mamy nowego wnuka - T. byłam dziś, Kochany Pamiętniczku.
Wyszłam objedzona do wypęku, ale T. nawet nie potrzymałam, bo... jest wg jego mamy małym wrednym terrorystą.
Mama zestresowana na maksa, odniosłam wrażenie, że momentami żałuje macierzyństwa, ale może się mylę.
Inżynier niańczący T. wyglądał idealnie, ale na moją sugestię, żartobliwą, od course, że z niemowlęciem mu do twarzy, prawie oberwałam w łeb, no, żartuję, ale niewiele brakowało, więc nie drążyłam tematu.
Nie wiem, co jest z dziećmi dzieci z pokolenia moich dzieci, ale wszystkie są noszone, hołubione, niańczone, karmione na żądanie i wciąż są z nimi jakieś problemy.
Rrozmawialiśmy o tym długo (o ile można nazwać rozmową wrzeszczenie, żeby przekrzyczeć ryczącego T. i wariujących i dziadka Alienka i Kalafiorkównę, którym tam wszystko wolno, gdyby im przyszło do głowy wejść na żyrandol i skoczyć, to dziadek pewno poparłby pomysł...
Nie owijam w bawełnę, mówię, co myślę, wypunktowałam. Rozumiem, że każde dziecko jest inne, że czasy są inne, po prostu sądzę, że to kwestia luzu. Inżynier wymaga, wrzeszczy zniecierpliwiony, niby tłumaczy, ale widać, że nerwy mu puszczają.
Na ciasto dzieci rzuciły się jak szczerbaty na suchary, a wybór był szalony. I tak każde z nich miało na talerzyku pierdyliard ponadgryzanych, niezjedzonych do końca słodyczy.
Pod koniec Kalafirkówna wróciła do stołu i... łapki łapią kolejne dwa makaroniki z patery, a obok talerzyk. Spojrzałam jadowicie (wiem, że mam wzrok żmii, co nie musi kąsać, żeby zabić) i powiedziałam dwa słowa: Kalafiorkówna, NIE. Dziadek wziął ją w obronę, wzrokiem zabiłam dziadka i powtórzyłam: Kalafiorkówna NIE, odłóż na talerz... Spojrzała wzrokiem zagłodzonego dziecka, konającego łabędzia i wyszeptała: do domu... Dziadek znów został zabity, próbując interweniować.
Chcesz do domu? Odłóż. Na swoim talerzu masz mnóstwo niezjedzonych ciastek. Dostaniesz do domu, ciocia ci zapakuje...
I co zrobiło dziecię?
Karnie odłożyło makaroniki, umyło łapki.
1 : 0 dla mnie.
Wystarczy być twardym, a ona wie, że ze mną nie ma żartów :) I tak jak mnie omijała kołem, żegnając się, podziękowała pięknie za łapówkę (dostała przed wyjściem, bo słodkiego było dość, karnie odniosła łapówkę do matki), nie rwałam się do pieszczot, bo rano mam olbrzymi katar, więc bez pieszczotek :)
A Alienek przyszedł znów z badylkiem, ale badylek zginął w całym tym zamieszaniu, ale odnotowujemy ku pamięci, że badylek był.
I teraz clou dnia.
Inżynierowa przymierza się do pójścia w moje ślady.
Stwierdziła, że bycie korektorką to też sposób na życie, może nie na rozpustne i hulaszcze, ale zawsze.
Zapisała się na kurs, wiem, do kogo, nie wiedziałam, że tyle goli. Będę jej kibicować, pomogę, w czym będę mogła. Nie podjęłabym się uczenia, nie mam ani talentu, ani cierpliwości. Nie mam kierunkowego wykształcenia, jestem pleno titulo: magistrem bibliotekoznawstwa i informacji naukowej, korektorskim samoukiem :) Ale pomóc, pokazać triki, podeprzeć - mogę, dlaczego nie :)
I nie pamiętam, żebyśmy kiedyś tak gadały jak najęte...
I tak, mam z Inżynierową kontakt, nawet jak mnie czasem sprowadza do parteru.
Pomogę w miarę możliwości.
Nie jestem w stanie ocenić, czy się nada, pisze bez błędów, na komunikatorach stara się bardziej niż ja. I tu na blogu się nie wysilam, bo za to mi nikt nie płaci.
Ale to jest idealny zawód dla kogoś, kto nie chce pracować na etacie, a dorobić, by pomóc mężowi.
Podoba mnie się ta decyzja.
I tak minął kolejny szalony dzień, nogi mam spuchnięte od upału i siedzenia, mimo że przeszłam dziś, olaboga, 8014 kroków, mimo nieliczenia kroków w domu :)
Odmówiłam jutrzejszy seans na Skype, bo bez sensu, skoro widzieliśmy się i w czwartek, i dziś, czasem trzeba odpocząć od dzieci.
Nawet tych dorosłych i kochanych...
Niech i on ma luz...
Bo stanęłam dziś tak jakoś koło drzwi i słyszę tik, tik, tik...
Ki diabeł...
A włożyłam do wiszącego na nich zegara baterię i... pierwszy raz w życiu usłyszałam tykanie zegara.
I tak dziwnie się to plecie ;)
Po powrocie z imprezy z ulgą wyjęłam aparaty, włączyłam słuchawki, radio i... błogosławione niech będą nutki...
Aczkolwiek coś się spsuło w radiu Pogoda, nie mogę w czasie czytania Przeminęło z wiatrem, nienawidzę audiobooków włączyć tego, co słuchałam, włącza mi się radio W pracy, a ono nie gra tego, co lubię...
No cóż, tak już jest, że nie wszystko jest IDEALNIE :)
Do dzieci trzeba konkretnie, owszem luz wskazany, ale nie przesadny.Dziecko z nudow lub nadmiaru wrazen tez dostaje hopla.Mozna rozpieszczać, ale z rozsadkiem.
OdpowiedzUsuńNie ma opcji rozpieszczania, no dobra, jest. Ale ja tak ogólnie jestem rozsądna i nie widzę ani odrobiny sensu w noszeniu non stop ryczącego dziecka... Całymi dniami i nocami, gdzieś tak do półtora roku, karmienia na żądanie. Zwariowałabym już wtedy, gdy byłam matką, teraz jako babcia tym bardziej nie mam na to ani siły, ani ochoty. No cóż, każdy ma to, co sobie pościelił...
UsuńMoim zdaniem do wychowania dzieci najbardziej potrzebna jest konsekwencja w przestrzeganiu raz ustalonych warunkow i granic. Pamietam moje kolezanki i ich reakcje typu:
OdpowiedzUsuń- dzis moga isc spac pozniej bo mamy gosci/jestesmy z wizyta u znajomych
- a niech sobie wezmie te dodatkowe slodycze to mi nie bedzie przeszkadzal/a w rozmowie telefonicznej itp.
Do 8-ego roku zycia Junior szedl spac ZAWSZE tuz po dobranocce, bez wzgledu na to czy ja mialam gosci. Goscie w salonie, dziecko spi w sypialni. Jesli to ja bylam gdzies zaproszona to wracalam na tyle wczesnie zeby dziecko poszlo spac o tej samej porze. To byl moj obowiazek jako matki/rodzica czy jak tam ktos chce nazwac.
To ja ustawialam reguly i wyznaczalam granice, wszyscy inni musieli sie przystosowac. Lacznie z dziadkami, ktorzy czesto mieli odmienne zdanie lub chcieli sie wtracic. Wtedy pytalam "czyje to jest dziecko?" i to byl koniec dyskusji. Moje dziecko, a wiec moja odpowiedzialnosc. Takiego dziadka jak ten w Twojej notce przetracialbym wzrokiem lub slowem ale na pewno nie mialby prawa pisnac slowa.
Tym bardziej w sytuacji przez Ciebie opisanej, kiedy Ty mowisz jedno a on podwaza Twoje zdanie.
W takich przypadkach to wychowanie dzieci nalezy zaczac od wychowania dziadkow. Moja mama dwa razy probowala sie wtracic i nigdy wiecej. Tesciowa raz pozwolila sobie na hustanie Juniora do snu(!!!) cudem zachowala raczki. Ale dostala nalezna zjebke i wiecej nie odwazyla sie robic nic bez uprzedniego uzgodnienia ze mna.
Tak Jedzo, ja to dopiero jestem JEDZA ale wiesz co?
Do twarzy mi z tym wiec niech tak zostanie.
To prawda. Porzundek zaś ale musi być, ewentualnie: Ordnung muss sein. Nie ma innej opcji :)
UsuńDear J
OdpowiedzUsuńTak sie ciesze ze mialas mily dzien i widac z wpisu ze bylas szczesliwa.
Oby wiecej takich dni bylo!
Pozdrawiam
Aga T
Szczęśliwa to ja byłam w domu, jak wyłączyłam aparaty i włączyłam słuchawki.
UsuńA tak, kocham te Łobuzy, miłością wielką jak cały świat, ale czasami tęsknię za bezaparatowym wychowywaniem moich synów. Moje kochane dzieci, wiedząc, że matka nie słyszy, tylko czyta z ust, nie wrzeszczały bez daj racji, ale kierując do mnie mordeczki, mówiły: mamo, on zaczął... A ja słodko: ani nie widziałam, ani nie słyszałam, kto zaczął, bijecie się na własny rachunek... W efekcie nigdy się nie lali :) To były piękne dni :) Też pozdrawiam, czekając na reportaż ze zlotu :)
Dear J - mam nadzieje ze napiszesz jeszcze o tym zlocie. Budujace jest gdy rodziny dalsze chca sie zapoznac i utrzymuja kontakt. Moj tato byl nauczycielem angielskiego i pamietam przed laty mial mnostwp prosb o przetlumaczenie listow z USA do rodzin w Polsce. Nigdy nie bral pieniedzy za te uslugi a nawet odpisywal pod warunkiem ze nie byly to prosby o pieniadze czy narzekanie "jak to zle w Polsce".Ja utrymuje knotakt z kuzynami i ich rodzinami jako 3 dzieci ( mileismy wspolnych pra- pradziadkow" Ps Dear J wybacz moj polski (juz 50 lat nie jest pierwszym jezykiem i do tego ta klawiatura) czesc Aga T
OdpowiedzUsuńOj, pomyliłam Cię z inna Agą T i dlatego zapytałam o zlot. A Twój polski jest super, tak samo jak polski mojej kuzynki, która urodziła się we Francji przed wojną, a mówi po polsku zrozumiale, choć czasem brakuje jej słów :) Ma 78 lat i umysł 20-latki. Postaram się, jak tylko chwilę znajdę, bo na razie wszystko w przelocie :) Trzymaj się na tej obczyźnie i nie daj :)
UsuńDear J
UsuńJa tak zawsze zaczynam swoj wpis zebys skojarzyla ze to ja Aga T z Yorkshire. Twoj pamietnik czytam obowiazkowo i sie ciesze jak u Ciebie dobrze idzie Ja mam 68 lat a tez pracuje na pelny etat i tez w domu. Ide na emeryture w maju 2022 juz szefa powiadomilam. Opiekuje sie mezem (disable po operacji rdzenia kregowego) juz 20 lat wiec mam pelny szacunek i zrozumienie dla wszystkich ktorzy maja jakies problemy zdrowotne.Ciesze sie ze Twoj Pierworodny sie odezwal - jestes nieslychanie madra Matka.
Zycze szczescia -zawsze
Aga T
Droga Ago z Yorhshire :) Mam szczęście do Agnieszek w moim życiu. Przepraszam i obiecuję więcej nie pomylić cię z tą drugą Agą T., którą znam realnie, a która mi do Irlandii zwiała, za co ją wszyscy z Auschwitz obiecują przetrącić, zresztą słusznie, bo wybrała taką następczynię, która rozwaliła cały fajny zespół. No cóż, każdy jest kowalem swojego losu, chciała się wyrwać i jej się to udało :) Jesteś wielka - 20 lat opieki nad kimś obłożnie chorym, to nie w kij dmuchał. Posyłam Ci same pozytywne fluidy, trzymaj się, druga miła Ago T. w moim życiorysie. Bo i czytelnicy mojego bloga są dla mnie bliscy - przecież znacie moje tajemnice. Pozdrawiam serdecznie z Koziołkowa, Yorkshire jest na mojej wish list... Może się uda :) Chłopcy byli (dzięki matce) fanami Manchesteru, do dziś gdzieś mam skitrane szaliki i czapeczki, zdobyć je wtedy to był ewenement. I zegar w kuchni też Manchester :)
Usuń