piątek, 31 marca 2017

Dziczeję

albo dziwaczeję, ewentualnie starzeję się, Kochany Pamiętniczku.
Omijam ludzi szerokim kołem i absolutnie nie czuję potrzeby rozmawiania o czymkolwiek. Z kimkolwiek. Tak wyszło. Jeszcze niedawno po tygodniu tęskniłam za pogadaniem a teraz się trzeci tydzień zaczyna i nic. Fakt, gadałam z Inżynierem (za nim zawsze tęsknię, ale on ze mną rozmawia, jak czekista z czekistą) i z Baranem, ale... :) Reszta jest milczeniem.
Mam swój świat, dobrze mi w nim i za ciasno, żeby tam kogoś wpuszczać.
Ojapierdolę.
Pojechałam dziś na dworzec, wymaglowałam panią w informacji, ale uprzejma była i jest. Jest pociąg o 9.19 do K. Bez przesiadki do 4 maja, bo potem będzie remont na torach, ale ja potrzebuję podwózkę przed  świętami, więc git majonez.
Z kupnem biletu poczekam do poniedziałku, bo nie wiem, co wywiną ci od rur.

Nie przeskoczę tego, klucze zostawię albo sąsiadom, albo robotnikom i trudno, wola boska i skrzypce. Nie mam innego wyjścia.
Co ma być, będzie.
Komputer "naprawiłam". Jebało się wszystko, bo Inżynier zablokował aktualizacje, bo mnie wkurzało zamykanie, jak wychodziłam do pracy, a ściągał się pierdyliard. I tak przez rok zebrał się pierdyliard pierdyliardów aktualizacji i sprawa się rypła :) Sama na to wpadłam, jestem nadęta z dumy jak indor.
Na razie więc katastrofa troszkę odsunięta.

Odpuszczam świąteczne porządki. Jak się uda, umyję okna, jak nie umyję, tragedii nie będzie. W szafach sprzątać nie będę, bo nie mam nastroju, a ogólnie wystarczy przelecenie na mopie (dziś już przeleciałam, bo jutro chcę odlecieć) :)

Do banku poszłam i szczęka mi o podłogę klapnęła. Nie wiem, czy dali premię, czy Boss oszalał i zapłacił mi za niewykonaną pracę (jeszcze) z wyprzedzeniem. Jeżeli tak, to nieźle mu się popieprzyło, ale i tak brakuje stówy. Jak coś, nie pójdę się o nią kłócić. A co tam, stać mnie.

Torebkę sobie muszę kupić. Po raz drugi zerwała mi się ta reklamowana i nie, nie będę reklamować. Znów będę dwa miesiące chodziła. To już wolę dać do szewca, przeszyje. W dupie to mam. Życie. Wiem, tracę, ale moje nerwy (tak jak w przypadku pieniędzy są więcej warte).

Ale koniec spłacania wszystkiego blisko. Nie, że potem będę szalała, ale nie będę się martwiła, że zostają po mnie długi dla dzieci.

Skrzydłokwiaty poprzesadzałam, biedaki miały tak ciasno w doniczce, że nawet ja nie mam jeszcze tak ciasno w łazience :P 

Aby do brzegu.

... na ekranie on ją kocha i umiera nawet dla niej...

Jak bardzo blaknie to, co kiedyś było tragedią na skalę światową.
Że za grube uda, że za tłusta cera, że nos krzywy.
Że nie mam nikogo.

Życie nie składa się z oddychania, tylko z chwil zapierających dech.

A. I małosolnych sztuk osiem już zrobiłam. Zamroziłam korzeń chrzanu jesienią i małosolne są ojapierdolę.
Dla takich małosolnych warto żyć :) 


czwartek, 30 marca 2017

Good news

bad news, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw złe.
Nie wiadomo, jak to będzie z tymi pionami. Pan mówi, że wypadnie, jak wrócę do pracy. Na ten najgorszy tydzień. Bo przed świętami nie będą robili, bo ludzie wyjeżdżają na święta. No i chuj, ja nigdzie nie wyjeżdżam, ale...
No nic.
Zobaczymy.
Pomyślę o tym, jak będę znała termin.

W nocy jechali z Alienkiem do szpitala. Bo za mało kupkał i siuśkał (tak, a miałam już nie gadać i kupkach i siuśkach). Okazało się, ze jest odwodniony, ale sytuacja już jest opanowana, położna przychodzi i Alienek był dziś już na spacerze. Zatkało mnie, bo ja mimo lata czekałam dwa tygodnie, no ale wtedy były inne bajki na rozkładzie. Synowa sama napisała, że naczytała się niepotrzebnie w internetach o przystawianiu.
Mądra jednak dziewczyna :)
No i dobrze, że się tak skończyło. Mogli zapytać, no ale nie zapytali, trudno :)

A teraz good news, choć sama w to nie wierzę. Szukałam połączenia do Umarlaków, sprawdzając, czy coś się zmieniło. I wywala mi podróż do K. przez Konin (sic!), 7 godzin i 54 minuty za 53 zyla z groszami. Ojapierdolę.
Ten bus, którym zawsze jeżdżę to na styk, żeby wrócić. 2 godziny na wszystko i stres.
Z głupia frant wrzucam PKP, bo wiadomo, że tam nic nie jeździ i tadam...
Mam pociąg o 9.19. Teoretycznie nawet na Główny nie muszę jechać, bo na dzielni mam przystanek (ale pojadę na Główny).
W K. jestem o 11, zatem nawet jak się tę godzinę spóźni, bo ponoć trafiają się cuda wianki na trasie, to i tak mam czasu z górką. Obrobiłabym Umarlaków, nawet miasto mogę spokojnie zaliczyć i ze dwa kibelki po drodze :)
Więc juterko lecę na dworzec, upewnić się, że to nie fatamorgana, bo przez stronę nie chce mi biletu sprzedać, a ja stara szkoła jestem, chcę mieć wszystko dopięte na tip-top.
Jakby to było prawdą, to cudnie. Pociąg jest tylko od 30 marca do 2 maja, ale to i tak cudnie :)
Nie wiem, dlaczego taki kretyński przedział czasowy, ale jest :)
Znaczy się, zobaczymy jutro.

Ale to byłoby jak wygrana w totka tym razem :)


wtorek, 28 marca 2017

Zaczynam się

dobrze prowadzić, Kochany Pamiętniczku :)
Bo zakupy ładnie rano ogarnęłam i animrumrając, na kijki poleciałam.
A, psiakrew, po drodze parę kobietek mnie zaczepiło: nie jest pani zimno.
Bo to ludzie w zimowych kurtkach zapieprzają, szalikach i czapeczkach. Odpowiadałam: a nie jest pani za gorąco? Tłumaczyła się jedna, że świeżo po przeziębieniu jest. No to sobie kolejne zafunduje, jak się po wełnianą czapą wypoci.
Nie mój biznes. Całą zimę latałam z gołą głową i nic mi nie było, a drobne niedyspozycje rozeszły się po kościach.
No nic :)
A sweterek wychodząc założyłam, ale słońce tak piekło, że na kijki poszłam już bez sweterka.
20 stopni w cieniu to wymarzona temperatura.
A dzień, słoneczny, piękny, zapierający dech, a Dębina moja kochana dopiero przygotowuje się do szaleństwa zielonego.
A teraz jest szaro-zielona :) Proszę :)

 Psina jak na liście zwiędłe wbiegła, to zlewała się z nimi idealnie :)



 I dzięciołka dorwałam.


Budka też nieźle zakamuflowana jest :)
Na ławeczce posiedziałam jak nie ja. Odleciałam daleko. Potrzebowałam tego.
W sumie prawie 8 km dzisiaj machnęłam, dumna jestem.
A potem się okazało, że w kompie coś mam, więc kombinuję, jak koń pod górkę.
Szpargały zaczęłam przeglądać, likwidować swoje grzeszki, ot, tak na zapas.
Wolę, że pewne rzeczy nie będą się dzieciom przypominały, bo po co?
Swoje ze mną przeszły, niech więc nic nie zakłóca ich spokoju, kiedy mnie już nie będzie.
Kiedyś trzeba się za to wziąć. więc dlaczego nie w ramach przedświątecznych porządków?
Listy stare czytam, uwielbiam to. Wracają dni i chwile, wraca młodość i nadzieja.
I list od Pierworodnego, geniusza rodzinnego, który z UK w tym samym liście wysłał kartę i PIN do niej, a na koncie była niezła kasa. Geniusz, zaiste...
I Alienka na Skype doczekałam, ale ja go kocham, a on śpi.
Jak się oderwie od cycka, zasypia.
Więc jeszcze muszę poczekać.
Za to Inżynier opowiadał i opowiadał, a mi się chciało śmiać, bo tłumaczył mi, jak to zakręcone jest z małym dzieckiem.
Jakbym ja tego nie wiedziała.
A byłam zupełnie sama i z jednym, i z drugim. Z pierwszym bez żadnych cywilizacyjnych zdobyczy i w kolejkach po kartkowe produkty...
Ale było, minęło, każda epoka ma swoje bóle.
Najważniejsze, że jest OK, choć Alienkowi jeszcze słuchu nie zbadali, bo w weekend nie badają, tak się urodził, jak się urodził.
Ale będzie dobrze, musi być.
Najważniejsze, że są szczęśliwi wszyscy.
A ja czekam aż będę mogła Go powąchać,
Bo każde dziecko inaczej pachnie. Moje bezbłędnie poznawałam z zamkniętymi oczyma, choć pranie i kąpiel było w jednych chemikaliach. Nigdy nie udało im się mnie oszukać...

poniedziałek, 27 marca 2017

Tydzień

zaczął się od podniesienia ciśnienia, Kochany Pamiętniczku.
Najpierw przeprosiłam się serdecznie z kijkami, jako że zaniedbałam je haniebnie. Z kurzu czule omiotłam i poszłam...
Do przychodni, gdzie odebrałam receptę.
Na razie spokój, słonko nakurwia ciepłem, ptaszki śpiewają, listki pęcznieją.
Ale wdepłam do spółdzielni, żeby zapytać o te piony.
A za biurkiem siedzi Biurwa Pierdzistołkowa Poniedziałkowo Nadęta.
Ojapierdolę.
Pytam, a ona, że nic nie wie, że to nie jej interes.
Jak, kurwa, nie jej interes, skoro to spółdzielnia wymienia piony, a ja mam udostępnić do tego moje mieszkanie!
Nie obchodzi nas pani praca, mieszkanie ma być udostępnione, ale ona nic nie wie. To kto ma wiedzieć, duch święty? Ojapierdolę. Ona w ogóle nie słuchała, co do niej mówię, tylko, że nic nie wie.
Ta... To ja mam wziąć urlop na cały miesiąc i siedzieć, czekając przyjdą nie przyjdą.
Kurwa.
Granatu nie miałam, więc się wydarłam, że ma słuchać, co do niej mówię, a jak nie rozumie, ma mi na usta patrzeć.
W końcu do niej dotarło, okazało się, że harmonogramu nie ma, bo harmonogram wywieszają goście, którzy wymieniają piony, a spółdzielnia tego nawet nie koordynuje.
Cudownie.
Fantastycznie.
Zajebiście.
I "jak pani dorwie ich, niech pani się z nimi umówi. jaki termin pani pasuje".
Tak, kurwa, będę polować na fachowców. W dupie to mam.
Niech oni mnie znajdą. Hahahahaha...

Poszłam i spotykam ojca kolegi Inżyniera. Taki typ, co to zabić, a każdy sąd uniewinni. Wszystko wie lepiej, wszystko zrobi lepiej i ma jedynie słuszne zdanie. Pyta, co u chłopców, to mówię, że mam kolejnego wnuka. To pojechał po bandzie, mówi do mnie: a na pewno jego? Spojrzałam jak na żmija, i mówię, że nie wnikam w szczegóły, bo nie mój biznes.
A on: bo ja w zeszłym roku widziałem pani synową z brzuchem i myślałem, że to Pierworodnego, bo ona w ciąży była. Fakt, synowa tak wyglądała, ale co komu do domu jak chałupka nie jego? Nakręcił się, jak stary patefon i nawija, co rok temu widział, kogo widział, z kim widział... Ojapierdolę... Jego żona, która nota bene poszła w siną dal z dzieckiem, powiedziała mi kiedyś, że ja sobie nawet nie wyobrażam, jak ludzie interesują się innymi, że jej mąż nawet przez lornetkę obserwuje. Myślałam wtedy, że koloryzuje, ale widzę, że nie... Jak bardzo ubogie trzeba mieć życie, żeby zapełniać je obserwowaniem innych.
Hahahaha, ma o czym myśleć, bo mnie ostatnio różne takie małolaty do domu odwoziły. A kij mu w oko, bo w dupę przyjemność by jeszcze miał :)
Zostawiłam dziada i poleciałam na targ. Stoję grzecznie w kolejce, choć tylko po dwa pomidorki, a tu sruuuu, wsuwa się babus i macając pomidorki, jakby to kury były zaczyna zakupy w momencie, kiedy jest moja kolej. Zazwyczaj odpuszczam, ale dziś nie dałam rady. I do babusa: teraz moja kolej, stałam w kolejce... Ale ja tylko... Ja też tylko. Dwa pomidory poproszę. Zapłaciłam i poszłam, a babusowi kopara zwisła.

Apteka bez problemów.
Wracam do domu i stwierdzam, że nie, nie wracam, Plecaczek mam, nieciężki, zatem w świat z plecaczkiem.
Poleciałam, wlokąc z trudem urosłą po zimie dupę, wielką jak Kuba z sąsiednimi wysepkami.
Na Dębinę polazłam, wyluzowałam, słońce, ruch, moja muzyka i spokój zagościł znów.
I z łabądkiem się pobawiłam, najpierw warknął na mnie:

- Co ty, głupia, łabądka nie widziałaś?
A potem dał się sfocić w czasie toalety :)






Pierdyliard fotek mu trzasnęłam, aż się znudził i odpłynął, a ja lewa, prawa, podpierając się kijkami poleciałam do chałupki.
Obiadek przepyszny zjadłam, muzyki słucham.
I nawet Kierownik Budowy, który podesłał mi kolejny link o oddychaniu mnie nie wkurwił.
Zapytał, jak się czuję z trzecim wnukiem. Odrzekłam, że tak samo, jak z pozostałą dwójką, nie widzę różnicy i nie rozumiem, o co pyta. Pytał, bo nie wie, jak to jest być dziadkiem. Odpisałam, że też nie wiem, jak to jest być dziadkiem, bo nim jeszcze nie jestem :)

Umarlaki mnie wzywają, kwiaty już kupiłam, jak mnie natchnie, to pojadę. Jutro nie, bo jak Alienek pozwoli, zostanie zaprezentowany na żywo na Skype.
Kotki chodzą wkoło niego jak wkoło jeża. Zgłupiały. I Arya ze stresu leje Edka.
No i cyrk :)
A Inżynier mnie rozśmieszył do łez, bo mówi, że Alienek działa w systemie.
Mama jest odpowiedzialna za to, co na wejściu do systemu, a Tata na wyjściu :)
Od razu widać, że dziecko Inżyniera, zaprogramowane z odpowiednim algorytmem :)
Ma dwa tygodnie tacierzyńskiego. Jest spełniony.
I mówi do synka po imieniu. Ja zostanę przy Alienku :)

niedziela, 26 marca 2017

Obudziłam się

bardzo wczesnym rankiem, Kochany Pamiętniczku, albowiem mimo zmiany czasu chciałam polecieć na półmaraton.


Prawda, że warto wstać?

Ubrałam się ciepło, ale nie mogłam znaleźć rękawiczek z obciętymi palcami, więc wzięłam zwykłe, jako ze jeden stopień był, jak wychodziłam.
Dotuptałam do trasy

a tam plakat reklamujący. Zajęłam pozycję strategiczną i czekam spokojnie




no i start

Na przodzie jak zwykle stawka czarnoskórych (pal diabli poprawność polityczną, ale wygrał Polak, nie ma go tu na zdjęciu, nie złapałam)


 A potem to już ciurkiem leciało :)
















 Za Kolejarzem 9999 goni, ojapierdolę :D



 A samolociki sobie beztrosko na Ławicę leciały...






 Bardzo dużo było osób z wózkami, dzieci albo spokojnie spały, albo siedziały grzecznie, same, we dwójkę, z misiami. Można widać :)

 Picie z  wkładką? :)


 Piesełków też nieco było w tym półmaratonie, normalnie to jeden biegł tylko...
 I Supermana upolowałam :) Wreszcie :)







 I ptaszory jakieś biegały :D

 I wielbiciele swoich telefoników :)
 Ten gościu zygzakiem biegł, taką miał fantazję :)


 I ktoś wózek ze starszą panią pchał...





 I Panda zasuwała aż miło...
 Brrr.... Jak mi zawsze ciepło, tym razem też mi było ciepło, ale palce mi tak zmarzły, że nie mogłam baterii wymienić. Dobrze, że wzięłam drugi aparat. Palce bolą mnie do teraz, choć już wieczór i nie mogę ich wciąż rozgrzać. A gość wątłą,  bo wątłą, ale gołą klatę prezentował :)











 Antos i PAD też biegli. Oby to prorocze było ;)

 Prawdziwe kobiety. Ja tak nawet od święta odpindrzona nie chodzę. Makijaż, fryz i te paznokcie.




 Marek z Teatru Wielkiego. Brawo :)
 A ten pan czapeczkę zakłada.
 I to już niedobitki...


Ale szcun, że biegli i nie rezygnowali.
Wszyscy się już zwinęli, a i ja do domu szłam, a taka sympatyczna wolontariuszka mówi, że to nie koniec, że jeszcze 3 km do nas ma ostatni półmaratończyk. Zagadałam do niej, bo na końcu nie biegł jak zwykle bosonogi pan w sile wieku, niosący flagę. Więc z ciekawości zostałam i nie żałowałam. Z obstawą lepszą jak prezio szedł, a właściwie jednak biegł, bo nie tak łatwo było go złapać ten pan. Chapeau bas.



Jestem dumna, że mogłam Go dopingować.

A potem wróciłam do domu i ledwo doleciałam... :)
Jednak na słońcu było ciepło, a w cieniu nie za bardzo, a z mojej strategicznej pozycji zostały nici, bo mi co rusz jacyś widzowie włazili w kadr, więc w sumie wylądowałam w cieniu. Po drugiej stronie było gorąco, ale tam by mi zdjęcia nie wyszły.
Ale nie żałuję i szykuję się na następny maraton.

To piękne przeżycie, chociaż biegać nie mogę :)

A potem...
Dopadła mnie chandra unyńska, z mordobijskiego powiatu, bo uświadomiłam sobie, jak znów zmienił się mój świat. Dokopałam do dna dołka po przeczytaniu artykułu o eurosierotach 70+.
Baram wprawdzie pamiętał jak zwykle, że dziś Dzień Matki, a i chwilę potem Inżynier też się odezwał, ale...
Synowa no1 też życzenia śle. Szok. 
Jednak kontakt pisany to tylko pisany.
I jakkolwiek dzieci Pierworodnego mnie tak nie rozżaliły, ale też i on nigdy o mnie się specjalnie nie troszczył, a Inżynier zawsze do usług.
I to się skończyło.
I już łopatkę wbiłam głębiej, bo mam parę problemów. Nie żebym ich nie rozwiązała sama, skoro mus to mus, ale poczułam się bez zaplecza.
I...
No burkliwy był, a może ja to tak odczytałam?
I całej prawdy nie mówił.
Synowa transfuzję miała, na szczęście wyniki są już OK.
Alienek miał skan na te cystki, ale też jest OK.
No ale...
I tak kopię i kopię, a tu... Pierworodny się obudził, pewno go w dupę kopnęła mocno, ale dobre i to.
Wracam do kopania dołka, a tu...
Inżynierowa wysyła Alienka na niedzielę dla mnie.
Zamurowało mnie.
I rozmawia ze mną jak czekista z czekistą.
Co do niej absolutnie niepodobne, więc tym bardziej szok.
No bo po porodzie, transfuzji i takie tam.
I opowiada o Alienku i o Inżynierze. Jak ogarnął, jak się nie bał Alienka i że wszystkie pierwsze kupki były jego :)
Jestem dumna z mojego syna i... Chyba kiedyś znajdziemy jeszcze czas na moje pierdoły.
Postawiona do pionu, pokazuję Alienka.
Podziwiać, bo długo go tu nie będzie :)


A teraz idę pogrzeszyć. Zasłużyłam uczciwie na duży grzech :)