spotkanie było super, Kochany Pamiętniczku, aczkolwiek...
Następnego szybko nie będzie, chyba że umówimy się na mieście.
Na całe moje szczęście pojechałam taksówką, ale... zapłaciłam jak za zboże, bo niedziela, a coś, co było w sumie blisko okazało się daleko, bo... budują tramwaj na Naramowice i wszystko jeździ jak chce, a ja tym bardziej nie ogarniałam kierowcy, gdyż nie znam okolicy od dupy strony, więc możliwe, że mnie po tej dzielnicy wkoło powozili trochę, a to niedziela była. No ale nic, raz na rok mogę sobie taryfą pojeździć, kto bogatemu zabroni.
No a drugi problem - sierściuch jebany. Starego psa, który miał nasrane po kokardę i kucyki, lubił mnie jak głupi, zastąpił nowy sierściuch jebany (tamten się wyniósł za Tęczowy Most). Nowy zapałał do mnie taką miłością, że wylizał mnie od stóp do głów i na dokładkę non stop pchał mi nos w krocze. #metoo sierściuchom jebanym.
I nie, nie pojadę do niej więcej, nie chcę też, żeby przyjeżdżała do mnie, bo... nie zostawi psa, bo on ma takie słodkie oczy.
Ja rozumiem, pogłaskać sierściucha jebanego, ale takie nachalne pieszczoty przy moim introwertyzmie odpadają.
Nie. Nie kręci mnie ani lizanie mnie, ani pchanie się na mnie, ani kładzenie mi łba na talerzu.
Wiem, jestem okrutna i nie rozumiem, dlaczego wszystkie sierściuchy jebane, tak psie, jak i kocie lezą do mnie jak mucha do miodu.
Nie, kurwa.
Tak więc albo pójdziemy do knajpy, albo wleci do mnie bez cudownego psa o urokliwych oczach. Na mnie nie działają i nie mam zamiaru latać w popłochu za badylami i durnostrojkami...
Na MSG w innych jest wiadomość po angielsku od siostrzenicy? bratanicy? Władka z Francji, że będą w PL i w Koziołkowie i chcą się spotkać. 12 albo 13 sierpnia. Mam zamykanie maszynek... I co ja zrobię z ludźmi niemówiącymi po polsku? Ta gałąź mojej rodziny jest bardzo rodzinna, wyjechali do Francji przed II wojną światową i wciąż są blisko z rodziną w Polsce. Ja nie mam tu w zasadzie żadnej rodziny.
Moja babcia i mama Władka były siostrami. Mama Władka zajmowała się moją Mamą, Ciocią, Wujkiem Mietkiem, gdy ich mama (a moja babcia zmarła). I aż do śmierci w wieku 99 lat i 9 miesięcy wciąż do mnie pisała. A Władek matczyną tradycję kontynuuje, ale to już opowieść na inny pamiętnik. Ja tej gałęzi rodu z moich okolic absolutnie nie znam - moi nie utrzymywali z nimi kontaktu, oprócz Cioci, ale ja u Cioci rzadko bywałam i nie jeździłam z nią do nich.
A dyżur przy Kalafiorkównie?
Dopiero trzy dni i całe szczęście, że na przyszły tydzień zajmie się nią dziadek. Ja jestem już wykończona, a jeszcze dwa dni mnie czekają.
Co z tego, że przesłodka i przekochana, jak bardzo uparta i do tego nieusłuchana i złośliwa?
W poniedziałek żal mnie się jej zrobiło, więc wzięłam ją do parku na spacer i NIE, nigdy więcej. Sama schodzi po schodach, OK, asekuruję. Wychodzimy na ulicę - nie da rączki, sama chce przejść, mnie tam zza samochodów parkujących nie widać, a co dopiero takiego smyka. Więc alarm na całą ulicę, bo babcia wzięła dziecko pod pachę i przetransportowała tak daleko, jak jej sterane ręce dały radę ją unieść. Pogoda niezdecydowana, więc dostała kapotę. Słonko wyszło, leje się z niej jak z pompy, ale nie da kapoty, bo nie. "Chce kujanogę", ryczy miarowo, ojciec jej kujanogi nie dał, bo jak ją weźmie, to na niej nie jedzie. Na plecach mam plecak ze sprzętem awaryjnym, w tym z nocnikiem turystycznym. I mdłości mam na myśl o posługiwaniu się tym sprzętem, bo "mam szukać ustronnego miejsca, żeby nie było widać, jak się załatwia". Pytanie gdzie? W parku są same alejki, krzaków jak na lekarstwo. Do tego mówi tak niewyraźnie, no i odpowiada: no. Nie wiem, czy no nie, czy no tak. Na dwoje babka wróżyła. Wyhuśtana, ale upiera się na włażenie na wysoką zjeżdżalnię. W razie W nie dam sobie rady. To nie moje dziecko, a ja mam swoje lata. Ryk, idziemy dalej, "na lody""chce loda" - nie mam przy sobie kasy, mam zakaz dawania jej lodów, jadła już lody, policja na sygnale jedzie alejkami i pogotowie, ja posrana, bo mała wyje, ale nie, jakiś żul z ławki spadł.
Plac zabaw niby bezboleśnie, ale ja mam sandały pełne piachu, a ona czerwoniuteńka w tej kapocie, ale nie zdejmie.
Wracamy do domu w rytm ryków: "kce, nie kce". Nie chce wejść po schodach, więc wnoszę ją na 3. piętro, obiecując sobie: nigdy więcej spaceru.
Puzzle. Nienawidzę puzzli z Trefla, a nie ma opcji, że można sobie potem zgarnąć. Komplet liczy 12 puzzli, każde trzeba zapakować w osobny woreczek, ułożone, co absolutnie mi nie wychodzi.
Jako że jest odpieluchowana błyskawicznie, nie robi na nocnik, wyjście do łazienki jest sportem. Obsługuje się sama i broń blog jej pomagać, bo się wścieknie (a za ścianą Inżynier ma konferencję). Klapą wali, spust podtynkowy już ledwo zipie, łazienka pełna kociej sierści i kurzu. Przeżyłam...
Alienek przynosi mi kwiatek, szczęśliwy, że czekałam na niego.
Inżynier dogaduje się na MSG - będzie nas w sumie na spotkaniu 7 osób, zapraszamy na wieczór do knajpy, bo nasze warunki mieszkaniowe - ani moje, ani jego nie są na goszczenie tylu osób, zwłaszcza że to dni robocze.
Zobaczymy, co będzie.
Wtorek. Rozpoczynamy z Kalafiorkówną puzzle. Kurwa. Potem "kce linę". Kurde...
Chce ciastolinę. Ciastolina, która zajęłaby mnie na pół dnia, zajmuje jej pół godziny. Sprzątamy. Stoi przy szafce, zablokowanej, bo chemia gospodarcza i drze się jak kalesony na płocie, że "kce linę". Tłumaczę, że tam chemia, nie "lina", ale drze się tak, że wywabia Inżyniera z nory. I tak, ma rację, tam jest ciastolina, wersja inna i wolno jej się nią bawić. Kolejne pół godziny z głowy. Nażarła się suszonych owoców, malinami i jeżynami, które kupiłam na najdroższym na Wildzie straganie pluła, że niedobre.
Kupsko rąbnęła. Wróciła "mama i Alienek", Alienek z kolejnym badylem dla mnie. Mama dała dzieciom melona. Kolejne kupsko, a że objedzona, to nie doleciała i poszło w majty. Tragedia grecka. Zwinęłam się szybko, zmęczona tak, że szłam na tramwaj zygzaczkiem, jak po sześciu piwkach.
Home, sweet home.
Środa.
Wiozłam kartki, specjalne kredki, dwie książeczki (nie, że swoich nie mają, ale zawsze, co nowe, to nowe), chytry plan.
I co? I chuj. Panna na "nie". Na całe szczęście dziś bez puzzli. Ale ciastolina na dzień dobry, w trakcie afera, bo coś chciała, a ja nie wiedziałam co. Brzmiało to jak ciastosy. Kabanosy chciała. Pytam, ile mogę dać. Pięć. Spojrzałam na Inżyniera jak na idiotę, ale nie, wciągnęła 5 kabanosów w takim tempie, że ojapierdolę. Potem ciastka, potem soczek. Pokazała ananasowy, nalałam, zmieniła zdanie. Chce jabłko. Małe zainteresowanie wycinankami, kolorowaniem, jedna książeczka zaaprobowana, druga nie. Gmerze w gaciach i co 10 minut siku. Siada. Nie robi. Sprząta. Myje ręce i tak da capo al fine 15 razy. Podejrzewam zapalenie pęcherza, ale synowa twierdzi, że to faza po odpieluchowaniu. Być może. Że ją bawi. Mnie nie.
Kolejna tragedia: chce chaweczkę. Stoi po szafką, bo prosiłam, żeby pokazała, gdzie jest chaweczka. Ni chuja chaweczki. Przychodzi Inżynier i mówi: przecież chce marcheweczkę (chipsy). Nosz, kurwa. Pyta: lubisz babcię? Nie. A jak ci babcia da ci marcheweczkę? Cisza. Wyciągam marcheweczkę. Ale nie, nie chce. Chce buraczki.
Te kurwy, co cisną mi się na ust korale...
Zjada buraczki, leci do swojego pokoju, zdziera z siebie ubranie, włazi na łóżko i mówi coś, co brzmi: kupi lodoki... Ryczy, wywala ubrania z szuflad, próbuje założyć świeżego T-shirta, ryczy, nie body, skarpetki sama zakłada. przywołany Inżynier nie wie o co lotto, a ma rozmowę konferencyjną, więc zamyka drzwi i znika. A Kalafiorkówna w amoku wyciąga buty ze szafki, ryczy tak, że zakładam je, żeby sąsiedzi policji nie wezwali (ponoć już reklamowali, że za głośno), szarpie drzwi tak, że o mało ich nie wyważa, bo idzie kupi lodoki. Tłumaczę, jak krowie na rowie, że nie mam pieniędzy, że wróci niedługo mama, że mama kupi. Wpada Inżynier, mówi, że pisał do żony, ona też nie wie o co lotto... Mała nagle rezygnuje z przebierania się, ubiera się w domowe ciuchy, karnie resztę odkłada do szafy i... dostaje bajkę. I tak bajka, kibelek, inne takie tam...
Wraca mama, oczywiście z Alienkiem, później, bo odbierali paczki. Nie ma dzieci. Znaczy się, są, leją się aż miło, aż echo idzie. No, ale mają nowe plastikowe pierdoły z paczkomatu i mają zajęcie.
Kalafiorkówna szła: kupić diplodoki. Bo jest fanką dinozaurów. I na metkach, które teraz nakleja się na odzież dzieci idących do przedszkola będzie napisane PT Kalafiorkówna i będzie diplodok.
Kurwa mać.
Niech mnie ktoś przytuli, jeszcze dwa dni.
Niebiosom dzięki, że TYLKO dwa.
I nie, nie rozumiem idiotów wciąż pytających: nie cieszy się pani, że jest babcią? Nie, nie cieszę się. Dwie czwarte wnuków ma mnie w pompie, jedna czwarta mnie lubi, a jedna czwarta nie.
I na serio? Mój TEN tydzień w pracy, to wczasy na tropikalnej wyspie, z Murzynem z wachlarzem i z drinkiem z palemką w porównaniu z czterogodzinnym dyżurem przy Kalafiorkównie.
I tak, miałam IDEALNE dzieci.
I nie, nie zostawiałam ich z nikim, oprócz mojego ojca, który się z nimi dogadywał. Słuchały, co się do nich mówiło, nie przypominam sobie tekstów "ja chcę".
Jest mi strasznie żal Inżyniera, że się z tym boryka.
Nie ogarniam.
Trzymajcie kciuki, bym te dwa dni przetrwała i wróciła z tarczą.
W sumie rybka mi to, że mnie nie lubi :) Hahahahahaha :)
Przytulam Cie Jedzuniu :)dobrze,ze wirtualnie(bo skonczylabym jak te siersciuchy)o ktorych notabene mam podobne zdanie jak Ty :)
OdpowiedzUsuńO, a myślałam, że tylko ja jestem taka zdystansowana do sierści :)
UsuńZwariowalabym😀
OdpowiedzUsuńNiekoniecznie :) Trza być kwardym, a nie miętkim, Doro :)
UsuńTeż mam wnuczkę prawie trzylatkę. Jak się na coś uprze to nie mam mocnych, a przy tym wrzask na 130 decybeli (córka zmierzyła ��). Jeszcze nie mówi po polsku, tylko po niemiecku, to nieraz niewiadomo o co jej chodzi. Wnuk który ma 8 lat taki nie był. Prababcia wnuczki mówiła, że babcia od zięcia też taka była ��. Bardzo kocham wnuki, a widuję je 4-5 razy w roku, także bardzo się cieszę na spotkanie z nimi, ale jeszcze bardziej się cieszę kiedy wracamy do domu, albo one wracają do siebie. Także dobrze Cię rozumiem. Pozdrawiam z Oświęcimia. Maryla Dr
OdpowiedzUsuńOdpozdrawiam :) Moje mówią po polsku, ale często wplatają angielskie słowa, bo mają bajki po angielsku i angielskie słowa są łatwiejsze. Porównaj różowy i pink. A ja angielski znam (mamo, nie ten akcent) platonicznie, albowiem nie uczyłam się go nigdy... A niemiecki to: po niemiecku nie przy dziecku - mówiła to moja teściowa, z perfekcyjnym niemieckim, która na stare lata mówiła tylko po niemiecku i nikt w całej rodzinie nie wiedział, o co jej chodzi... Była Polką, patriotką, mózg różne cuda wyczynia...
UsuńJa raz dalam sie namowic na pilnowanie dzieci, mialam gorzej, bo nie dosc, ze gadaly po dziecinnemu, to w obcym jezyku i tez byly nieusluchane i zlosliwe. Odmowilam wspolpracy, w koncu ich matka ma jeszcze dwie siostry, wiec niech sie ciotki mecza, ja wole isc z psem na spacer, Toya mnie slucha i rozumie. I chociaz jestem psiara, uwazam, ze pies tez powinien byc dobrze wychowany i nie wisiec na gosciach, a nawet nie witac sie z nimi zbyt wylewnie, choc ma na to ochote. Czuwam i w razie czego interweniuje wyslaniem futra na jego miejsce.
OdpowiedzUsuńTy panujesz nad psem. Moja znajoma nie panuje nad żadnym ze swoich, mimo odwiedzin u treserów, behawiorystów i innych chujówmujów :) Bo ja lubię ułożone psy, nie mam nic do nich. Nie lubię psów, które pałają do mnie niezrozumiałą dla mnie miłością,tkając mi łeb tam gdzie nie trzeba: na talerz, czy w gacie. Mój talerz, moje gacie, moje terytorium... :) I tu się z Tobą zgodzę, pies powinien być wychowany. Ona ma SM i branie psa, który ją wlecze na smyczy z powodu, że "on tak patrzy" jest wg mnie krzywdą dla psa. Ale może się mylę.
UsuńPodziwiam Cię, ja od samego czytania jestem zmęczona :))
OdpowiedzUsuńPrzepraszam, nie chciałam Cię zmęczyć. Nie czytaj więcej :)
UsuńNie ma takiej opcji :))))
UsuńCzytam i będę czytać :))))
Pośmiałam się!( wybaczysz?), bo wyobraziłam sobie te sytuacje...Moje są z tych ugodowych i wyraźnie mówiących ale pamiętam bunt dwulatka:)Wytrzymasz, jeszce trochę...a spotkanie może być bardzo miłe czego życzę!
OdpowiedzUsuńa, jeszce jedno- ja też nienawidzę tych milutkich sierściuchów pchających się na moje kolana, liżących mojągębę itp...no nie!
Oczywiście, że wybaczę, bo jak przeczytałam te lamenty to się sama uśmiałam i poszłam spać. Od tego jest Kochany Pamiętniczek, żeby pary spuścić. Taką mam nadzieję, a piszę go, z nadzieją, że kiedyś któreś z nich tu zabłądzi i pozna historie, których mnie osobiście w moim życiorysie brak - bo nikt ich nie spisał, a dziś nie ma ich kto opowiadać... :)
UsuńMam to samo zdanie co Poprzedniczki. Pies na swoim miejscu. Dzieci mają rodziców. Dzieci się Wychowuje. Wiesz, przypomniało mi się, takie powiedzenie: Dziecko to nie świnia i się wychowuje a nie hoduje. Naprawdę głowa boli jak się czyta Twój tekst z opisem zmagań z wnuczką.Koleżanka, babcia, wymyśliła na wyrywającą się wnuczkę tekst: babcia jest stara przeprowadź babcię przez ulicę. Opowiada, że taki uścisk dłoni tylko przez pasy.I te teksty wnusi: babciu uważaj.Będzie dobrze :) Trzymaj się ciepło
OdpowiedzUsuńDobry patent na to trzymanie za raczkę😀😀
UsuńJedzo jeszcze zawsze można nalozyc szelki na niesforne wnuczę i prowaxzic na smyczce.
https://allegro.pl/oferta/plecak-szelki-przeciw-zgubieniu-dziecka-10129499902?utm_feed=aa34192d-eee2-4419-9a9a-de66b9dfae24&utm_source=google&utm_medium=cpc&utm_campaign=_DCK_BG_pla_dziecko_akcesoria-dla-mamy-dziecka&ev_adgr=bezpiecze%C5%84stwo&gclid=CjwKCAjwmK6IBhBqEiwAocMc8vLMHtS_TdaKAXiyjgzYEsWqr6P3ifQFUGam-CIeLeWqdGpuATczwhoC7OUQAvD_BwE
UsuńTak, wiem, mają szelki. Ale wszystko działo się tak szybko, Inżynier wyskoczył z kanciapy, dając ciuchy, nocnik i instrukcje, leciał na rozmowę. Prowadzałam już wnuczki i wnuczków na smyczce. Ale wyszło jak wyszło, Kalafiorkówna przez własnych rodziców nazywana jest pieszczotliwie Małą Terrorystką, z którą się nie negocjuje :)
UsuńInaczej to wygląda, jak wleczesz przez park ryczące wniebogłosy dziecko, nie mając dokumentów (nie zabrałam)...
W maju, kiedy byliśmy u córki (oczywiście wtedy wnuczka nie chodzi do przedszkola :) ), wnusia pojechała na trzykołowym rowerku za bratem, kóry pojechał na rowerze na płac zabaw. Mówię mężowi, żeby biegł za nią. Po 5 minutach słyszę wrzeszczącą wnuczkę. Wychodę przed dom i co widzę: pod jedną pachą dziadka wnuczka, a pod drugą rowerek. Kiedy mnie zobaczyła uwolniła się z objęć dziadka, przybiegła do mnie i był spokój. Za parę minut widzimy z kanapy że powoli jedzie policja chodnikiem. Ktoś zadzwonił na policję. Dobrze że dziadek zdążył przyjść z nią do domu, bo by był kłopot (córka z zięciem gdzieś pojechali), a my po niemiecku nie mówimy :). Jak widać różne można mieć przygody z wnukami. Pozdrawiam. Maryla Dr :) :) :).
UsuńMoja wnusia kiedy schodzimy po schodach "bacia uwaziaj " . I to po polski, ha,ha. Maryla Dr
OdpowiedzUsuńZapisałam w kajeciku, podsunę, może zadziała? Jak nie teraz to za rok? Wtedy będzie bunt trzylatka :)
UsuńSpedzilam weekend z trzema siersciuchami, w sumie to z czterema, bo czwarte to stara kotka, ktora na szczescie nie pala miloscia do nikogo i wrecz unika ludzi:))
OdpowiedzUsuńZa to dwa siersciuchy (pokaznej wielkosci) to domownicy, czyli psy moich przyjaciol. Wiadomo, ze pies musi czleka obwachac zeby poznac no to sie dalam od pasa w dol. Do calowania zawsze jest chetny Wspanialy wiec zostal wylizany i po 10 minutach psy uznaly nas za domownikow. Nie bylo wiecej radosci, agresji i nic w tym stylu. Owszem Olive czasem stawala przy mnie spogladala mi w dno oka domagajac sie tym sposobem glaskania. Emma wielkie psisko uwaza, ze jest ciagle malym pieskiem, ktorego mozna trzymac na kolanach:))) wazy tylko 30 kg wiec jak ktos lubi to ona chetna, ale sama sie nie domaga.
Ostatnia psina Grace to faktycznie zabawka i to ona musiala byc chroniona przed miloscia duzych.
Co do wnukow i babciowania... no coz ja jestem babcia na pokaz, czyli robie za dekoracje i nic wiecej. Zreszta nasze juz duze i daleko, wiec problem z glowy. Ale nigdy nie musialam sie zajmowac wnukami, bo ani mi tego nie proponowano, ani ja sie nie wychylalam.
Od samego czytania o Twojej opiece nad Kalafiorkowna rozbolala mnie glowa...
Raz liznąć i odpuścić, to rozumiem, ale ostry seks na okrągło, to wymiękam. Jestem aseksualna.
OdpowiedzUsuńNa niańczenie zgodziłam się, bo sytuacja wyjątkowa - trzeba było ogarnąć Małą Terrorystkę, żeby pomóc w ogarnianiu Alienka. Nie każdy ma szczęście do spokojnych, bezproblemowych wnuków. Tak się po prostu żaliłam, bo cóż... Gdzieś muszę... I od razu mi lżej :) Ale może kiedyś tam, któreś z nich będzie pchać ten wózeczek ze mną, choć nie w tym sensie teraz się z nimi tłukę. Ale miłe, że będzie w pamięci - chociażby z opowiadań rodziców - jak mnie do pionu ustawiały :) Ja takich wspomnień nie mam. Życie różnie plecie, a ja lubię pisać scenariusze :) I wbrew pozorom,kocham te Łajzy i Łobuzy. Wszystkie, hurtem :) Nie czytaj, jak ma Cię głowa boleć, a jak coś podaję tabletkę z krzyżykiem, pamiętasz ją :) Sama jej nigdy nie zażywałam ;)