak co dzień się zaczyna.
I dzięki losowi, że znów był: kibelek itd.
Bo to znaczy, że żyję, że moje organy działają jak należy, że mam dach nad głową, a jak jeszcze Miśki wytresuję, żeby mi śniadanie robiły, to już żyć nie umierać, co nie?
Szczęściara, a to, że coś tam napierdala, no jakże inaczej. Jak w moim wieku nic nie boli, to pora na szufelkę, śmietniczkę.
Miałam jakiś czas kłopoty z zasypianiem, dławiło mnie w gardle. Minęło po tym antybiotyku, gdy mnie tak ucho napieprzało. Z tego wniosek, że jednak coś tam się może dziać po aparatach tkwiących godzinami w uchu i czasem trzeba jednak do lekarza iść.
Bodyguarda zaczęłam oglądać, nie, nie ten stary film, ale nowy serial BBC. I już pierwsze minuty, a ja mam dreszcze na plecach i scenariusz gotowy. Bo... Inżynier z familią za niedługo pojedzie do Londynu. A nie jeździ tam samochodem, tylko pociągiem. I sam też często jeździ, na kursy, szkolenia i takie tam. No i Londyn, sam Londyn. Wiem, nie można żyć w strachu, zakopać się i liczyć na przetrwanie. Gdybym miała fajne towarzystwo od razu pojechałabym znów do Paryża, aczkolwiek to już nie jest mój Paryż i nigdy już nie będzie. Tak samo z Londynem. Tamte dni nie wrócą, ale nie można bać się wszystkiego.
Mam jednak mieszane uczucia. Kto mnie zna, wie, że nie mam nic do żadnego człowieka. Ale nieco dziwnie się czuję w PL, gdy pani w Biedronce nie może ze mną nawiązać kontaktu, bo... nie zna polskiego. Jakoś się w końcu dogadałyśmy, ale wychodziłam w jakimś - bo ja wiem - lekkim szoku, że w PL nie umiem się spokojnie dogadać. A jeszcze do tego schodami ruchomymi zjeżdżała para, hmmm.... Hindusów? Fajni, młodzi, trzymali się za ręce. Tak, wiem, że takie czasy, że wszystko się przemiesza, ale jak to, w mojej wiosce? To nie tak, że nie widuję tu obcokrajowców, ale to raczej zawsze w centrum, nie w mojej wiosce. Turyści tu nie zaglądają, bo nie mają po co, a mój Manhattan to po prostu Manhattan i już. Nic tu nie ma, zaledwie jeden czy dwa zabytkowe budynki szachulcowe, wiecznie spuszczone szlabany na przejazdach kolejowych, i fort jest, ponoć jakiś klub tam jest (był?)... I tyle.
Murzynów (wiem, wiem, niepoprawne politycznie, ale co ja za to mogę, nie podlatuję do nich i nie pytam, czy są z Ameryki i są Afroamerykanami, czy z jakiejś części Afryki, gdzie diabeł mówi dobranoc, czy może urodzili się przypadkiem w PL. Niejednemu psu Burek, nie obrażając nikogo) spotykam na pęczki. Rzut beretem od mojej pracki mieści się Atol, a tam mieszka naprawdę międzynarodowe towarzystwo. I zawsze przypomina mi się chwila, gdy w R., nie pamiętam już z jakiej okazji, znalazł się autentyczny Murzyn. Wciąż widzę matkę kowala, która podała mu rękę, a potem poleciała do kumoszek i cała przejęta mówiła im: no pacz, pacz, Murzyn, a wcale mnie nie omurzył, jak to możliwe? Omurzyć w gwarze wielkopolskiej to pobrudzić :)
I tak mi sobota minęła na leniuchowaniu. Klopsy zrobiłam, więc mam obiad na zapas. Tym razem wieprzowe, bo te wołowe to jakieś takie niedorobione są, a indyczego mięsa za Chiny Ludowe nie spróbuję, czy dobrze doprawione, a jest jałowe w chuj, choćby nie wiadomo, co w nie tkać.
Jutro pewno audiencja u Alienka, parę spraw jest do ogarnięcia. Po prezentacji nowego ajfonika chyba zrezygnuję z zakupu, póki mój nie zacznie padać, bo SE nie będzie wspomagane, a te nowe mnie nie kręcą. Zależy mi na czymś małym. a nie na takich kolubrynach i to za taką kasę. Ja mam czas, ja poczekam :)
I chcę, żeby Inżynier mi kupił
https://www.calendarclub.co.uk/models/male-models/men-in-kilts-a3-calendar-2019-r231734
Nie poproszę Synowej, bo znów odpowie mi, jak w zeszłym roku, że jeszcze ją stać na to, żeby mi kalendarz kupić. I kupi. Nie prosiłam Inżyniera, bo on zalatany był. I jest, ale teraz poproszę. Ok, wszystko zależy od tego, jak dane danie jest podane. Mnie też stać i kupuję, bo taką mam fantazję. A prosiłam ją, dlatego że wysyłka do PL to skomplikowana operacja logistyczna :D Inżynier kupi, kasę zainkasuje, bo taką mamy umowę o fantazjach i będzie git majonez.
Moje gotowanie jest niezdrowe dla Alienka. A byli w Ikea, mam film, jak Alienek wpierdala ichnie jedzenie, klepiąc się po brzuszku. Nie jadł jeszcze u mnie nic, bo ja niezdrowo gotuję. Fakt. Niezdrowo. Pyry bez soli (o sól było najwięcej jojczenia). I o cukier. Od kilku lat nie zużyłam nawet kilograma cukru, a to co zużyłam, to do słodzenia wzięli goście :P No, ale moje gotowanie jest niezdrowe z natury, co wszyscy w okolicy wiedzą i nawet dziadki śmietnikowe nie chcą jeść obiadków, wystawianych przeze mnie w słoikach, nie, nie na śmietniku, ale na kontenerach poza śmietnikiem, z datą gotowania. Na widok takiego słoika uciekają w podskokach, z krzykiem i z wrzaskiem, że SJ chce ich otruć. Co bardziej zdesperowani dzwonią ze swoich komóreczek od razu na 112.
I tak mija dzień za dniem, w swoim zwykłym tempie...
Jutro niedziela, a potem cztery szalone dni.
Lubię je, chociaż na nie narzekam :)
Tym razem kumulacja, zamykanie dwóch gazet w jeden dzień. Będzie się działo :D
Zielony blog może kiedyś wróci, bo też go lubię, ale primo po pierwsze, znudził mi się, a primo po drugie, człowiek czasem musi, inaczej się udusi.
A że nie mogę się dostać do mojej fryzjerki, padło na bloga :P
Śledzę huragany, uderzające w USA i na Filipinach. I wciąż myślę, jak bardzo bezbronni jesteśmy wobec przyrody i jak wiele szkód wyrządziliśmy sami sobie. Bo nawet taka "zwykła" burza to nie jest coś, co można po prostu wyłączyć. Można to przeżyć albo i nie, zależy jak los da. Zdaję sobie doskonale sprawę, że jak ktoś ma pecha, to i w drewnianym kościele cegła mu na łeb spadnie, ale co można zrobić, gdy znienacka zaatakuje taki żywioł.
Myślę, że jestem szczęściarą, że urodziłam się tu i tutaj, aczkolwiek nie mam zielonego pojęcia, co mnie czeka.
Ale to i lepiej.
I choć czasem wkurza mnie rano fakt, że znowu: kibelek, rączki, posłanie wyra, łazienka, kąpiel, tabletki, ekspres, śniadanie (dlaczego, kurde, nikt mi nie zrobi śniadania!), zmywanie, ogarnianie (po tylu latach mieszkania z My Shadow, który nic nie przestawia, nie licząc pieprzonych Miśków, mam staropanieńskie nawyki), ubieranie, sprawdzanie czy wszystko wyłączone, zamknięte, zakręcone, zgaszone, odcięte, czy mam perukę, zęby, biust gumowy i lewą nogę dobrze dokręconą, drzwi, klucze, już w windzie opanowywanie lęku, że nie zakluczyłam... I telefon, kurde, gdzie jest ajfonik? Bo muza leci z mp3... Ajfonik jest. Winda, kurcgalopek, plastik do plastiku, wczoraj dwa piwa, to i dwie butelki do szkła...
Dzień jak co dzień się zaczyna.
I dzięki losowi, że znów był: kibelek itd.
Bo to znaczy, że żyję, że moje organy działają jak należy, że mam dach nad głową, a jak jeszcze Miśki wytresuję, żeby mi śniadanie robiły, to już żyć nie umierać, co nie?
Szczęściara, a to, że coś tam napierdala, no jakże inaczej. Jak w moim wieku nic nie boli, to pora na szufelkę, śmietniczkę.
Miałam jakiś czas kłopoty z zasypianiem, dławiło mnie w gardle. Minęło po tym antybiotyku, gdy mnie tak ucho napieprzało. Z tego wniosek, że jednak coś tam się może dziać po aparatach tkwiących godzinami w uchu i czasem trzeba jednak do lekarza iść.
Bodyguarda zaczęłam oglądać, nie, nie ten stary film, ale nowy serial BBC. I już pierwsze minuty, a ja mam dreszcze na plecach i scenariusz gotowy. Bo... Inżynier z familią za niedługo pojedzie do Londynu. A nie jeździ tam samochodem, tylko pociągiem. I sam też często jeździ, na kursy, szkolenia i takie tam. No i Londyn, sam Londyn. Wiem, nie można żyć w strachu, zakopać się i liczyć na przetrwanie. Gdybym miała fajne towarzystwo od razu pojechałabym znów do Paryża, aczkolwiek to już nie jest mój Paryż i nigdy już nie będzie. Tak samo z Londynem. Tamte dni nie wrócą, ale nie można bać się wszystkiego.
Mam jednak mieszane uczucia. Kto mnie zna, wie, że nie mam nic do żadnego człowieka. Ale nieco dziwnie się czuję w PL, gdy pani w Biedronce nie może ze mną nawiązać kontaktu, bo... nie zna polskiego. Jakoś się w końcu dogadałyśmy, ale wychodziłam w jakimś - bo ja wiem - lekkim szoku, że w PL nie umiem się spokojnie dogadać. A jeszcze do tego schodami ruchomymi zjeżdżała para, hmmm.... Hindusów? Fajni, młodzi, trzymali się za ręce. Tak, wiem, że takie czasy, że wszystko się przemiesza, ale jak to, w mojej wiosce? To nie tak, że nie widuję tu obcokrajowców, ale to raczej zawsze w centrum, nie w mojej wiosce. Turyści tu nie zaglądają, bo nie mają po co, a mój Manhattan to po prostu Manhattan i już. Nic tu nie ma, zaledwie jeden czy dwa zabytkowe budynki szachulcowe, wiecznie spuszczone szlabany na przejazdach kolejowych, i fort jest, ponoć jakiś klub tam jest (był?)... I tyle.
Murzynów (wiem, wiem, niepoprawne politycznie, ale co ja za to mogę, nie podlatuję do nich i nie pytam, czy są z Ameryki i są Afroamerykanami, czy z jakiejś części Afryki, gdzie diabeł mówi dobranoc, czy może urodzili się przypadkiem w PL. Niejednemu psu Burek, nie obrażając nikogo) spotykam na pęczki. Rzut beretem od mojej pracki mieści się Atol, a tam mieszka naprawdę międzynarodowe towarzystwo. I zawsze przypomina mi się chwila, gdy w R., nie pamiętam już z jakiej okazji, znalazł się autentyczny Murzyn. Wciąż widzę matkę kowala, która podała mu rękę, a potem poleciała do kumoszek i cała przejęta mówiła im: no pacz, pacz, Murzyn, a wcale mnie nie omurzył, jak to możliwe? Omurzyć w gwarze wielkopolskiej to pobrudzić :)
I tak mi sobota minęła na leniuchowaniu. Klopsy zrobiłam, więc mam obiad na zapas. Tym razem wieprzowe, bo te wołowe to jakieś takie niedorobione są, a indyczego mięsa za Chiny Ludowe nie spróbuję, czy dobrze doprawione, a jest jałowe w chuj, choćby nie wiadomo, co w nie tkać.
Jutro pewno audiencja u Alienka, parę spraw jest do ogarnięcia. Po prezentacji nowego ajfonika chyba zrezygnuję z zakupu, póki mój nie zacznie padać, bo SE nie będzie wspomagane, a te nowe mnie nie kręcą. Zależy mi na czymś małym. a nie na takich kolubrynach i to za taką kasę. Ja mam czas, ja poczekam :)
I chcę, żeby Inżynier mi kupił
https://www.calendarclub.co.uk/models/male-models/men-in-kilts-a3-calendar-2019-r231734
Nie poproszę Synowej, bo znów odpowie mi, jak w zeszłym roku, że jeszcze ją stać na to, żeby mi kalendarz kupić. I kupi. Nie prosiłam Inżyniera, bo on zalatany był. I jest, ale teraz poproszę. Ok, wszystko zależy od tego, jak dane danie jest podane. Mnie też stać i kupuję, bo taką mam fantazję. A prosiłam ją, dlatego że wysyłka do PL to skomplikowana operacja logistyczna :D Inżynier kupi, kasę zainkasuje, bo taką mamy umowę o fantazjach i będzie git majonez.
Moje gotowanie jest niezdrowe dla Alienka. A byli w Ikea, mam film, jak Alienek wpierdala ichnie jedzenie, klepiąc się po brzuszku. Nie jadł jeszcze u mnie nic, bo ja niezdrowo gotuję. Fakt. Niezdrowo. Pyry bez soli (o sól było najwięcej jojczenia). I o cukier. Od kilku lat nie zużyłam nawet kilograma cukru, a to co zużyłam, to do słodzenia wzięli goście :P No, ale moje gotowanie jest niezdrowe z natury, co wszyscy w okolicy wiedzą i nawet dziadki śmietnikowe nie chcą jeść obiadków, wystawianych przeze mnie w słoikach, nie, nie na śmietniku, ale na kontenerach poza śmietnikiem, z datą gotowania. Na widok takiego słoika uciekają w podskokach, z krzykiem i z wrzaskiem, że SJ chce ich otruć. Co bardziej zdesperowani dzwonią ze swoich komóreczek od razu na 112.
I tak mija dzień za dniem, w swoim zwykłym tempie...
Jutro niedziela, a potem cztery szalone dni.
Lubię je, chociaż na nie narzekam :)
Tym razem kumulacja, zamykanie dwóch gazet w jeden dzień. Będzie się działo :D
Jak wrócę
to będę, Kochany Pamiętniczku.
I poprawię.
Bo coś zmienić muszę, nie ma to tamto.
A na razie cierpcie!
I poprawię.
Bo coś zmienić muszę, nie ma to tamto.
piątek, 14 września 2018
Stara
i głupia, bo jak inaczej to nazwać, Kochany Pamiętniczku?
Znów całą noc nie spałam, jak pojebana idiotka, bo do pracy, bo... Jakbym, kurde, miała te 27 lat i pracowała od paru lat. I pojebaną szefową i kierowników nad sobą. No Bossa mam, ale szanuję go, mimo potknięć, bo świadoma jestem, że należy szanować szefa swego, bo można mieć gorszego.
Autobus mi zwiał. A następne dwa wypadły z kursu, bo okazuje się, że w mojej wiosce nie ma kierowców za tę kasę, co im oferują i czekają na Ukraińców, Hindusów i inne nacje. Ojapierdolę, od jakiegoś czasu prowadzą autobusy też młode laski. Mój kręgosłup je przeklina, albowiem hamują tak, jakby miały kamienie w nogach. Naumiałam się już i jak widzę sytuację, że będzie hamowanie, odchylam się od siedzenia i sama sobą hamuję, żeby nie lecieć.
Ale mniejsza z większym. Dojechałam za dziesięć dziewiąta, więc nikt się nie mógł do niczego przyczepić (i tak by się nie przyczepił, ale lata pracy w różnych obozach, gdzie ze stoperem w ręku sprawdzano dotarcie do pracy, co logiczne jest na taśmie produkcyjnej, ale nielogiczne w instytucjach, w których czeka się na pracę), klapnęłam na fotelu, odpaliłam kompika, a tu wparowała Długorzęsa Szczapa (całkiem miła zresztą przy bliższym poznaniu dziewczyna), na którą Boss wszystko zwala. I od proga, że Boss. Uspokoiłam dziewczę, mówiąc, że nie dość, że jeszcze jestem głucha, to na dokładkę ślepa i nie widzę, co mówi. Wiać chciała, ale zatrzymałam, mówiąc, że zaraz się podłączę do rzeczywistości i za chwilę byłam silna, zwarta, gotowa i rzekłam: pan Boss wysłał emilka. A ona: skąd pani wie? Zarechotałam. Wiem, bo ja wiedźma jestem.Uspokoiłam dziewczę, że w pierwszej kolejności ogarnę tekst naczalstwa. I zabrałam się żwawo do pracy,
Ojapierdolę. Dojalnia. Mało, że dojalnia, to jeszcze udojnia. A nie ma czegoś takiego ni chuchu... Jest dojarnia i hala udojowa.
No nic, Boss ma zawsze rację, a ja muszę poprawiać :P
Moja racja jest mojsza i jedyna.
A potem to już ciurkiem i kurcgalopkiem i o 12.30 okazało się, że pracy nie ma.
No nie ma, wzięła i poszła się... lansować, powiedzmy.
W międzyczasie okazało się, że w grudniu w terminach nie do ogarnięcia jest i jakiś atlas, i testy.
Poczłapałam więc do redachtorów i rzekę, że nic z tego nie zrobię, bo w tym terminie rodziła będę.
O dziwo, akcja porodowa w moim wykonaniu znalazła większe zrozumienie w ich oczach niż pogrzeb Eksa czy inne me życiowe przypadłości, kazali wysłać emilka ku pamięci i powiedzieli, że zgwałcą Bossa, aczkolwiek z bólem serca.
Ojapierdolę.
Oczywiście, zaczęłam snuć spiskowe teorie dziejów, że już się mnie z rozkoszą pozbywają i takie tam.
Już widziałam, jak mi niosą trumnę z welonem...
Obleciałam obecnych i okazało się, że nic nie ma na dziś. A takie sceny balkonowe były wczoraj z wysyłaniem mi pracy do domu.
No to dupa w troki.
Idę się odmeldować do sekretariatu, a tam gadu-gadu, pierdu-pierdu z sekretarką i redachtórką i wyszło, że to się zaczął mój ósmy rok w tej pracce.
Rzekłam: przez te lata zalazłam wam za skórę, że jak odejdę, ucztę z paleniem ogniska wyprawicie. Sekretarka: a co ty myślałaś, łobuzie, wszyscy się ucieszą jak cholera (z nią i jeszcze z jedną osobą, z którą pracowałam w mojej pierwszej korekcie jestem na ty). A redachtórka wzdechła, jakby na nią kamień spadł i mówi: oj, pani Jędzo, to dopiero będzie tragedia.
Więc na dwoje babka wróżyła: albo się ucieszą, albo i nie.
I tym pięknym sposobem, zamiast pracować w pocie czoła na sól do śledzia, w pocie czoła ogarnęłam tę kuwetę i teraz sobie w Tobie, Kochany Pamiętniczku trzy po trzy skrobię...
Radio Pogoda gra, lampeczki dają ciepłe światło, kuweta ogarnięta...
I dwa spokojne dni w perspektywie.
Mam nadzieję, że spokojne.
Udanego weekendu życzę wszystkim :)
Znów całą noc nie spałam, jak pojebana idiotka, bo do pracy, bo... Jakbym, kurde, miała te 27 lat i pracowała od paru lat. I pojebaną szefową i kierowników nad sobą. No Bossa mam, ale szanuję go, mimo potknięć, bo świadoma jestem, że należy szanować szefa swego, bo można mieć gorszego.
Autobus mi zwiał. A następne dwa wypadły z kursu, bo okazuje się, że w mojej wiosce nie ma kierowców za tę kasę, co im oferują i czekają na Ukraińców, Hindusów i inne nacje. Ojapierdolę, od jakiegoś czasu prowadzą autobusy też młode laski. Mój kręgosłup je przeklina, albowiem hamują tak, jakby miały kamienie w nogach. Naumiałam się już i jak widzę sytuację, że będzie hamowanie, odchylam się od siedzenia i sama sobą hamuję, żeby nie lecieć.
Ale mniejsza z większym. Dojechałam za dziesięć dziewiąta, więc nikt się nie mógł do niczego przyczepić (i tak by się nie przyczepił, ale lata pracy w różnych obozach, gdzie ze stoperem w ręku sprawdzano dotarcie do pracy, co logiczne jest na taśmie produkcyjnej, ale nielogiczne w instytucjach, w których czeka się na pracę), klapnęłam na fotelu, odpaliłam kompika, a tu wparowała Długorzęsa Szczapa (całkiem miła zresztą przy bliższym poznaniu dziewczyna), na którą Boss wszystko zwala. I od proga, że Boss. Uspokoiłam dziewczę, mówiąc, że nie dość, że jeszcze jestem głucha, to na dokładkę ślepa i nie widzę, co mówi. Wiać chciała, ale zatrzymałam, mówiąc, że zaraz się podłączę do rzeczywistości i za chwilę byłam silna, zwarta, gotowa i rzekłam: pan Boss wysłał emilka. A ona: skąd pani wie? Zarechotałam. Wiem, bo ja wiedźma jestem.Uspokoiłam dziewczę, że w pierwszej kolejności ogarnę tekst naczalstwa. I zabrałam się żwawo do pracy,
Ojapierdolę. Dojalnia. Mało, że dojalnia, to jeszcze udojnia. A nie ma czegoś takiego ni chuchu... Jest dojarnia i hala udojowa.
No nic, Boss ma zawsze rację, a ja muszę poprawiać :P
Moja racja jest mojsza i jedyna.
A potem to już ciurkiem i kurcgalopkiem i o 12.30 okazało się, że pracy nie ma.
No nie ma, wzięła i poszła się... lansować, powiedzmy.
W międzyczasie okazało się, że w grudniu w terminach nie do ogarnięcia jest i jakiś atlas, i testy.
Poczłapałam więc do redachtorów i rzekę, że nic z tego nie zrobię, bo w tym terminie rodziła będę.
O dziwo, akcja porodowa w moim wykonaniu znalazła większe zrozumienie w ich oczach niż pogrzeb Eksa czy inne me życiowe przypadłości, kazali wysłać emilka ku pamięci i powiedzieli, że zgwałcą Bossa, aczkolwiek z bólem serca.
Ojapierdolę.
Oczywiście, zaczęłam snuć spiskowe teorie dziejów, że już się mnie z rozkoszą pozbywają i takie tam.
Już widziałam, jak mi niosą trumnę z welonem...
Obleciałam obecnych i okazało się, że nic nie ma na dziś. A takie sceny balkonowe były wczoraj z wysyłaniem mi pracy do domu.
No to dupa w troki.
Idę się odmeldować do sekretariatu, a tam gadu-gadu, pierdu-pierdu z sekretarką i redachtórką i wyszło, że to się zaczął mój ósmy rok w tej pracce.
Rzekłam: przez te lata zalazłam wam za skórę, że jak odejdę, ucztę z paleniem ogniska wyprawicie. Sekretarka: a co ty myślałaś, łobuzie, wszyscy się ucieszą jak cholera (z nią i jeszcze z jedną osobą, z którą pracowałam w mojej pierwszej korekcie jestem na ty). A redachtórka wzdechła, jakby na nią kamień spadł i mówi: oj, pani Jędzo, to dopiero będzie tragedia.
Więc na dwoje babka wróżyła: albo się ucieszą, albo i nie.
I tym pięknym sposobem, zamiast pracować w pocie czoła na sól do śledzia, w pocie czoła ogarnęłam tę kuwetę i teraz sobie w Tobie, Kochany Pamiętniczku trzy po trzy skrobię...
Radio Pogoda gra, lampeczki dają ciepłe światło, kuweta ogarnięta...
I dwa spokojne dni w perspektywie.
Mam nadzieję, że spokojne.
Udanego weekendu życzę wszystkim :)
czwartek, 13 września 2018
Asertywność
to moje nowe imię, Kochany Pamiętniczku.
Wczoraj jeszcze była cisza przed burzą, ale dziś się rozhulało.
Ja tu sobie tuptu-dreptu, a telefon wibruje.
Posłałam teksty do korekty.
No i?
Odpisuję, że mam urlop, będę jutro w redakcji.
Przeprosiła. Ale jej jutro nie będzie, więc dopiero w poniedziałek będzie się mogła zająć.
Trudno.
Dotychczas rzucałam wszystko i szłam pracować.
Ale skoro wtedy, gdy ja potrzebuję odrobimy zrozumienia nikt się tym nie przejmuje, bo tak, bo korekta ma być dyspozycyjna, to dlaczego?
Mam urlop. Pobłogosławiony. Wiem, będzie zapierdol, ale mam urlop.W majestacie prawa nie muszę nic robić. Trzy dni poświęciłam z niego na zrobienie czegoś, co do drukarni iść musiało. OK. I robiłam wtedy wszystko, co podesłali.
Ale kiedyś trzeba powiedzieć stop.
Na poczcie było pięć tekstów od faceta, który zawsze daje teksty w ostatnim dniu. Hurtem. Co mnie też wkurwia, bo zasada powinna być: zrobiłeś, daj korekcie. Pięciu tekstów od razu nie napisze, pisze je po kolei. Jeżeli ma je od obcych autorów, to ja najlepiej wiem, że teksty nie są redagowane, nawet ich nie czytają czasami, bo to, co mój Boss uważa za redakcję, redakcją nie jest. Nieważne.
Piszę emilka, że sorry, poszłam w długą.
Ale jego nie będzie.
No i?
Mają laptopy (ja nie mam) z wgranym oprogramowaniem i połączone z komputerem pracowym. Wejście na FTP. Więc w sumie rybka mi to, że będą pracować w weekend.
Mam urlop :P
Każdy z nich, oczywiście, musi swoje zrobić w danym miesiącu, niezależnie od urlopu. Ale ja też :P A czasem więcej, tak naprawdę zawsze jestem potrzebna wtedy, kiedy chcę wolne.
Nawet z pogrzebem Eksa był problem, a przecież potrzebowałam tylko dnia na pogrzeb, nie załatwiałam nic.
Więc sorry, Winnetou, business is business :)
Mam urlop.
Dopiero odmawiając poczułam, że tak naprawdę mam urlop :) Że wszystko mogę, nic nie muszę :D
Deszcz pada. I dobrze, jest taka okropna susza. Jesiennie się zrobiło, u mnie świeczuszki już w robocie i lampki też.
Kicz?
Ale jaki fajny...
Prognozy nie brzmią zachęcająco. Mają wrócić trzydziestostopniowe upały, a na UK szykuje się Helena niejaka.
Nie chcę o tym nawet myśleć.
Już drętwieję ze strachu.
Posłałam za kwiaty na grób 50 zł. Pytałam i pytałam i nic ani be, ani me, ani kukuryku. Podejrzewam, że pije i to ostro. I moje podejrzenia są uzasadnione, bo odpisuje ni w pięć, ni w dziesięć. A na wysłaną kasę odpisała capsem pod postem, zupełnie nie na temat i że za dużo. Z literówkami, jakich nie nasadziłabym po półlitrze. No nic, nieważne, ważne, że Umarlaki mają kwiaty, choć do nich nie dojechałam.
Mam nadzieję, że wybaczą, bo o nich myślę.
I nie, nie boję się lania po mordzie. Zasłużyłam na nie bardzo uczciwie :)
Sprawiedliwość zaś ale musi być :D
Wczoraj jeszcze była cisza przed burzą, ale dziś się rozhulało.
Ja tu sobie tuptu-dreptu, a telefon wibruje.
Posłałam teksty do korekty.
No i?
Odpisuję, że mam urlop, będę jutro w redakcji.
Przeprosiła. Ale jej jutro nie będzie, więc dopiero w poniedziałek będzie się mogła zająć.
Trudno.
Dotychczas rzucałam wszystko i szłam pracować.
Ale skoro wtedy, gdy ja potrzebuję odrobimy zrozumienia nikt się tym nie przejmuje, bo tak, bo korekta ma być dyspozycyjna, to dlaczego?
Mam urlop. Pobłogosławiony. Wiem, będzie zapierdol, ale mam urlop.W majestacie prawa nie muszę nic robić. Trzy dni poświęciłam z niego na zrobienie czegoś, co do drukarni iść musiało. OK. I robiłam wtedy wszystko, co podesłali.
Ale kiedyś trzeba powiedzieć stop.
Na poczcie było pięć tekstów od faceta, który zawsze daje teksty w ostatnim dniu. Hurtem. Co mnie też wkurwia, bo zasada powinna być: zrobiłeś, daj korekcie. Pięciu tekstów od razu nie napisze, pisze je po kolei. Jeżeli ma je od obcych autorów, to ja najlepiej wiem, że teksty nie są redagowane, nawet ich nie czytają czasami, bo to, co mój Boss uważa za redakcję, redakcją nie jest. Nieważne.
Piszę emilka, że sorry, poszłam w długą.
Ale jego nie będzie.
No i?
Mają laptopy (ja nie mam) z wgranym oprogramowaniem i połączone z komputerem pracowym. Wejście na FTP. Więc w sumie rybka mi to, że będą pracować w weekend.
Mam urlop :P
Każdy z nich, oczywiście, musi swoje zrobić w danym miesiącu, niezależnie od urlopu. Ale ja też :P A czasem więcej, tak naprawdę zawsze jestem potrzebna wtedy, kiedy chcę wolne.
Nawet z pogrzebem Eksa był problem, a przecież potrzebowałam tylko dnia na pogrzeb, nie załatwiałam nic.
Więc sorry, Winnetou, business is business :)
Mam urlop.
Dopiero odmawiając poczułam, że tak naprawdę mam urlop :) Że wszystko mogę, nic nie muszę :D
Deszcz pada. I dobrze, jest taka okropna susza. Jesiennie się zrobiło, u mnie świeczuszki już w robocie i lampki też.
Kicz?
Ale jaki fajny...
Prognozy nie brzmią zachęcająco. Mają wrócić trzydziestostopniowe upały, a na UK szykuje się Helena niejaka.
Nie chcę o tym nawet myśleć.
Już drętwieję ze strachu.
Posłałam za kwiaty na grób 50 zł. Pytałam i pytałam i nic ani be, ani me, ani kukuryku. Podejrzewam, że pije i to ostro. I moje podejrzenia są uzasadnione, bo odpisuje ni w pięć, ni w dziesięć. A na wysłaną kasę odpisała capsem pod postem, zupełnie nie na temat i że za dużo. Z literówkami, jakich nie nasadziłabym po półlitrze. No nic, nieważne, ważne, że Umarlaki mają kwiaty, choć do nich nie dojechałam.
Mam nadzieję, że wybaczą, bo o nich myślę.
I nie, nie boję się lania po mordzie. Zasłużyłam na nie bardzo uczciwie :)
Sprawiedliwość zaś ale musi być :D
środa, 12 września 2018
Tego lata
mamę stawy bolały tak, Kochany Pamiętniczku, że ręce miała wykręcone i nie mogła nic robić. Tego dnia brat miał dyżur przy zmywaniu, ale swoim zwyczajem ulotnił się niespodziewanie. Zabierałam się za zmywanie, gdy przyszła moja psiapsióła, z zamiarem wyciągnięcia mnie na włóczęgę. To były ostatnie dni wakacji. Drzwi otworzyła mama, bo ja w kuchni nie słyszałam pukania. Kazała mi zostawić zmywanie i iść na spacer, a ja - głupia - posłuchałam. Miałam szesnaście lat i kiełbie we łbie.
Kilka dni później mama poszła do lekarza.
Nie pomagały jej już żadne leki, nawet przemycana z Zachodu indometacyna. Przemycana w paczkach, w kawie, bo nie było jej wtedy w PL, a czasy były, jakie były.
Lekarz zapisał jakieś lekarstwo robione w aptece. Pojechałam do K. z receptą. Do odbioru było na drugi dzień, więc odebrał ojciec, po pracy.
Mama zażyła lek, usiadła na łóżku i straciła przytomność.
Pobiegłam na posterunek milicji, bo tam był jedyny telefon we wsi.
Po długim czekaniu zabrano nieprzytomną mamę do szpitala w K.
Po dwóch tygodniach zmarła, nie odzyskawszy przytomności. I tak do dziś naprawdę nie wiem, dlaczego zmarła. Czy lekarstwo było złe, czy tak, jak tłumaczył nam lekarz: oderwał się skrzep i zablokował serce, powinniśmy niebiosom dziękować, że nie przeżyła, bo byłaby kaleką... Czy faktycznie? Nie wiem. Nic nie wiem.
To były inne czasy, a my nie byliśmy Ziobrami.
Miałam 16 lat, gdy zawalił się cały mój świat i nic go już nie naprawiło. Już prawie pół wieku minęło, a boli wciąż tak samo.
Kurewsko.
Poukładałam sobie życie, nie mówię, że nie.
Cały czas miałam w głowie słowa mamy, gdy już leżała ciężko chora: nie boję się o Pawła, boję się o Ciebie. Bo kobiety zawsze mają w życiu przerąbane i więcej się od nich wymaga. Ucz się, bo tego, co masz w głowie, nikt Ci nie zabierze. I pamiętaj, nigdy nie stań się zależna od mężczyzny, bo to Twoja zguba.
Sama nie była zależna. Skończyła liceum pedagogiczne, z dużą maturą, co zawsze z dumą podkreślała, wspominając przy tym, jak zła była na dziadka, który uparł się, że musi zrobić dużą maturę, bo ona chciała iść do pracy, mieć porządny płaszcz, a nie płaszcz z szynela i jedwabne pończochy sniły jej się po nocach. Pończochy kupiła jej siostra, Ciocia, która uczyć się nie chciała i poszła do pracy w piekarni... A mama mówiła, jak bardzo potem była wdzięczna dziadkowi za ten upór, bo koleżanki, już dzieciate i mężate musiały robić dużą maturę, męcząc się z obowiązkami domowymi, bo jej nie zrobiły od razu. Przepisy w oświacie się zmieniły. A ona była wolna i miała tę dużą maturę.
To zawsze miałam w pamięci i powiedziałam sobie, że OK, szaleństwa, romanse, wsiadanie do pociągu byle jakiego, ale najpierw nauka i papier.
Chodziłam w ciuchach z paczek, śmiesznych, z amerykańskiego demobilu, ale dziwnych. Dziś bym się z takich ciuchów cieszyła. Zawsze odstawałam i byłam inna. Uparta. Robiąca po swojemu.
Po pierwszym roku ojciec powiedział, że nie wrócę na studia, bo pokłócił się ze swoją żoną i potrzebował kobiety w domu.
Miałam 5 zł w kieszeni.
Pięć złotych kosztował bilet do K.
Spakowałam walizkę i pojechałam do Cioci.
Ciocia pożyczyła mi 50 zł, które zresztą skrupulatnie jej oddałam. Po latach powiedziała, że żałuje, że mi tych pieniędzy nie dała. Nie była biedna. A ja byłam jej do końca wdzięczna za te pożyczkę.
Pojechałam do PZ. Poszłam prosto z dworca na uczelnię. Nie miałam ani akademika, ani stypendium, bo ojciec miał za wysokie zarobki. Dostałam od ręki i akademik, i stypendium. Poszłam do ZUS i po stwierdzeniu, ze jestem pełnoletnia, ZUS od razu wysłał mi pół renty po mamie na adres akademika. Po pół roku miałam już stypendium naukowe za wyniki w nauce i... moje finanse osiągnęły prawie poziom ojcowskiej pensji :P Zaczęłam pomagać bratu. Skończyłam studia.
Byłam niezależna od nikogo i tak pozostało do dziś.
Odchodząc od męża niewiele traciłam, ponieważ nie pracował, 3/4 dochodów to była moja pensja.
Nie było łatwo, ale też nikt nie obiecywał, że będzie.
Dziękuję, Mamo, za to najlepsze, co mi dałaś: wskazówkę, jak żyć.
Staram się, choć sama wiesz, że daleko mi do Twojej idealnej dziewczynki.
Ale to tylko Ty wiesz.
I ja.
Kocham Cię wciąż tą rozpaczliwą, tęskniącą miłością.
I tak już zostanie.
Mam nadzieję, że za bardzo za całokształt nie oberwę po pysku, że policzysz mi te dni, kiedy upadałam jednak na plus.
Bo też mnie kochałaś. I kochasz pewno nadal. A może nie?
Kilka dni później mama poszła do lekarza.
Nie pomagały jej już żadne leki, nawet przemycana z Zachodu indometacyna. Przemycana w paczkach, w kawie, bo nie było jej wtedy w PL, a czasy były, jakie były.
Lekarz zapisał jakieś lekarstwo robione w aptece. Pojechałam do K. z receptą. Do odbioru było na drugi dzień, więc odebrał ojciec, po pracy.
Mama zażyła lek, usiadła na łóżku i straciła przytomność.
Pobiegłam na posterunek milicji, bo tam był jedyny telefon we wsi.
Po długim czekaniu zabrano nieprzytomną mamę do szpitala w K.
Po dwóch tygodniach zmarła, nie odzyskawszy przytomności. I tak do dziś naprawdę nie wiem, dlaczego zmarła. Czy lekarstwo było złe, czy tak, jak tłumaczył nam lekarz: oderwał się skrzep i zablokował serce, powinniśmy niebiosom dziękować, że nie przeżyła, bo byłaby kaleką... Czy faktycznie? Nie wiem. Nic nie wiem.
To były inne czasy, a my nie byliśmy Ziobrami.
Miałam 16 lat, gdy zawalił się cały mój świat i nic go już nie naprawiło. Już prawie pół wieku minęło, a boli wciąż tak samo.
Kurewsko.
Poukładałam sobie życie, nie mówię, że nie.
Cały czas miałam w głowie słowa mamy, gdy już leżała ciężko chora: nie boję się o Pawła, boję się o Ciebie. Bo kobiety zawsze mają w życiu przerąbane i więcej się od nich wymaga. Ucz się, bo tego, co masz w głowie, nikt Ci nie zabierze. I pamiętaj, nigdy nie stań się zależna od mężczyzny, bo to Twoja zguba.
Sama nie była zależna. Skończyła liceum pedagogiczne, z dużą maturą, co zawsze z dumą podkreślała, wspominając przy tym, jak zła była na dziadka, który uparł się, że musi zrobić dużą maturę, bo ona chciała iść do pracy, mieć porządny płaszcz, a nie płaszcz z szynela i jedwabne pończochy sniły jej się po nocach. Pończochy kupiła jej siostra, Ciocia, która uczyć się nie chciała i poszła do pracy w piekarni... A mama mówiła, jak bardzo potem była wdzięczna dziadkowi za ten upór, bo koleżanki, już dzieciate i mężate musiały robić dużą maturę, męcząc się z obowiązkami domowymi, bo jej nie zrobiły od razu. Przepisy w oświacie się zmieniły. A ona była wolna i miała tę dużą maturę.
To zawsze miałam w pamięci i powiedziałam sobie, że OK, szaleństwa, romanse, wsiadanie do pociągu byle jakiego, ale najpierw nauka i papier.
Chodziłam w ciuchach z paczek, śmiesznych, z amerykańskiego demobilu, ale dziwnych. Dziś bym się z takich ciuchów cieszyła. Zawsze odstawałam i byłam inna. Uparta. Robiąca po swojemu.
Po pierwszym roku ojciec powiedział, że nie wrócę na studia, bo pokłócił się ze swoją żoną i potrzebował kobiety w domu.
Miałam 5 zł w kieszeni.
Pięć złotych kosztował bilet do K.
Spakowałam walizkę i pojechałam do Cioci.
Ciocia pożyczyła mi 50 zł, które zresztą skrupulatnie jej oddałam. Po latach powiedziała, że żałuje, że mi tych pieniędzy nie dała. Nie była biedna. A ja byłam jej do końca wdzięczna za te pożyczkę.
Pojechałam do PZ. Poszłam prosto z dworca na uczelnię. Nie miałam ani akademika, ani stypendium, bo ojciec miał za wysokie zarobki. Dostałam od ręki i akademik, i stypendium. Poszłam do ZUS i po stwierdzeniu, ze jestem pełnoletnia, ZUS od razu wysłał mi pół renty po mamie na adres akademika. Po pół roku miałam już stypendium naukowe za wyniki w nauce i... moje finanse osiągnęły prawie poziom ojcowskiej pensji :P Zaczęłam pomagać bratu. Skończyłam studia.
Byłam niezależna od nikogo i tak pozostało do dziś.
Odchodząc od męża niewiele traciłam, ponieważ nie pracował, 3/4 dochodów to była moja pensja.
Nie było łatwo, ale też nikt nie obiecywał, że będzie.
Dziękuję, Mamo, za to najlepsze, co mi dałaś: wskazówkę, jak żyć.
Staram się, choć sama wiesz, że daleko mi do Twojej idealnej dziewczynki.
Ale to tylko Ty wiesz.
I ja.
Kocham Cię wciąż tą rozpaczliwą, tęskniącą miłością.
I tak już zostanie.
Mam nadzieję, że za bardzo za całokształt nie oberwę po pysku, że policzysz mi te dni, kiedy upadałam jednak na plus.
Bo też mnie kochałaś. I kochasz pewno nadal. A może nie?
wtorek, 11 września 2018
Piętnaście
lat temu odszedł mój brat, Kochany Pamiętniczku.
Tak sobie zakałapućkał życie, że sam je sobie odebrał.
Wprawdzie o umarłych albo dobrze, albo wcale, ale nic nie zmieni faktu, że je po prostu przepił.
Gospodyni, u której mieszkał na pokoju mówiła, że źle robię, że nie domagam się śledztwa, że zgadzam się na umorzenie z powodu niewykrycia udziału osób trzecich, że miała na pieńku z ludźmi z powodu pieniędzy.
Tak, miałam się szarpać, pisać odwołania, odwlekać pogrzeb. U Leppera nic nie wykryli, Petelicki też nie wiadomo kto go wykończył, Ziętara do dziś nierozwiązana zagadka. I ja, mała muszka. Tak, być może nie starałam się, byłam złą siostrą i nie zaopiekowałam się młodszym bratem.
Long story.
Latałam za nim na boisko, żeby się uczył, a on mnie kopniakami z boiska wywalał. Załatwiłam mu internat i stypendium, żeby nie musiał z ojcem mieszkać, to wciąż mi wytykał, że ja studia kończę, bo na opinii jadę. Na pamięci mamusi.
Zabrałam go do Poznania, płaciłam za internat w technikum, żeby mógł się dalej kształcić, to bimbał sobie, nie poszedł na egzamin poprawkowy i cały rok moich starań poszedł w pizdu.
Miał pracę, w której zarabiał cztery razy tyle co ja, aż mój szwagier, lekarzem będący (jeden z wielu lekarzy w tej rodzinie, leń patentowany, pracujący 4 godziny dziennie w jednej przychodni) buntował się oficjalnie, że robole tyle zarabiają.
Nie odkładał nic, w pewnym momencie przepił książeczkę mieszkaniową, tuż przed otrzymaniem mieszkania.
Ograniczyłam mu kontakt z dziećmi, kiedy wydało się przypadkowo, że moje dzieci są doskonale znane we wszystkich knajpach na Starołęce. Po prostu wujek kupował lody, żeby nie mówili mamusi, gdzie chodzą z wujkiem.
A, księgę by można napisać i serial nakręcić.
Było, minęło.
Tak, bracie, to ja mam problem z alkoholem, zgadza się.
Ale nigdy nie dopuściłam do tego, żeby alkohol spierdolił mi życie. I tego się trzymam. Nie, Ty tego problemu nie miałeś.
I dlatego, paląc dziś dla Ciebie świeczuszkę, popijam piwko i zapisuję, co można odczytać.
Wracając z Twojego pogrzebu Inżynier wylądował na OIOM.
Wiesz, że to nie był dla mnie najlepszy czas w życiu.
A jeszcze jutro rocznica śmierci Mamy - już 48.
I to nie są dla mnie dobre dni, choć staram się trzymać pion.
Jak zawsze. I jak zawsze muszę być silna, zwarta, gotowa, bo kto, jak nie ja?
Pojebana matka Polka.
Myślisz, że nigdy Ci nie zazdrościłam?
A może jestem zbyt dużym tchórzem, by iść w Twoje ślady?
Może czeka na mnie tam cała familia, wpierdol dostanę i łomot za to, że jestem taką zakłamaną suką? Że się nie pochyliłam nad Twoją niedolą, skoro wszystko w życiu mi łatwo szło, szkoła na opinii, studia psim swędem, mąż mi się trafił i dwójka fajnych bachorów z nieba zleciała, co nie?
A Ty zawsze miałeś pod górkę i pod wiatr, bo Twój słuch. I to potrafię akurat zrozumieć, bo też to przerabiałam i do dziś przerabiam.
Ale ja widzę w ludziach to, że chcą pomóc, Ty widziałeś inaczej. Tych, co mnie kopnęli, po prostu omijałam, bo gówna się nie rusza.
Kto to wie...
Zamknęłam dodatek. Spokojnie. I mam zamiar wykorzystać te dwa dni podpisanego urlopu. Pierdolę, nie idę do pracy. Już wychodziłam (a wiedzą, że mam urlop i jestem w pracy tylko dla dodatku), a pani podrzuca mi na biurko wydruk i emilka śle. Wiedzą, kurwa, że nie wyjdę mając nieskończoną robotę. Więc zgrzytam zębami, materiał z emilka odsyłam skorekcony. Zgrzytając jeszcze mocniej, korekcę wydruczek. I co ja paczę? Pompa hydrofobowa. Dwa razy. Coś mi nie pasuje. No ba, przecież nie ma hydrofobów. Kurwa mać. Puściłabym. W sumie Boss by mi gówno zrobił, bo nie mam się znać na technice. Ale kurwa, co robi redaktorka, kręcąca się całymi dniami po redakcji? Idę do niej z wydruczkiem, ale gdzie tam, nie ma. Już do domu poszła.
Kurwa mać. Przed godzinami wyjścia. Za to ja na urlopie zapierdalam po godzinach. Życie :D
A dojalnia zamiast dojarnia to już standard. I tu nawet nie chodzi o znajomość pisowni, ale o to, że to są ludzie słyszący!
Dobra, nie nerwujemy się, szkoda zdrowia.
Tak sobie kasztany pod kompikiem gromadzę i przypominam, jak ktoś kiedyś nucił mi: włosy masz jak kasztany...
Było, minęło, już nawet nie boli. To był pięknu romans. Wie o nim tylko jeden człowiek i niech już tak zostanie. Prawie jak celebrytka byłam. Prawie. Wyrzuciłam wszystko po nim, bo nie warto, Nie warto zamienić tego, co dało życie, na takie nic. Ale...
Zasada, że już nigdy nie będzie mnie bolało dotrzymana :)
I zagadka stulecia: jak wygląda pyra z gzikiem na pizzy? Mogę zamówić do pracy, knajpa jest vis-à-vis, co dzień na szagę tam zasuwam, ale hallo, 29 zł za pyry z gzikiem? Tego moja wyobraźnia nie ogarnia.
Zobaczymy.
Na tablicy wisi ogłoszenie, że mogę zgłosić w spółdzielni, że nie chcę papierowej książeczki czynszowej. Ojapierdolę. Od lat im to mówię, to są wymierne oszczędności. Ja od jakichś 18 chyba lat mam konto netowe i płacę tylko elektronicznie. Taka książeczka to dla mnie problem, bo nie mam jak dziadostwa zutylizować, a tam wszystkie moje dane osobowe łącznie z adresem I tak mi narósł stos tego, nie licząc stosu z zapłaconymi odcinkami z czasów przedinternetowych. Też by trzeba jakoś to zutylizować...
Więc nareszcie, a ile drzew dzięki temu ocaleje?
W zaproszeniach na FB znalazłam mojego ekskierownika z Auschwitz. I tak się zastanawiam, bo nie mam ani jednego miłego wspomnienia z nim związanego, wprost przeciwnie, facet gnój jakich mało. Z jednej strony mnie korci, bo na FB - nie ma co ukrywać, fajnie jest. A i ja odżyłam po odejściu stamtąd Ale z drugiej strony - nie wiem, czy chcę.
Ktoś? Coś?
Znów muszę przespać się ze ślimakami :)
Tak sobie zakałapućkał życie, że sam je sobie odebrał.
Wprawdzie o umarłych albo dobrze, albo wcale, ale nic nie zmieni faktu, że je po prostu przepił.
Gospodyni, u której mieszkał na pokoju mówiła, że źle robię, że nie domagam się śledztwa, że zgadzam się na umorzenie z powodu niewykrycia udziału osób trzecich, że miała na pieńku z ludźmi z powodu pieniędzy.
Tak, miałam się szarpać, pisać odwołania, odwlekać pogrzeb. U Leppera nic nie wykryli, Petelicki też nie wiadomo kto go wykończył, Ziętara do dziś nierozwiązana zagadka. I ja, mała muszka. Tak, być może nie starałam się, byłam złą siostrą i nie zaopiekowałam się młodszym bratem.
Long story.
Latałam za nim na boisko, żeby się uczył, a on mnie kopniakami z boiska wywalał. Załatwiłam mu internat i stypendium, żeby nie musiał z ojcem mieszkać, to wciąż mi wytykał, że ja studia kończę, bo na opinii jadę. Na pamięci mamusi.
Zabrałam go do Poznania, płaciłam za internat w technikum, żeby mógł się dalej kształcić, to bimbał sobie, nie poszedł na egzamin poprawkowy i cały rok moich starań poszedł w pizdu.
Miał pracę, w której zarabiał cztery razy tyle co ja, aż mój szwagier, lekarzem będący (jeden z wielu lekarzy w tej rodzinie, leń patentowany, pracujący 4 godziny dziennie w jednej przychodni) buntował się oficjalnie, że robole tyle zarabiają.
Nie odkładał nic, w pewnym momencie przepił książeczkę mieszkaniową, tuż przed otrzymaniem mieszkania.
Ograniczyłam mu kontakt z dziećmi, kiedy wydało się przypadkowo, że moje dzieci są doskonale znane we wszystkich knajpach na Starołęce. Po prostu wujek kupował lody, żeby nie mówili mamusi, gdzie chodzą z wujkiem.
A, księgę by można napisać i serial nakręcić.
Było, minęło.
Tak, bracie, to ja mam problem z alkoholem, zgadza się.
Ale nigdy nie dopuściłam do tego, żeby alkohol spierdolił mi życie. I tego się trzymam. Nie, Ty tego problemu nie miałeś.
I dlatego, paląc dziś dla Ciebie świeczuszkę, popijam piwko i zapisuję, co można odczytać.
Wracając z Twojego pogrzebu Inżynier wylądował na OIOM.
Wiesz, że to nie był dla mnie najlepszy czas w życiu.
A jeszcze jutro rocznica śmierci Mamy - już 48.
I to nie są dla mnie dobre dni, choć staram się trzymać pion.
Jak zawsze. I jak zawsze muszę być silna, zwarta, gotowa, bo kto, jak nie ja?
Pojebana matka Polka.
Myślisz, że nigdy Ci nie zazdrościłam?
A może jestem zbyt dużym tchórzem, by iść w Twoje ślady?
Może czeka na mnie tam cała familia, wpierdol dostanę i łomot za to, że jestem taką zakłamaną suką? Że się nie pochyliłam nad Twoją niedolą, skoro wszystko w życiu mi łatwo szło, szkoła na opinii, studia psim swędem, mąż mi się trafił i dwójka fajnych bachorów z nieba zleciała, co nie?
A Ty zawsze miałeś pod górkę i pod wiatr, bo Twój słuch. I to potrafię akurat zrozumieć, bo też to przerabiałam i do dziś przerabiam.
Ale ja widzę w ludziach to, że chcą pomóc, Ty widziałeś inaczej. Tych, co mnie kopnęli, po prostu omijałam, bo gówna się nie rusza.
Kto to wie...
Zamknęłam dodatek. Spokojnie. I mam zamiar wykorzystać te dwa dni podpisanego urlopu. Pierdolę, nie idę do pracy. Już wychodziłam (a wiedzą, że mam urlop i jestem w pracy tylko dla dodatku), a pani podrzuca mi na biurko wydruk i emilka śle. Wiedzą, kurwa, że nie wyjdę mając nieskończoną robotę. Więc zgrzytam zębami, materiał z emilka odsyłam skorekcony. Zgrzytając jeszcze mocniej, korekcę wydruczek. I co ja paczę? Pompa hydrofobowa. Dwa razy. Coś mi nie pasuje. No ba, przecież nie ma hydrofobów. Kurwa mać. Puściłabym. W sumie Boss by mi gówno zrobił, bo nie mam się znać na technice. Ale kurwa, co robi redaktorka, kręcąca się całymi dniami po redakcji? Idę do niej z wydruczkiem, ale gdzie tam, nie ma. Już do domu poszła.
Kurwa mać. Przed godzinami wyjścia. Za to ja na urlopie zapierdalam po godzinach. Życie :D
A dojalnia zamiast dojarnia to już standard. I tu nawet nie chodzi o znajomość pisowni, ale o to, że to są ludzie słyszący!
Dobra, nie nerwujemy się, szkoda zdrowia.
Tak sobie kasztany pod kompikiem gromadzę i przypominam, jak ktoś kiedyś nucił mi: włosy masz jak kasztany...
Było, minęło, już nawet nie boli. To był pięknu romans. Wie o nim tylko jeden człowiek i niech już tak zostanie. Prawie jak celebrytka byłam. Prawie. Wyrzuciłam wszystko po nim, bo nie warto, Nie warto zamienić tego, co dało życie, na takie nic. Ale...
Zasada, że już nigdy nie będzie mnie bolało dotrzymana :)
I zagadka stulecia: jak wygląda pyra z gzikiem na pizzy? Mogę zamówić do pracy, knajpa jest vis-à-vis, co dzień na szagę tam zasuwam, ale hallo, 29 zł za pyry z gzikiem? Tego moja wyobraźnia nie ogarnia.
Zobaczymy.
Na tablicy wisi ogłoszenie, że mogę zgłosić w spółdzielni, że nie chcę papierowej książeczki czynszowej. Ojapierdolę. Od lat im to mówię, to są wymierne oszczędności. Ja od jakichś 18 chyba lat mam konto netowe i płacę tylko elektronicznie. Taka książeczka to dla mnie problem, bo nie mam jak dziadostwa zutylizować, a tam wszystkie moje dane osobowe łącznie z adresem I tak mi narósł stos tego, nie licząc stosu z zapłaconymi odcinkami z czasów przedinternetowych. Też by trzeba jakoś to zutylizować...
Więc nareszcie, a ile drzew dzięki temu ocaleje?
W zaproszeniach na FB znalazłam mojego ekskierownika z Auschwitz. I tak się zastanawiam, bo nie mam ani jednego miłego wspomnienia z nim związanego, wprost przeciwnie, facet gnój jakich mało. Z jednej strony mnie korci, bo na FB - nie ma co ukrywać, fajnie jest. A i ja odżyłam po odejściu stamtąd Ale z drugiej strony - nie wiem, czy chcę.
Ktoś? Coś?
Znów muszę przespać się ze ślimakami :)
poniedziałek, 10 września 2018
Obserwując
świat, podglądając go ciekawie, Kochany Pamiętniczku, coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że My Shadow to najlepszy towarzysz życia.
Sąsiedzi zza ściany. Wprowadzaliśmy się razem, trochę starsi od nas, może jakieś 10 lat góra. Stosunki poprawne, aczkolwiek chłodne, w sensie żadnych kawek, podrzucania dzieci. Nic z tych rzeczy. On wyniosły i chłodny, jak mógł, to i złośliwie coś zrobił, jak złośliwie zarządził opróżnianie wspólnej komórki, bo mu chuj wi co przeszkadzało. Do dzisiaj trzyma w niej rowerek akurat na Małą Wiedźmę, choć nie mam zielonego pojęcia, czy ma jakieś prawnuki, wnuków nigdy nie widziałam. Mają dwóch synów, też po tatusiu wyniośli i mruki, widuję raz na dziesięć lat, nie mam zielonego pojęcia, gdzie mieszkają. Ona despotka, zawsze pod bronią: makijaż, fryzura, pewna siebie. Przepisywałam jej synom na maszynie do pisania prace magisterskie, to wlatywała co drugi dzień do mnie, że ona by też przepisała, bo umie pisać na maszynie. Oczywiście, na zasadzie, że ja jej dam maszynę. A to było dla mnie wtedy jedyne źródło utrzymania, ona zaś miała dobra posadkę w HCP i jej mąż również.
Obecnie zmaga się z daleko posuniętą demencją tudzież innym alzheimerem, nie mam pojęcia.
Ale nawet gdy widzi mnie trzy razy dziennie, za każdym razem mówi, że dawno nie widziała moich chłopców i moich wnuków. I tak dookoła wojtek.
On zapieprza po zakupy, chociaż choruje i ledwo chodzi.
Nigdy nie chodził po zakupy, nigdy nie widziałam ich na spacerze z dziećmi.
Pewno, nie mój cyrk, nie moje małpy. Ostatnio często jeżdżą taksówką do lekarza. Wiem, bo ona z daleka mnie informuje. On już nawet zębów nie zakłada. Widać, że jest bardzo, ale to bardzo zmęczony.
Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo wykończa opieka nad kimś z demencją.
Ale zastanawiam się, gdzie są ich synowie? I dorosłe już wnuki? Czy zjawią się dopiero po mieszkanie?
Wiem, mogę zaproponować pomoc.
Ale...
Jak, skoro nie mamy po ponad 30 latach żadnych punktów stycznych?
Smutne to, nieprawdaż?
Jadę rano autobusem. Przystanek. Biegnie mężczyzna w moim wieku. Za nim w pewnej odległości pani w tym samym, ze śladami naprawdę dużej urody. On wpada w środkowe drzwi, wchodzi do środka. Ona nie ma szans, ale kierowca jest dżentelmen, otwiera przednie drzwi. Pani wpada i leci do środka.
Wysiadamy na tym samym przystanku. Już wiem, są parą. Małżeństwem, sądząc po obrączce na jej palcu. Próbuje mu poprawić kaptur od sweterka. On warczy. Ona cedzi przez zęby "złośliwiec" i widać łzy, kręcące się jej w oku.
I tak myślę: kobieto, na chuja ci taki palant? Zakładam, że nie stało się to na stare lata.
Nie rozumiem.
Małżeństwo w sklepie. Wspólnie pchają sklepowy wózek. Ona bierze w ręce wszystko, co jej się nawinie. On mówi nie i przewraca oczyma. W końcu za którymś tam rupieciem mówi: pierdolę, sama rób zakupy, mieliśmy kupić tylko mleko i mąkę. Nie zapłacę.
Wychodzi.
Ona odkłada wszystko na półkę.
Błogosławię moją kartę. I moją pracę.
Nie wiem, co to znaczy być zależna od czyichś pieniędzy.
I oby tak zostało.
Młoda para na ulicy. Nie rozmawiają, wrzeszczą. Machają rękoma jak wiatraki skrzydłami. Czerwieni na twarzy. Przechodząc łapię: bo ty zawsze...
No tak.
Ty, My Shadow, zawsze jesteś koło mnie. Cichy, współczujący, rozumiejący.
Wiem, generalizuję, ale tych scenek jest tyle, że ojapierdolę.
Może jeszcze u młodych tego tak nie widać, ale u tych po czterdziestce - konia z rzędem temu, kto pójdzie trzymając się za rękę i nie warcząc na siebie.
Mój śp. wujek, trzykrotny rozwodnik, przystojniak, jak wszyscy chłopcy z tego rodu, a 12 ich było, z żonami jak malowanie, zawsze mi mówił: nie wychodź za mąż, brak papierków cementuje związek.
Z ostatnią żoną wziął ślub już grubo po siedemdziesiątce, chcąc ją zabezpieczyć finansowo na starość.
Pracowałam dziś spokojnie, bo Boss gdzieś tam. Ale okazało się, że wszystko jest pompowane pod panią "graficzkę", że będę musiała dodatkowo przyjść w środę (przypominam, mam urlop), bo ona jutro ma dentystę (a jakie akcje były, jak ja miałam pogrzeb i inne takie tam). Pierdolę. Po dwóch godzinach czekania, gdy po opierdolu dostałam pracę, wypięłam się i poszłam w pizdu.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. To, co zostało, z palcem w dupie zrobię w góra dwie godziny, albo i szybciej. To, że oni potrzebują dwóch dni, rybka mi. Będą musieli dostosować się do tego, kiedy zechcę się zjawić.
A mam parę spraw do załatwienia, chociażby ten pieprzony laryngolog :P
Fotka z telefonu nie oddaje, niebo było zjawiskowe.
W domu czeka na mnie
koniec lata i...
przedsmak uroków wczesnego zmierzchu...
A także
stos wyprasowanej w niedzielę bielizny, która stygła :)
Update: Ludzie jednak interesowni są w chuj. Po ponad 40 latach na FB znalazła mnie koleżanka z pierwszej posady. Bo w międzyczasie z rzadka bo z rzadka, ale miałyśmy kontakt i wiedziała z NK, że Inżynier jest w UK. W NK nie bywam od... ???... dobrych kilku lat. Znalazła mnie na FB i och, ach, sranie w banie, bo mam przyjechać, wyjechać, odjechać, bo tęskni. Choć całe dorosłe życie spędziłyśmy w sumie osobno i w swojej kuwecie. Na moje, że może jutro, może w grudniu, może w środę po południu pojadę, nie wytrzymała i zapytała o pracę w IT w UK, bo ma kogoś.
Odpisałam, że dobrzy fachowcy dostają posadę.
I cisza...
Nie mam koleżanki :P
Koleżanka z nieco mocniejszymi więzami, bo miejscowa, co ruski rok się spotykamy, zmieniła pracę z gazetowej (brała moje fotki za frico, ale mi to rybka akurat) przeniosła się na rzecznika. I uparcie lansuje moje wejście do instytucji, w której rzecznikuje, w ogóle nie myśląc, czy to moja bajka, czy nie...
Czuję, że stracę koleżankę niedługo :P
Mogłabym tak bez końca...
Sąsiedzi zza ściany. Wprowadzaliśmy się razem, trochę starsi od nas, może jakieś 10 lat góra. Stosunki poprawne, aczkolwiek chłodne, w sensie żadnych kawek, podrzucania dzieci. Nic z tych rzeczy. On wyniosły i chłodny, jak mógł, to i złośliwie coś zrobił, jak złośliwie zarządził opróżnianie wspólnej komórki, bo mu chuj wi co przeszkadzało. Do dzisiaj trzyma w niej rowerek akurat na Małą Wiedźmę, choć nie mam zielonego pojęcia, czy ma jakieś prawnuki, wnuków nigdy nie widziałam. Mają dwóch synów, też po tatusiu wyniośli i mruki, widuję raz na dziesięć lat, nie mam zielonego pojęcia, gdzie mieszkają. Ona despotka, zawsze pod bronią: makijaż, fryzura, pewna siebie. Przepisywałam jej synom na maszynie do pisania prace magisterskie, to wlatywała co drugi dzień do mnie, że ona by też przepisała, bo umie pisać na maszynie. Oczywiście, na zasadzie, że ja jej dam maszynę. A to było dla mnie wtedy jedyne źródło utrzymania, ona zaś miała dobra posadkę w HCP i jej mąż również.
Obecnie zmaga się z daleko posuniętą demencją tudzież innym alzheimerem, nie mam pojęcia.
Ale nawet gdy widzi mnie trzy razy dziennie, za każdym razem mówi, że dawno nie widziała moich chłopców i moich wnuków. I tak dookoła wojtek.
On zapieprza po zakupy, chociaż choruje i ledwo chodzi.
Nigdy nie chodził po zakupy, nigdy nie widziałam ich na spacerze z dziećmi.
Pewno, nie mój cyrk, nie moje małpy. Ostatnio często jeżdżą taksówką do lekarza. Wiem, bo ona z daleka mnie informuje. On już nawet zębów nie zakłada. Widać, że jest bardzo, ale to bardzo zmęczony.
Zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo wykończa opieka nad kimś z demencją.
Ale zastanawiam się, gdzie są ich synowie? I dorosłe już wnuki? Czy zjawią się dopiero po mieszkanie?
Wiem, mogę zaproponować pomoc.
Ale...
Jak, skoro nie mamy po ponad 30 latach żadnych punktów stycznych?
Smutne to, nieprawdaż?
Jadę rano autobusem. Przystanek. Biegnie mężczyzna w moim wieku. Za nim w pewnej odległości pani w tym samym, ze śladami naprawdę dużej urody. On wpada w środkowe drzwi, wchodzi do środka. Ona nie ma szans, ale kierowca jest dżentelmen, otwiera przednie drzwi. Pani wpada i leci do środka.
Wysiadamy na tym samym przystanku. Już wiem, są parą. Małżeństwem, sądząc po obrączce na jej palcu. Próbuje mu poprawić kaptur od sweterka. On warczy. Ona cedzi przez zęby "złośliwiec" i widać łzy, kręcące się jej w oku.
I tak myślę: kobieto, na chuja ci taki palant? Zakładam, że nie stało się to na stare lata.
Nie rozumiem.
Małżeństwo w sklepie. Wspólnie pchają sklepowy wózek. Ona bierze w ręce wszystko, co jej się nawinie. On mówi nie i przewraca oczyma. W końcu za którymś tam rupieciem mówi: pierdolę, sama rób zakupy, mieliśmy kupić tylko mleko i mąkę. Nie zapłacę.
Wychodzi.
Ona odkłada wszystko na półkę.
Błogosławię moją kartę. I moją pracę.
Nie wiem, co to znaczy być zależna od czyichś pieniędzy.
I oby tak zostało.
Młoda para na ulicy. Nie rozmawiają, wrzeszczą. Machają rękoma jak wiatraki skrzydłami. Czerwieni na twarzy. Przechodząc łapię: bo ty zawsze...
No tak.
Ty, My Shadow, zawsze jesteś koło mnie. Cichy, współczujący, rozumiejący.
Wiem, generalizuję, ale tych scenek jest tyle, że ojapierdolę.
Może jeszcze u młodych tego tak nie widać, ale u tych po czterdziestce - konia z rzędem temu, kto pójdzie trzymając się za rękę i nie warcząc na siebie.
Mój śp. wujek, trzykrotny rozwodnik, przystojniak, jak wszyscy chłopcy z tego rodu, a 12 ich było, z żonami jak malowanie, zawsze mi mówił: nie wychodź za mąż, brak papierków cementuje związek.
Z ostatnią żoną wziął ślub już grubo po siedemdziesiątce, chcąc ją zabezpieczyć finansowo na starość.
Pracowałam dziś spokojnie, bo Boss gdzieś tam. Ale okazało się, że wszystko jest pompowane pod panią "graficzkę", że będę musiała dodatkowo przyjść w środę (przypominam, mam urlop), bo ona jutro ma dentystę (a jakie akcje były, jak ja miałam pogrzeb i inne takie tam). Pierdolę. Po dwóch godzinach czekania, gdy po opierdolu dostałam pracę, wypięłam się i poszłam w pizdu.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom. To, co zostało, z palcem w dupie zrobię w góra dwie godziny, albo i szybciej. To, że oni potrzebują dwóch dni, rybka mi. Będą musieli dostosować się do tego, kiedy zechcę się zjawić.
A mam parę spraw do załatwienia, chociażby ten pieprzony laryngolog :P
Fotka z telefonu nie oddaje, niebo było zjawiskowe.
W domu czeka na mnie
koniec lata i...
przedsmak uroków wczesnego zmierzchu...
A także
stos wyprasowanej w niedzielę bielizny, która stygła :)
Update: Ludzie jednak interesowni są w chuj. Po ponad 40 latach na FB znalazła mnie koleżanka z pierwszej posady. Bo w międzyczasie z rzadka bo z rzadka, ale miałyśmy kontakt i wiedziała z NK, że Inżynier jest w UK. W NK nie bywam od... ???... dobrych kilku lat. Znalazła mnie na FB i och, ach, sranie w banie, bo mam przyjechać, wyjechać, odjechać, bo tęskni. Choć całe dorosłe życie spędziłyśmy w sumie osobno i w swojej kuwecie. Na moje, że może jutro, może w grudniu, może w środę po południu pojadę, nie wytrzymała i zapytała o pracę w IT w UK, bo ma kogoś.
Odpisałam, że dobrzy fachowcy dostają posadę.
I cisza...
Nie mam koleżanki :P
Koleżanka z nieco mocniejszymi więzami, bo miejscowa, co ruski rok się spotykamy, zmieniła pracę z gazetowej (brała moje fotki za frico, ale mi to rybka akurat) przeniosła się na rzecznika. I uparcie lansuje moje wejście do instytucji, w której rzecznikuje, w ogóle nie myśląc, czy to moja bajka, czy nie...
Czuję, że stracę koleżankę niedługo :P
Mogłabym tak bez końca...
piątek, 7 września 2018
Pecha mam
Kochany Pamiętniczku, do leczenia tak w ogóle.
W środę poleciałam jeszcze na dwie godziny do Starego ZOO na randkę z Alienkiem. Była jazda i zabawa. Szłam z nastawieniem, że powiem Synowej, co myślę o tym wszystkim, expose całe układałam w głowie, ale ostatecznie nie powiedziałam nic.
To i tak nic nie da, bo wiadomo, że ona wie wszystko lepiej, a ja mam się nie wtrącać.
Więc szkoda moich nerwów - to i tak nie zmieni nic, bo nie sądzę, żeby wzięła sobie cokolwiek do serca.
Od każdego zwierzaka trudno go było odciągnąć. Dostał ode mnie ten bubble, co ma łapce, Synowa go odciągała, puszczając mu bańki :)
Na ruję i porubstwo też trafiliśmy, Poznań z tego słynie, ale Alienek jest uświadomiony i nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
W nocy ze środy na czwartek spać nie mogłam, tak strasznie rozbolało mnie gardło i uszy. Nawet śliny nie mogłam przełknąć. Zasnęłam o czwartej nad ranem.
Powlokłam się więc rano do lekarza, z mocnym postanowieniem zrobienia rozpiździelu.
Siadłam i rzekłam, że nie życzę sobie po raz kolejny wydawania 200 zł w aptece, na leki, które pomagają jak umarłemu kadzidło. Że życzę sobie antybiotyku. Pani doktor, że homoniewiadomo, że może to wirus, a może bakteria, a może inny czort czy diabeł, że ona chroni moją florę bakteryjną, bo... i takie inne sranie w banie. A ja przecież znam swój organizm i wiedziałam od początku, że sprawę załatwiłby jakiś antybiotyk i coś na kaszel. Ale nie, ona wie lepiej. Jak, kurwa, wie, powinna zlecić wymaz i posiew. Tak jak przy dnie - sama zrobiłam badanie za - olaboga - siedem złotych polskich, wykrywające dnę. Już nie chciałam tłumaczyć, jak to parę lat temu szpikowali mnie tu całym gównem, lecząc zakrzepicę, różę i inne cuda wianki, a to była dna moczanowa od szparagów. Kurwa mać. Jeden jedyny raz w życiu byłam zaopiekowana jak fabryka przewiduje, gdy wpadłam w depresję na dziesięciomiesięcznym bezrobociu. Nie spałam wtedy w ogóle. Eks tak długo męczył matkę, aż umówiła mnie do profesora Fibaka, tak tego Fibaka, jako że on wujem Eksa był. A Eks jaki był, taki był, ale o mnie dbał. Profesor już wtedy był schorowany, ale kazał mi siąść, obmacał od głów do stóp, każdą kosteczkę, nawet uklęknął, żeby mi kostki u nóg obmacać. Teraz wiem, że macał, czy mi serce nie siada. Ustawił leki tak, że po tygodniu byłam nówka nieśmigana. Nigdy więcej żaden lekarz mnie tak nie obadał. I nie zrobił tego dlatego, że byłam żoną Eksa, on każdego pacjenta tak traktował. Lekarz przez duże L. Ale co ja babie będę tłumaczyć, idę w zaparte i mówię, że nieważne, czy antybiotyk pomoże, czy nie, będzie działał jak placebo co najwyżej. Zastrzygła uszami: placebo, skąd pani zna to słowo. Bo ja, pani doktor jestem tylko głucha, a nie głupia. 10 lat poprawianie tekstów po lekarzach jednak jakąś wiedzę generuje. I chcę antybiotyk, albo będę nóżkami tupała. Poszła po narzędzia i... kazała zdjąć aparaty, zajrzała do uszu i jęknęła. Mam zapalenie ucha od aparatów, od wkładek. Możliwe, bo nosiłam je non stop przez 12 godzin dziennie w koszmarnym upale przez trzy dni, jak chłopcy byli w PL. Co innego noszenie w pomieszczeniu, w pracy, gdzie mam klimę, a co innego w upale. Więc skierowanie do laryngologa, antybiotyk (tak, kurwa, zajebiście silny, że po jednorazowym zażyciu ból ucha poszedł w pizdu), tylko trzy tabletki (i dobrze, bo działa przeczyszczająco, dobrze, że zadziałał dopiero dziś po południu, gdy już wróciłam do domu). I znów stówa w aptece pękła, łącznie z szałwią i Salviaseptem (bom leniwa i nie chce mi się parzyć, tom kupiła wyciąg). Z rozpędu pojechałam do punktu, gdzie osiem lat temu kupiłam aparaty, z pytaniem o jakieś bardziej miękkie wkładki do uszu. Zrobią takie, jak mi się uszy wygoją. OK. Jednocześnie pani zaproponowała mi nowe aparaty. Fakt, myślałam o tym, bo te mają już osiem lat i są (odpukać) kochane i super, ale wszystko ma swój kres przecież. Mówię pani, że jednak 6 tys. to dla mnie trochę zaporowe, a w pani na to: jakie 6 tys.? Tak mi powiedziano w Geersie. Wiem, że można i kilkadziesiąt tysięcy zapłacić za cuda wianki, ale na co mi to, jednak w Geersie mówili 6 tys. w górę, bo to dwa aparaty, a technika idzie naprzód. Ano idzie. Pani oczy w niebiosa wywróciła i mówi, że aparaty tej klasy co moje, oczywiście, ulepszone ciut przez te lata to kwestia 2500. O ile dobrze zrozumiałam - na oboje uszu. A NFZ coś tam refunduje, zdaje się, że 700 zł. Więc rozradowana rzekłam, że prześpię się ze ślimakami i po zamknięciu kolejnego numeru z zaleczonymi uszami wlecę. Muszę więc ogarnąć tego laryngologa, bo zdaje się, że do refundacji jakiś tam świstek od lekarza będzie potrzebny.
Jak to jednak ludzi potrafią trzepać. Dobrze, że tam poszłam, pierwsze aparaty dobrali mi idealnie, choć pan się bał, że z moim ubytkiem będzie ciężko.
Poszłam dziś do pracy, bo ten model tak ma. Ma urlop, jest chory, ale do pracy idzie. Wiem, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale co ja za to mogę. Ciężko było, bo nauczyłam się już pracy w aparatach, ale ze względu na odparzenia ich nie założyłam. Jednak gorzej się pracuje, tym bardziej że ludzie nieprzyzwyczajeni do mnie bezaparatowej, a zwłaszcza ta młoda, tapetą pompowana, co na nią Boss wszystko zwala, ale trudno. Powiedziałam, że musi przecierpieć, a jak jej ciężko, niech na kartce do mnie pisze, długopis ma :)
Od proga na Bossa się nadziałam, całego w skowronkach. I grabę mi funduje, ale ja się migam, żem chora i nie chcę go pokrzywdzić. Mina mu zrzedła.To kto dodatek zrobi? Jak to, kto. Ja. A jak sądzi, po co przyszłam do pracy, chora, na urlopie (co nie omieszkałam podkreślić dwa razy), jak nie po to, by kochaną gazetkę od nieszczęścia ratować? Zarechotał uradowany i oczęta mu zabłysły. Że już wszystko przygotowane, że rach-ciach-ciach. Ta... Rach-ciach-ciach...No ale mniejsza z większym, po czterech godzinach było gotowe, reszta w poniedziałek, ana wydruczkach.
W międzyczasie wleciałam jeszcze do tego niezapłaconego. Na mój widok tak się rozjaśnił, jakby wygrał w miliard w środę i miliard w sobotę. Siadać prosił, przepraszał, sumitował się, że on zaraz na delegację jechał i potem na urlop, że jak wrócił, to mnie szukał, ale mnie nie było, że dostanę, ile chciałam, ale dogrywają jak to przepisowo ogarnąć, że prosi o cierpliwość, o mało się nie popłakał. Że tylko ja, taaaaa, ta jedyna i umiłowana i że next numerek koniec listopada, że...
Na zebranie z szampanem zapraszał po targach, ale rzekłam, żeby na mnie nie czekali, bo ja wtedy mam wolne, a szampana nie lubię. A prawda taka, że co to za przyjemność siedzieć, sączyć szampana (którego faktycznie nie lubię) i słuchać pierdolenia o Szopenie? Dzięki wyjazdom od lat unikam wigilijnych kolacji, byłam tylko na jednej, a na imprezy integracyjne nie jeżdżę, bo nie widzę sensu w spaniu w pokoju z obcą babą, która mnie ani nie zieje, ani nie grzębi, a do tego bąków nie mogę spokojnie puszczać :D I te szeptanki po kątach później, kto ile wypił, kto co zrobił i inne takie tam. To już lepiej sobie iść samemu do knajpy, w domu wino obalić i spokojnie w nocy popierdzieć we własnym łóżeczku, co nie?
Zatem kasa będzie, co mnie cieszy, później, co mnie złości.
I jakaś tam pewność, że dopóki całkiem nie wysiądę, to mam dwa miejsca, gdzie do emerytury dołożę, gdyby Bossowi coś się wygło. Bo bez dokładania to jednak mogiła, jak się zacznie chorować. Ponieważ dotychczas wydawałam niecałe 100 zł na trzy miesiące na leki na nadciśnienie, nie odczuwałam tego zbyt boleśnie, a tu sruuu i w dwa tygodnie 300 zł, a nie wiadomo, czy to koniec?
Ojapierdolę.
Bo po tylu latach wmawiania mi, że jestem z łaski, że są lepsze ode mnie, że korektorki to stadami chodzą po ulicy i pukają do okien (to akurat prawda, psują przy okazji rynek, pracując za śmieszne stawki, np. za 2,50 za korektę 1800 znaków ze spacjami, inna para kaloszy, jaka jest jakość tej pracy) wciąż na hasło: Stara Jędza Boss prosi, sztywnieję i od razu od drzwi pytam: pakować się mam?
Inna bajka, że Boss uznaje tylko kij, marchewki na stanie nie ma.
Pojebana jestem i to nie z lekka, ale mocno.
Ale co zrobić, jak model taki, że niewiele aktualizacji się da do niego wgrać?
Ajfonik się zatrzymał na iOS 11. Ale mi starcza. I na nowy starczy nawet z aparatami. Jak coś, mam kartę, o której chłop nie wie.
I tak się zastanawiam, czy może aparaty wziąć na raty? Bo ponieważ kupują je przeważnie emeryci jest oferta rat na zero procent.
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami. Kiedyś trzeba do tych ślimaków wrócić, co nie?
W środę poleciałam jeszcze na dwie godziny do Starego ZOO na randkę z Alienkiem. Była jazda i zabawa. Szłam z nastawieniem, że powiem Synowej, co myślę o tym wszystkim, expose całe układałam w głowie, ale ostatecznie nie powiedziałam nic.
To i tak nic nie da, bo wiadomo, że ona wie wszystko lepiej, a ja mam się nie wtrącać.
Więc szkoda moich nerwów - to i tak nie zmieni nic, bo nie sądzę, żeby wzięła sobie cokolwiek do serca.
Od każdego zwierzaka trudno go było odciągnąć. Dostał ode mnie ten bubble, co ma łapce, Synowa go odciągała, puszczając mu bańki :)
Na ruję i porubstwo też trafiliśmy, Poznań z tego słynie, ale Alienek jest uświadomiony i nie zrobiło to na nim większego wrażenia.
W nocy ze środy na czwartek spać nie mogłam, tak strasznie rozbolało mnie gardło i uszy. Nawet śliny nie mogłam przełknąć. Zasnęłam o czwartej nad ranem.
Powlokłam się więc rano do lekarza, z mocnym postanowieniem zrobienia rozpiździelu.
Siadłam i rzekłam, że nie życzę sobie po raz kolejny wydawania 200 zł w aptece, na leki, które pomagają jak umarłemu kadzidło. Że życzę sobie antybiotyku. Pani doktor, że homoniewiadomo, że może to wirus, a może bakteria, a może inny czort czy diabeł, że ona chroni moją florę bakteryjną, bo... i takie inne sranie w banie. A ja przecież znam swój organizm i wiedziałam od początku, że sprawę załatwiłby jakiś antybiotyk i coś na kaszel. Ale nie, ona wie lepiej. Jak, kurwa, wie, powinna zlecić wymaz i posiew. Tak jak przy dnie - sama zrobiłam badanie za - olaboga - siedem złotych polskich, wykrywające dnę. Już nie chciałam tłumaczyć, jak to parę lat temu szpikowali mnie tu całym gównem, lecząc zakrzepicę, różę i inne cuda wianki, a to była dna moczanowa od szparagów. Kurwa mać. Jeden jedyny raz w życiu byłam zaopiekowana jak fabryka przewiduje, gdy wpadłam w depresję na dziesięciomiesięcznym bezrobociu. Nie spałam wtedy w ogóle. Eks tak długo męczył matkę, aż umówiła mnie do profesora Fibaka, tak tego Fibaka, jako że on wujem Eksa był. A Eks jaki był, taki był, ale o mnie dbał. Profesor już wtedy był schorowany, ale kazał mi siąść, obmacał od głów do stóp, każdą kosteczkę, nawet uklęknął, żeby mi kostki u nóg obmacać. Teraz wiem, że macał, czy mi serce nie siada. Ustawił leki tak, że po tygodniu byłam nówka nieśmigana. Nigdy więcej żaden lekarz mnie tak nie obadał. I nie zrobił tego dlatego, że byłam żoną Eksa, on każdego pacjenta tak traktował. Lekarz przez duże L. Ale co ja babie będę tłumaczyć, idę w zaparte i mówię, że nieważne, czy antybiotyk pomoże, czy nie, będzie działał jak placebo co najwyżej. Zastrzygła uszami: placebo, skąd pani zna to słowo. Bo ja, pani doktor jestem tylko głucha, a nie głupia. 10 lat poprawianie tekstów po lekarzach jednak jakąś wiedzę generuje. I chcę antybiotyk, albo będę nóżkami tupała. Poszła po narzędzia i... kazała zdjąć aparaty, zajrzała do uszu i jęknęła. Mam zapalenie ucha od aparatów, od wkładek. Możliwe, bo nosiłam je non stop przez 12 godzin dziennie w koszmarnym upale przez trzy dni, jak chłopcy byli w PL. Co innego noszenie w pomieszczeniu, w pracy, gdzie mam klimę, a co innego w upale. Więc skierowanie do laryngologa, antybiotyk (tak, kurwa, zajebiście silny, że po jednorazowym zażyciu ból ucha poszedł w pizdu), tylko trzy tabletki (i dobrze, bo działa przeczyszczająco, dobrze, że zadziałał dopiero dziś po południu, gdy już wróciłam do domu). I znów stówa w aptece pękła, łącznie z szałwią i Salviaseptem (bom leniwa i nie chce mi się parzyć, tom kupiła wyciąg). Z rozpędu pojechałam do punktu, gdzie osiem lat temu kupiłam aparaty, z pytaniem o jakieś bardziej miękkie wkładki do uszu. Zrobią takie, jak mi się uszy wygoją. OK. Jednocześnie pani zaproponowała mi nowe aparaty. Fakt, myślałam o tym, bo te mają już osiem lat i są (odpukać) kochane i super, ale wszystko ma swój kres przecież. Mówię pani, że jednak 6 tys. to dla mnie trochę zaporowe, a w pani na to: jakie 6 tys.? Tak mi powiedziano w Geersie. Wiem, że można i kilkadziesiąt tysięcy zapłacić za cuda wianki, ale na co mi to, jednak w Geersie mówili 6 tys. w górę, bo to dwa aparaty, a technika idzie naprzód. Ano idzie. Pani oczy w niebiosa wywróciła i mówi, że aparaty tej klasy co moje, oczywiście, ulepszone ciut przez te lata to kwestia 2500. O ile dobrze zrozumiałam - na oboje uszu. A NFZ coś tam refunduje, zdaje się, że 700 zł. Więc rozradowana rzekłam, że prześpię się ze ślimakami i po zamknięciu kolejnego numeru z zaleczonymi uszami wlecę. Muszę więc ogarnąć tego laryngologa, bo zdaje się, że do refundacji jakiś tam świstek od lekarza będzie potrzebny.
Jak to jednak ludzi potrafią trzepać. Dobrze, że tam poszłam, pierwsze aparaty dobrali mi idealnie, choć pan się bał, że z moim ubytkiem będzie ciężko.
Poszłam dziś do pracy, bo ten model tak ma. Ma urlop, jest chory, ale do pracy idzie. Wiem, nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu, ale co ja za to mogę. Ciężko było, bo nauczyłam się już pracy w aparatach, ale ze względu na odparzenia ich nie założyłam. Jednak gorzej się pracuje, tym bardziej że ludzie nieprzyzwyczajeni do mnie bezaparatowej, a zwłaszcza ta młoda, tapetą pompowana, co na nią Boss wszystko zwala, ale trudno. Powiedziałam, że musi przecierpieć, a jak jej ciężko, niech na kartce do mnie pisze, długopis ma :)
Od proga na Bossa się nadziałam, całego w skowronkach. I grabę mi funduje, ale ja się migam, żem chora i nie chcę go pokrzywdzić. Mina mu zrzedła.To kto dodatek zrobi? Jak to, kto. Ja. A jak sądzi, po co przyszłam do pracy, chora, na urlopie (co nie omieszkałam podkreślić dwa razy), jak nie po to, by kochaną gazetkę od nieszczęścia ratować? Zarechotał uradowany i oczęta mu zabłysły. Że już wszystko przygotowane, że rach-ciach-ciach. Ta... Rach-ciach-ciach...No ale mniejsza z większym, po czterech godzinach było gotowe, reszta w poniedziałek, ana wydruczkach.
W międzyczasie wleciałam jeszcze do tego niezapłaconego. Na mój widok tak się rozjaśnił, jakby wygrał w miliard w środę i miliard w sobotę. Siadać prosił, przepraszał, sumitował się, że on zaraz na delegację jechał i potem na urlop, że jak wrócił, to mnie szukał, ale mnie nie było, że dostanę, ile chciałam, ale dogrywają jak to przepisowo ogarnąć, że prosi o cierpliwość, o mało się nie popłakał. Że tylko ja, taaaaa, ta jedyna i umiłowana i że next numerek koniec listopada, że...
Na zebranie z szampanem zapraszał po targach, ale rzekłam, żeby na mnie nie czekali, bo ja wtedy mam wolne, a szampana nie lubię. A prawda taka, że co to za przyjemność siedzieć, sączyć szampana (którego faktycznie nie lubię) i słuchać pierdolenia o Szopenie? Dzięki wyjazdom od lat unikam wigilijnych kolacji, byłam tylko na jednej, a na imprezy integracyjne nie jeżdżę, bo nie widzę sensu w spaniu w pokoju z obcą babą, która mnie ani nie zieje, ani nie grzębi, a do tego bąków nie mogę spokojnie puszczać :D I te szeptanki po kątach później, kto ile wypił, kto co zrobił i inne takie tam. To już lepiej sobie iść samemu do knajpy, w domu wino obalić i spokojnie w nocy popierdzieć we własnym łóżeczku, co nie?
Zatem kasa będzie, co mnie cieszy, później, co mnie złości.
I jakaś tam pewność, że dopóki całkiem nie wysiądę, to mam dwa miejsca, gdzie do emerytury dołożę, gdyby Bossowi coś się wygło. Bo bez dokładania to jednak mogiła, jak się zacznie chorować. Ponieważ dotychczas wydawałam niecałe 100 zł na trzy miesiące na leki na nadciśnienie, nie odczuwałam tego zbyt boleśnie, a tu sruuu i w dwa tygodnie 300 zł, a nie wiadomo, czy to koniec?
Ojapierdolę.
Bo po tylu latach wmawiania mi, że jestem z łaski, że są lepsze ode mnie, że korektorki to stadami chodzą po ulicy i pukają do okien (to akurat prawda, psują przy okazji rynek, pracując za śmieszne stawki, np. za 2,50 za korektę 1800 znaków ze spacjami, inna para kaloszy, jaka jest jakość tej pracy) wciąż na hasło: Stara Jędza Boss prosi, sztywnieję i od razu od drzwi pytam: pakować się mam?
Inna bajka, że Boss uznaje tylko kij, marchewki na stanie nie ma.
Pojebana jestem i to nie z lekka, ale mocno.
Ale co zrobić, jak model taki, że niewiele aktualizacji się da do niego wgrać?
Ajfonik się zatrzymał na iOS 11. Ale mi starcza. I na nowy starczy nawet z aparatami. Jak coś, mam kartę, o której chłop nie wie.
I tak się zastanawiam, czy może aparaty wziąć na raty? Bo ponieważ kupują je przeważnie emeryci jest oferta rat na zero procent.
Nie wiem, prześpię się ze ślimakami. Kiedyś trzeba do tych ślimaków wrócić, co nie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)











