rano tę kuwetę, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek w nocy spałam jak zając pod miedzą, oczami duszy widząc kucie ścian, bo przewodu jebły.
Jestem idealną autorką tragicznych scenariuszy.
Wstawszy skoro świt, nawet siku nie zrobiwszy, wskoczyłam na drabinkę i co się okazało w świetle dnia? Przepuściłam przepalony bezpiecznik od górnego światła. Wiem, co przepala - w ostatnim remoncie, który robiłam z chłopacami, gdy na błysk remontowana była łazienka, gość zamontował w wannie luksfery, podświetlane na czerwono. Takie tam do seksu... Nie wiem, czy chłopcy kiedyś z tego korzystali, ja nie, w sensie, że nie seksiłam (nie żałuję, absolutnie), a i kąpać się z tym nie kąpałam, bo nie kręci mnie moczenie się godzinami w czerwonym świetle. Transformator od czasu do czasu jebie i ja mam akcję.
Bezpiecznik udało mi się wymienić, ale wkręcić nowej żarówki już nie, albowiem gdy Pan Bóg wzrost rozdawał, stałam w kolejce po rozum. A i mój błędnik mówi takim akrobacjom nie, a ponieważ
gwint jest ukruszony, a mi brakuje centymetrów, więc nie udało się. Pierworodny jednak przyjechał, wkręcił, ale powiedział, że mam kupić nową lampę do łazienki, bo dziw, że to jeszcze mi na ten głupi łeb nie spadło. Plafon. Zatem, rzeczony zanabyłam, a jakże, w promocji, w LM, on line... Rwał się, żeby ze mną po to jechać, ale ja, martwiąca się o Te Bez Dżemora, zostawione samopas (wersja oficjalna, wiem, że matka ma urlop), kazałam mu spadać do domu po krótkiej kawce, mówiąc, że odbiorę rzeczony plafon sama. Założy, prawdopodobnie jutro, ale jak nie, to się nie pogniewam, na razie jest żarówka, która nie łączy się z transformatorem, więc nie powinno nic jebnąć (odpukać).
I aczkolwiek żaliłam się i Pierworodnemu, i Inżynierowi, że jestem stara, niedołężna, uważam, że jestem mądrą kobietą, że nie wkręcałam nic na siłę, bo w łazience mam tyle opcji rozbicia głupiego łba, że głowa mała :) Ostatecznie mogłam lampkę nocną podłączyć do kontaktu i też bym miała światło. A te skunksy, dzieci moje, odmówiły przerobienia mnie na kamień w razie W, argumentując, że transport mych zwłok do USA by je zrujnował. Niewdzięcznicy bez serca, co nie? Ani słowem się nie zająknęli, że mam się trzymać, tylko od razu, że za drogo.
Ale wracając do naszych baranów... Pogoda jest jaka jest, dla nie idealna. Wczoraj nie pojechałam do LM po ten plafon, bo lało, ale dziś polazłam w świat, bo i jakiś nowy gang jest w Biedronce (bez którego Łobuzy nie mogą żyć, hahahaha, gdyby nie ich mama nic by nie wiedziały o gangu, ale nic to, ostatnią książeczkę w Biedrze za 9,90 zdobyłam, bo kupiona za naklejki kosztowałaby mnie pewno z 500 zł), Manhattan, gdzie złapała mnie ulewa o, taka, krople deszczu jak sople leciały
I tu Achtung, wnimanije, uwaga, attention, pozor, budu triskat, a nie, wróć, to nie czeski pornol :)Ale
zamawiałam pietruszkę w tabletkach, ale panie z zielarni twierdzą, że nigdzie tego nie ma. Wzięły za to jedno opakowanie tego, zawiera: skrzyp, pietruszkę i inne chuje muje
https://www.izielnik.pl/inwent-herbs-nefro-herbs?cd=7613134975&ad=86768599131&kd
Dawkowanie: 2 łyżeczki od herbaty dziennie.
A, sikam po tym aż miło. Smaczne.
Jak będzie tak dalej, polecę, zamówię next. Zielarnia musi cienko przęść, bo zamawiają na sztuki, ale oby dalej przędła, bo można kartą płacić, w przeciwieństwie do starej i panie nawet ostatni Ivana czaj z hurtowni zdobyły, a pani w starej twierdzi, że czegoś takiego nie ma :)
Pani podkreśliła, że cena promocyjna, ale widzę, że rzecz warta grzechu. Podaję jako ciekawostkę, bo zawsze łatwiej te dwie łyżeczki wmelić, niż chrzanić się co dzień z pietruszką.
A, szkoda że nie wiedziałam o tym wszystkim, zanim zaczęli mnie na to nadciśnienie leczyć...
No nic :) I tak dziś nogi mnie tak nie bolą, więc może bez pomocy lekarza, który moje skargi jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał i nie reagował na nie, sama sobie pomogę. Dzięki wujkowi Google :)
Pojawiły się już dyńki ozdobne, więc jesień blisko, pora myśleć o światełkach, zmrok teraz też coraz wcześniej zapada. Wszędzie są wrzosy i wrzośće. Moja ulubiona pora roku, pora dojrzała, jak ja, zadumy, zatrzymania, zwolnienia.
Pora wspomnień i - mimo wszystko - marzeń...
Piękna.
Wiem, że wielu się to nie podoba, bo jeszcze sierpień, lato, powinien być upał i inne takie.
Ale dla mnie to powrót do dzieciństwa - takie były już sierpniowe dni, chłodnawe, a i ranki całkiem zimne. Maj i wrzesień to były wojny z mamą o podkolanówki...
A teraz jest mi ciepło i z lekkim politowaniem patrzę na ludzi w pikowanych kurtkach.
Dla mnie jest OK :) Jest cudnie.
No cóż, taka ze mnie wielka egoistka.
A Alienek był dziś u fryzjera i wygląda po strzyżeniu jak młody bóg :)
Moja krew :)
Pomidory zasłoikowane wyszedł koncentrat olaboga, papryka zakiszona, mieszkanie po dniu gospodarczym. Żyć, nie umierać, no chyba że jutro okaże się, że zakładamy plafon...
Pomyślę o tym jutro, otwierając ajfonika rano...
I tak jakoś wyszło, słuchawki od iPada się rozładowały. A na YouTube chór Aleksandrowa, więc wieczór popierdolony jest
Jasno widać, że jestem już starą wariatką :) No cóż...




































