piątek, 27 września 2019

Momentami

czuję się osaczona, Kochany Pamiętniczku.
Brakuje mi przestrzeni na oddech. I to nie, to że ktoś chce źle, nie, ale...
Każdy ma inne marzenia, co nie?
Nieważne.

W redakcji pustki, aż się przeraziłam. Ponoć wszyscy na urlopach. No to ja mam pecha, bo jak oni kończą urlopy, to ja muszę być na baczność, bo jestem przydasie. Taki life.

Szybciorem ogarnęłam maszynki, obiad, sprzątanie, w międzyczasie film, gwiazdkowy, a jakże, do bólu, bo hamerykański, taki piękny, wszędzie te gwiazdkowe duperela (serio? nie chciałoby mi się potem sprzątać tych kilometrów łańcuchów, świecidełek, poduszek, choinek, zresztą, gdzie to wszystko trzymać poza sezonem?).
Jedyne, czego będzie mi brakowało w tym roku to tego klimatu, bo w UK też taki jest, wszystko na bogato.
Ale nie narzekam, bo ja też dziś na bogato, baterie powymieniałam i włączyłam prawie wszystko co gra i buczy.
Zanosi się bowiem na deszczową, smutną jesień. Tak jak latem brakowało deszczu, tak teraz mam wrażenie, że będzie go po kokardkę i kucyki. Z jednej strony to dobrze, bo ziemia będzie mogła zmagazynować wodę na nowy sezon, z drugiej zwykłego bułkojada jak ja taka pogoda skutecznie w depresję wpędzi.
Dlatego bronię się światełkami i herbatką. Wina pić nie mogę, bo kolejny korkociąg szlag trafił i zawsze zapominam kupić nowy :D

A na mieście mordy, mordy, ze wszech stron atakują człowieka mordy.
I będą jeszcze długo atakowały, bo nikt nie spieszy się po wyborach ze sprzątaniem tych pysków.
Te same nazwiska, te same mordy od lat, niezależnie z jakiego ugrupowania.
Ale dziś zauważyłam, że startuje żona JJ, to niezły typ do głosowania.

Może będzie jeszcze dobrze.
Musi być, nie ma innej opcji!

Owocówki balują, ale już niedługo i na nie przyjdzie kryska.
Zastanawiam się, kiedy okna ogarnę, ale nie chce mi się.
I chuj :)

czwartek, 26 września 2019

Może

nie do końca dziś ogarnęłam, Kochany Pamiętniczku, ale i pogoda taka, że ojapierdolę.
Jakby już listopad był.
Ciemno, szaro, buro.
Ale po południu rozjaśniło się i od razu kopalnia skarbów


te diamenty bezcenne
i widać, że jesień już, nie za rogiem, ale już jest...


Jeszcze nieśmiała, niepewna swego piękna i uroku, zawstydzona, jak panna młoda, ale jest :)

Jesiennego krwotoku nic już nie powstrzyma.
Czerwień kapie z parku na ulicę...
Jesień żyły sobie rozcięła,
i blednie z zimna,
jak śmiertelnie senna
Eunice...

Aprowizacja ogarnięta i zapięta na ostatni guzik, a i dżinsy dorwałam, dzięki czemu mam komplet gaci w pięknym kolorze blue :) 
Do sprzątania zabrałam się jak zając do jeża i tak się skończyło, ale to nic.
Utkwiłam w przyjemniejszym świecie, a co, też mi się coś od życia należy :P

I jak dobrze, że mimo pracy nikt w najbliższym czasie nie będzie mnie rozliczał z godzin.
To lubię :)
Wchodzę, pracuję, wychodzę.
Luksusowa kobieta. Tak mogłabym na okrągło.
Cały czas :D

środa, 25 września 2019

Niebiosom

dzięki, że pojechałam wczoraj, Kochany Pamiętniczku :)
Dziś i mgła (a może smog?) i leje jak z cebra. Wszędzie wypadki i same katastrofy.

A ja, wyspana, wykąpana, już prawie ubrana, zmieniłam zdanie i nie polazłam nigdzie, za co też niebiosom dzięki, bo lunęło i leje.

Więc (nie zaczyna się zdania od więc, wiem, Kochany Pamiętniczku) popełniłam


w zalewie, wyszło takie smaczne, że musiałam się powstrzymywać, żeby nie zeżreć dziś wszystkiego.
I nowa brytfanna jest rewelacyjna.
Powidła dokończyłam.
Pokręciłam się...
I zadumałam.
Jak szybko mija czas...



i dziś przedostatni

Tylko Kalafiorkówna jeszcze wolna, ale i ona powoli coraz bardziej dorośleje...

Jesień, pora światełek, przemijania, zadumy.

Ale nie, nie mam depresji i nie chcę mieć. Mam za dużo do zrobienia, żeby się w deprechę pakować :D

Najpiękniejsze są te dni, których jeszcze nie znamy.

Filmy gwiazdkowe zaczęłam oglądać, są naprawdę bardzo krzepiące :D

wtorek, 24 września 2019

Kolejne

na liście odhaczone, Kochany Pamiętniczku.
Nareszcie.
W poniedziałek do warzywek poleciałam i umówiłam się z naczelną, że dostanę wszystko w poniedziałek.
O 12 było już po ptokach, reszta miała być z domu.
Z maszynkami umówiłam się na luzie na piątek, akurat mieli nasiadówkę po targach i nawet jakąś nalewkę proponowali, ale się wymówiłam.
Mało, że na mordzie jestem czerwona cały czas, to po wypiciu mocniejszego alkoholu robię się purpurowa.
Więc nie. Standardowo w pracy nie piję, wystarczy, że łysym łbem straszę.
Do teatru poleciałam, rachunki in blanco podpisałam i wio do domu.
I kibluję, kibluję i co się okazuje? Mimo moich monitów spisu treści nie będzie, bo grafik sobie poszedł do domu. Mimo że uprzedzałam kobietę od spisu. Napisała, że sama dopilnuje. I dobrze. W dupie to mam, grafik sobie ot tak, wychodzi, a ja?
Nieraz przekładałam swoje plany dla ich planów, to niech raz przełożą swoje dla mnie. Nie płacą mi aż tyle, żebym ze wszystkiego w życiu rezygnowała.
Wstępniak doszedł.
Następnego dnia doszedł w PDF za minutę dziesiąta, ale zrobiłam i zdążyłam na autobus. Nie było błędów, tylko błędne przełamania.
Dlaczego widzę to tylko ja?
Dlaczego nawet grafik, łamiąc, nie widzi? Taki z niego grafik jak z koziej dupy trąbka, dziś prawdziwych ani łamaczy, ani grafików już nie ma.
No nic.
Spis poszedł bez korekty.
Rybka mi to.
Rano wstaję i pogoda ni chuchu...
Mgła.
Niby niewielka, ale mgła.
Łamię się, ale lecę na Manhattan po pomidory i na dole widać lepiej niż z mojego piętra.
Przed 10 widać już drzewa, których nie było widać o 10. Jest ciepło, aplikacja mówi, że będzie słońce.
Zapada decyzja, jadę.
 W autobusie kierowca dobrze po siedemdziesiątce. Jedzie tak, jakby spał i chyba faktycznie przysypia...
Kurwa mać.
To ten erotoman gawędziarz, który kiedyś całą drogę trajkotał z jakąś kobiałką.
Na jednym przystanku nie zauważa (w małym busie!), że gość chce wysiąść,  zatrzymuje się poza krańcem przystanku. Potrąca gościa, zamykając drzwi.
Panika we mnie narasta.
Za Jarocinem zmiana. mgła znika. Wsiada jakiś znajomy kierowcy, czeka na niego na przystanku kilka minut, facet dobiega już za przystankiem. Kierowca odżywa, gada, gestykuluje, ale KURWA, oglądają zdjęcia na smartfonie, w czasie jazdy.
A przy drodze wyrąbane połacie lasu, wśród tego snuje się prostytutka i nie, na pewno nie była to pani inżynier nadzorująca roboty.
Tak sobie myślę, że to jednak ciężki zawód.
Jak mówiła moja teściowa: to nie zawód, to powołanie.
Seks lubię, ale powołania w tym kierunku nigdy nie czułam.
I uświadamiam sobie, że najcięższy dzień korektorki jest lepszy od najlepszego dnia prostytutki.
Czuję się szczęściarą.
Dojeżdżam do K.
Lecę na cmentarz, a tam moja E., rozebrana do rosołu, jeden grób już lśni, zielsko wyrwane - nie, nie z mojej działki, ale obok, bo jej przeszkadzało, liście zgrabione, a ja raz, dwa, jakby Ciocia znów żyła, pod dyktando E. kończę robotę i tadam :0
Pyta mnie, czy chcę iść na grób niedawno zmarłej koleżanki, ale mówię, że jednak nie, bo już mało czasu, a ja, niestety, muszę do kibelka.
Zatem poszłyśmy do kibelka, znaczy się do baru z kibelkiem


No i w galopie obiad za 13 zł polskich taka sztuka, a dobre, dotąd mi się nic nie przypomina, a to znaczy, że w knajpie dobrze gotują :)
I też kurcgalopkiem na dworzec, E. stwierdziła, że dotąd myślała, że przesadzam z tym brakiem czasu, ale sama widzi, że to faktycznie za mało. Gdyby ona nie ogarnęła mi pomników, ja bym ich też nie ogarniała, bo po sąsiednich widać było, że moje niedawno myte (zdążyła umyć u moich rodziców, u cioci nie). Sprzątnęłabym tylko liście i już na obiad nie byłoby czasu, poleciałabym tylko na Statoil na siku :)
Pociecha, że od 27 wracają pociągi, więc będę miała czas.
Wracał ten sam kierowca. Przebrał się, koszulę zmienił.
Wsiadła pani, która do samego Poznania gadała z nim, więc...
Japierdolę, pierdolenie o Szopenie przez tyle godzin?
Że on ma zęby tu i tam, że tu w prawo, a tu w lewo, że słoń...
Trochę podsłuchiwałam.
Nienawidzę gadających kierowców, dlatego mam opory przed jeżdżeniem taksówkami.

Ale spokojna jestem.
Gość myjący nie bierze kasy za darmo, zapłacę i będę miała czyste na Wszystkich Świętych.
E. mówi, że mam nie wymieniać bukietów, ale wymienię.
I pojadę tym Umarlakom zapalić znów, bo...
Bo są moi...

Teraz dwa dni wolne, całe dwa dni, co za rozpusta :)
Na piecu

 powidła dyniowo-śliwkowe się pichcą, w lodówce marynują żeberka w miodzie...
Nie, radio nie gra, bo po czterech godzinach słuchania playera w autobusie mam dość muzyki.
Cisza też jest piękna.

A jeszcze piękniejsze jest to, że jutro NIC NIE MUSZĘ.

I w ten sposób ogarnęłam całe Umarlakowo, a Pierworodny nawet tego nie zauważył...

A mógł i powinien :)
Przykre: umiesz liczyć, licz na siebie.

E. dołożyła mi swoje jajka, znaczy się, prawdziwe wsiowe jaja :0

A ja wcisnęłam jej markowe perfumy.
I nawet nie wiem, czy jej się spodobało to, czy nie, bo nic nie powiedziała i nie napisała.  A chciałam podziękować za latanie z kamieniarzem i za to, że nałogowo siedzi na cmentarzu. Bo napisała mi, że wracając z dworca wleciała na cmentarz, i że jutro też pójdzie.
Fakt, jest tam cisza i spokój, no ale bez przesadyzmu, co nie? :|

I dopiero wyjeżdżając za miasto widzi się, jak bardzo zniszczyliśmy Ziemię.
W małych miejscowościach powietrze jest jeszcze gorsze, jak w mojej wiosce.
A i tak po 17 włączają się aplikacje, że powietrze jest do dupy.
To pora, kiedy ludzie rozpalają piece.
Mimo że na co trzeciej chałupie po drodze paneli słonecznych było od groma...

Życie pędzi coraz prędzej...

piątek, 20 września 2019

U mnie już

październik, Kochany Pamiętniczku, bo październikowy numer zamknęłam.
Bez huku.
Lekko szoknięta, bo wbrew pesymistycznym prognozom dokładnie o 16.59 pozbyłam się ostatniej kartki wydruku i do poniedziałku jestem wolna jak ptak.
Teoretycznie, bo parę minut po moim wyjściu była pani z warzywek z wydrukami, które zostawiła na biurku (dowiedziałam się już w domu z emilka).
Ale może to i lepiej, że nie wzięłam ich do domu, bo mam całe dwa dni dla siebie, a wystarczy jak to skorekcę w poniedziałek.
Wiem, że to na mnie czeka, więc sama sobie zorganizuję czas.
A technika dosłała teksty na emilka o 1.39.
W nocy, of course.
I dlatego na wszelkie sugestie, żebym pisała, odpowiadam, że cenię sobie swój czas.
Mają więcej i to dużo więcej kasy niż ja, ale?
Są dwuzawodowcami, bo i gazeta, i gospodarstwo. To też poniekąd przyczyna ich frustracji. GI ma jeszcze dodatkowo firmę doradczą.
Nie zazdroszczę. Życie ma się tylko jedno.
I nawet milionerzy umierają tak samo, jak zwykła korektorka :)
No, może w razie W mają więcej kasy na walkę, ale...
Lubię swój punkt istnienia i nic tego nie zmieni...

W domu rano




zwlekam me szlachetne zwłoki  z kanapki, a tam za oknem tak jak powyżej.
I znów zapiera w piersiach dech.
Chwila, cudna, dla takich warto żyć.
Zdjęcia nie oddają tego, co oko widziało, aparat widzi inaczej, ale to nietknięte żadnym cudem wiankiem do obróbki.
Na dole dalej wonieje żulem, no żeby moje perfumy miały taki power :)

W pracy na wejściu atakowana jestem przez kawałek kiełbasy (nie lubię kiełbasy), ale tak natrętnie, że jednak ulegam i zjadam i ojapierdolę. To nie kiełbasa, to ambrozja i pokarm bogów. Koleżanka dostała od kolegi...
Za taką kiełbasę zapłaciłabym i 100 za kilogram, problem polega na tym, że jest nie do kupienia.
A z drugiej strony atakuje mnie Cezar ze słodkim i na pytanie, z jakiej okazji mówi, że wnuczek mu się urodził :)
Facet po prostu oszalał z radości.
I kawkę wtyka na siłę, a ja niekawkowa...
I tak gawędzimy (kurwa, ja gawędząca z Cezarem, no ale dziadostwo to więzy jakieś są), okazuje się, że córka rodziła.
I wszystko jasne.
D. też zostanie babcią i przeżywa jak mrówka okres. Na moje podśmiechiwanie powiedziała, że nie mam córki to nie rozumiem.
Może.
Ale to ja wlokłam Synową od Pierworodnego do szpitala, gdy roniła, bo akurat byłam na miejscu, a oni chcieli czekać do poniedziałku... A był piątek.
A, nieważne.
Przeżywałam każdą ciążę po swojemu.
Swoje ciąże też, bo w sumie byłam zdana sama na siebie tak naprawdę.
Nieważne, wszystko się dobrze skończyło, a reszta wyjdzie w praniu.
Cezar zaś powiedział, że zaczął u nas pracować, bo przedtem miał pracę w rozjazdach, a perspektywa wnuka zmieniła jego punkt widzenia.
Córka Cezara ma zatem fajnego ojca :) I dobrze, że chociaż jedna kobieta takiego ma :)
Aczkolwiek i mój, alkoholik, najgorszy tak do końca nie był, bo gdy porzucona przez męża, który "musiał jechać na ogórki" i teściową, która choć obiecywała, że wróci z DE, nie wróciła, bo jej córka miała po porodzie "depresję, bo kazano jej karmić piersią, a ona nie chciała, bo zniszczyłoby jej to biust", poszłam rodzić Inżyniera, zajął się tak Pierworodnym, że cały warsztat (bo to taka komuna wtedy była) nie mógł wyjść z podziwu, że rozpieszczony (co tu ukrywać) Pierworodny chodził jak dobrze naoliwiona maszynka, a zadbany był tak, że im oczy na wierzch wychodziły :)  I dziadek był cały czas trzeźwy w trzy dupy.
Tak, byłam jego dziewczynką, choć do dziś płacę za to wysoką cenę.
Za wyciąganie go z knajpy na prośbę mamy i za te wszystkie takie tam.
Za moje myślenie, że jak będę grzeczniejsza, lepiej się będę uczyć (w 8. klasie miałam świadectwo ze średnią 5,0, szóstek wtedy nie było), że gdybym nie miała niedosłuchu, to tatuś by nie pił...
Życie nie jest proste, ani trochę.
No nic, dziesiąty numer zamknięty, u mnie już listopad :D

I powrót do domu i...
Szeroko otwarte drzwi wejściowe i jebie żulem nadal, na potęgę.
Podejrzewam, że nowa dozorczyni, bo już jest nowa po prostu nie sprzątnęła po nim.
Współczuję mieszkającym na parterze.
Ale... otwarte drzwi wejściowe to zachęta dla kolejnych żuli.
Kwadratura koła.

Czasami przeklinam mój nos, bo jak żyć, jak żyć, gdy wszystko śmierdzi? :)

No dobrze, w domu nie śmierdzi.
Jeszcze :P
A jutro wszystko spokojnie ogarnę i zastanowię się, co dalej :)

Coś mnie rozbiera.
Nie ktoś, ale coś, a to nie jest za bardzo przyjemne :P 

czwartek, 19 września 2019

Już dawno

nie było w pracy tak spokojnego dnia, jak dziś, Kochany Pamiętniczku.

Ale po kolei.
Wsiadam do windy i jadę na wdechu, a dla mnie wdech trwający minutę to śmierć, takie mam rozwalone płuca.
Śmierdzi, że ojapierdolę. Mam wrażenie, że żul spał w windzie, ale nie... Dobrze, że nie poszłam schodami, tam dopiero musi jebać.
Na parterze drzwi otwarte na oścież, a smród zatyka dech w piersiach. Więc galopkiem jak ta łania po schodach lecę, modląc się, żeby gir nie połamać.
Udało się. Wdech, wdech, wdech...
Gdy wracałam po południu, śmierdziało dalej, wieczorem idę ze śmieciami, śmierdzi jak śmierdziało.
Jeden żul, a smród trwalszy niż od perfum za kilka stów.
I to nie na jednej osobie, ale w całym bloku.
Jedenastopiętrowym.
Kurwa mać.
Smród chodzi za mną cały dzień, ręce myję częściej niż zwykle i nie, nie mam nerwicy natręctw.
A w pracy (odpukać) sielanka.
Cisza, spokój, żadnych nerwów, a na moje ponaglenie, że jednak chciałabym iść do domu i podlać biedne badylki, następuje ruch w interesie i o 15 kłaniając się grzecznie idę w siną dal, z zapowiedzią, że jutro nie będę ich od bladego świtu męczyć, ale gdzieś tam, jak wstanę :)
Nikt nie śni...
Nie, po prostu Boss jest na delegacji, a wstępniaka napisze mój ulubiony redaktor GI :)
No co ja za to mogę, że chłopaka lubię?
Jest w wieku Pierworodnego, zaczynaliśmy pracę tego samego dnia, poznaliśmy się w laboratorium na badaniach przedpracowych :)
Jest bardzo miły i dobrze się do mnie odnosi, a poza tym ma takie poczucie humoru jak Inżynier i zawsze witamy się, jak w amerykańskich filmach - on - pani B., a ja panie G :)
Więc dzień minął miło i spokojnie, a na drzwiach zawisnął plakat :)

Nie chodzi o to, że nie chcę pracować, dopisałam później ... do III korekty.
I w punkt, bo tak wtedy wyglądam. Zastanawiam się od paru dni, co czułby człowiek, któremu kazano by na okrągło czytać ten sam rozdział w książce, która niekoniecznie podobałaby mu się. Płacą mi za dwie korekty i zaciskam niekiedy zęby i je robię. Ale trzecia i czasem czwarta, bo chuje-muje?
No, przeczytaj trzeci raz z rzędu Naszą szkapę, ze zrozumieniem, a potem jeszcze raz i jeszcze raz. I nie po kilkuletniej przerwie, ale na okrągło.
Tak wygląda praca korektorki :)
Ale mniejsza z większym, do domu wróciłam jak człowiek.
Badyle ogarnęłam wreszcie.
A już padały z pragnienia :)
Oczy anioła próbowałam zmęczyć, ale przerosły mnie, więc wzięłam się za gotowanie obiadu na jutro, bo kiblować będę na pewno, na bank.
No bo te targi.
I wchodzę do dr M., a ta mnie woła i pokazuje. Nadaje drugi wice, na żywo, z targów właśnie.
Uwielbiam to wzajemne podkopywanie sobie dup.
Kopanie dołków, inne takie tam.
Tyle, że ja na to zawsze miałam wyjebane. Byłam bez ambicji.
Nie żyłam nigdy po to, żeby pracować.
Pracuję po to, żeby godnie żyć. A że nie umiem dup lizać, jest jak jest, ale... fajnie jest :)
I Synową od Pierworodnego dorwałam dziś. Wciąż się ogarnia, kurwa, ile można się ogarniać? Nie wie, co ugotować, nie chce gotować, ale musi.
Pociągnęłam za język. Mają już 500+. Obiady w szkole dla MW 200 zł. Przedszkole za darmo, płacą tylko za wyżywienie. Więc wszystko gra i powiewa. Jednak polskie realia prorodzinne są lepsze niż w UK czy w DE, mimo że muszą płacić i to niemało za mieszkanie, ale mają wypasione lokum. Żeby chociaż bąknęła, kurwa, fajnie, że nam tak powiedziałaś. Gadamy o żarciu, rzucam Eintopf, a ona - what? No, kurwa, ona się uczyła ponoć niemieckiego, ja w życiu. Och i ach, ale ona już niewiele pamięta.
Kurtyna.
A wystarczyło wygooglać i nie przyznawać się do niewiedzy.
Eintopf.
Na pocieszenie: Papryczek się z nią kłóci. I to często. Serio? Pięciolatek niesłuchający matki? I clou: jak się z nią kłóci, mówi jej, że ucieknie do mnie.
Hahahahahahahhahahaha :)
Do dyscypliny i zakazów?
Bo ponoć płacze w przedszkolu, gdy nie może robić, co chce.
Serio?
Szoknięta jestem.
Nie do babci Justyny, tylko do mnie.
Kurwa.
Nagrabiłam sobie. Ale jak to możliwe?
Mała Wiedźma ma adoratora, nazywa ją królową angielską. Taki wiek. Mówi dobrze po angielsku (adorator), MW umie się odszczeknąć, ale sądzę, że Pierworodny powinien ją poodprowadzać do szkoły w T-shircie


Muszę mu taki sprawić :) Adoratorów należy od początku trzymać z daleka.
Nie ma innej opcji :)

A Alienek potknął się w drodze do przedszkola i ma zmasakrowaną buzię. Chodzi na smyczy. Nie dziwię się, droga obok dwupasmówki, a Alienek taka łajza, jak jego tata. Jego tatę prowadzałam na długim szalu (szal mam do dziś), zamotanym pod pachami, wszystkie panie w okolicy wzdychały nad biednym (przyszłym) Inżynierem, ale dzięki temu szalowi Inżynier żyje do dziś. Nie było wtedy smyczy dla dzieci :) A Alienek temperament odziedziczył po ojcu, nie znam historii Inżynierowej.

I tak jakby jestem umówiona za tydzień w K.

Kaloryfery grzeją.
Radio Pogoda gra.
I nie muszę jutro być punktualnie na dziewiątą.
Czegóż więcej chcieć od życia?

Tylko zdrowia, reszta jest do kupienia, załatwienia, ogarnięcia.

A zdjęcia, które wysłałam, doszły.

Czyli wszystko ogarnięte jak należy, bo i wbrew obawom moim po zmianach w banku Office się kupił.
Ale zapłaciłam podwójnie w tym miesiącu za kartę, o której chłop nie wie, więc jednak przymierzam się do zrezygnowania z niej.
Szkoda czasu na niesolidne instytucje, na dokładkę żyjące z takich uczciwych dłużników, jak ja.

środa, 18 września 2019

Niezmiennie

całe życie z debilami, Kochany Pamiętniczku :)
I tak już do usranej śmierci będzie, ale co tam, niech tam.
Środa dziś. Zamykamy pierwszą składkę.
Niby tych stron mniej, ale nagle więcej i tadam...
Wczoraj kiblowałam tylko godzinę dłużej, dzisiaj już trzy.
Nawet mi się nie chce strzępić pazurów o klawiaturę, ale całe życie z wariatami.
Gdybym nie poszła i nie zapytała, to dzięki cudownej organizacji pracy siedzielibyśmy pewno do północy.
Sęk w tym, że zupełnie niepotrzebnie!
A pani M., ta aktywna, och i ach i ojapierdolę, o 17 w podskokach poleciała, ale no...
A Cezar wparował swoim zwyczajem, że...
Wywaliłam bez pardonu.
Jeżeli wziął za wiele na swój łeb, ma takie chody, że niech walczy o swoje. Nie będzie błyszczał kosztem moich wysiłków.
Nie ma opcji.
I tak wracam sobie na domowe łono (jakie łono, badyle padają niepodlewane, w lodówce nic się nie chłodzi, smród, brud i ubóstwo bez rui i porubstwa, no może z leksza przesadziłam).
Kierowca z autobusu wywala żula, ja w tym czasie idę o piątki.
Łomża miodowa należy mi się jak psu zupa.
I, kurwa, dziesięć minut kibluję pod blokiem, bo żul, pijany w trzy dupy, dzwoni i dzwoni.
Nie, nie będę się kopała z pijanym facetem. Poczekam.
I jakaś litościwa dusza wpuszcza rzeczonego do bloku!
Kurwa.
Dlatego ja nie odbieram domofonu, nawet jak słyszę dzwonek, bo mam zepsutą całą resztę.
Kto po 20 wpuszcza do domu nie wiadomo kogo?
Niech mi to ktoś wytłumaczy?
W każdym razie wlazł. Po schodach się wczołgał, poszedł w lewo, pewno na klatkę schodową.
Nawet szpary unijnej nie sprawdziłam, taki smród ciągnął na korytarzu.
Z duszą na ramieniu dowlokłam się do windy i...
Ufff, jestem w domu, aczkolwiek spokojna nie jestem.
No nic, pewno tak jest często, tylko nieczęsto na to trafiam.

A wczoraj w sandałkach poleciałam do pracy, dobrze, że założyłam dżinsy i sweterek wzięłam.
Wracałam w lodowatej ulewie, parasol diabli wzięli, a nóżki wymoczyłam sobie w lodowatej kąpieli.
Ale pomogła stara recepta: woda z imbirem i cytryną oraz miodem.
Komunikat już wisi, żeby odkręcić kaloryfery, w pracy już grzeją.
Piszę do Pierworodnego, ja, Matka Polka Pojebana, żeby sobie zabrał kurtkę zimową ode mnie...
Bardziej mnie już chyba nie pojebie.

I szwagierka się wieczorem odezwała.
Dziewczynę w papciach do nieba wezmą, a chóry anielskie będą grały hosanna.
To naprawdę bardzo dobra kobieta jest.
Ale nosi na plecach wszystkie grzechy tego świata. I nie robi nic dla siebie, wszystko dla kogoś. I czuje się bardzo nieszczęśliwa. Napisała mi, że nawet po śmierci nie spocznie, bo już czekają na nią, żeby coś zrobiła. Po cholerę? Nie rozumiem. Wiem, jestem egoistką i to wielką egoistką. Ale mam tylko jedno życie. Drugiego nie będzie.

Jej mąż, najmłodszy z nich wszystkich, znaczy się ze sławetnego rodu Eksa, nic mu nie odbierając, był najmniej rozgarnięty. Nawet matury nie zdał, ale co tam. Teściowa na wszystko mówiła wciąż "on jest młody, to i głupi", bo to takie nieplanowane dziecko, późna wpadka. Mamusia broniła, tatuś wymagał dyscypliny i tak to się kręciło, ale nie po myśli żadnego z nich. Tak sobie po tym wszystkim myślę, że jednak Pierworodny ma w genach dużo po nim. Nie, nie zdradzałam męża, ale to te same geny. Szwagier był "przedsiębiorcą" w sensie, że kulało się, póki go ciągnął brat z żyłką do interesów. Ale że w tej rodzinie nigdy nikt tak naprawdę ze sobą nie współpracował, poszło jak poszło.
Nie zapomnę nigdy rozmowy z Inżynierem, kiedy zaproszeni do nich na pogawędkę, już po odejściu Eksa, wsiedliśmy do kolejnego samochodu J., który całą drogę, wioząc nas z pętli do siebie za miasto, narzekał, jak to on jest biedny, bo musi płacić co miesiąc 2 tys. za samochód kupiony na raty.
Miał słabość do samochodów, które zmieniał jak rękawiczki.
Inżynier w domu rzekł do mnie: ależ mamo, mama za 2 tys. zł utrzymuje naszą trójkę i nie narzeka...
Kurtyna :)
Fakt, za jedyne 2 tysiące, bez grosza alimentów. Obaj synowie byli wtedy na studiach już.
W czasie tego spotkania słyszałam tylko, ile wydali na adwokatów, na rzeczoznawców, żeby nie dać temu chujowi (znaczy się swojemu bratu, który Eksa na swe łono wziął, no bo ta willa) wygrać, jak są wszyscy oszukani, ile im się należy i że ja też powinnam się w to czynnie zaangażować, bo moim dzieciom się należy i mi się należy i nie można, żeby ten chuj... 

I tak czas płynął.
Najmłodszy z rodu zachorował, wypierali, że to niemożliwe, że nie ma opcji, że błędna diagnoza.
Ich córka, rówieśniczka Inżyniera, przemądra dziewczyna, z dwoma fakultetami, ale eko, sreko, freedom, joga, windsurfing, Himalaje i inne takie tam.
Jest z facetem z przeszłością i dzieckiem z przeszłości.
Mają wspólne dziecko. Przeuroczą dziewczynkę, nieco młodszą od Alienka.
Sprzedaje nieźle kręcący się biznes tu, w wiosce.
Są w Bieszczadach czy innych Beskidach.
Freedom. Dziewczyna zajmuje się... jogą :D Ponoć z tego żyją, ale nie wygląda mi to na superżycie.Po dwóch fakultetach na polibudzie, skończonych na medal? WTF?

I wczoraj ta rozmowa.
Że ona już ma dość. Znaczy się, szwagierka moja. Że opiekuje się wnuczką po 10 godzin na dobę,  bo jej matka, z dwoma fakultetami, straciła jednak pracę w byłym rodzinnym interesie i nie stać jej nawet na żłobek w tych Bieszczadach czy Beskidach. Serio? Żłobek na wygnajewie droższy niż pińcset plus?
Że musi się ogarnąć.
Że jej tu dobrze, ale mąż tu zdycha na parkinsona i inne takie tam.
Że jak nie będzie prowadziła agroturystyki, to albo chleb, albo leki...

Cóż mam rzec? Całe życie wyśmiewano mnie, że układam sobie, jak układam. Że nie szarpię się, że z pokorą przyjmuję niemanie prawa jazdy, że nie, nie kupię malucha za 500 zł, bo mnie na taki szajs nie stać.
Że nie mam ambicji.

A wczoraj usłyszałam, że jak to, nie gotuję dla całej rodziny, która jest w wiosce?
Że nie chcę niańczyć wnuków?

Nie, G., nie chcę.
To moje życie.
Nie będę matką Teresą, jak Ty, nie wezmą mnie w papciach do nieba.
Może i nikt już na mnie nie czeka, ale...
To jest MÓJ wybór i niczego nie żałuję.
Bo wracam do

Na swój własny rachunek.

Nie zawdzięczam nic nikomu, nie wdałam się w rodzinne rozgrywki.
Mam gołą dupę. Nie ściga mnie urząd skarbowy.
I nie muszę wybierać.
Eks sam wybrał.
Gdyby Eks był ze mną, byłabym z nim do końca.
Biedna, z gołą dupą, ale szczęśliwa.

Co miesiąc na korytarzu mijam mecenasa.
Jeszcze żaden człowiek nie kłaniał mi się tak głęboko.

Może sobie pochlebiam, ale może coś w tym jest?

Jedyne, czego żałuję to to, że chłopcy nie noszą również mojego nazwiska.

A za oknem w kuchni Księżyc jak z horrorów.


Przetrwać jeszcze dwa dni...
I do końca września.
Tak mi się rozpisało...

sobota, 14 września 2019

Mój pociąg

już odjechał stąd, Kochany Pamiętniczku, i  nie jestem pewien sam, jak to jest :)

Nie pojechałam na zjazd, od początku wiedziałam, że nie pojadę.
Lubię tych ludzi, lubię spotkania po latach.
Ale...
Wolę spotkania ot tak, a nie z okazji.
Cóż można przekazać ludziom, których nie widziało się przez ponad pół wieku, kiedy każdy żył swoim własnym życiem, swoimi szczęściami i nieszczęściami?







Konia z rzędem, kto mnie znajdzie na tym zdjęciu z IA. Sikora, jeśli to czyta siedzi na dupie i animrumra, tak samo ci, co są na fejsie :)
Ano, zdjęcie jak pierdyliard w internetach.
Inżynier dziś mówił, że dwa tygodnie przed ślubem, na który lecą, ma spotkanie ze studiów z okazji dziesięciolecia.
Serio?
To on dziesięć lat temu studia kończył?
Serio?
Nie poleci, bo koszta, bo urlop... Życie jest bolesne, powiedział zając, tuląc się do jeża... Witaj, dziecko, w moim świecie.
Byłam na spotkaniu ze studiów. I serio? Studia to były piękne dni i wspaniali ludzie.
Ale nasze drogi dawno temu się rozeszły. I nie mamy ze sobą nic wspólnego, nawet z ludźmi, z którymi wtedy byłam bardzo blisko.
Życie.
Więc nie, nie ma mnie dziś na zjeździe w R., choć może następnego nie dożyję, ale i tak dziury w moście nie będzie.
Życie toczy się z nami czy bez nas, tak samo.
Nie ma ludzi niezastąpionych.
Przykre, ale prawdziwe.

Wczoraj,  przeglądając album w poszukiwaniu tej fotki znalazłam inną.
Matki dziewczyny, której matka zmarła, gdy ona miała dwa lata i... nie ma żadnej fotki swojej mamy.
A ja ją mam. Bo mój ojciec był niezłym babiarzem. Dziwkarzem go nie nazwę, wielu spraw już nie odtworzę, nie ma ludzi, a i ja nie jestem zbyt skora do drążenia.
Ale jej mamę pamiętam.
Posyłam skan.
Szok.
Pytam, czy chce fotki, bo miałam parę.
Chce. Wysłałam dziś rano. Jak łatwo niekiedy ludzi uszczęśliwić, nieprawdaż?
Niech jej te fotki dadzą chwile ukojenia...

A ja? Poprzesadzałam dziś, ogarnęłam dokładnie kuwetę, z Inżynierem i jego Połowicą pogawędziłam...
I tak życie spokojnie pędzi coraz prędzej :)

A, i na Netfliksie Wysoką dziewczynę ogarnęłam. Ot, taka hollywoodzka bajka, ale podstawić pod wzrost cokolwiek i już nie bajka. Jak chociażby IT problem z okularami. Fakt, miała niezłego zeza, ale...
Gdzie wtedy był, kurwa, mój słuch?
Naprawdę NIKT tego nie słyszał?


Kiedyś ktoś mi powiedział, że mam cudzoziemski akcent :|
Sporo razy w życiu powiedziano mi, że gdybym nie poruszyła tematu, nie zorientowano by się, że mam niedosłuch.

W sumie, mam nadzieję, że jednak bawili się beze mnie znakomicie :P


A Alienek stoi w kącie na 10, jak matka Natura przykazała. Znaczy się, jak babcia Yoda zaleciła, nie do wiary. Czeka ich długa praca, wzdech, duże wydatki. Tak czasem myślę, że trzeba słuchać matki i teściowej. Wzdech. Amen :P



piątek, 13 września 2019

A nie mówiłam

Kochany Pamiętniczku?
Mówiłam, że się Cezar pierdalnie.
No i na moje wyszło.
Parzę sobie dziś herbatkę w kuchni, a ten wpada i mnie swoją częstuje. Ojaciepierdolę. Podziękowałam, bo czarną miał, a ja czarnej nie pijam, ale mnie zatkało.
Dzień leniwie płynął, nie chodziłam, nie marudziłam, aczkolwiek wnętrzności mi skręcało.
Emilka z tej nowej firmy dostałam, że mam sobie sama policzyć, co zrobilam. Nosz, kurwa, datę urodzenia mogę dodać.
I podali stawkę, całe 3 złote polskie za 1800 zzs. Znaków ze spacjami. Padłam.
I zapytali, czy zrobię następną fuchę.
Odpisałam, że skontaktuję się jeszcze z dziewczyną, która mi to naraiła, ale...
Nie, nie wezmę tego.
Nie mam zielonego pojęcia, jak szybko czytam 1800 zzs, choć pracuję ww tym fachu od lat. Chyba szybko, albowiem tekst w jednej z netowych gazet, opisany, że jego lektura zajmuje dziesięć minut wciągnęłam w trzy. Bez wysiłku i ze zrozumieniem.
Ale nie, 3 zł to mogą płacić studentowi, nie mi. Widzę rzeczy, których student nie widzi.
Rynek zepsuli ludzie, skazani na własną działalność gospodarczą, biorący każde zlecenie, bo ZUS, czynsz - ja to wszystko rozumiem, ale...
Jestem już na takim etapie, że wszystko mogę, nic nie muszę, a naprawdę współpraca z ludźmi nieszanującymi mojego czasu, którzy nawet nie raczą mi wysłać wiadomości, że dziś nic nie będzie, za te marne 3 zł za stronę maszynopisu.
Dziękuję, postoję, wolę w tym czasie wypić piwo czy wino, nie sprawdzając nerwowo, czy coś na poczcie jest, iść na spacer, nie wiem - cokolwiek.
Pani prosiła o informację, bo jak nie, to musi szukać kogoś innego.
Małpa jestem, odpiszę jak oni.
W poniedziałek. Do dziś nie mam umowy.
W sumie z przyjemnością odpuściłabym te grosze, gdyby nie to, że więcej czasu straciłam na czekanie na materiały niż na samą pracę.
Więc nie, nie biorę.
Lata temu dostałam zlecenie, a jakże, ze stolicy. Kiedy byłam jeszcze młoda i piękna, nawet już nie pamiętam od kogo. I płacili 5 zł za 1800 zzs :) Więc nie. NIE. Dużymi literami. Jeszcze mi głód w oczy nie zagląda.
A jak zaglądnie, to lepiej na kasę do Biedronki czy sprzątać w galerii.
To się nazywa wyzysk człowieka.
Ale wracając do naszych baranów, jak żabojady mówią, a ściślej do Cezara.
Korekcę sobie spokojnie, nie wyrywając rękawów, nawet Bossa zadziwiłam umiejętnością wstawiania strzałek (wyszłam z gabinetu jak zdobywca Oscara, tylko statuetki mi brakowało i nie jestem na tyle niedorozwinięta, żeby mu się przyznać bez tortur, że wszędzie jest prosta opcja kopiuj, wklej) :)
Dobijam do końca powoli, nagle drgnęło i wysyp i tadam...
Spis treści korekcę i...
W tytule błąd.
Wpadam, jak to ja, w panikę, no ale jeszcze nic do drukarni nie poszło, nic straconego...
Myślałam, że to wywiad Bossa i narobiłam rabanu, a Boss na mnie jak na wariatkę patrzy...
Okazało się, że to wywiad Cezara.
Idę i mówię mu, że ma byka i to w tytule.
Niemożliwe.
Możliwe, sama widziałam, ale że już zamknięte, to nic nie zrobię, musi iść po prośbie do grafika.
Otwiera tekst, który mu się nie otwiera przez wieki (mój kompik śmiga jak strzała, chociaż jest najstarszy w redakcji, albowiem pomna nauk Inżyniera, nie zapisuję nic na pulpicie. Redaktory zaś na pulpicie mają wszystko i zwykły Word otwiera im się godzinami. A dyski mamy wyjechane w Kosmos, w domu mogę o takim pomarzyć. Zwracałam im na to uwagę, posłuchała tylko jedna kobiałka i była zdziwiona, że jej kompik dycha).  Szuka w panice w wydrukach, których nie ma, albowiem je w niszczarce niszczy. Cyrk, jaja jak brylanty. Nagle stuka się w czachę i mówi: nie puściła pani błędu, zmieniałem tytuł.
Ta... Wyrzeźbił, jak to oni mówią. Byka sobie wyrzeźbił.
I tym cudownym zbiegiem okoliczności nie poszedł błąd w tytule, choć to i piątek, i trzynastego :)
Nie mówiłam, że karma to suka i go dopadnie?

I robiąc po raz trzeci korektę tego samego tekstu, objechałam "wielką" panią redachtór z Warszawy. Odpisała, że nie wie, co mnie tak wkurwia. Ano to, że mam obowiązek zrobić dwie korekty. Jeżeli ktoś ma - jak to oni tłumaczą przewalone - to kolejna korekta jest moją dobrą wolą, nie obowiązkiem.
Czytając po raz kolejny wypociny, bo dobrym tekstem trudno to nazwać, mam odruch wymiotny, tym bardziej gdy widzę, że dostaje to w stanie wskazującym na totalne olanie:  niedokończone, urwane podpisy, błędy graficzne, których korygowanie nie należy do mnie, ale koryguję, bo kurwa, jak można puszczać taką niedoróbkę?
Pisze, że dopisywała i chce, by było idealnie.
To niech dośle te dopiski, a nie 6 stron o kant dupy potłuc. Za którymś tam razem po prostu nie widzę błędów.
Ale...
Olałam emilka ciepłym strumieniem moczu...
Niech sobie też, kurwa poczeka na odpowiedź.
Badylki podlałam, ciasteczka z kompika wywaliłam, okno zamknęłam, posprzątałam i udałam się na zasłużony weekendowy odpoczynek.
Burzę przeżyłam.
Ogarnęłam mieszkanie wzrokiem bez okularów (czysto, ciemno, nic nie widać) i postanowiłam spędzić wieczór nic nie muszę.
Więc nic nie muszę.
I robię, co chcę :D

No, babcia zawsze mówiła: co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj, co masz zjeść dzisiaj, zjedz jutro, ale...

Raz mogę być niegrzeczną wnuczką, co nie?

A Alienek chodzi do logopedy. Dziś miał pierwszą wizytę i choć się buntował, jednak współpracował.
Jak bardzo chcemy, by nasze dzieci i wnuki miały z górki, nie pod górkę.
Miałam mniej opcji, takie były czasy. To, co mam, to zasługa mojej Mamy, która o mnie zawsze walczyła.
Mam piękne życie.
I on sobie też poradzi :) Nie ma innej opcji :) 

środa, 11 września 2019

Operacja

Powidła zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Ale zacznijmy od początku.
Dziś okazało się, że, a jakże, przegląd stron mamy i omówienie tematów na styczeń.
Hehehehehe...
No to idę do Bossa i mówię, że jak nic nie ma, to ja idę do domu, bo jutro będę kiblować po godzinach.
No, oberwałam, że jak nie ma, że po zebraniu.
I tłumaczenie, że ja do 13 dziś.
A chuj.
Za pół godziny dostanę materiał.
Z nudów polazłam na zebranie, pierdolenie o Szopenie, że w tym miesiącu mamy mało stron.
Nosz, ale w ubiegłym mieliśmy z górką plus ekstrasy. To nic?
I że urlopy mamy wybierać, bo między świętami mamy trzy tygodnie wolne.
Tak, kurwa, znów wypiszę mu wolne na dni kiedy mam wolne, niedoczekanie jego.
Po zebraniu czekam pół godziny.
Tekstów nie ma.
Bossa też nie ma.
No, pokazał, kurwa, że ma niewolnika, chłopa pańszczyźnianego.
A co, kto bogatemu zabroni?
Wrzałam jak wrzący czajnik, ale co mogłam zrobić?
Skoro go nie ma, to odmeldowałam się u wice, która była przy tych pamiętnych "za pół godziny" i dołożyła, że ona też coś ma.
Już nie miała, jak jej mówiłam, tylko spytała rozdzierająco, jak umierająca Ofelia: na pewno nic nie wysłał? Bo ja nic nie mam. Tak to ludzie mają krótką pamięć.
Nie, kurwa, nic nie wysłał.
No nic :)
Słoneczko grzało, tak cudownie, wrześniowo, łagodnie.
Tak mi się poniekąd zdawało, gdy prułam na pętlę, chytrze kombinując, jak dojadę do chaty babci Sikory, w celu dostarczenia obiecanych powideł. Bom ich dla Sikory nasmażyła. Ostatni raz byłam w tej chacie, jak jeszcze Sikora była dziewczyną Inżyniera, a to było za czasów dinozaurów.
A chatka na Świerczewie się znajduje, przez które i owszem, przejeżdżam autobusem bezpośrednim do pracy, którym nie jeżdżę, bo jeździ co pól godziny i szybciej jestem w domu jadąc wokół, z trzema przesiadkami.
Trasę odgapiłam na Google Maps i tadam.
Dumna z siebie wysiadłam na Buczka, bo Googiel mówił, że to rzut beretem do ulicy, której szukałam.
Mój geniusz terenowy jednak coś pogrzebał przy moim żyrokompasie i łaziłam po tym jebanym Świerczewie, a wszyscy pytani o ulicę robili wielkie oczy jak pięciozłotówki i nawet stare babcie, wyglądające na to, że życie tu spędziły, łażące z kundlami (kto łażący z kundlami nie zna okolicy?) ani dzieci (dzieci niewiedzące, co jest w okolicy to woła o pomstę do nieba), ulice tonące w piachu (tak samo tonęły w piachu te kilkanaście lat temu), i żar lejący się z nieba,a ja wody nie zabrałam. Żadnego sklepiku na wielu z uliczek, którymi krążyłam.
Mapy w telefonie prowadziły mnie w odwrotną stronę niż powinny, a może to mój rozwalony żyrokompas? :)
Prawie doszłam do Opolskiej i tam starsze małżeństwo skierowało mnie we właściwym kierunku, na mapie nagle pojawiły się ulice, i szła nimi taka kropka, znaczy się ja :)
I tak dotarłam do celu, gdzie zastałam sytuację, która zmartwiła Sikorę, ale udało mi się zostawić powidła, kończąc ją sukcesem.
Ostateczny sukces będzie, gdy powidła dotrą do adresatki :)
No i nagle okazało się, że wiem, gdzie jestem, tadam.
Żabka, a ja jak ten włóczęga, co ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ale nie, nie Rydzykowi nie damy ani złotówki, więc dalej...
... ach witaj mi matko najdroższa...
Chata Polska, ale nie, nie, drogo tam (taka się, kurde, oszczędna zrobiłam)...

... czy zdrowi ojciec mój i brat...

I tadam, jest Biedronka :)
URATOWANA :P

Smoothie zimniutkie jak noc poślubna w dłoń i...

nawet z głodu można nie umrzeć w wiosce, co nie, wystarczy się tylko ze Świerczewa wyrwać.


Koło przystanku autobusowego, chyba kania, ale nie znam się, a życie - mimo wszystko jest mi miłe :)
Więc per pedes do domu, tunelem, którego nie cierpię, ale o dziwo, nie zasapałam się.
Za to zanim dotarłam do pieleszy, obtarłam sobie nogę! W kapciach, w których przechodziłam całe lato! Na Świerczewie piachu mi się nasypało do sandałów i nie dał się wysypać.
Trudno.
Zakupy zrobiłam żywnościowe, tak że obiadek na jutro mam i nie będę się wkurwiała na Bossa. Bo wkurwianie z pełnym żołądkiem nie bardzo wychodzi.
No nic.
Robię też to, co poleciła mi dziewczyna, z którą kiedyś pracowałam.
I to jest pierwsza i ostatnia rzecz, którą im zrobię.
Jeszcze większy bajzel jak u mnie, teksty przychodzą późno wieczorem, dziś miałam dostać ostatnie, jest 20.01 i nic jeszcze nie ma. A chcą mieć zrobione dziś. Sorry Winnetou, płacą najniższą stawkę na rynku, pewno, że warto mieć parę groszy więcej, ale nie za cenę czekania cały dzień.
Miałam dostać umowę, podać swoje dane, dowiedzieć się, jaka stawka. I nic.
Nie, nie jest to warte moich nerwów i mojego spokoju. Co miesiąc mam siedzieć i czekać na robotę? Wtedy, kiedy chcę już o niej nie myśleć? I to jeszcze nie w godzinach od do, ale jak grafik da?
Pełno bezrobotnych korektorek chodzi po ziemi, niech sobie inną złapię.
Skończę to, co zaczęłam, ale odmówię dalej.
Pierdolenie Kaczora, że 4 tysiące minimalnej.
Owszem, mogę tyle zarobić, ale kosztem dyspozycyjności non stop dniem i nocą. To jaka to minimalna?
Milionów nie mam zamiaru zgromadzić, tak długo żyła nie będę.

A na Świerczewie już, kurwa, znów palą w piecach i śmierdzi smog. No ale skoro tyle węgla przywieźli z Mozambiku i innych Chin, to nic dziwnego, że ludzie już smrodzą.

Dzisiaj 11 września. Dla mnie podwójnie tragiczny, bo to i Nowy Jork, i Paweł.
A jutro Mama.

Niech ten wrzesień mija szybko, w podskokach.

Dogadałam się z gościem od mycia grobów i na Wszystkich Świętych mam termin zaklepany, co niejaką ulgę mi przyniosło.

I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)






poniedziałek, 9 września 2019

Zamotana

ta sobota była, Kochany Pamiętniczku, zakręcona jak świński ogonek.
Najpierw sobie Kierownik Budowy przypomniał, że dziś jest jakiś międzygalaktyczny kurs tai-chi, którego absolutnie ominąć nie może, bo się świat zawali i wydelegował do likwidowania garażu brata.
Potem Pierworodny z leksza focha strzelił, że sobotę ma popsutą, na co mu powiedziałam, że maszyny brać nie musi, spoko, coś z nią zrobię.To się odfoszył, że jednak weźmie.
Potem obie maszyny dojechały z przygodami, ale dojechały.
I tak ja wzięłam tę starsza, gorszą, po Cioci, z odłupaną intarsją, albowiem ma ona


płaską w miarę skrzynię, na której od biedy można parę badyli upchnąć.
Zdjęcia robione kalkulatorem, trudno.
Nie mam czasu :)

Przydałoby się malowanie, może dojrzeję, ale intarsji nie naprawię. Przydałby mi się taki typ, jak mąż Dory, ale rwać faceta tylko po to, by dechy poskładał?
Nie...
No a mieszkanie skurczyło się, ale...

 Jaki piękny pierdalnik, co nie? I już się żadni goście nie zmieszczą, a o to chodziło, co nie?

Wiem, wiem, umrę sama, badyle mnie zarosną, o ile nie padną od niepodlewania i takie tam.
No nic, co ma być będzie.
Inżynier zadzwonił, przytulił, bo wiadomo, 7 września. Pierworodny się nawet nie zająknął. Nic, zero, null.
KURWA.
Inżynier powiedział, że mam na siłę nie jechać do K., bo wykorkuję od tego latania. Pierworodny nawet się nie zająknął o wyjeździe do K. A miał tam zawieźć dzieci. Żeby poznały drzewo genealogiczne...
Alienek pójdzie we wtorek, znaczy się jutro do logopedy.
Nie mówi, a powinien. Tzn. mówi, ale swoim volapükiem, pojedyńcze słowa. 
Wizyta 40 funtów, ale znaleźli polskiego logopedę w W.
No cóż, uroki rodzicielstwa. Miałam pod tym względem łatwiej, że wżeniłam się w rodzinę lekarską, no i w PL zawsze było z dostępem, nawet prywatnym, taniej i łatwiej. I nie miałam takich problemów.
No nic.
Już dawno na to zwracałam uwagę, bo moje mając 1,5 roku gadały jak nakręcone. Po mamusi.
A i na nocnik leciały, a tu są problemy, że nawet jak miał specjalne pieluszki, które na podłogę nie przepuszczą sików, ale w gaciach jest mokro to nie reagował.
No nie wiem.
Przykro mi, ale to nie moja bajka.
To niemówienie mnie martwi, bo poród był kleszczowy.  Słyszy, to ma zbadane, więc nie słuch jest przyczyną.
A Mała Wiedźma ma po ojcu słuch wybiórczy: słyszy to, co słyszeć chce albo czego słyszeć nie powinna, reszta spływa po niej jak woda po kaczce.
Zobaczymy, jak to wszystko się potoczy.
Listy czytałam, moje, studenckie.
Nie wiem, jakim cudem listy, które pisałam do mojej przyrodniej siostry znalazły się z powrotem w moim posiadaniu.
I dobrze, że się znalazły.
Czytam, niszczę, przerażona moją głupotą i niską samooceną, a pisałam wtedy epistoły na 4 kartki A4 dziennie, nie takie notki jak dziś.

Jak ja nie doceniałam swojej urody, bo nie byłam brzydką laską, mojego rozumu i tego, co potrafiłam MIMO ŻE MAM NIEDOSŁUCH.
I nikt mi wtedy, kurwa nie powiedział,  że nie jestem gorsza od innych, bo mam krzywy nos (ojapierdolę, ile ja się w lusterko nagapiłam, pod wszystkimi  kątami, bo "rzymski nos" sobie ubzdurałam, że niby z garbkiem i że sranie w banie), małe cycki, rudawe kudły, dużą dupę, szerokie biodra i chuj jeszcze wi co...
A byłam po prostu fajną laską, z cieniusieńką talią, ważącą przy 160 wzrostu 45 kg, choć słodycze żarłam namiętnie.
Mądrą, oczytaną.
Biedną jak mysz kościelna i wciąż myślącą, że gdybym dobrze słyszała i miała SAME piątki, a nie te parę czwórek, to może tatuś by tyle nie pił.
Wszystkie grzechy świata na siebie brałam, nazywałam się milion i za miliony cierpiałam katusze...
I nie wiedziałam, że jestem super, bo potrafiłam usadzić na miejscu żonatego gościa, do którego ojciec wysłał mnie po pomidory, a który próbował mi wsadzić ręce pod spódnicę. Wywaliłam mu na łeb koszyk z pomidorami i ze słowami: chyba ojcu będzie się podobała informacja o tym, co pan robi równie jak ta, którą pan mu przekazał, że o 3 nad ranem po zabawie całowałam się z chłopakiem, z moim chłopakiem przed domem. Biedny pan jest, że musi po nocach cudze życie obserwować...
Niestety, ojciec na moją informację o tym, zamiast iść i facetowi nakłaść albo w morde dać, powiedział tylko: przecież ci nic nie zrobił, a K. mógł coś ci zrobić.
Kurwa, takie wtedy było #meetoo.  I jeszcze dodał: po co takie krótkie spódniczki nosisz?
Z listów widzę, jak rozpaczliwe wtedy szukałam kogoś, kto będzie...
No właśnie, nawet nie kochał mnie w tym sensie, choć listy ociekają seksem, miłością i innymi pierdołami tak, że brazylijska telenowela może się schować.
Że będzie mnie rozumiał i dzielił ze mną tę jebaną skibkę chleba pół na pół,  ciągnął tę taczkę pod górkę i z górki ją spychał.
Takim facetem mógł być Eda, na dokładkę był tak podobny do Redforda, jakby skórę z niego zdarł, no ale był TAK księdzem, że nie było innej opcji.
Pocieszył, jak starszy brat (nigdy nie zgadzał się na rozmowy tete a tete, zawsze trzeba było przyjść z koleżanką albo przyjaciółką), rany ojojał, pomógł, ale... Nie wiem, może był gejem :) Jedno wiem: naprostował niektóre moje odchylenia, ale za krótko był tak naprawdę w moim życiu, żeby to zadziałało.
Poszukam też jego listów. Tych nie zniszczę, bo są zbyt cenne.

Sezon świec, światełek, zamyślenia, zadumy tuż-tuż. I niewychodzenia z domu, bo dziś już 3 ostrzeżenia dostałam, żeby nie wychodzić.

Lało, gdy wstałam, jakby to listopad był i zimno też kurewsko.
I praca, na zasadzie w tym szaleństwie jest metoda.
Przeczytałam dziś ponad 100 stron w niespełna 8 godzin. 
Ale wszystko, co miało pójść do drukarni, poszło.
I jeszcze u Bossa byłam i nie krępując się, poprosiłam grzecznie o 300 zł więcej do pensji, bo narobiłam się ekstrasów i dodatków po kokardkę i kucyki, a muszę wykupić licencję na Offica. Spojrzał i powiedział: dobrze.
Zobaczymy po wypłacie, upomnę się. Bo i moja macierzysta firma z tego korzysta, a ja pracuję uczciwie.
Nie oszukuję i nie kradnę i jestem warta każdych pieniędzy.

Teraz, to, kurwa, wiem.

Może trochę za późno, ale wiem.
I nie pragnę już tak straceńczo miłości, uczucia i drugiego człowieka.

Bo człowiek zawsze jest samotną wyspą.
I wiem, generalizuję, ale dobrze mi w tej roli.

A tyle jeszcze listów do zlikwidowania przede mną, że ojapierdolę.
I nie, nie zeskanuję ich, jak pierwotnie zamierzałam.
Znikną w niepamięci.

Nie wszystko na sprzedaż.

I nie pamiętać sytuacji, w których serce klęka.
Czasem naprawdę lepiej nie pamiętać. 
 

piątek, 6 września 2019

Nareszcie

weekend, Kochany Pamiętniczku.
Roboty od rana było po kokardkę i kucyki, ale o dziwo, nikt sobie rękawów nie wyrywał, oprócz mnie, za to wszyscy narzekali.
No ba, mieli dużo roboty. Ale każdy obrabiał swoją działkę, a ja miałam działki trzy (znaczy się trzy czasopisma) od 6 osób teksty.  No, wiedzieli od dłuższego czasu, że będą to robili.
Więc o 15 zaczęłam kolędować i w dupie mam, że oni już są wykończeni.
Jak sami się przyznają, dostają premię, ale żeby mnie do listy dopisać, to nie, mam iść do Bossa sama.
Bez jednego dobrego słowa z ich strony.
No to do widzenia ślepa Genia.
Na emilka z uprzejmym, a jakże, zapytaniem, czy popracuję w weekend na PDF odpowiedziałam równie uprzejmie, że nie.
Nie rozwodziłam się, nie tłumaczyłam dlaczego, bo nic tak nie plami jak atrament (co z tego, że elektroniczny), napisałam tylko, że moje nie to nic osobistego, ale nie.
Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubańczykom.
Jak będę musiała w poniedziałek dłużej posiedzieć, posiedzę, oni też będą musieli, póki ja nie skończę.
Tydzień wolnego poszedł się jebać, a i weekend ma być chujowy? :)
Nie.

Kierownik Budowy chce mi oddać moje maszyny do szycia, bo i tak kilka lat przekiblowały w jego garażu, a likwiduje garaż. Dwóch nie wezmę (mam dwie), bo i tak ta jedna zagraci mieszkanie, ale myślę, że zrobię z niej kwietnik.
Pytam Pierworodnego czy chce jedną, chce.
Ale mu nie pasuje jutro, bo chce z dziećmi na Maltankę.
Seriously?
Nie weźmie, to dam Kierownikowi Budowy, jego żona się ucieszy. Już u mnie w komórce jest rowerek Papryczka, który zagraca. W szafie jego ciuchy.
Co ja, kurwa, magazyn jestem? Bezpłatny?
I halo, halo, na Maltankę?
A gdzie cmentarz w M.? Miał mi pomóc ogarnąć grób, a teraz nawet nie pamięta?
Wkurw nieziemski mnie ogarnia. Kasę ze spadku lekką ręką wzięli (wiem, mogłam nie dawać, ale dałam), na pogrzebie nie byli, bo tak wyszło. Ona o swojej babci na okrągło łka, a o teściu to nic? Nienawidzi swoich rodziców, ale na Dzień Matki i Ojca w podskokach tam lecą z darami, a ja nawet życzeń nie dostanę?
Hola, hola.
Moja cierpliwość powoli się wyczerpuje.
Tak, mam spokojne sumienie, jestem w porządku.
Ale cmentarz w K. przez kilka lat ogarniał Inżynier, bez szemrania i animrumrania, dopóki w PL mieszkał.
Był na weselu w K., to ogarnął pomnik (napisy) w 35-stopniowym upale, aż się sama o niego bałam.
A tu jaśnie państwo na miejscu i ni dudu?
Pożywiom, uwidim.
Łaski bez, ale nie zdzierżę i powiem co myślę, a myślę bardzo źle.
Będzie bolało?
A mnie nie boli?
No nic. Karma wraca, nieważne.
Nie liczę na nic, więc już mówiłam Inżynierowi, że po mnie potop, rozsypać, wypić czasem za moje zdrowie i nie latać bez celu i bez sensu.
Nie będę obarczała jednego wszystkim, skoro drugi taki niedorobiony.
Zrobi, co zechce. Ale nie obciążam.

Na stronę PKP wlazłam, tam niby pociąg do K. jedzie normalnie. Nauczona wczorajszym doświadczeniem z autobusem w necie polazłam po pracy na dworzec. Jednak z przesiadką do któregoś tam września.
I tu zaczynam się łamać na maksa.
Jutro ma lać, no i ta nieszczęsna maszyna.
W następny weekend jest ten zjazd, na który nie chcę jechać, a jadąc jedynym busem mam dużą szanse na natknięcie się na kogoś.
Mogę wziąć urlop w środku tygodnia, o ile Boss podpisze.
 Groby umyte. Kwiaty są OK. Obligatoryjnie pojadę przed Wszystkimi Świętymi. A to już niedługo.
Kurde, ja to mam problemy :)
No nic, zobaczymy :)

A w domu niespodziewajka


Jednak nie zrzuciła kwiatów, zakwitła skubana, po czterech latach.
Ale ani nie pachnie jak grzech śmiertelny (o, tak pachną perfumy Thierry'ego Muglera), ani jak kocie siki :)
Ponoć pachnie po zmroku, zobaczymy.
I nie, nie jest taka wielka jak moja głowa, ani nie mam tak małej głowy :)
Taka fotka :)

Jednak spełnione marzenia czasem rozczarowują.

Najpiękniejsze wspomnienia to te, które są jeszcze przed nami... :)

I z mojego własnego doświadczenia - niespełnione miłości też :)

A może nie spotkałam nigdy tej prawdziwej?

O, wtedy byłabym bardzo biednym człowiekiem, więc tę opcję odrzucam :D


UPDATE
Jednak pachnie grzechem. Ale są w życiu grzechy, które trzeba popełnić, tylko dlatego, że po nich jest się Człowiekiem.

I tak, księże Edwardzie, byłeś świętym. A ja zwykłą grzesznicą. Ale i za mnie On na krzyżu umierał, nieprawdaż?
I jak sam kiedyś rzekłeś: moja bibliotekarka będzie albo dobrym katolikiem, albo dobrym ateistą. Ale będzie dobrym człowiekiem.
Staram się, jak mogę, Eda.
Dawno u Ciebie nie byłam, a i Tobie pod tą srebrną płytą pewno ciężko jak cholera?
No widzisz, "i Boże, jak jest pięknie żyć, oczy szeroko mieć otwarte, dla dekalogów mieć pogardę i nie bać się, że pęknie nić", to takie moje credo na parkanie, nie że to, co Ci przeszkadzało w tym. No ale Ty miałeś doktorat... Nie masz pojęcia, jak cholernie brakowało mi w  życiu rozmów z Tobą.
I tego szantażu, że dostanę piwo, jak zjem obiad.

Jakoś się tak dziwnie wszystko ostatnio plecie.
Wrzesień.
Aby do października.
Aby, a jeszcze daleko...


  

czwartek, 5 września 2019

Powiedziałam

dziś basta, Kochany Pamiętniczku.
Albowiem jałówki miały być zrobione w sierpniu, parę dni łaziłam bez sensu, teraz okazało się, że we wrześniu, mam rozpierdolony cały dzień, bo idę w południe - wiadomo - nie warto nic zaczynać rano, tyle że się wyśpię, a jak wracam, to już po balu panno Lalu.
Miałam dziś przyjść w południe i miał być cut, mjut i ożeszki.
Przyszłam.
Pani nie ma, bo Bossowi nie podobało się zdjęcie na okładce i pojechali robić nowe.
Kurwa mać.
Pan zaś ma dość i cyka, cyka teksty z aptekarską dokładnością, znaczy się, niewiele daje.
Technika, satelitarna tym razem cztery strony dała, a w poniedziałek ma iść do druku 70. Znaczy się dla mnie 140.
I jakieś 30 stron krów, ale nie jałówek.
Jest zasadnicza różnica między krową, a jałówką, zwłaszcza gdy krowa jest bydłem mięsnym.
Pierwszy plan był taki, że w piątek przyjdę po południu, ale to nikomu nie pasuje, bo przyszłabym 14-15.
Sorry, Winnetou, Eks też ma swoje prawa, a ja, kurwa, mam życie osobiste.
Którego nie mam, bo wciąż się do cudzych celów dopasowuję :P
Ponieważ pani polująca na jałówki wróci nie wiadomo kiedy, ogarnęłam, co było i powiedziałam, że spadam.
W dupie wszystko mam.
Wzięłam sprawy we własne ręce, bo okazało się, że pociągu do K. nie ma, znaczy się, jest, ale z przesiadką na busa w Jarocinie. Mogą mnie w niemytą dupę pocałować. Pierdolę, nie jadę.
Więc wyszłam i dzięki genialnym połączeniom MPK Poznań dojechałam do domu w 35 minut :)
Spakowałam wózeczek jak na wojnę i o 14.32 ruszyłam do Mosiny. Autobusem zatłoczonym jak transport bydła do rzeźni.
Który utkwił w Luboniu na jakiejś przebudowie, potem tradycyjnie w Mosinie na wjeździe i w sumie zamiast 40 minut jechałam prawie godzinę. Ale pocieszałam się, że spacerkiem i zdążę jakoś... W autobusie wózek wszystkim pod nogi właził, więc gdy tylko mogłam, przestawiłam go w miejsce dla wózków. Ale tam stało chłopię licealne, o nogach jak tyczki i nie w smak mu było, że musi te nogi podnieść do góry, więc aż do Puszczykowa kopał biedny wózek, a ja nie ośmieliłam się nic bąknąć. Musiał mnie przeklinać, bo policzki płonęły mi jak po wypiciu U-boota :)
Dojechałam, ale ofiara losu, nie sprawdziłam rozkładu na przystanku, bazując na świstu spisanym z internetów.
Ale to później :)
Podreptałam spokojnie na cmentarz.
Zanabyłam nowe badyle od razu, rzucając okiem przez płot, albowiem Eks pochowany jest ze względów ekonomicznych w grobie pod płotem, nad czym bolała zawsze teściowa, albowiem to jej ojciec zapoczątkował tę niefortunną lokalizację.
Zapomniałam o lakierze do paznokci, ale pani w sklepie poratowała mnie pisakiem, pytając, co chcę napisać na postumencie badyli. Nazwisko Eksa, odrzekłam, nie ma powodu wstydzić się nazwiska :) I tym pięknym sposobem żaden złodziej się nie pożywi :P
Wiem, świnia jestem, byłam tam ostatni raz przed Wielkanocą, ale cóż.

Po mnie pies z kulawą nogą tam nie zajrzał i dobrze, bo nie było stert śmieci do wynoszenia. Przybył tylko jeden znicz.


W pierwszej chwili pomyślałam: świchnę Ci nowe badyle i znicze wymienię i lecę...
Ale...
Ja Ciebie, niestety, wciąż kocham, nic za to nie mogę.
Kurwa, ja pierdolę.
Więc patrząc na zegarek i wiedząc, że nie zdążę na 16.11, podjęłam decyzję, że jednak ogarnę.
Żebyś mnie znów nie nachodził z wymówkami...
Bo przecież wiesz.
Nieważne.
Taki ładny stroik Ci kupiłam, wiem, masz to w dupie, ale popatrz.

Za te dobre dni...
Za dzieci.
Za to, że kiedyś może będziesz chciał jeszcze raz być ze mną, ale nie będzie już naszych demonów.
Że może uda się jednak coś zbudować do końca, tak jak mieliśmy do końca razem się zestarzeć.
Po raz kolejny mówię:przepraszam, że byłam za słaba...
I tak sobie miło gawędziliśmy, jak czekista z czekistą, okazało się, że mam 10 minut do autobusu. Zaryzykowałam i ruszyłam z kopyta :)
Na przystanku byłam 16.09, zlana potem jak siwa mysz.
I...
Tabliczka przystankowa mówiła coś innego, niż internetowy rozkład jazdy, że autobus mam o 16.42.
A po 17 nie ma żadnego autobusu, jest dopiero po 18.
Więc jednak ten kopniak w dupę był od Ciebie, bo trochę się zgrzałam, ale nie włóczyłam się bez sensu po Mosinie kolejne dwie godziny.
Za niedługo znów do Ciebie wlecę, bo to nie jest tak, że nie pamiętam.
Zawsze pamiętałam i zawsze mnie, kurwa, bolało.
Może mniej niż Ciebie, ale wiesz.
Starałam się ochronić chłopców.
Teraz to już chyba rozumiesz.

A jutro będzie ciężki dzień. Poszłam też na Yahoo i nie, nie pojadę w sobotę, ma padać, a K. ma taki urok, że tam, jak lunie, to klękajcie narody, samochody toną. To reguła.
Wezmę dzień urlopu, jeszcze nie wiem: środa, czwartek i pojadę busem na te dwie godziny.
Dwie godziny, a cały dzień z głowy.
Ale i o Was pamiętam, jak zawsze.
Macie umyte, więc nawet ta ulewa Wam nie powinna mocno nabrudzić.
A potem, szanowna Ciociu, będzie mycie w październiku, tak jak lubiłaś.

A na mnie czeka tyle spraw, że nie wiadomo, w co najpierw ręce wetknąć.
A pani dozorczyni, dostarczająca dziś podwyżkę czynszu pożegnała się, bo odchodzi na emeryturę, cała happy.

Kurwa mać, ja pierdolę, jestem od 5 lat na emeryturze :)

Chyba jestem nienormalna.

Bardzo słuszna diagnoza.

A Alienek do przedszkola poszedł.
I ma twarzowy mundurek i wygląda w nim jak młody bóg :D

A co u wnuków od Pierworodnego: nie mam zielonego pojęcia.
Ani słowa, ani jednej fotki, nic.

Życie :)

UPDATE


W powrotnym autobusie też był tłok.  I siedział młodzian przecudnej urody, z burzą loków ujętych w kucyk, gdzieś tak trzydziestoletni. Modlił się na pierścieniu, różaniec odmawiał.  Ale kurwa, dupy nie ruszył z siedzenia, choć pełno staruchów się wokół kłębiło, w tym pani z balkonikiem, na którym tachała klatkę z kotem. Przed samym Poznaniem zaczął nerwowo grzebać w torbie i na jego twarzy było widać, że albo zapomniał zabrać, albo zgubił coś ważnego.
Bardzo mnie to, kurwa, wzruszyło.
Jakoś :) 

środa, 4 września 2019

Kurwa

ja pierdolę, Kochany Pamiętniczku, cytując Kondrata z klasyki kina.
Wstałam jak należy, po pograniu, przeciągnięciu bolących (ale już mniej, odkąd fotel stoi na środku pokoju, walić estetykę, liczy się wygoda) kosteczek.
Nie chciało mi się nic, napisali mi, że koło południa mam zawitać w redakcyjnych progach.
Więc zamierzałam się popiżamkować do oporu, ale Pan od Pomidorków zareklamował na Fejsiku pomidory tygrysie...
I cały pogrzeb na nic.
W Biedrze kolejne trzy naklejki na te wyjebane w Kosmos Słodziaki, no ale sarenka Hania.
Kurwa, ja pierdolę.
Zupka do termosu, ogóreczki i dupomirki do pojemnika, jogurcik, człowiek szykuje się jak na wojnę trzydziestoletnią.
Na miejscu okazuje się, że słusznie, albowiem, kurwa, ja pierdolę. Nie ma ani kawałka grafika, albowiem firmowy jest na urlopie. z łapanki też na urlopie, Boss wszystko przewalił, bo ma inną koncepcję, wszystkie terminy poszły się jebać pod latarnią.
Kto nie miał w tym roku urlopu absolutnie i ma furę nadgodzin i staje za każdym razem na baczność, gdy larum grają?
No kto? :)
Kurwa, ja pierdolę.
Najwyżej mi Umarlaki po mordzie naleją.
Trudno, nie rozerwę się.
Pomijając eko, organic i inne bajki wychodzi na to, że będa musiały się zadowolić zapalonym w domu zniczem.
Pamiętam o nich, śnią mi się, ale co ja mogę?
Kurwa, ja pierdolę.
Na pocztę włażę, sprawdzić, czy w międzyczasie i teatrzyk czegoś nie chce.
Teatrzyk spoko, ale bank od karty, o której chłop nie wie przysyła mi 2 [słownie: dwa emilki, że termin płatności dzisiaj (!)] i ani śladu na fakturze płatności w sierpniu. Włażę w pracy (czego nienawidzę) do banku, a jakże, jest zapłacone. Włażę pa pocztę, jest potwierdzenie. No ale jak nie zapłacę, muszę spłacać na gwałt całość, a tego - jak wynika z faktury jest tysiąc z groszami. Nie, żebym tego tysiąca nie miała, ale...
Wysyłam standardowo ponad wymagane, jak co miesiąc (obiecując sobie w duchu, że nie kupię perfum przez rok, ani żadnych trepów), nadając przekazowi status błyskawicznego (dodatkowe 5 zł) i mówię bydłu, że będę jak wrócę.
Lecę do banku od karty, o której chłop nie wie.
Armagedon.
W kolejce, proszę wybaczyć, typy jak spod mostu.
10 lat za sam wygląd i zapach, oprócz jednego młodzieńca.
Czynne jedno stanowisko, pani, którą ominęłabym w biały dzień na ulicy mówi, że ona już od godziny kibluje, nikt nic nie wie, inna pani czeka na uruchomienie wpłatomatu, wylatuje panienka z okienka z obłędem w oczach i tłumaczy nam jak krowie na rowie, że nie ma stanowiska do obsługi, że monitowali u szefa, że sranie w banie.
Kurwa, ja pierdolę.
Nagle zjawia się uzbrojona po zęby ekipa, wchodzi do komórki, naprawia wpłatomat.
Kolejka topnieje błyskawicznie.
Młodzieniec przepuszcza mnie w kolejce, aczkolwiek wizytę ma umówioną na 14, a jest 14.30, albowiem czeka na panienkę, która obiecała mu, że go obsłuży, jak się zwolni stanowisko (stanowisko wciąż zajęte).
Pan, który mnie obsługuje co drugie słowa tka przepraszam. Okazuje się, że oczywiście, tak jak mam na wydruku, zapłaciłam 20 sierpnia, 21 sierpnia zaksięgowano, więc, kurwa mać, ja pierdolę, skąd mam ten podwójny monit.
Na moje stronie mam, że zaksięgowano, mało tego, zaksięgowano też dzisiejszą wpłatę!
czyli spłaciłam dwie raty w jednym miesiącu. Ale pan nie wie, czy zaliczą mi to, bo kolejną ratę muszę spłacić do 4 października.
Maybe yes, maybe no :)
Za to z chęcią założy mi konto (na chuja mi konto w banku do którego nie wpłacam ani grosza, a promocja na moją kartę, o której chłop nie wie była 15 lat temu a hakiem?). No, będę mogła sprawdzać stan konta. Zakładamy konto, nie przychodzi SMS aktywujący. WTF? Ano, pan nie słuchał i źle wpisał nr telefonu.
Kurwa mać, ja pierdolę.
Wreszcie nadchodzi SMS, pan wpuszcza mnie na firmowy telefon, żebym się zalogowała, zmieniła hasło, kolejny SMS i kurwa, wybrać token.
W formie obrazka.
Wybieram jebanego sierściucha.
A co.
Jednak na koncie nic nie widać, ale pan pociesza, że będzie później i będę mogła sprawdzić, czy zaksięgowało, czy nie.
I przeprasza, po japońsku, kłaniając się w pas.
Kurwa mać, ja pierdolę, butelkę dobrego koniaku powinnam dostać, a nie przepraszam.
Wracam do pracy, zgrana jak siwa, łysa mysz, te 23 stopnie to dla mnie też gorąco.
Kurwa, ja pierdolę.
W pracy konto też nic nie pokazuje, ale nie mam czasu na reklamowanie, aczkolwiek teraz mogę i emilkiem reklamować, a nie tylko dzwoniąc na infolinię (swoją drogą, ile oni z infolinii wyciągają?).
Zupkę z termosu zjadam, ogarniam kuwetę, włączając kolejny ekstras, stojący u drzwi, który ma wyjść w poniedziałek, ale czy wyjdzie, bo nieprzewalony przez Bossa?
(Kurwa mać, ja pierdolę).
W kibelku, wskakując na sik przed sprzątaczką (ta moja ulubiona, ma z 80 lat z haczykiem, a szprycha, że ojapierdolę), patrzę w lustro i mówię: NIE.
Mam czerwoną jak zawsze twarz i rozwiane od upału i wilgoci siwe loki.
No, można to lokami nazwać, poniekąd.
Nic, tylko do straszenia dzieci się nająć, zwłaszcza w ty ledowym upiornym świetle.
Oddycham bez tytki.
W domu czeka na mnie
\
 Hoya  :) W tle moje kłaki :)
Zatem jadę zygzakiem.
Wchodzę do fryzjera.
Wychodzę o 15 lat, no dobra, o 10 lat młodsza.
Lżejsza o 3 dychy :)
A na niebie aniołowie pióra gubili.

Obiad na jutro ugotowałam.
Bo znów, kurwa mać, ja pierdolę, idę na 12.
Jak żyć, Kochany Pamiętniczku, jak żyć?

G. pisała, że wczoraj miała usuwaną chirurgicznie ósemkę, a jutro leci do DE, bo szefowa leci na Bahamy. Przeprasza, że się nie zobaczymy, miała być do końca września w PL.
Pomiziałam, pożyczyłam zdrowia i trzymam kciuki, by po takiej operacji doleciała cała.

Kurwa mać, ja pierdolę.
I nie, nie przepraszam.
Po prostu pierdolę.

Więc jak coś, niech i Umarlaki na mnie poczekają.
A jak nie chcą, niech mnie biorą.
Ponoć tam życie spokojniej płynie :P
Kurwa, ja pierdolę.

A: i chuj wszystkiemu w plecy, bo w dupę by jeszcze miało przyjemność to wszystko :)

I nie, nie przepraszam.
Taka jestem :)



poniedziałek, 2 września 2019

Młodnieję

w takim tempie, że jak tak dalej pójdzie, Kochany Pamiętniczku, to na fajfy zacznę latać.
Ale, ale, zaraz, fajfów nie ma już.
Trudno :)
Dwa dni gniłam na fotelach i wczoraj wieczorem chodzić nie mogłam, tak mi nogi spuchły.  Jednak potrzebuję ruchu.
Zatem wstawszy rano i zrobiwszy rachunek sumienia, postanowiłam śmigać jak sarenka albo inny łabądek.
Pierwszy szkolny dzień, miasto zapchane, zakorkowane. W autobusie jeszcze jako tako, bo ja na krańcówce wsiadam, ale w bimbie, ojapierdolę.
Na przystankach tłumy ziewających tak, że o mało im szczęki nie wyleciały z zawiasów licealistów. Co kawałek grupki piszczących dziewoj, jakby je ze skóry ktoś obdzierał, gromadki przybijających piątki i żółwiki jegomościów, a biedny człowiek śpieszący do pracy z powodu gabarytów już się ledwo na przystanku mieści. Trudno.
Jednak wakacje były baaaardzo męczące, albowiem w bimbie prawie wszystkie siedzenia zajęte przez, kurwa, małolatów.
Mam na to wyjebane, te trzy przystanki to dla mnie nie problem, ale to jest bimba, która jedzie w okolice szpitali i próchna tam się telepie, że ojapierdolę.
Nic nie ujmując próchnu, ale te młode hordy zmęczonych wakacjami barbarzyńców, nieraczących podnieść tyłka, gdy nad nim stoi, i nie, nie sapie, jak piszą w internetach, po prostu stoi próchno mogące być jego babcią...
Serio?
Nie mają żadnego wstydu, gapiąc się na te staruchy i starców?
Ojapierdolę.
I taka scenka: jedzie wnuczuś z babcią, wnuczuś tak na oko jakieś 15 latek, babcia jego, bo z nim gawędzi. Odpicowany jak szczur na otwarcie kanału. Obok stoję ja, a obok mnie starowina w wieku tamtej babci. I ta babcia chłoptasia, kurwa, nic.
Gryzłam się w jęzor, albowiem bez aparatów nie rozmawiam z nieznajomymi, ale kurwica mną miotała, że hej.
Nie był kaleką, bo na moim przystanku wysiedli i kroczyli raźno. No, może był po chemioterapii, to odszczekuję, ale nie wyglądał.
Jednak lubię wakacje ze względu na to, że wiocha jedzie tam, gdzie jej nie widać.
A w pracy czekała na mnie niespodziewajka


 Jedzą, piją, lulki palą, tańce, hulanki, swawola...
Pani Twardowska się kłania.
Kolega twierdził, że nie o fajki chodzi, ale o tego lulka :)
Jest halucynogenny, a jego uprawa nie jest zakazana, bo... mało kto wie o jego właściwościach :)
Czyli i nasi romantycy nieźle się zabawiali :P A tak niewinnie wyglądali, co nie?
Wrzuciłam na forum korektorów i polonistów i gównoburzę rozpętałam, szukanie źródeł, czy to faktycznie to zielsko, czy fajki (ja całe życie myślałam, że lulka to fajka), szukanie materiałów źródłowych i opracowań badaczy...
Ojapierdolę.
Nawet jeżeli to faktycznie była tylko niewinna fajka, to jakie to ma znaczenie, żeby szaty drzeć i włosy z głowy wyrywać udowadniając swoje racje?
Ludzie są dziwni, ale tamte fora tak mają, że się o przecinek zabiją albo o odmianę.
Okazało się, że mam sporo roboty, a i - a to mi niespodziewajka - że w przyszłym tygodniu robimy kolejnego ekstrasa. I dobrze, czas mi szybciej zleci.
Mam nadzieję, że jeden dzień uda mi się urwać na podróże po Umarlakach, bo jak wiadomo, mi na złość poumierali we wrześniu w krótkich odstępach.
Nawet nie wspominam Pierworodnemu, że jadę, przy ich niezorganizowaniu będzie więcej kłopotu, jak pożytku, groby mam pomyte.
Ale do ojca mógłby pojechać.
W sumie i na to mam wyjebane.
Nie mam sobie nic do zarzucenia.
W pracy się przeciągnęło, bo Boss miał urodziny, no i nalatałam się z zastawą, ale dobrze, bo potrzebuję ruchu :)
Tort był przepyszny, lampka wina też, aż nabrałam ochoty na białe wino :)
Mogłam pić do oporu, bo było tego po kokardkę, ale skończyłam kulturalnie na lampce, bo jeszcze 4 artykuły czekały, a poza tym żelazna zasada - w pracy nie piję.
Nawet legalnie.
Pić to ja mogę z Inżynierem i Baranem, bo wtedy jestem bezpieczna :)
Po powrocie do domu spojrzałam na okna i gumka w gaciach zluzowała mi na maksa i gacie z hukiem trzasnęły o podłogę.
Okna jak w wagonie PKP powodują, że całe mieszkanie wygląda jak ruski burdel.
Jako że młodość mnie rozpierała, obiad ugotowałam i nie bacząc na pracowe trudy i latanie, wzięłam dupę w troki i krótko przed 20.00 skończyłam myć wszystkie okna :)
No, znów mam te dwadzieścia lat i pierdalca w dupie, ale to miłe uczucie, choć boli mnie każda kosteczka.
Ale radio Pogoda tak pięknie gra.
I nikt nie kopiuje :)
I mieszkanie jakoś pojaśniało choć już ciemno jak w dupie u Murzyna :D

Daj mi miłość, daj mi miłość, daj mi miłość, która wiecznie będzie trwać :)

Mam taką.
Kocham siebie miłością wielką jak cały świat :P

I tylko, tfu, tfu, o hoyę się martwię, bo ponoć ruszana zrzuca kwiaty, a już wyglądają jak plastikowa atrapa kwiatów, ale trudno.
C'est la vie :D