piątek, 27 sierpnia 2021

Ogarnęłam

 rano tę kuwetę, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek w nocy spałam jak zając pod miedzą, oczami duszy widząc kucie ścian, bo przewodu jebły.

Jestem idealną autorką tragicznych scenariuszy.

Wstawszy skoro świt, nawet siku nie zrobiwszy, wskoczyłam na drabinkę i co się okazało w świetle dnia? Przepuściłam przepalony bezpiecznik od górnego światła. Wiem, co przepala - w ostatnim remoncie, który robiłam z chłopacami, gdy na błysk remontowana była łazienka, gość zamontował w wannie luksfery, podświetlane na czerwono. Takie tam do seksu... Nie wiem, czy chłopcy kiedyś z tego korzystali, ja nie, w sensie, że nie seksiłam (nie żałuję, absolutnie), a i kąpać się z tym nie kąpałam, bo nie kręci mnie moczenie się godzinami w czerwonym świetle. Transformator od czasu do czasu jebie i ja mam akcję. 

Bezpiecznik udało mi się wymienić, ale wkręcić nowej żarówki już nie, albowiem gdy Pan Bóg wzrost rozdawał, stałam w kolejce po rozum. A i mój błędnik mówi takim akrobacjom nie, a ponieważ 


gwint jest ukruszony, a mi brakuje centymetrów, więc nie udało się. Pierworodny jednak przyjechał, wkręcił, ale powiedział, że mam kupić nową lampę do łazienki, bo dziw, że to jeszcze mi na ten głupi łeb nie spadło. Plafon. Zatem, rzeczony zanabyłam, a jakże, w promocji, w LM, on line... Rwał się, żeby ze mną po to jechać, ale ja, martwiąca się o Te Bez Dżemora, zostawione samopas (wersja oficjalna, wiem, że matka ma urlop), kazałam mu spadać do domu po krótkiej kawce, mówiąc, że odbiorę rzeczony plafon sama. Założy, prawdopodobnie jutro, ale jak nie, to się nie pogniewam, na razie jest żarówka, która nie łączy się z transformatorem, więc nie powinno nic jebnąć (odpukać).

I aczkolwiek żaliłam się i Pierworodnemu, i Inżynierowi, że jestem stara, niedołężna, uważam, że jestem mądrą kobietą, że nie wkręcałam nic na siłę, bo w łazience mam tyle opcji rozbicia głupiego łba, że głowa mała :) Ostatecznie mogłam lampkę nocną podłączyć do kontaktu i też bym miała światło. A te skunksy, dzieci moje, odmówiły przerobienia mnie na kamień w razie W, argumentując, że transport mych zwłok do USA by je zrujnował. Niewdzięcznicy bez serca, co nie? Ani słowem się nie zająknęli, że mam się trzymać, tylko od razu, że za drogo.

Ale wracając do naszych baranów... Pogoda jest jaka jest, dla nie idealna. Wczoraj nie pojechałam do LM po ten plafon, bo lało, ale dziś polazłam w świat, bo i jakiś nowy gang jest w Biedronce (bez którego Łobuzy nie mogą żyć, hahahaha, gdyby nie ich mama nic by nie wiedziały o gangu, ale nic to, ostatnią książeczkę w Biedrze za 9,90 zdobyłam, bo kupiona za naklejki kosztowałaby mnie pewno z 500 zł), Manhattan, gdzie złapała mnie ulewa o, taka, krople deszczu jak sople leciały

I tu Achtung, wnimanije, uwaga, attention, pozor, budu triskat, a nie, wróć, to nie czeski pornol :) 

Ale 


 

zamawiałam pietruszkę w tabletkach, ale panie z zielarni twierdzą, że nigdzie tego nie ma. Wzięły za to jedno opakowanie tego, zawiera: skrzyp, pietruszkę i inne chuje muje

https://www.izielnik.pl/inwent-herbs-nefro-herbs?cd=7613134975&ad=86768599131&kd

Dawkowanie: 2 łyżeczki od herbaty dziennie.

A, sikam po tym aż miło. Smaczne.

Jak będzie tak dalej, polecę, zamówię next. Zielarnia musi cienko przęść, bo zamawiają na sztuki, ale oby dalej przędła, bo można kartą płacić, w przeciwieństwie do starej i panie nawet ostatni Ivana czaj z hurtowni zdobyły, a pani w starej twierdzi, że czegoś takiego nie ma :) 

Pani podkreśliła, że cena promocyjna, ale widzę, że rzecz warta grzechu. Podaję jako ciekawostkę, bo zawsze łatwiej te dwie łyżeczki wmelić, niż chrzanić się co dzień z pietruszką.

A, szkoda że nie wiedziałam o tym wszystkim, zanim zaczęli mnie na to nadciśnienie leczyć...

No nic :) I tak dziś nogi mnie tak nie bolą, więc może bez pomocy lekarza, który moje skargi jednym uchem wpuszczał, drugim wypuszczał i nie reagował na nie, sama sobie pomogę. Dzięki wujkowi Google :) 

 



Pojawiły się już dyńki ozdobne, więc jesień blisko, pora myśleć o światełkach, zmrok teraz też coraz wcześniej zapada. Wszędzie są wrzosy i wrzośće. Moja ulubiona pora roku, pora dojrzała, jak ja, zadumy, zatrzymania, zwolnienia.

Pora wspomnień  i - mimo wszystko - marzeń...

Piękna. 

Wiem, że wielu się to nie podoba, bo jeszcze sierpień, lato, powinien być upał i inne takie.

Ale dla mnie to powrót do dzieciństwa - takie były już sierpniowe dni, chłodnawe, a i ranki całkiem zimne. Maj i wrzesień to były wojny z mamą o podkolanówki...

A teraz jest mi ciepło i z lekkim politowaniem patrzę na ludzi w pikowanych kurtkach.

Dla mnie jest OK :) Jest cudnie.

No cóż, taka ze mnie wielka egoistka.

A Alienek był dziś u fryzjera i wygląda po strzyżeniu jak młody bóg :) 

Moja krew :) 

Pomidory zasłoikowane wyszedł  koncentrat olaboga, papryka zakiszona, mieszkanie po dniu gospodarczym. Żyć, nie umierać, no chyba że jutro okaże się, że zakładamy plafon...

Pomyślę o tym jutro, otwierając ajfonika rano...

 

I tak jakoś wyszło, słuchawki od iPada się rozładowały. A na YouTube  chór Aleksandrowa, więc wieczór popierdolony jest

 



Jasno widać, że jestem już starą wariatką :) No cóż...

 


środa, 25 sierpnia 2021

Kolejny

 dobry dzień, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek z cmentarną nutą w tle.

Zaskoczeniem było pojawienie się bandy Pierworodnego, bo mimo że nasze kontakty są prawie zerowe, wyściskana zostałam, postraszona jeżem, a Mała Wiedźma (odszczekuję wszystko, co powiedziałam), mimo niemeldowania się, jednak wie, co babcia lubi i od proga wręczyła mi


więc jednak pamiętała, więc cóż mam rzec :) Podziękowałam serdecznie i wyściskałam. A wyrasta na piękną i mądrą dziewczynę, sama z własnej i nieprzymuszonej woli uczy się: rosyjskiego, niemieckiego i holenderskiego.

Jestem pod wrażeniem.

Papryczek jak to Papryczek, rozkapryszony, wychuchany przez dwa miesiące przez babcię J., roszczeniowy i rozmemłany, ale i tak kochany.

Pierworodny kuleje i z trudem chodzi, ale cóż, dołożyłam maści do plecaka, ciesząc się, że kręgosłup mu nie jebnął po tym skoku.

W autobusie tradycyjnie, szukają mnie...

I... Hahahaha, korektę robię na telefonie, ojapierdolę, opisowo, bo inaczej się nie da, ale zyskuję tym uznanie. Swoje też. Jestem więc zdolna do wszystkiego, a i nawet jak cała stawka z teatru nie wleci, to chociaż część. I to już coś, bo myślałam, że mnie stamtąd wykreślili :) 

O dziwo, grób wyglądał porządnie, jakiś nowy stroik stał, całkiem, całkiem, tyle że płyta brudna jak diabli, ale może ogarniał ktoś, kto nie miał siły albo czasu myć? Umyliśmy, wywaliliśmy znicze, bo na cholerę pięć zniczy, dołożyliśmy stroik od siebie, bo tam leżą: prapradziadek, pradziadek i dziadek moich wnuków, więc dlaczego nie, znicz zapaliliśmy, dzieci pograbiły ścieżynki i poszliśmy w M.

Po drodze zapytaliśmy o lodziarnię, pokazano nam dwie. Ale w pierwszej roiło się od os i miejsca do przycupnięcia nie było, więc poszliśmy do drugiej, gdzie po ceregielach ze strony dzieci, wkurzona, sama zamówiłam sobie trzy kulki Nestle i uwaga, uwaga, lody o smaku gumy balonowej :) A kto bogatemu zabroni na stare lata?

I to był dobry wybór, lody były przepyszne, co potwierdzam ja, istota nielodowa kompletnie.

Spacerkiem przeszliśmy na przystanek, a i tak siedzieliśmy na nim godzinę, czekając na autobus (taki rozkład jazdy). Pogoda była wymarzona na spacer, ale Pierworodny mocno kuleje, a i mi sandały, mimo całolatowego używania na kostce obtarły znów, a że nie miałam torebki, to nie miałam i plastra:)

A jesień już za rogiem


 a po drodze w M. taki ogród, gdzie jest mnóstwo kiczu


Flip i Flap, krasnoludki,jeże, chuje muje i


piękna żyrafa z wikliny.

Dzieci w autobusie padły


Papryczek z jeżem w objęciach...

Miałam rosołek i mielone wołowe w papryce i cukinii, więc się najedli, łapówkę pieniężną zainkasowali, bo naprawdę nie wiem, co im jest potrzebne, więc niech przepijają sami. Papryczek na słowa, że ma przepić kasę najeżył się i oburzony odrzekł, że on nie jest alkoholikiem i nie pije alkoholu :)

Jak nie moje wnuczę :) 

Pierworodnego zaś zgwałciłam, zmuszając go do zadzwonienia do dentysty. Psuje mu się dwójka, a pojechał do UK z niewyleczonymi trzonowcami, a tam go nie było stać na leczenie, a, long story, jego zęby to naprawdę long story. Zgwałciłam, powiedziałam, że w dupę nakopię, że zapłacę za tę dwójkę, bo kurwa, on ma dopiero 41 lat. I tak, tak dodupnie sobie życie układa, że na dentystę nie ma. Jego żona, mogąca latać do PL, wyleczyła sobie wszystkie zęby. Nevermind. Sama miałam leczone zęby do 16. roku życia, póki żyła mama. Potem na studiach, kiedy sama na to znajdowałam kasę. A po wyjściu za mąż ważniejsze były priorytety i pomysły Eksa (bo zdaniem teściowej on też musiał coś z życia mieć, chociaż nie pracował), niż moje zęby, więc jest jak jest.

Termin na 3 listopada, ojapierdolę. Ale nieważne. Jest popierdolony do szpiku kości, wmelał mi, że jego gospodarz (landlord) przy okazji naprawiania wanny wspomniał, że z niego fajny facet, jakby miał prawo jazdy (na całe moje szczęście nie ma, jest jak jest), to zatrudniłby go w Holandii za 15 tys. Prawie mu oczy wydrapałam: nasrane masz? W tych czasach, gdy nie wiadomo, kiedy będziesz mógł z domu dupę ruszyć, jedziesz do Holandii? Ze świeżym prawem jazdy (a kierowca z niego jak z koziej dupy trąbka), płacisz na rodzinę w PL, ale musisz żyć tam za tamte ceny. Zejdź z obłoków dziecko. Skoro nie ogarnął się przez 15 lat w UK, nie ogarnie się i teraz, taka prawda. Bolesna, ale realna. I tak już go pojebało, bo pracę w LM zamienił na inną, a firma przenosi się na dniach do Gądek. Gdzie będzie dojeżdżał - no właśnie jak? Pociągiem. I nie, nic nie zyskał nawet na tym, że ma weekendy wolne.

Jak bardzo okrutną matką jestem, w skali od 1 do 10, wciąż się zastanawiam.

Jego posrane pomysły jednak trafiają we mnie rykoszetem. I nie, że mu skrzydła podcinam, nie. Lata całe akceptowałam wszystko i to wcale nie było OK.

Więc jest jak jest. Co nie znaczy, że gada nie kocham i się o niego nie martwię.

U mnie przesuwamy stół, nogi się chwieją, bo stół za grosze jest... Dokręca mi nogi od stołu (nie, że moje kopyta) i mówi, że w jego sklepie internetowym można za grosze dostać zwroty. I bla, bla...

Kurwa. Na chuja mi zwrócony mebel za grosze z wadami? Teraz mogę sobie kupić wypasiony stół, ale...

Na co dzień nie korzystam w ogóle ze stołu, bo jem na biurku. Wiem, dziadostwo, ale moje dziadostwo. Stół wykorzystuję tylko, gdy zwala się któraś z ekip,klnę w duchu, przesuwając, dosuwając, dostawiając i wzdychając, gdy dzieci skaczą mi po meblach, a nadal skaczą wszystkie. Jedząc niechlujnie. Ale zaciskam mordę i...

Szkoda mi kasy na wspaniały stół (a taki wydałam, bo głupia byłam).

Pieniądze w tych szalonych czasach mogą być potrzebne na ważniejsze rzeczy, a stół spełnia swoje zadanie.

A na firmowej poczcie teksty do pyrów od gościa, który zawsze z wyprzedzeniem wysyła teksty, a potem je chyba w czarną dziurę wrzuca, bo do II korekty daje jak już wszystko na gwałt jedzie do drukarni. Więc grzecznie odpisałam, że do pyrów wracam 1 września. I tyle w temacie.  Chyba że termin wyjazdu do drukarni się zmienił, ale na razie cisza w eterze.

Ale i tak, pomijając moje jojczenie, to był całkiem udany dzień. I Mała Wiedźma dostała jeża, którego kiedyś przywlókł w ramach swoich fantazji zakupowych jej ojciec.

Karma wraca i jest suką :) 


UPDATE

No i jebło. Nie mam górnego światła i wymiana bezpieczników nic nie daje. A wymiana bezpieczników w moim wykonaniu, ojapierdolę, dobrze, że z drabiny nie spadłam.Pierworodny wpadnie jutro, bo nie mam gwałtu, skoro wszystko inne działa, łącznie z lodówką (i internetem, olaboga, ważne, że internety są). Nic nie dzieje się bez przyczyny - powinnam zakładać, że jutro rano będzie akcja reanimacja? :) W nocy sikanie na ślepo będzie, bo górnego światła nigdzie nie ma :) Dobrze, że sikam na siedząco,nie powinno być źle ;) 


wtorek, 24 sierpnia 2021

Sama

 dziś siebie podziwiałam, Kochany Pamiętniczku :) 

Tak bladym świtem się zerwałam i poleciałam na Manhattan, że nawet musiałam czekać, aż Pan od Pomidorków towar wyładuje.

Ale za to dowlokłam do chaupki siedem kilo dupomirków


które przerabiane na dwa gary, ostatecznie się zmieściły w jednym, ale ich smak to wyjazd w Kosmos w porównaniu z limą.

A będzie się jeszcze działo :)

Na samym soku z nich wyszła na starym rosołku z soboty wyjechana pomidorówka.

No co będę się przechwalała :)

Spis streści zastał mnie w momencie powrotu z Manhattanu.

I nie ma mnie w pracy, co najmniej do pierwszego września.

Vivat, semper, wolny stan.  

Z teatru nic nie ma, co mnie jakoś nie martwi, moje zdrowie ważniejsze.

Grona gniewu ogarnęłam, o jeży kolczasty, jak bardzo to aktualne jest. Aż dech zatyka.

Dupę w troki wzięłam i pojechałam znów wózeczkiem.

Ziemi mi brak :) 

Ile litrów już jej dowlokłam? Dawno powinnam spaść do sąsiada. Kolejne 20  litrów zlądowało.

Zanabyłam również


i popieram AgroUnię, mamy kryzys, na maksa, skoro u rzeźnika szynka z myszów jest :) 

No dobra, ale jest, zamiast ze świń ;) 

Loggię ogarnęłam, bo bajzel był, w miarę, ale zawsze, badylki przesadziłam. Pozostaje masa śmieci do wyniesienia, ale to next time.

Jutro jazda do Eksa.

Nawet gar rosołku ugotowałam. Nakarmię, jak coś. Jutro będzie się działo, ale to jutro.

A dziś,oglądając FB widzę, że się nie myliłam w ocenie.

Kiedy, kurwa, zlazła po schodach i pindrząc się do Barana, pytała, jak wygląda. Gdy szliśmy na sylwestra i tekst: nieważne, jak Pieroworodny wygląda, ważne, że za mną się będą oglądali. A,  nie zadziałało, nikt się za nią nie oglądał, bo nie było za czym.

Jakby nie mogła zapytać swojego mena. Pierworodnego.

Kurwa.

Nawet nie wiem, czy będę chciała o niej jutro rozmawiać.

Nie jest łatwo być matką. Ano...



poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Rankiem

 przekonana byłam, że spełniło się krakanie Gallów i niebo spadło na ziemię, Kochany Pamiętniczku.

Zwlokłam zwłoki z wyrka, ale nawet nie miałam ochoty się wykąpać i wszystko szło jak krew z nosa.

Ale kopnąwszy się w tę kubańską, tłustą dupę, jakoś przebrnęłam, zgrzytając zębami, bo M., śląca wszystko hurtowo znów zgubiła tekst i kazało się, że szybciej skorekcę na nowo (a korekciłam, bo pamiętałam błędy), niż szukając korekty w 31 wysłanych plikach :)

Jak nie urok, to sraczka, albo inny przemarsz wojsk radzieckich z chińskimi, ale spoko, przeżyłam.

W kuchni skończyłam pierwszą turę, tu zdjęcie familijne

 


 Dla powideł mam zastosowanie: mam ekspandowany amarantus, jagły i coś tam jeszcze, to się tam powidła da i będzie git majonez.

Pomidory z papryką, zblendowane, a jakże, żeby Alienkowi w ząbki nie właziło, pojadą do Inżynierostwa. Używają i nie grymaszą :)

Jutro postaram się polecieć na Manhattan po kolejną porcję, bo sytuacja różowo nie wygląda. Mało, że pogoda zupełnie niesierpniowa - co oznacza, że pójdzie się jebać wiele warzyw i owoców, to jeszcze mają być przymrozki.

Kurwa.

Jak mówiła moja teściowa, panie świeć nad jej duszą, najważniejsze w domu są zapałki, świece i słoiki. Możecie się ze mnie śmiać, sama się z tego śmieję, ale skoro to nie zaszkodzi, to dlaczego nie, skoro lubię?

Znam głód. Tak wyszło, choć moja kubańska dupa przeczy tym doświadczeniom.

Ale wracajmy do naszych baranów...

Łobuzy się zareklamowały



 Rasowo, co nie? Kupili im kalosze i parasole, na dostarczenie w razie W do przedszkola. Godzina W nadeszła już dziś, Inżynierowa wywaliła je na podwórko, gdyż roznosili chałupę na strzępy. Potwierdziły się fakty, że w czasie deszczu dzieci się nudzą oraz, że dziecko to stworzenie, które chodzi po kałużach, zamiast je omijać (mają to po tatusiu,wracając ze szkoły właził pod rynnę, żeby być bardziej mokry, o czym zaraportował usłużnie sąsiad, który to widział, bo rynna była koło jego balkonu) :) 

A mnie się deklinacja przypomniała:

ja noszę kalosze,

ty nosisz kalosisz,

on nosi kalosi,

my nosimy kalosimy, 

wy nosicie kalosicie,

oni noszą kaloszą.

Polska język - trudna język :) 

 A ja, czekając cały dzień na tekst, który ogarnęłam z palcem w dupie (taka przenośnia, moja dupa zbyt cenna, by w niej palec trzymać), filmik głupi sobie oglądnęłam i skusiłam się na  5. sezon


chociaż po odcinku jest na tydzień, czego nie lubię, ale... Krajobrazy piękne i takie duszaczypatielne, że ojapierdolę... :) 

Dla Kitty, personalnie: 

taki pokal?


 

ten od Stella Artois?

Wiem, mój jest od Fortuny :) Też mam pokali od metra, choć nie kolekcjonuję i nigdy mi to do głowy nie przyszło. Ale Pierworodny był zawsze szajbnięty na takie akcje, a i Inżynier coś tam przywlekał. Mam całą szafkę pokali, zarastają brudem i kurzem, bo raz, że nie ma kto z nich pić, dwa, nie mam siły (boję się, że zlecę) latać po drabinie, ściągać je i myć. Więc tak sobie spokojnie kwitną, zarastając... Młodzi ich nie chcą, bo też nie mają miejsca na ich składowanie, może wezmą, może wypierdolą, rybka mi to.

I okazało się, że pomylili daty i to jednak dziadek zostanie wrobiony w opiekę nad Łobuzami nie ja.

Przykro mi, ale trudno. 

Kotek ze starego telefonu musi poczekać na Alienka:)

I już wiem, dlaczego radio nie działa mi tak, jak chcę...

Nienawidzę zmian, ale są one częścią życia, nic nie może wiecznie trwać.

Dziś Eks miałby 71 lat.



niedziela, 22 sierpnia 2021

Znienacka

napadł mnie Inżynier, Kochany Pamiętniczku, zapraszając na niedzielę na zupę pomidorową i na kawę.

Ale za późno się ogarnął, albowiem ja byłam już po wyprawie na Manhattan skąd przytargałam we wózeczku (błogosławione niech będą wózeczki, tako rzecze mój kręgosłup, maltretowany bezlitośnie przez Alienka,  mimo ostrzeżeń, że zepsuta babcia nie będzie działała)



Pięć kilo limy, trzy kilo śliwek (jeszcze nie węgierki, ale wychodzi z nich coś oszałamiającego), kilo papryki i trochę ponad kilo pomidorków w cenie nie do przerobienia - 19,90 za kilo, to nie ma opcji, żółte bawole serca i pomidorki tygrysie, prężące się w tle, oszałamiający smak lata, wart swojej ceny... Jako że chodził za mną rosołek, włoszczyznę również zanabyłam... Umawiając się z Panem od Pomidorków na wtorek rano, ale nie odłoży mi pomidorków, pewno już komuś obiecał, mam polować :) Więc będę musiała się bladym świtem zwlec, przetwory z jego pomidorków są bezapelacyjne...

I tak na kuchence wylądowały śliwki, obok w garnku rosołek wołowy, bo skitrany kawałek wołowiny rosołowej znalazłam, zaczynam być ekologiczna, zużywam zapasy, a nie że wywalę, jak nową lodówkę kupię


i pomidorki już podduszone


 Jako że powidła smażę trzy dni, a paprykę wrzucam drugiego dnia, o


zatem za obiad podziękowałam, nie, że niedobry u nich, ale mój by poszedł do kosza. Albowiem w sobotę zapełniłam się rosołkiem, ale zostało dużo o kupione z rozpędu boczniaki. Zatem zrobiłam kartoflankę, bo akurat Młynarski o kartoflance śpiewał, w modyfikacji Starojędzowej, z boczniakami. No i... mam obiad jeszcze na jutro :) 

Ale pojechałam na tę kawę. Alienek aż na schody wyleciał, żeby mnie przywitać, Kalafiorkówna do końca fochy stroiła, aczkolwiek pozwalała się zjadać wielorybowi, młodzi składali szafę z Ikea, atakowały mnie Ninjago, węże i inne chuje muje, nawet jakaś mucha osobista Alienka... Francuskie ciasteczka smakowały wszystkim, mnie zależało tylko na puszce i tę dostałam z powrotem.

I gratis


pokal trzymający zimne piwo. Miałam dostać dwa, ale jako że Kalafiorkówna pozwoliła sobie ojcowski stłuc, dostałam jeden. Z zastrzeżeniem, że jak mi przypasuje... Jest super, piwo cały czas jest w nim chłodne, wiem, bo złamałam zasady i wlazłam do Żabki i kupiłam dobrze schłodzone, ale problem polega na tym, że nie mam już miejsca na żadne skorupy, a żal mi jakiekolwiek wyrzucać, bo każda ma swoją historię.

Tak jak i każda puszka.

Wycałowana przez Alienka, aczkolwiek broniłam się ręcami i nogami, bo upiera się na całowanie w usta, a ja w życiu nie całowałam dzieci w usta, nawet swoich, taka fobia, faceci to inna bajka, do Łobuza nie dociera tłumaczenie, że babcia cukrzycy dostanie, co on tam wie o cukrzycy, wydrapany zwichrowaną skórką od mojego palca (to jego ulubiona rozrywka). Mały zboczuch, co nie? Ale gdy mówię do niego, że jest mały, prostuje, że jest już duży, dodając: duży Alienek :)

No ba...

To tylko kilka godzin. Ale wyszłam oszołomiona krzykami, akcjami.

Udało mi się jednak ogarnąć z Inżynierem nurtujące mnie problemy, z Inżynierową też miło pogawędzić (odnosząc przy tym wrażenie, że przekonuje się ona do tego, że teściowa, choć żmija, nie gryzie, że ona też jest w jakiś sposób, jak ja, samotna), więc chyba wszystko zmierza w dobrym kierunku?

Ciasteczka smakowały wszystkim, a mnie, choć zjadłam najmniej, a byłabym w stanie wrąbać całą puszkę w okamgnieniu, smakowały najlepiej.
Bo szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli.

A w czwartek będę pilnowała całej bandy, wprawdzie krótko, ale zawsze. Bo matka rodu idzie na zebranie, a ojciec pracuje.

Zabiorę tego jebanego kotka z mojego starego ajfonika, bo on pacyfikuje całą bandę.
Trudno...

Technika wspiera stare babcie w opiece nad zwariowanymi wnukami...

A teraz lecę posłuchać Elvisa.

Pokal jest rewelacyjny, polecam :) 

Jeśli ktoś lubi piwo :) Zimne, bo wątpię, że byliby fani ciepłego piwa i spoconych kobiet :)


piątek, 20 sierpnia 2021

Jednak

 jestem starą wariatką, Kochany Pamiętniczku, nie da się już tego ukryć.

Bo jak bardzo trzeba mieć nakładzione, żeby płakać, gdy w radiu leci 


Mam 66 lat.

Oprócz mojej Mamy, nauczycielki, miałam w życiu mnóstwo dobrych, ba, wręcz idealnych nauczycieli i profesorów, którzy w tamtych czasach, gdy nikt nie słyszał o opiece nad niepełnosprawnymi (ja wolę słowo kaleka, ale nie będę się kłóciła, to moje osobiste odczucie) w normalnej klasie, nie integracyjnej, bez żadnych ustaw i innych cudów wianków dostosowali się do uczennicy, która musiała widzieć ich usta. Nie chodzili po klasie, stali koło tablicy.

Więc płaczę. Bo mogę, bo zawdzięczam tym ludziom piękne życie, jakie mam. 

I jak babcię w kapcie, jak bardzo pojebana jestem, nie przypominam sobie ani jednej chwili, żeby koledzy w czasie mojej edukacji jakoś mi dali znać, że jestem inna. 

Za to już w dorosłym życiu tak. Moja osobista teściowa, niekumająca ironii jakiegoś stwierdzenia, aczkolwiek głupia nie była, podsumowała mnie: bo ty jesteś złośliwa jak wszystkie kaleki.

Ale i tak ją kocham, choć ostatni raz na jej grobie byłam wieki temu. I nie zanosi się na jakieś odwiedziny - stara jestem, a dla mnie, mimo że to moja wioska to wyprawa na co najmniej 4 godziny. 

Trudno.

Czekam na październik już, po drodze będą pyry vel kartofle i szef.

A, long story, dostałam do I korekty teksty tak, że oczy przecierałam, będąc pewna, że do drukarni pojedziemy o 19 rano (co byłoby rekordem wszech czasów), ale nie, G. ostudził mnie, mówiąc, że Dark Master już grzebie.

No i kurwa, ciągnęło się do 17, chuj wie po co, bo o kant dupy to wszystko, ale nic.

Przed pracą w pięknych okolicznościach przyrody, jak nie ja, pościel zmieniona, kąpiel wzięta, śniadanie przygotowane (no dobra, bez bicia, nie gniłam w łóżeczku, grzebiąc w iPadzie, to co zazwyczaj grzebię)

do Lidla poleciałam, bo tak :) 



Od niedzieli na krok nie ruszałam się z domu, no, do śmietnika szłam :) 

A lato jest piękne tego roku, takie jak pamiętam z dzieciństwa, że w sweterku latałam, bo było ciepło, aczkolwiek chłodnawo ;)

Teraz czuję, że żyję pełną piersią i żeby tak trwało i trwało.

Zakupy jak zakupy - pyry się skończyły, a dwa dni ma kaszy to już tragedia, ale super, że się zmobilizowałam, aczkolwiek i tak jutro na Manhattan lecę.... I kurde 109 zł poszło się jebać nie wiadomo za co. No dobra, kupiłam włoskie szyneczki, które uwielbiam, w końcu na co tyram? Chociaż mam wyrzuty, że szaleję, bo jednak Inżynier nie dostanie takiego kredytu w jaki celował, ale... 

Zaczyna u mnie brać górę egoizm.

Chociaż...

W czwartek znienacka odzywa się Pierworodny. Że jedzie do M. Jako dobrze wychowana matka nie wspominam o żalach,  zdając sobie sprawę z tego, ile go kosztowało odezwanie się do mnie. I tak, w tygodniu pojedziemy na cmentarz. 23 sierpnia Eks miałby 71 lat. Stara dupa z niego, nie da się ukryć. 

Ale dobrze, że się poczuł sam z siebie, że wreszcie (!) jego dzieci zobaczą, gdzie leży dziadek.

Dziadek oszalałby ze szczęścia, gdyby je mógł mieć.

A miał tylko fotki...

I: będę ich kąpał, bo ja umiem kąpać, gdy pępuszki są niezagojone...

Fakt, umiał, idealnie... Tam, gdzie ja umierałam ze strachu, działał, lekceważąco mówiąc, że trenował na młodszym o 9 lat bracie...

No dobra, zapas łez na dziś wyczerpany :)  

Warzywka leżą na stosiku, miały być robione poniedziałek-wtorek i w sumie w dupie mam..

3/4 zrobiłam już, za tę kasę, co mi płacą, zmienianie terminów, jak im pasuje - olać.

Tak, wiem,nie mają lekko, ale też naczelna palcem nie kiwnie, bo nic nie może. Zrobię jutro, dziś delektuję się już tylko muzyką i winem.

Nie jestem niewolnikiem i nie jestem robotem.

A w południe dostaję


taką fotkę. Z komentarzem, że Kalafiorkównie się coś pokićkało w kalendarzu (znaczy się, myślała pewno biedna, że znów w moje szpony wpadnie) i wzorem Alienka znalazła badyla dla babci Oloty :)

Byłam już babcią Yodą, jestem Olotą, ojapierdolę, jak słodkie to jest.
A ta, smarkata, Skubana, niedająca się pomizia kwiatki dla mnie zbiera? Mimo tego Kalafiorkówna NIE?

Ojapierdolę... Cuda wianki się dzieją ;)

Jestem przeszczęśliwą szczęściarą :) 

Nie da się tego ukryć.

Bo wstając rano wciąż mam dach nad głową.

Pełną lodówkę, nawet gdy jest w niej światło, bo zawsze z resztek i z zachomikowanych w szafie rzeczy da się coś skombinować, mimo że smaku chleba już nie pamiętam, ale dobrze mi z tym.

Bo mam ciepłą wodę, a jak coś, to kociołek mam i gaz, żeby sobie wodę nagrzać. 

Bo mam swój kibelek.

Bo nie muszę kiblować na granicy. Aczkolwiek w stosunku do tam siedzących mam MIESZANE uczucia. Oczywiście, nikt nie jest nielegalny. Każdy ma prawo do życia. Moje dzieci też szukały miejsca na ziemi. 

Ale w tym temacie nic nie jest proste jak drut sprężynowy.

Kiedyś, gdy młodym, niewinnym dziewczęciem byłam, wydawało mi się, że wystarczy żyć tak, by nikogo nie krzywdzić, ciężko pracować, a wszystko zostanie nagrodzone. 

Ale to tak nie działa.

Więc szczęśliwa jestem, budząc się, sięgając po iPada...

Jestem szczęściarą...

Pssttt... Niech tego nie usłyszy szczęście... Niech się nie odwraca...




środa, 18 sierpnia 2021

Umarnięta

 Kochany Pamiętniczku od poniedziałku, dziś zdechłam na amen.

Praca non stop od 8 do 20.30, z przerwą na siku, śmieci organiczne leżą na balkonie i dzięki temu, że jest od dwóch dni tylko 17 stopni i piździ jak za cara na Skieletczyźnie, nie wonieją, dała mi w kość. SKS jednak, a zewsząd atakuje mnie ssanie, ssanie na byki, ssanie na jałówki, ssanie na mleko. A nie powiem już, z czym mi się to ssanie zaczyna kojarzyć. No dobra,  z seksem, bo ile można bezproduktywnie ssać. Poprawiam uparcie to ssanie na popyt, ale...na wydruczku znów ssą, bo... nie ma update.

I chuj.

Piszę do sympatycznej koleżanki, że jak puści ssanie na mleko w tytule, to się zabiję. Odpisuje dosłownie:

Wy po tych UAMach to się wcale nie znacie…
Ssanie to termin techniczny😊
 
I tak się to wszystko kręci.
Przez trzy dni jedyna wyprawa jest ze śmieciami do śmietnika, więc najpierw bio wyniosłam, potem makulaturę, a na końcu plastik. Ot, taka rozrywka, jakby ktoś pytał.
Jedzenie: kasza gryczana na dwa dni, karkówka z zamrażalnika [starczy do końca tygodnia, wraz z zimnem przeprosiłam się z mięsem, świńskie zdjęcia maszerują w siną dal, w siną dal, lewa, prawa, zamrażalnik sam się nie opróżni, jedno mnie pociesza, że bigosu na Gwiazdkę (a ta już niedaleko) gotować nie będę, bo mam zamrożony] i buraczki, głodna nie chodziłam :) 
 I tak leci...
W poniedziałek nogi spuchły mi tak, a była chujowa pogoda, że myślałam, że już pora do urenki, co w sumie w tym momencie rozwiązuje wszystkie problemy moich dzieci, nie, żeby sobie takiego rozwiązania życzyły, ale bolało mnie jak kurwa mać, na boso chodziłam, bo w nic się noga nie mieściła (uprasza się uprzejmie o niedoradzanie, wszystko jest w sumie niewiele warte, poradziłam sobie sama, po swojemu, a co)... Spanie to był dopiero rollercoaster, o dziwo, nie padłam.
Więc dalej alleluja i do przodu.
Zdradziłam radio Pogoda, wkurzona, że w czasie czytania Przeminęło z wiatrem, które leci w godzinach, kiedy mogę go słuchać, a nie daje się ostatnio przełączyć na wybraną listę, wyskakują mi propozycje od czapy. Odkryłam radio Nostalgia, nikt tam nie gada, a lecą piosenki, przy których odstresowuję się na maksa. Nienawidzę audiobooków, czytania mi czegokolwiek. Jestem stuprocentowym wzrokowcem i nawet w Kosmos wyjechany lektor, czytający cokolwiek, wkurza mnie do gorącości, a z treści nic nie zapamiętuję. Co zapisane i przeczytane - zapamiętuję na wieki, co usłyszane, niezapisane, ginie w pomroce dziejów. 
Na egzaminie z ekonomii kapitalizmu (a jakże, coś takiego było), zapytana o to, co to jest terms of trade, oczami duszy widziałam numer strony i akapit, w którym była definicja, ale... nie pamiętałam treści :) Szlag :) Ale egzamin zdałam, mimo tego. Po powrocie do akademika sprawdziłam: strona i akapit się zgadzały, a także napis terms of trade kursywą. Z egzaminu dostałam 4+ :) 
Więc jak dla mnie audiobooki nie istnieją, są moim wrogiem i... 
Niech wróci moje radio Pogoda, zanim zakocham się bez pamięci, do ostatka, do szału, do dna w radiu Nostalgia :)

sobota, 14 sierpnia 2021

Na urodzinach

 mamy nowego wnuka - T. byłam dziś, Kochany Pamiętniczku.

Wyszłam objedzona do wypęku, ale T. nawet nie potrzymałam, bo... jest wg jego mamy małym wrednym terrorystą.

Mama zestresowana na maksa, odniosłam wrażenie, że momentami żałuje macierzyństwa, ale może się mylę.

Inżynier niańczący T. wyglądał idealnie, ale na moją sugestię, żartobliwą, od course, że z niemowlęciem mu do twarzy, prawie oberwałam w łeb, no, żartuję, ale niewiele brakowało, więc nie drążyłam tematu.

Nie wiem, co jest z dziećmi dzieci z pokolenia moich dzieci, ale wszystkie są noszone, hołubione, niańczone, karmione na żądanie i wciąż są z nimi jakieś problemy.

Rrozmawialiśmy o tym długo (o ile można nazwać rozmową wrzeszczenie, żeby przekrzyczeć ryczącego T. i wariujących i dziadka Alienka i Kalafiorkównę, którym tam wszystko wolno, gdyby im przyszło do głowy wejść na żyrandol i skoczyć, to dziadek pewno poparłby pomysł...

Nie owijam w bawełnę, mówię, co myślę, wypunktowałam. Rozumiem, że każde dziecko jest inne, że czasy są inne, po prostu sądzę, że to kwestia luzu. Inżynier wymaga, wrzeszczy zniecierpliwiony, niby tłumaczy, ale widać, że nerwy mu puszczają.

Na ciasto dzieci rzuciły się jak szczerbaty na suchary, a wybór był szalony. I tak każde z nich miało na talerzyku pierdyliard ponadgryzanych, niezjedzonych do końca słodyczy. 

Pod koniec Kalafirkówna wróciła do stołu i... łapki łapią kolejne dwa makaroniki z patery, a obok talerzyk. Spojrzałam jadowicie (wiem, że mam wzrok żmii, co nie musi kąsać, żeby zabić) i powiedziałam dwa słowa: Kalafiorkówna, NIE. Dziadek wziął ją w obronę, wzrokiem zabiłam dziadka i powtórzyłam: Kalafiorkówna NIE, odłóż na talerz... Spojrzała wzrokiem zagłodzonego dziecka, konającego łabędzia i wyszeptała: do domu... Dziadek znów został zabity, próbując interweniować.

Chcesz do domu? Odłóż. Na swoim talerzu masz mnóstwo niezjedzonych ciastek. Dostaniesz do domu, ciocia ci zapakuje...

I co zrobiło dziecię?

Karnie odłożyło makaroniki, umyło łapki.

1 : 0 dla mnie.

Wystarczy być twardym, a ona wie, że ze mną nie ma żartów :)  I tak jak mnie omijała kołem, żegnając się, podziękowała pięknie za łapówkę (dostała przed wyjściem, bo słodkiego było dość, karnie odniosła łapówkę do matki), nie rwałam się do pieszczot, bo rano mam olbrzymi katar, więc bez pieszczotek :) 

A Alienek przyszedł znów z badylkiem, ale badylek zginął w całym tym zamieszaniu, ale odnotowujemy ku pamięci, że badylek był.

I teraz clou dnia.

Inżynierowa przymierza się do pójścia w moje ślady.

Stwierdziła, że bycie korektorką to też sposób na życie, może nie na rozpustne i hulaszcze, ale zawsze.

Zapisała się na kurs, wiem, do kogo,  nie wiedziałam, że tyle goli. Będę jej kibicować, pomogę, w czym będę mogła. Nie podjęłabym się uczenia, nie mam ani talentu, ani cierpliwości. Nie mam kierunkowego wykształcenia, jestem pleno titulo: magistrem bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, korektorskim samoukiem :) Ale pomóc, pokazać triki, podeprzeć - mogę, dlaczego nie :)

I nie pamiętam, żebyśmy kiedyś tak gadały jak najęte...

I tak, mam z Inżynierową kontakt, nawet jak mnie czasem sprowadza do parteru.

Pomogę w miarę możliwości. 

Nie jestem w stanie ocenić, czy się nada, pisze bez błędów, na komunikatorach stara się bardziej niż ja. I tu na blogu się nie wysilam, bo za to mi nikt nie płaci.

Ale to jest idealny zawód dla kogoś, kto nie chce pracować na etacie, a dorobić, by pomóc mężowi.

Podoba mnie się ta decyzja.

I tak minął kolejny szalony dzień, nogi mam spuchnięte od upału i siedzenia, mimo że przeszłam dziś, olaboga, 8014 kroków, mimo nieliczenia kroków w domu :) 

 Odmówiłam jutrzejszy seans na Skype, bo bez sensu, skoro widzieliśmy się i w czwartek, i dziś, czasem trzeba odpocząć od dzieci.

Nawet tych dorosłych i kochanych...

Niech i on ma luz...

Bo stanęłam dziś tak jakoś koło drzwi i słyszę tik, tik, tik... 

Ki diabeł...

A włożyłam do wiszącego na nich zegara baterię i... pierwszy raz w życiu usłyszałam tykanie zegara.

I tak dziwnie się to plecie ;) 

Po powrocie z imprezy z ulgą wyjęłam aparaty, włączyłam słuchawki, radio i... błogosławione niech będą nutki...

Aczkolwiek coś się spsuło w radiu Pogoda, nie mogę w czasie czytania Przeminęło z wiatrem, nienawidzę audiobooków włączyć tego, co słuchałam, włącza mi się radio W pracy, a ono nie gra tego, co lubię...

No cóż, tak już jest, że nie wszystko jest IDEALNIE :)



 

piątek, 13 sierpnia 2021

Moje

 życie szalone jest, jako i ja jestem szalona, Kochany Pamiętniczku. Trudno.

Zniknęłam wczoraj z neta dokładnie o 17, jak zapowiadałam, mając wyjebane. 

Masz wyjebane, będzie ci dane. Amen.

Pojechałam autobusem wcześniejszym, zakładając wszystkie klęski żywiołowe, łącznie z trzęsieniem ziemi i innymi takimi tam. 

Korków nie było, autobus jechał z dwuminutowym wyprzedzeniem, więc pojechałam przystanek dalej, żeby nadłożyć drogi, lazłam tip-topem, do Rossmanna po drodze wlazłam, jako że skończyła mi się pasta do zębów, którą lubię, nie skasowałam się na kasie samoobsługowej, ściboląc minuty, a i tak byłam na Placu Wolności 20 minut wcześniej. Kurwa, na Manhattan to się dowlec nie mogę, a tu tip-topem błyskawicznie.

Na szczęście Inżynier już był i padliśmy sobie stęsknieni w objęcia... I już było raźniej.

Gości poznaliśmy z daleka, chociaż nigdy w życiu ich nie widzieliśmy,a  i oni nas też, bo mąż M. kiwał jak głupi...

A potem był wspaniały wieczór, jakbyśmy znali się od lat, chociaż towarzystwo porozumiewało się po polsku, po francusku i po angielsku.

Personae dramatis: Helena, córka siostry mojej babci, jej córka, jej zięć, jej wnuki. Moi and Inżynier. Razem 7 osób. 

Główna bohaterka: moi, albowiem siostra mojej babci, czyli matka Heleny wciąż mówiła o Dorotce. Temat na powieść, że niech się Outlander, którego kupić za rozsądną cenę nie mogę, bo 2,5 tysi na  Alledrogo nawet do mnie nie przemawia...

My, znaczy się, ja i moje dzieci w zasadzie nie mamy rodziny. Bo z mężowską stosunki są delikatnie mówiąc - poprawne, chłodne, wyjebane w Kosmos.

Mojej rodziny już nie ma.

Odeszła.

A to jest gałąź mojej rodziny od strony mamy, która przed II wojną światową wyjechała do Francji...

Założycielka tej rodziny, siostra mojej babci do końca życia wspominała, jak opiekowała się moją mamą, ciocią Kazią i wujkiem Mietkiem, kiedy zmarła w kwiecie wieku ich mama





moja babcia Franciszka, będąc w kolejnej ciąży. Była tak podobna do Stasi, swojej siostry, matki familii Mielcarków, że zwątpili, czy to zdjęcie mojej babci, a nie ich :)


I temat na powieść, bo to jest FAMILIA.

A po wczorajszej randce okazuje się, że...

No co ja za to mogę...


tego najwyższego na zdjęciu widziałam, mając 7 lat, miał wtedy żonę i roczną córeczkę, mówiłam mu wujku, bo jak inaczej, latami pisał do mnie po śmierci mojej mamy, a spotkaliśmy się dokładnie po 50 latach w Paryżu, gdzie mnie i Inżyniera poobwoził, do knajpy zaprosił, a ostatecznie swojej siostrzenicy dał na mnie namiary na MSG i tak się zazębiło, gdy wleciała do PL :) 

Przystojniak, co nie? :) I do dziś jest przystojniakiem. Jego młodsza córka, którą poznaliśmy w Paryżu też jest korektorką :) Coś w genach musi być.

Szło gładko, jakbyśmy się znali do lat, mnie zarzucili prezentami...


 

trafionymi w dziesiątkę, albowiem i puszki, i śmierdzidła uwielbiam :) 

Wiem, że to próbki


... ale 


... atmosfera była szalona, jedzenie znakomite, a potem wyciągnęłam asy z rękawa

 


 

Tak, mam zwyczaj gromadzić śmieci. Ten wycinek od lat leżał w moim albumie. Helena popłakała się na jego widok, wciąż opowiadała o nim, nie chciała go wziąć, ale... Przekonało ją moje marudzenie, że jej ręce są stworzone do tego wycinka. Bo to jest JEJ życie, a u mnie to tylko historia. Moja, ale nie osobista.

Myślę, że to był lepszy prezent niż te, kupione za kasę. 

Tak, to nekrolog jej ojca, którego ona nie miała, a o którym od lat myślała i mówiła w kółko, jak ten nekrolog powstał.

Wzbraniała się, ale ja mam to zeskanowane. A dla niej to część jej życia. Ma 78 lat, a trzyma się lepiej ode mnie, choć nie śmiga na kompiku jak ja. Pracowała do 72. roku życia.

Mamy te same geny.

I zdjęcia dostała, których nie ma.


Całej familii w komplecie. Ona to ta najmniejsza z lewej.
I zdziwienie, że miała je moja Mama, i ja kontakty, o których reszta nie wiedziała.

I Inżynier, pamiętający spotkanie z matką rodu, znaczy się z matką Heleny z młodości.

I ja, stara dupa, nazywana wciąż Dorotką.

I Inżynier, tłumaczący, dlaczego Dorotka jest Basią, po angielsku, of course, co było przekładane później na francuski...

I... nie da się wszystkiego opowiedzieć, ale tak zaskakujące jest życie.

Podziękowania z obu stron.

Było CUDNIE :) Chociaż żadnej spadającej gwiazdy nie zaobserwowałam, a była noc Perseidów. Tak jak przed laty, gdy Sikorce załatwiliśmy na Rożnie zespołowo całą trójkę Cyganiątek.

Dla mnie nadzieja, że Inżynier ma chociaż namiastkę swojej familii, której nie ma, tak w zasadzie. Był zadowolony bardzo, a bałam się, że to nie wypali.

Takie chwile są jak paciorki, trzeba je nizać na sznurek życia cierpliwie ;) 

I tak, moje dzieci są pod tym względem trochę kalekami, bo z rodziną Eksa to one, pomijając część młodych (a to już jest niehalo) nie chcą mieć absolutnie nic wspólnego...

A tak Inżynier ma pakiet w Paryżu, jak coś, więc...

A i ja się nie poddaję, bo te geny mam ;) 

Od Borowskich, of course.

Dobre.

Choć na dwoje babka wróżyła :) 

I tak, przykro mi, że nie zagrało z Pierworodnym, ale skoro mimo kolejnego molestowania nie poczuł się kompatybilny z matką, to co ja mogę? Skoro woli być sam, trudno.

Nic na siłę, wszystko młotkiem :) Mówiliśmy na ten temat z Inżynierem, ale obawiał się hejtu na żabojadów.

Rozchodziliśmy się przy Placu Wolności, skąd płynął strumień manifestujących.

U nas w tym dniu wygrała prywata.

Ale było warto. I nie żal mi ani trochę kasy wydanej w knajpie, chociaż gdyby mi ktoś przed laty powiedział, że tyle wydam i nie zapłaczę, zaśmiałabym się.

A dziś cieszę się, że mogłam, że nie jestem ubogą krewną, że jestem w Europie.

Jeszcze, kurwa.

A rano wstaję i bossowe dostarczone o 6,53... Kurwa, cóż...

W piżamce korekcę, ziewając, a o 8.39 , w momencie, gdy odsyłam (przypominam, pracuję od 9), emilek z pytaniem, czy dotarł emilek do korekty, bo Boss jest na delegacji. I martwi się, że nie dotarło.

Kurwa, tak człowiek w tym kraju staje się niewolnikiem, ot tak...

 

Ale nic, będę orać do usranej śmierci, bo mam dobre geny i może kiedyś znów będę w Paryżewie i nie będę oglądała każdego euro, jak i nie oglądałam wtedy :)

Mam tam Przyjaciół, a co :) 





środa, 11 sierpnia 2021

Żółty jesienny

 liść, Kochany Pamiętniczku, tyle mi opowiedział...

Jak te dni teraz szybko lecą, choć wciąż mam kłopoty ze spaniem, zielonego pojęcia nie mam, dlaczego, albowiem żyję spokojnie i cicho...

Pracowicie.

Przeniosłam się znów do małego pokoju, wychodząc z założenia, że się odizoluję, a i tam ciemniej jest, ale pomogło, jak umarłemu kadzidło, dziś w środku nocy przeniosłam się jak nomad na stare wyro i jakoś dotrwałam do rana :) 

Rozbebeszone, aczkolwiek posłane wyrko w małym pokoju doprowadzało mnie przez te dwa dni do białej gorączki, bo tak. 

Bo mam uraz i fobię z dzieciństwa. Aczkolwiek we wszystkich (w zasadzie) domach było tak, że siedziało się w kuchni, był też pokój gościnny, no i sypialnia. Codzienne słanie łóżek, a jakże, równiutko ułożona pościel, wyrównywana kijem od szczotki, nakrywana kapą. U mnie toaletka z lustrem i dwa nocne stoliki, które wyrzuciłam przy okazji ostatniego remontu (czego do dziś żałuję). Szafa jest, ocalała. Dwa superwygodne łóżka wylądowały i szwagra w gościnnym pokoju i być może tam nadal są, nie wiem. Ale...

Służbowe mieszkanie mojej mamy (innego nigdy nie mieliśmy) mieściło się na poddaszu starego budynku. Dwa pokoje i kuchnia, plus skrytki i wejście na strych, schody z mieszkania - z podestu oddzielonego dwoma warstwami dykty, pełniącej funkcję ściany wejścia do mieszkania, żeby wejść do drugiego pokoju, na który mówiliśmy "tapczan" (jeżu kolczasty, jakie tam były fajne meble, dziś dałabym się za nie pokroić, miałam je u siebie krótko, też poszły na służbę albo na śmietnik), trzeba było wejść na podest, otworzyć drzwi... hmmm... dziś bym szarpnęła tę przegrodę i stałoby otworem, z lewej wejście na strych, korytarzyk, na wprost kolejna komórka, do której bałam się wchodzić, bo hulały tam myszy, komin, wnęka i na prawo drzwi do "tapczanu". Przydział węgla nie pozwalał na żadne luksusy, więc tapczan stał nieużywany w zasadzie, chyba że jakaś okazja była. A tak egzystowaliśmy w sypialni i w kuchni, w kuchni zimno było zaraz po wygaśnięciu pieca kuchennego. Na "tapczanie" w suficie była dziura, przez którą było widać strych strychów, sypało się...

I tak nieremontowane stało, aż wyjechałam, a potem, gdy ojciec zmarł, bo wciąż należało mu się to mieszkanie po mamie, służbowe, złotówki czynszu nie płacił, chatę rozebrano, a mnie zostały wspomnienia, jedna zamazana fotka, żal i fobia.

Fobia, bo ojciec pił, po śmierci mamy, jak ja nie zadbałam, to był syf, a nawet jak zadbałam, to wracałam do rozwalonego jedynego pokoju, w którym na rozbabranym łóżku małżeńskim wracał do przytomności, by znów się od niej oddalić w tempie amerykańskim za jedyne dwa złote polskie...

I dlatego nie lubię posłanych nawet posłań, a już do białej gorączki doprowadza mnie nieposłane wyrko (czym raczyła mnie MW, kiedy jeszcze u mnie raczyła bywać). Już nie raczy, ale może to i lepiej?

Nie stać mnie na większe mieszkanie, zresztą po co? Co ranek cieszę się, że mam siłę posprzątać, schować pościel do tapczanu i nie, eksperyment z małym pokojem do spania nie ma racji bytu. Może gdyby udało się przemeblować, ale na to się nie zanosi, więc jest jak jest.

Pojechałam wczoraj po wiekach do Avenidy, kupiłam prezent dla Jubilatki. Dla nowego, przyszywanego wnuka kupiłam dziś ubranka w Galerii, takie na wyrost. Smarkacz ma 3 miesiące, to mu rybka, czy coś dostanie, czy nie, a ciuszków nigdy nie za wiele. Jak się nie spodobają, wywalą je na śmietnik, mnie to rybka :) 

Dokupię badyla i jestem uzbrojona na sobotni wypad.

A jutro spotkanie z Francuzami. Inżynier lamencił, że nie udaje mu się zamówić stolika, choć mailuje i dzwoni.

No cóż. Wlazłam na FB, napisałam na MSG. Odpisali, żeby dzwonić, a ja na to na litość wzięłam, że nie ma opcji, że zadzwonię. And?

Zamówiłam stolik na MSG.

Jestem wredna i wielka, co nie?

A  w tzw. międzyczasie nikt nie szanuje godzin pracy korekty. Ale korekta zaczyna mieć na to totalnie wyjebane... Znaczy się, nie tak do końca. Po kawę pojechałam po 13, czyli teoretycznie już po pracy w macierzystym grajdołku. Wróciłam, ogarnęłam kuwetę i bach... Emilek od Bossa, że mamy 276 stron... I chwilę później tekst, który zazwyczaj dosyłał w chwilach szaleństwa... Z pytaniem, jak się czuję. A, zrobiłam na spokojnie, sprawdzając 3 razy. Odpowiedziałam, że znakomicie, silna, zwarta, gotowa, nie oddam ani guzika. A korciło mnie, żeby napisać, czy skoro mamy AŻ TYLE stron, moja praca jest teraz więcej warta, ale Anioł Stróż siedział mi na karku, zatrzymał paluszki stukające w klawiaturę... Że jestem już po godzinach, że takie tam.

Ale po co? I tak siedziałam, bo maszynki. Co zrobiłam czekając na mnie, to dla mnie do przodu i znów się wyrobię, taką mam nadzieję. 

Czas nas uczy gryzienia się w jęzor i zatrzymywania palców stukających ze złością w klawiaturę...

Już starożytni mówili, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem...

A kaska na koncie powoli rośnie, co stwarza poduszkę w razie W dla Inżyniera, który zaprotestował na słowo "testament". 

On tego swojego pojebanego brata chyba bardziej kocha niż ja tego kretyna.

Poszliśmy na kompromis - to, co dla mnie cenne, ważne, co jest moim CLOU będzie jego.

Drobiazg, nie wart być może wiele.

Ale dla mnie istotny.

No tak, ku chwale ojczyzny...

 Z nadzieją na spokojnie przespaną noc pozostaję...

Nie myśląc o tym, co odpierdala się w Sejmie.

Myśląc o tym, że ostatnie doniesienia naukowe wskazują, że czarnuszka ma wpływ na koronawirusa, a ja ją od dawna systematycznie zażywam. W Australii potwierdzili :)

Martwiąc się bolącymi nogami (wciąż widzę narzekającą na nie Ciocię), obiecuję sobie, że co dzień polezę te kilka tysięcy kroków...

A w szparze unijnej pismo, że spółdzielnia wycofuje się z podwyżki, że wciąż to JA jeżdżę windą za 12 zyla miesięcznie, a nie moje metry kwadratowe za bez mała 20 zł miesięcznie więcej :) Wiem, że młodzi zrobili w spółdzielni rozróbę i tak powinno być.

Jeszcze jeden darowany cudownego życia dzień... :)

piątek, 6 sierpnia 2021

Przeżyłam

 Kochany Pamiętniczku, a jakże.

A jeszcze wczoraj wieczorem zgłosiła się do mnie siostra Inżynierowej, że jej biedne dziecko nie ma żadnej babci i tym pięknym sposobem moje babciowe konto powiększyło się o trzymiesięcznego już T., no bo jak to, biedne dziecko nie ma ani jednej babci? To życiowa niesprawiedliwość, nieprawdaż? I afera się rozpętała, bo dochodzenie wszczęła osobista rodzina, skąd ja wnuki wytrzaskuję - z rękawa?

A że poszłam spać, nie dopisując im, a post zdobył rekordowe wpisy, to ciśnienie im wzrosło :) Hahahahaha :)

A wstawszy bladym świtem i wygoniwszy Niechcieja za drzwi, bo czynszu nie płaci, te marne dwie strony co dosłali skorekciłam, dzień gospodarczy błyskawicznie odbębniłam (powrót do czystego, cichego mieszkania to jest lepsze od hotelu siedmiogwiazdkowego. Bo to moja norka...

List do ZUS napisałam na starym, wydrukowałam i pobieżyłam do tego złodziejskiego miejsca.

A, plakaty-sraty, że chuje muje, że chroń siebie i najlepiej spierdalaj. Podchodzę, podaję pismo, trzymam drugie, a tu wmela się mela, która nic nie wie, pinda zza szyby rzuca moje pismo w kąt i niańczy melę, zjawia się horda mel, przy piątek protestuję, że byłam pierwsza, pot się ze mnie leje, bo duszno, a pinda coś memła za maseczką...

Kurwa, jak ja nienawidzę ZUS...

Na przystanek dość daleko, pada deszcz, ale taki deszcz, co do ziemi nie dolatuje, krople parują w powietrzu, jest lepko, porno i duszno...

Dojeżdżam do Inżynierów.

Zła jak osa po ZUS-ie.

A moje kochane wnuczęta bawią się w...


... pieczenie królika żywcem w piekarniku. Królik na baterie, więc się po piekarniku miota, waląc nosem w szybę. Dzieci nie reagują na zwracaną im uwagę, matka szykuje się do wyjścia, Inżynier ma konferencję, na szczęście pada bateria i zabawa się kończy...

Zostajemy same, Panna K. nie w sosie, ale zajmuje się sama sobą i tak czas płynie. Wywala na podłogę puzzle, a ja nie siądę na podłodze, więc kolejny powód do awantury.

Inżynier ma do wysłania pilne pismo na poczcie, więc wzdech - pójdę z Kalafiorkówną. Zniesiona pod pachą przez ojca, wzięta i na smycz i za rękę, bo tak, nie negocjujemy z terrorystami idzie karnie, lepiej na tej smyczy niż kundel mojej koleżanki. Idealnie idzie na smyczy. Głosy oburzenia olewam, w dupie je mam. Docieramy na pocztę, kolejka jak świński ogonek, a że w środku mogą być dwie osoby, więc jesteśmy piąte. 

W necie jest taki film, jak pracuje leniwiec w biurze

i to jest DOKŁADNIE to.Takich pind, jak na tamtej poczcie jeszcze nie widziałam. Jedna pracowała, jakby brała udział w strajku włoskim, a druga snuła się za okienkami jak smród po gaciach. Facet przede mną zrezygnował, ale kobieta przede mną już litości nie miała. Kalafiorkówna zaś, gdyby nie smycz, pobrałaby wszystkie zabawki z półek, bo półki, a jakże, wystawione na zewnątrz. Wyszłam mokra jak siwa mysz.

Kalafiorkówna zaś zażądała swojego skarbu i szła prawie kilometr, dumnie dźwigając nocnik (tak, muszę wychodzić na spacer z nocnikiem), na propozycję pomocy mówiąc NIE. 

Odpuściła dopiero na piaszczystej ścieżce, bo tam jej się nóżki rozjeżdżały...



Po huśtawkach wróciłyśmy do domu, trzy piętra pokonując w 10 minut, co akurat mi nie przeszkadzało, no szła sama i tak szło jak krew z nosa.

Alienek na pożegnanie przyniósł mi, nie, nie 7 czerwonych róż, ale wciąż dopytywał, kiedy znów przyjdę do nich. Zaczyna po tych słuchawkach (tak mówi na tę terapię, słowo terapia doprowadza go do szewskiego szału) mówić wyraźnie i pełnymi zdaniami, więc to działa.


 Oprócz pożegnalnego bukietu dostałam 3 (słownie TRZY) buziaki i ojapierdolę JEDEN od K.

A skołowana byłam i zmęczona tak, że gdy wpadłam do kibelka na przedwyjściowy sik, zaczęłam sobie do niego przysuwać schodki, na które wchodzi K. Na szczęście nakładki nie kładłam... No cóż, tych kilkadziesiąt wycieczek w ciągu tych pięciu dni wryło mi się w pamięć, co nie? Na dokładkę mała zaczyna skakać z kibelka, na którym jest stawiana, bo nad nim wisi jej ręcznik, a ona wszystko MUSI zrobić sama... O mało mi się dziś nie wymsknęła, a tam szafka, futryna i kot, który się właśnie wybrał na zwiedzanie łazienki.

Home, sweet home...

Moja miłość do nich jest wielka jak cały świat, stąd do Księżyca i z powrotem i jeszcze jeden kilometr dalej, ale...

Niech się teraz dziadek męczy :) 

Przeszczęśliwa jestem, że załatwiłam w tygodniu swoje sprawy, że wracam do pracy. 

Chciałabym dożyć czasu, że siądę z jednym i z drugim i pogadam jak czekista z czekistą, nie zgadując, co chcą w danym momencie. Teoretycznie w pierwszą partią wnuków mogę, ale praktycznie z nimi nie rozmawiam...

A, może doczekam pójścia z Alienkiem na lampkę wina, kto wie :)

Pomarzyć można, co nie?

A na razie - żeby wszyscy zdrowi byli.


Podobno w fazie testów klinicznych jest skuteczne lekarstwo na COVID. Niedrogie. 



czwartek, 5 sierpnia 2021

Wszystko

przemija, nawet najdłuższa żmija, Kochany Pamiętniczku :) 

Pojechałam dziś do kadr po zaświadczenie o zarobkach i nie do wiary, ile ja zarabiam, bo kwoty są podane brutto. Sama jestem pod wrażeniem. I tak państwo co miesiąc łupi mnie jak Robin Hood, a co kilka miesięcy jeszcze lepiej.

Ale nic, zobaczymy, jak to się przełoży na wysokość emerytury. Bo w przeliczeniu na osobę mam więcej niż Inżynier, ten mówi, że jest zadowolony i bogaty, a ja uważam, że jestem biedna i na nic mnie nie stać, on porywa się na budowę za kasę, o której ja nawet nie śniłam, a która na pewno przeszła przez moje ręce...

Jakby nie był moim dzieckiem...

No cóż. Nie będę orła uczyła latać...

Z zaświadczeniem, mimo wleczenia się, byłam wciąż przyspieszona. Siedzę więc na przystanku i czekam na bimbę, bo na nogach bym była szybciej niż bimbą, a tu nagle, karetka, służba MPK, dźwig, karetka, wóz MPK, kolejne MPK, karetka i już wiem, że coś jebło. I jebło, bimba w bimbę wjechała, 30 osób rannych. A ja, dojeżdżając ostatnią bimbą rozkładową załapałam się na krzywy ryj na obiad u Inżynierostwa, bo... frytki. 

A Synowa, widząc mnie aż na zegarek spojrzała (wracała z parku), wymownie (żartuję).

Szłam zamyślona, a Alienek galopował na rowerku bez pedałów (teraz taka moda), wrzeszcząc "babcia, babcia", z przecudnym badylem w łapce. Badyl przecudnej urody, nie da się ukryć



... w poniedziałek dostałam taki...


 ... we wtorek zaś 



... środa była dniem przerwy, albowiem poszli do paczkomatu i nie było kwiatków po drodze...

... a dziś mam na stole komplet...


... nie powinny trwać, a są... Dzieci i psy nie kłamią, tak słyszałam, a badyle od serca trzymają się długo :) 


Za to Kalafiorkówna dalej z dystansem, ą, ę, bułkę przez bibułkę, niby patrzy, niby słucha, tymczasem już blisko klamki.

Ale wzięłam się na sposób i to ja jestem stanowcza i mówię nie. Nie, powiedziałam ciastolinie, albowiem to głupiego robota jest. Wypakować pierdyliard kubeczków, by nic nie zrobić sensownego i wpieprzać to z powrotem. Za to zaczęłam uczyć nazw kolorów, biorąc pisaki i każąc jej każdy po kolei otwierać i rysować coś (coś to na razie bezładna plątanina linii, a mój pingwin, narysowany na żądanie panienki nie zyskał aprobaty, no cóż, nie jestem Da Vinci, Picasso ani inna Maja Berezowska ;) I tak nam półtorej godziny upłynęło, na szczekaniu 45 minut (znaczy się w pieski się bawiłyśmy), biedne moje gadrełko jest, ale szczekam koncertowo, a że film dostała, to na pół godziny odsapnęłam i jakoś dotrwałam do powrotu "mamy i Alienka" ze słuchawek...

A jeszcze Inżynier nakarmił przysmakiem świętokrzyskim - dupa jest już superkubańska - i prysnęłam radośnie w podskokach, albowiem Matka Natura nie mogła się zdecydować: leje czy nie leje. Sucha dotarłam do domu, aczkolwiek na mieście bajzel nieziemski przez ten wypadek, wszystko jeździ objazdami i nikt nic nie wie (ja wiedziałam, wróciłam, aczkolwiek z opóźnieniem). Synowa sugerowała, że I. mnie odwiezie, ale podziękowałam. Moja wyobraźnia jest rozbuchana, miasto jest jakie jest, gość po 8,5 godzinach pracy w ciasnej kanciapie, samochód idiota z kierownicą z innej strony, ulica, na której raz w tygodniu co najmniej jest wypadek, przedwczoraj ktoś tam wjechał w przystanek vis a vis mojego, kasując go, dobrze, że nikogo nie zabił, deszcz, zalany wiadukt...

Chyba powinnam scenariusze pisać, albo i nie. Dojechałam, nie zmokłam, nic się nie stało.

Jutro ostatni dzień dyżuru i chyba sobie odpuszczę wszystko - dzień gospodarczy (mogłabym, ale nie lubię, patrząc na zegarek), zakupy (musiałabym wstać wcześnie, a nie mam melodii, a i do bankomatu się pokulać, bo dziś za papierówki 4,81 płaciłam kartą, biedna jestem).

Po prostu wstanę, dobrnę do brzegu, w sobotę kuwetę ogarnę, w niedzielę odpocznę, a od poniedziałku wrócę w stare koryto.

Cieszę się, że mam pracę.

Cieszę się, że mogłam pomóc.

Cieszą mnie małe rzeczy.

Że ktoś to czyta.

Że jest na tak albo na nie...

To są te małe chwile zapierające dech :) 


UPDATE

Znienacka zostałam po raz piąty babcią :)

Bogatemu to i byk się ocieli.

Jest cudnie :)


środa, 4 sierpnia 2021

Niedzielne

 spotkanie było super, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek...

Następnego szybko nie będzie, chyba że umówimy się na mieście.

Na całe moje szczęście pojechałam taksówką, ale... zapłaciłam jak za zboże, bo niedziela, a coś, co było w sumie blisko okazało się daleko, bo... budują tramwaj na Naramowice i wszystko jeździ jak chce, a ja tym bardziej nie ogarniałam kierowcy, gdyż nie znam okolicy od dupy strony, więc możliwe, że mnie po tej dzielnicy wkoło powozili trochę, a to niedziela była. No ale nic, raz na rok mogę sobie taryfą pojeździć, kto bogatemu zabroni.

No a drugi problem - sierściuch jebany. Starego psa, który miał nasrane po kokardę i kucyki, lubił mnie jak głupi, zastąpił nowy sierściuch jebany (tamten się wyniósł za Tęczowy Most). Nowy zapałał do mnie taką miłością, że wylizał mnie od stóp do głów i na dokładkę non stop pchał mi nos w krocze. #metoo sierściuchom jebanym.

I nie, nie pojadę do niej więcej, nie chcę też, żeby przyjeżdżała do mnie, bo... nie zostawi psa, bo on ma takie słodkie oczy.

Ja rozumiem, pogłaskać sierściucha jebanego, ale takie nachalne pieszczoty przy moim introwertyzmie odpadają.
Nie. Nie kręci mnie ani lizanie mnie, ani pchanie się na mnie, ani kładzenie mi łba na talerzu.

Wiem, jestem okrutna i nie rozumiem, dlaczego wszystkie sierściuchy jebane, tak psie, jak i kocie lezą do mnie jak mucha do miodu.

Nie, kurwa.

Tak więc albo pójdziemy do knajpy, albo wleci do mnie bez cudownego psa o urokliwych oczach. Na mnie nie działają i nie mam zamiaru latać w popłochu za badylami i durnostrojkami...

 Na MSG w innych jest wiadomość po angielsku od siostrzenicy? bratanicy? Władka z Francji, że będą w PL i w Koziołkowie i chcą się spotkać. 12 albo 13 sierpnia. Mam zamykanie maszynek... I co ja zrobię z ludźmi niemówiącymi po polsku? Ta gałąź mojej rodziny jest bardzo rodzinna, wyjechali do Francji przed II wojną światową i wciąż są blisko z rodziną w Polsce. Ja nie mam tu w zasadzie żadnej rodziny.

Moja babcia i mama Władka były siostrami. Mama Władka zajmowała się moją Mamą, Ciocią, Wujkiem Mietkiem, gdy ich mama (a moja babcia zmarła). I aż do śmierci w wieku 99 lat i 9 miesięcy wciąż do mnie pisała. A Władek matczyną tradycję kontynuuje, ale to już opowieść na inny pamiętnik. Ja tej gałęzi rodu z moich okolic absolutnie nie znam - moi nie utrzymywali z nimi kontaktu, oprócz Cioci, ale ja u Cioci rzadko bywałam i nie jeździłam z nią do nich.

A dyżur przy Kalafiorkównie?

Dopiero trzy dni i całe szczęście, że na przyszły tydzień zajmie się nią dziadek. Ja jestem już wykończona, a jeszcze dwa dni mnie czekają.

Co z tego, że przesłodka i przekochana, jak bardzo uparta i do tego nieusłuchana i złośliwa?

W poniedziałek żal mnie się jej zrobiło, więc wzięłam ją do parku na spacer i NIE, nigdy więcej. Sama schodzi po schodach, OK, asekuruję. Wychodzimy na ulicę - nie da rączki, sama chce przejść, mnie tam zza samochodów parkujących nie widać, a co dopiero takiego smyka. Więc alarm na całą ulicę, bo babcia wzięła dziecko pod pachę i przetransportowała tak  daleko, jak jej sterane ręce dały radę ją unieść. Pogoda niezdecydowana, więc dostała kapotę. Słonko wyszło, leje się z niej jak z pompy, ale nie da kapoty, bo nie. "Chce kujanogę", ryczy miarowo, ojciec jej kujanogi nie dał, bo jak ją weźmie, to na niej nie jedzie. Na plecach mam plecak ze sprzętem awaryjnym, w tym z nocnikiem turystycznym. I mdłości mam na myśl o posługiwaniu się tym sprzętem, bo "mam szukać ustronnego miejsca, żeby nie było widać, jak się załatwia". Pytanie gdzie? W parku są same alejki, krzaków jak na lekarstwo. Do tego mówi tak niewyraźnie, no i odpowiada: no. Nie wiem, czy no nie, czy no tak. Na dwoje babka wróżyła. Wyhuśtana, ale upiera się na włażenie na wysoką zjeżdżalnię. W razie W nie dam sobie rady. To nie moje dziecko, a ja mam swoje lata. Ryk, idziemy dalej, "na lody""chce loda" - nie mam przy sobie kasy, mam zakaz dawania jej lodów, jadła już lody, policja na sygnale jedzie alejkami i pogotowie, ja posrana, bo mała wyje, ale nie, jakiś żul z ławki spadł. 

Plac zabaw niby bezboleśnie, ale ja mam sandały pełne piachu, a ona czerwoniuteńka w tej kapocie, ale nie zdejmie.

Wracamy do domu w rytm ryków: "kce, nie kce". Nie chce wejść po schodach, więc wnoszę ją na 3. piętro, obiecując sobie: nigdy więcej spaceru. 

Puzzle. Nienawidzę puzzli  z Trefla, a nie ma opcji, że można sobie potem zgarnąć. Komplet liczy 12 puzzli, każde trzeba zapakować w osobny woreczek, ułożone, co absolutnie mi nie wychodzi.

Jako że jest odpieluchowana błyskawicznie, nie robi na nocnik, wyjście do łazienki jest sportem. Obsługuje się sama i broń blog jej pomagać, bo się wścieknie (a za ścianą Inżynier ma konferencję). Klapą wali, spust podtynkowy już ledwo zipie, łazienka pełna kociej sierści i kurzu. Przeżyłam...

Alienek przynosi mi kwiatek, szczęśliwy, że czekałam na niego.

Inżynier dogaduje się na MSG - będzie nas w sumie na spotkaniu 7 osób, zapraszamy na wieczór do knajpy, bo nasze warunki mieszkaniowe - ani moje, ani jego nie są na goszczenie tylu osób, zwłaszcza że to dni robocze.

Zobaczymy, co będzie.

Wtorek. Rozpoczynamy z Kalafiorkówną puzzle. Kurwa. Potem "kce linę". Kurde...

Chce ciastolinę. Ciastolina, która zajęłaby mnie na pół dnia, zajmuje jej pół godziny. Sprzątamy. Stoi przy szafce, zablokowanej, bo chemia gospodarcza i drze się jak kalesony na płocie, że "kce linę". Tłumaczę, że tam chemia, nie "lina", ale drze się tak, że wywabia Inżyniera z nory. I tak, ma rację, tam jest ciastolina, wersja inna i wolno jej się nią bawić. Kolejne pół godziny z głowy. Nażarła się suszonych owoców, malinami i jeżynami, które kupiłam na najdroższym na Wildzie straganie pluła, że niedobre.

Kupsko rąbnęła. Wróciła "mama i Alienek", Alienek z kolejnym badylem dla mnie. Mama dała dzieciom melona. Kolejne kupsko, a że objedzona, to nie doleciała i poszło w majty. Tragedia grecka. Zwinęłam się szybko, zmęczona tak, że szłam na tramwaj zygzaczkiem, jak po sześciu piwkach. 

Home, sweet home.

Środa. 

Wiozłam kartki, specjalne kredki, dwie książeczki (nie, że swoich nie mają, ale zawsze, co nowe, to nowe), chytry plan.

I co? I chuj. Panna na "nie". Na całe szczęście dziś bez puzzli. Ale ciastolina na dzień dobry, w trakcie afera, bo coś chciała, a ja nie wiedziałam co. Brzmiało to jak ciastosy. Kabanosy chciała. Pytam, ile mogę dać. Pięć. Spojrzałam na Inżyniera jak na idiotę, ale nie, wciągnęła 5 kabanosów w takim tempie, że ojapierdolę. Potem ciastka, potem soczek. Pokazała ananasowy, nalałam, zmieniła zdanie. Chce jabłko. Małe zainteresowanie wycinankami, kolorowaniem, jedna książeczka zaaprobowana, druga nie.  Gmerze w gaciach i co 10 minut siku. Siada. Nie robi. Sprząta. Myje ręce i tak da capo al fine 15 razy. Podejrzewam zapalenie pęcherza, ale synowa twierdzi, że to faza po odpieluchowaniu. Być może. Że ją bawi. Mnie nie.

Kolejna tragedia: chce chaweczkę. Stoi po szafką, bo prosiłam, żeby pokazała, gdzie jest chaweczka. Ni chuja chaweczki. Przychodzi Inżynier i mówi: przecież chce marcheweczkę (chipsy). Nosz, kurwa. Pyta: lubisz babcię? Nie. A jak ci babcia da ci marcheweczkę? Cisza. Wyciągam marcheweczkę. Ale nie, nie chce. Chce buraczki.

Te kurwy, co cisną mi się na ust korale...

Zjada buraczki, leci do swojego pokoju, zdziera z siebie ubranie, włazi na łóżko i  mówi coś, co brzmi: kupi lodoki... Ryczy, wywala ubrania z szuflad, próbuje założyć świeżego T-shirta, ryczy, nie body, skarpetki sama zakłada. przywołany Inżynier nie wie o co lotto, a ma rozmowę konferencyjną, więc zamyka drzwi i znika. A Kalafiorkówna w amoku wyciąga buty ze szafki, ryczy tak, że zakładam je, żeby sąsiedzi policji nie wezwali (ponoć już reklamowali, że za głośno), szarpie drzwi tak, że o mało ich nie wyważa, bo idzie kupi lodoki. Tłumaczę, jak krowie na rowie, że nie mam pieniędzy, że wróci niedługo mama, że mama kupi. Wpada Inżynier, mówi, że pisał do żony, ona też nie wie o co lotto... Mała nagle rezygnuje z przebierania się, ubiera się w domowe ciuchy, karnie resztę odkłada do szafy i... dostaje bajkę. I tak bajka, kibelek, inne takie tam...

Wraca mama, oczywiście z Alienkiem, później, bo odbierali paczki. Nie ma dzieci. Znaczy się, są, leją się aż miło, aż echo idzie. No, ale mają nowe plastikowe pierdoły z paczkomatu i mają zajęcie.

Kalafiorkówna szła: kupić diplodoki. Bo jest fanką dinozaurów. I na metkach, które teraz nakleja się na odzież dzieci idących do przedszkola będzie napisane PT Kalafiorkówna i będzie diplodok.

Kurwa mać.

Niech mnie ktoś przytuli, jeszcze dwa dni.

Niebiosom dzięki, że TYLKO dwa.

I nie, nie rozumiem idiotów wciąż pytających: nie cieszy się pani, że jest babcią? Nie, nie cieszę się. Dwie czwarte wnuków ma mnie w pompie, jedna czwarta mnie lubi, a jedna czwarta nie.

I na serio? Mój TEN tydzień w pracy, to wczasy na tropikalnej wyspie, z Murzynem z wachlarzem i z drinkiem z palemką w porównaniu z czterogodzinnym dyżurem przy Kalafiorkównie.

I tak, miałam IDEALNE dzieci. 

I nie, nie zostawiałam ich z nikim, oprócz mojego ojca, który się z nimi dogadywał. Słuchały, co się do nich mówiło, nie przypominam sobie tekstów "ja chcę".

Jest mi strasznie żal Inżyniera, że się z tym boryka.

Nie ogarniam.

Trzymajcie kciuki, bym te dwa dni przetrwała i wróciła z tarczą. 

W sumie rybka mi to, że mnie nie lubi :) Hahahahahaha :)