Starość, kurwa, starość dopada mnie chyba, Kochany Pamiętniczku.
Zamknęłam dziś z przytupem i z półobrotem, niby się nie napracowałam po kokardkę i kucyki, wyszłam o ludzkiej porze, ale...
Nie wiem, może to zmiana ciśnienia i pogody (robi się coraz cieplej), może mnie jakieś choróbsko łapie czy inna zaraza, ale pobolewała mnie głowa, co mi się rzadko zdarza, apetytu nie mam wcale, śniadanie wróciło do domu i robiło za obiad.
Spacer sobie zrobiłam, żeby się dotlenić, ale wlokłam się jak koń po westernie.
W galerii (bo parę rzeczy z Biedronki potrzebowałam, a i Panu Bogu szansę chciałam dać w związku z kumulacją, kasa na gwałt potrzebna) o mało nie umarłam z gorąca, a lekką, wiosenną kurteczkę już mam. Ale tam ogrzewanie włączone na maksa, jakby na zewnątrz było co najmniej minus trzydzieści.
Zmęczona jestem niesamowicie i nie, żadne tam przedwiośnie.
Żrę zdrowo, zdrowiej już nie można, bo człowiek się porzyga od tej zdrowotności, wszystko co nakazali łykam, eko, sreko, non GMO i ojapierdolę...
A w czasie spaceru czułam, że znów mi się odnawia ta cholerna opryszczka na wardze. W domu zaraz zasmarowałam, ale nie wiadomo, czy spierniczy, czy się wylęgnie.
Jestem tak bardzo zmęczona.
Wbrew wrogiej propagandzie Bossa okazuje się, że na stałe mamy więcej, bagatela, około 60 stron. To znaczy, że ja mam więcej około 120 stron.
I nieważne, że są fotki, strony są stronami, tekst tekstem, tempo tempem.
Bo ja te 240 stron robię w sumie w dwa dni. Razy dwa, to jest 480 stron. Część robię na spokojnie, więc zakładam, że na te dwa najbardziej szalone dni zostaje mi 150, czyli 300 stron, bo oczywiście, co ja sobie tłumaczę.
Czym innym jest czytanie 300 stron książki dla przyjemności, a czym innym moja praca.
I chyba moja starość niewiele ma tu do rzeczy, bo w życiu jeszcze nie spotkałam nikogo, kto czytałby tak szybko, jak ja, ze zrozumieniem, z widzeniem błędów i kojarząc, że redaktor kiksa strzela.
W ramach rozrywki poczytałam dziś pobieżnie konkurencję, i nie, nie mam się czego wstydzić.
I dobrze, że pracuję już na pół etatu, że mam te chwile oddechu i luzu, inaczej pewnie gryzłabym trawkę od spodu (a może byłabym w lepszej rzeczywistości, w alternatywnym świecie, kto to wie), :)
I z tym optymistycznym akcentem udaję się w Krainę Nicnierobienia i Czekania na Alienka.
Dziś termin, ale Skubanemu dobrze tam, gdzie jest. Synowa była wczoraj u położnej i jest OK, wywoływać będą najwcześniej 28.
Zatem proszę o dobre fluidy dla kolejnego wnuka Starej Jędzy...
A co, trochę radości od życia każdy pragnie.
I z góry serdecznie dziękuję :D
Juz pcham te dobre fluidy, troche pod gorke (sniegowa) ale dotra:))
OdpowiedzUsuńDziękuję :) Doceniam, że pod górkę :)
UsuńTrzymam kciuki!!!
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńTrzymam mocno kciuki i ślę dobre myśli!
OdpowiedzUsuńmamaKlary
Dziękuję :)
Usuńale to już ? kurde jak ten czas zapierdala !
OdpowiedzUsuń3mam kciuka za dobre rozwiązanie !
Już ma opóźnienie. Nie jest po babci, bo babcia akuratna jest :P Dziękuję :)
UsuńCoś się mi zdaje, że Młode nie będzie czekało aż do 28... sama wiesz, że to chwila moment i zaraz już jest na świecie :) ... tylko niektóre Maluchy się nie śpieszą :)
OdpowiedzUsuńKciuki trzymam i energię ślę :)
Obyś miała rację :) Dziękuję :) Bo ja sama Pierworodnego do dziś bym nosiła, bo zamiast odstawić tabletki na podtrzymanie ciąży dwa tygodnie przed terminem, żarłam je cały czas :D
Usuńjasne, że mam - wiedźma jestem
UsuńMłode będzie jak dojdzie do wniosku, że już czas :)
No to miałaś zacięcie do łykania proszków :) :) słyszałam o jednej takiej co to wrzeszczała na porodówkę jadąc, że ona rodzić nie chce, ale żeby tabletki łykać kiedy już nie było potrzeby to nie słyszałam :) :)
Młody też mi się nie śpieszył - skubany - jedna niedziela,ta planowa, mu się nie podobała, to poczekał do następnej i... zrobił mi prezent na urodziny...