październik, Kochany Pamiętniczku, bo październikowy numer zamknęłam.
Bez huku.
Lekko szoknięta, bo wbrew pesymistycznym prognozom dokładnie o 16.59 pozbyłam się ostatniej kartki wydruku i do poniedziałku jestem wolna jak ptak.
Teoretycznie, bo parę minut po moim wyjściu była pani z warzywek z wydrukami, które zostawiła na biurku (dowiedziałam się już w domu z emilka).
Ale może to i lepiej, że nie wzięłam ich do domu, bo mam całe dwa dni dla siebie, a wystarczy jak to skorekcę w poniedziałek.
Wiem, że to na mnie czeka, więc sama sobie zorganizuję czas.
A technika dosłała teksty na emilka o 1.39.
W nocy, of course.
I dlatego na wszelkie sugestie, żebym pisała, odpowiadam, że cenię sobie swój czas.
Mają więcej i to dużo więcej kasy niż ja, ale?
Są dwuzawodowcami, bo i gazeta, i gospodarstwo. To też poniekąd przyczyna ich frustracji. GI ma jeszcze dodatkowo firmę doradczą.
Nie zazdroszczę. Życie ma się tylko jedno.
I nawet milionerzy umierają tak samo, jak zwykła korektorka :)
No, może w razie W mają więcej kasy na walkę, ale...
Lubię swój punkt istnienia i nic tego nie zmieni...
W domu rano
zwlekam me szlachetne zwłoki z kanapki, a tam za oknem tak jak powyżej.
I znów zapiera w piersiach dech.
Chwila, cudna, dla takich warto żyć.
Zdjęcia nie oddają tego, co oko widziało, aparat widzi inaczej, ale to nietknięte żadnym cudem wiankiem do obróbki.
Na dole dalej wonieje żulem, no żeby moje perfumy miały taki power :)
W pracy na wejściu atakowana jestem przez kawałek kiełbasy (nie lubię kiełbasy), ale tak natrętnie, że jednak ulegam i zjadam i ojapierdolę. To nie kiełbasa, to ambrozja i pokarm bogów. Koleżanka dostała od kolegi...
Za taką kiełbasę zapłaciłabym i 100 za kilogram, problem polega na tym, że jest nie do kupienia.
A z drugiej strony atakuje mnie Cezar ze słodkim i na pytanie, z jakiej okazji mówi, że wnuczek mu się urodził :)
Facet po prostu oszalał z radości.
I kawkę wtyka na siłę, a ja niekawkowa...
I tak gawędzimy (kurwa, ja gawędząca z Cezarem, no ale dziadostwo to więzy jakieś są), okazuje się, że córka rodziła.
I wszystko jasne.
D. też zostanie babcią i przeżywa jak mrówka okres. Na moje podśmiechiwanie powiedziała, że nie mam córki to nie rozumiem.
Może.
Ale to ja wlokłam Synową od Pierworodnego do szpitala, gdy roniła, bo akurat byłam na miejscu, a oni chcieli czekać do poniedziałku... A był piątek.
A, nieważne.
Przeżywałam każdą ciążę po swojemu.
Swoje ciąże też, bo w sumie byłam zdana sama na siebie tak naprawdę.
Nieważne, wszystko się dobrze skończyło, a reszta wyjdzie w praniu.
Cezar zaś powiedział, że zaczął u nas pracować, bo przedtem miał pracę w rozjazdach, a perspektywa wnuka zmieniła jego punkt widzenia.
Córka Cezara ma zatem fajnego ojca :) I dobrze, że chociaż jedna kobieta takiego ma :)
Aczkolwiek i mój, alkoholik, najgorszy tak do końca nie był, bo gdy porzucona przez męża, który "musiał jechać na ogórki" i teściową, która choć obiecywała, że wróci z DE, nie wróciła, bo jej córka miała po porodzie "depresję, bo kazano jej karmić piersią, a ona nie chciała, bo zniszczyłoby jej to biust", poszłam rodzić Inżyniera, zajął się tak Pierworodnym, że cały warsztat (bo to taka komuna wtedy była) nie mógł wyjść z podziwu, że rozpieszczony (co tu ukrywać) Pierworodny chodził jak dobrze naoliwiona maszynka, a zadbany był tak, że im oczy na wierzch wychodziły :) I dziadek był cały czas trzeźwy w trzy dupy.
Tak, byłam jego dziewczynką, choć do dziś płacę za to wysoką cenę.
Za wyciąganie go z knajpy na prośbę mamy i za te wszystkie takie tam.
Za moje myślenie, że jak będę grzeczniejsza, lepiej się będę uczyć (w 8. klasie miałam świadectwo ze średnią 5,0, szóstek wtedy nie było), że gdybym nie miała niedosłuchu, to tatuś by nie pił...
Życie nie jest proste, ani trochę.
No nic, dziesiąty numer zamknięty, u mnie już listopad :D
I powrót do domu i...
Szeroko otwarte drzwi wejściowe i jebie żulem nadal, na potęgę.
Podejrzewam, że nowa dozorczyni, bo już jest nowa po prostu nie sprzątnęła po nim.
Współczuję mieszkającym na parterze.
Ale... otwarte drzwi wejściowe to zachęta dla kolejnych żuli.
Kwadratura koła.
Czasami przeklinam mój nos, bo jak żyć, jak żyć, gdy wszystko śmierdzi? :)
No dobrze, w domu nie śmierdzi.
Jeszcze :P
A jutro wszystko spokojnie ogarnę i zastanowię się, co dalej :)
Coś mnie rozbiera.
Nie ktoś, ale coś, a to nie jest za bardzo przyjemne :P
Tego cosia pogoń Starajędzo grzanym piwem z miodem, bo nie warto się teraz z nim zaprzyjaźniać. Zapowiadają powrót ciepła i mam nadzieję, na piękną złota jesień. Desze mogą padać nocami, a dni niech będą ciepłe, bo wtedy będziemy mieli sporo grzybków.
OdpowiedzUsuńPogoniłam, Imbirem, ale też zadziałał :) Dziś (tj. wtorek miało być pięknie, a pół dnia było jak w rodzinnym grobowcu) :) Nie wierzyć prognozom pogody :P Grzybków życzę, skoro zbierasz, dla mnie nie ma tematu, nie znam się, nie zbieram, życie mi jeszcze miłe :)
UsuńMam na pietrze sasiadke, ktora wystawia smieci pod winde (bo tak mozna) nie trudzac sie, by je wyniesc na zewnatrz budynku, na przyklad w drodze do pracy. Puste pudelko mnie nie rusza, ale wystawia opakowania po zarciu na wynos, ktore niestety rozsiewaja malo przyjemny aromat. Robi to zawsze okolo 1 w nocy, wiec rano moje nozdrza rozpieszcza aromat jej wczorajszej kolacji.
OdpowiedzUsuńZdrowia zycze!
Dziękuję :)
UsuńJa też kiedyś wystawiałam śmieci za drzwi, pierwszy wychodzący z domu musiał je wynieść. Ale odkąd wprowadzono klucze do śmietników, skończyło się pójście na łatwiznę, a już po tym , jak zostałam sama i zaczęła się segregacja - nie ma opcji :) Nigdy nie wystawiałam nic śmierdzącego. I moi sąsiedzi też nie, więc pod tym względem spokój. Mamy zsypy w bloku, ale nie były nigdy używane i dobrze :)