środa, 11 września 2019

Operacja

Powidła zakończona sukcesem, Kochany Pamiętniczku.
Ale zacznijmy od początku.
Dziś okazało się, że, a jakże, przegląd stron mamy i omówienie tematów na styczeń.
Hehehehehe...
No to idę do Bossa i mówię, że jak nic nie ma, to ja idę do domu, bo jutro będę kiblować po godzinach.
No, oberwałam, że jak nie ma, że po zebraniu.
I tłumaczenie, że ja do 13 dziś.
A chuj.
Za pół godziny dostanę materiał.
Z nudów polazłam na zebranie, pierdolenie o Szopenie, że w tym miesiącu mamy mało stron.
Nosz, ale w ubiegłym mieliśmy z górką plus ekstrasy. To nic?
I że urlopy mamy wybierać, bo między świętami mamy trzy tygodnie wolne.
Tak, kurwa, znów wypiszę mu wolne na dni kiedy mam wolne, niedoczekanie jego.
Po zebraniu czekam pół godziny.
Tekstów nie ma.
Bossa też nie ma.
No, pokazał, kurwa, że ma niewolnika, chłopa pańszczyźnianego.
A co, kto bogatemu zabroni?
Wrzałam jak wrzący czajnik, ale co mogłam zrobić?
Skoro go nie ma, to odmeldowałam się u wice, która była przy tych pamiętnych "za pół godziny" i dołożyła, że ona też coś ma.
Już nie miała, jak jej mówiłam, tylko spytała rozdzierająco, jak umierająca Ofelia: na pewno nic nie wysłał? Bo ja nic nie mam. Tak to ludzie mają krótką pamięć.
Nie, kurwa, nic nie wysłał.
No nic :)
Słoneczko grzało, tak cudownie, wrześniowo, łagodnie.
Tak mi się poniekąd zdawało, gdy prułam na pętlę, chytrze kombinując, jak dojadę do chaty babci Sikory, w celu dostarczenia obiecanych powideł. Bom ich dla Sikory nasmażyła. Ostatni raz byłam w tej chacie, jak jeszcze Sikora była dziewczyną Inżyniera, a to było za czasów dinozaurów.
A chatka na Świerczewie się znajduje, przez które i owszem, przejeżdżam autobusem bezpośrednim do pracy, którym nie jeżdżę, bo jeździ co pól godziny i szybciej jestem w domu jadąc wokół, z trzema przesiadkami.
Trasę odgapiłam na Google Maps i tadam.
Dumna z siebie wysiadłam na Buczka, bo Googiel mówił, że to rzut beretem do ulicy, której szukałam.
Mój geniusz terenowy jednak coś pogrzebał przy moim żyrokompasie i łaziłam po tym jebanym Świerczewie, a wszyscy pytani o ulicę robili wielkie oczy jak pięciozłotówki i nawet stare babcie, wyglądające na to, że życie tu spędziły, łażące z kundlami (kto łażący z kundlami nie zna okolicy?) ani dzieci (dzieci niewiedzące, co jest w okolicy to woła o pomstę do nieba), ulice tonące w piachu (tak samo tonęły w piachu te kilkanaście lat temu), i żar lejący się z nieba,a ja wody nie zabrałam. Żadnego sklepiku na wielu z uliczek, którymi krążyłam.
Mapy w telefonie prowadziły mnie w odwrotną stronę niż powinny, a może to mój rozwalony żyrokompas? :)
Prawie doszłam do Opolskiej i tam starsze małżeństwo skierowało mnie we właściwym kierunku, na mapie nagle pojawiły się ulice, i szła nimi taka kropka, znaczy się ja :)
I tak dotarłam do celu, gdzie zastałam sytuację, która zmartwiła Sikorę, ale udało mi się zostawić powidła, kończąc ją sukcesem.
Ostateczny sukces będzie, gdy powidła dotrą do adresatki :)
No i nagle okazało się, że wiem, gdzie jestem, tadam.
Żabka, a ja jak ten włóczęga, co ostatkiem sił wsiada do łodzi, na wiosłach zaciska swą dłoń...
Ale nie, nie Rydzykowi nie damy ani złotówki, więc dalej...
... ach witaj mi matko najdroższa...
Chata Polska, ale nie, nie, drogo tam (taka się, kurde, oszczędna zrobiłam)...

... czy zdrowi ojciec mój i brat...

I tadam, jest Biedronka :)
URATOWANA :P

Smoothie zimniutkie jak noc poślubna w dłoń i...

nawet z głodu można nie umrzeć w wiosce, co nie, wystarczy się tylko ze Świerczewa wyrwać.


Koło przystanku autobusowego, chyba kania, ale nie znam się, a życie - mimo wszystko jest mi miłe :)
Więc per pedes do domu, tunelem, którego nie cierpię, ale o dziwo, nie zasapałam się.
Za to zanim dotarłam do pieleszy, obtarłam sobie nogę! W kapciach, w których przechodziłam całe lato! Na Świerczewie piachu mi się nasypało do sandałów i nie dał się wysypać.
Trudno.
Zakupy zrobiłam żywnościowe, tak że obiadek na jutro mam i nie będę się wkurwiała na Bossa. Bo wkurwianie z pełnym żołądkiem nie bardzo wychodzi.
No nic.
Robię też to, co poleciła mi dziewczyna, z którą kiedyś pracowałam.
I to jest pierwsza i ostatnia rzecz, którą im zrobię.
Jeszcze większy bajzel jak u mnie, teksty przychodzą późno wieczorem, dziś miałam dostać ostatnie, jest 20.01 i nic jeszcze nie ma. A chcą mieć zrobione dziś. Sorry Winnetou, płacą najniższą stawkę na rynku, pewno, że warto mieć parę groszy więcej, ale nie za cenę czekania cały dzień.
Miałam dostać umowę, podać swoje dane, dowiedzieć się, jaka stawka. I nic.
Nie, nie jest to warte moich nerwów i mojego spokoju. Co miesiąc mam siedzieć i czekać na robotę? Wtedy, kiedy chcę już o niej nie myśleć? I to jeszcze nie w godzinach od do, ale jak grafik da?
Pełno bezrobotnych korektorek chodzi po ziemi, niech sobie inną złapię.
Skończę to, co zaczęłam, ale odmówię dalej.
Pierdolenie Kaczora, że 4 tysiące minimalnej.
Owszem, mogę tyle zarobić, ale kosztem dyspozycyjności non stop dniem i nocą. To jaka to minimalna?
Milionów nie mam zamiaru zgromadzić, tak długo żyła nie będę.

A na Świerczewie już, kurwa, znów palą w piecach i śmierdzi smog. No ale skoro tyle węgla przywieźli z Mozambiku i innych Chin, to nic dziwnego, że ludzie już smrodzą.

Dzisiaj 11 września. Dla mnie podwójnie tragiczny, bo to i Nowy Jork, i Paweł.
A jutro Mama.

Niech ten wrzesień mija szybko, w podskokach.

Dogadałam się z gościem od mycia grobów i na Wszystkich Świętych mam termin zaklepany, co niejaką ulgę mi przyniosło.

I to tyle na dziś, Kochany Pamiętniczku :)






4 komentarze:

  1. Kaczor chyba planuję taką inflację że będzie taka minimalna pensja...
    A zadłużenie Polski rośnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie mów mi o tym palancie, bo nóż w kieszeni mi się otwiera. I kałasznikow sam odbezpiecza...
      A... Nie mam kałasza?
      Szkoda :)
      Już byłam milionerką, płaciłam milionami. I trudno było mi się potem przyzwyczaić do mniejszych cyfr...

      Usuń
  2. U mnie tez 10 i 11 września to takie smutne rocznice. Byłam na Świerczewie chyba z 50 lat temu, ale widzę, że niewiele się zmieniło:). A moja ukochana niedoszła teściowa też nadal mnie darzy sympatią i pamięcią, choć ma już 87 lat:) Chyba żałuje, że nie z Jej synem, nie akceptowała jego żony (już się rozwiedli), a ze mną sobie lubi pogadać i się czasem spotkać:) Myślałam, że to jakis wyjątek, ale widzę u Ciebie, że to się zdarza!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, bywa. Akceptuję moje synowe, ważne, że chłopcy są szczęśliwi.
      Ale nie rozumiem ich decyzji.
      Ale to ich decyzje, ich życie.
      Wyszłam za mąż, bo chciałam, nikt nie powiedział mi: zastanów się.
      Nikt nie powiedział, że nie zawsze miłość góry przenosi.
      Każdy jest kowalem swego losu.

      Usuń