piątek, 31 lipca 2015

Burza

nie doszła, ale ochłodziło się na tyle, że da się żyć. I piździ, jak za cara na Skieletczyźnie, zatem większość społeczeństwa pomyka w kurteczkach i szalikach. Za to moja bluza wydyma się jak żagiel na wietrze i łopocze zwycięsko, a ja napawam się wiaterkiem, momentami zimnym, i chce się żyć. A że od świętej Anki chłodne noce i ranki, to w nocy zasypiając kockiem się jeszcze nakrywam i naprawdę chce się żyć. Sypiam do... 8-9, co jak na mnie jest rekordem świata, tym bardziej, że po południu drzemkę uskuteczniam...
I tak mi tydzień zleciał...
W niedzielę wlecieli Kierownikowstwo Budowy z podróży poślubnej, nie zapomnieli o moich fiołach i tym sposobem dostałam


Miejsce na naparstkowych półeczkach powoli się kończy, jako i na lodówce też miejsca brak. Półeczka w sumie pikuś, ale nowa lodówka... ;)
Pozostałe dni tygodnia minęły rzygająco, znaczy się, na wymioty mi się zbierało przy kolejnym ciągniku, ale nic to, dojechałam do końca. Jeszcze tylko wydruczki, ale to już pójdzie szybciorem, w sumie oleję i nie będę się przejmowała każdą spacją i inną pierdołą. Dostałam nówkę nieśmiganą, redaktorek tego kijem nie tknął, jak zwykle. To teraz ja oleję. I parę warzywek wleciało, w sumie dwa dni wolne sobie odbiorę i nikt nie powinien czuć się pokrzywdzony. Pensja dziś wpłynęła i zdziwko, tak jak sobie zawinszowałam, aż cudne oczęta przecierałam, że Boss nie skrewił :D Bywa...
W międzyczasie hycnęłam do miasteczka, dokumenty odebrałam, były gotowe przed terminem, też cuda wianki. W samych urzędach też długo nie kolejkowałam i tym sposobem mam spokój na 10 lat. EKUZ mam do 2017 ważny, więc też spokój na razie.
PEKĘ można ulgę zapisać na stałe. Można. Zapisali mi ją do 2025 roku. Potem mogę jeździć za darmo. Pozostaje jeszcze dożyć do tego czasu. I na razie pojadę bez miesięcznego, płacąc za każdy przejazd wydałam niecałe 50 zł w 3 miesiące, w tym kilka razy źle zapłaciłam (nadpłaciłam) i za Synową płaciłam, a to cały bilet. Więc póki łażę, nie opłaca mi się kupować sieciówki, bo za nią płacę 49,50 miesięcznie. Może jesienią, jak nie będzie już warunków do wędrowania to znów kupię.
W wiosce na przystanku stało sobie takie cuś

Bezpańskie. Ale nie ruszyłam, bo jeszcze bym za terrorystkę robiła, więc zostało, a ja wróciłam do domu... :)
I Baran się odezwał, Skubaniec. Nieśmiało zapytał, czy wlecieć na weekend może. Nieśmiały się znalazł, skórkowaniec :) Może, może, zatem wleci. Tylko na weekend, ale zawsze - już niedługo. We wrześniu. Cieszę się. I na złą drogę mnie chce sprowadzić, bo tak grzecznie mówi: a może byśmy na piwko wyskoczyli?? :) A ja jestem, proszę pana, na detoksie :P No nic, skoczymy, potem będę się detoksowała do grudnia, zanim znów mnie różni tacy na manowce nie zaciągną. Rasowa ze mnie alkoholiczka ;)
I jesień już puka do drzwi, dziś kupiłam astry... Zabolało w sercu, bo co, znów lato za mną? Kolejne? Tak szybko? Przecież wczoraj sadziłam bratki na balkonie...

Przesadzę je jutro, nie chce mi się...
Parę razy mnie wkurzyły w tym tygodniu sytuacje z kontaktami ogólnoludzkimi, bo u mnie słowo droższe od pieniędzy, na czym zwykle tracę.
I dlatego od dziś mam w dupie i tyle.
Jutro lecę na spotkanie z koleżanką z Auschwitz, chyba z rok się nie widziałyśmy. Najpierw mi napisała, że przyjedzie do mnie, a obiecuje już ponad 2 lata, a po północy pisze emilka, że nie może, bo w sobotę samochód daje do mechanika. No nic, ma autobus po samą moją chatę. W pierwszej chwili zła byłam, ale potem sobie pomyślałam, że w końcu mam się z kim na piwo wybrać, więc olać. Idę. Czasem trzeba z domu wyjść i nie będę przy garach stała i zastanawiała się, czy komuś smakuje.
Posprzątałam na zapas, więc mam dzień dla siebie, a w poniedziałek wracam do pracy, więc czemu nie wykorzystać luzu?
I spoko, nie ma się co spinać.
Trochę mną wstrząsnęła śmierć Kulczyka, bo wciąż mam te moje finanse pod górkę, a tu sobie po raz kolejny uświadomiłam, że żadna kasa nie czyni z nas nieśmiertelnych, że goli się rodzimy i goli idziemy na tamten świat. Od czasu do czasu muszę sobie o tym przypominać, bo tak wydaje mi się, że tylko ja mam problemy...
A w sierpniu będę się bawić w smażenie i inne tam powidlenie w kuchni. Spytałam Barana, czy chce, bo będzie szmuglował, a on na to, że tak, tak, że chętnie. No to wreszcie będę mogła spokojnie iść na Manhattan i nakupić tych wrzeszczących warzyw i owoców i zrobić im z dupy jesień średniowiecza, bo wreszcie ktoś to zje. Mam taki wewnętrzny przymus i potrzebę, a jeść nikt nie chce, a tu znalazł się amator kwaśnych jabłek. Zatem będziemy powidlić i pomidorzyć, i inne takie tam. Oby tylko ogarnąć gospodarstwo, pole i zagrodę ;)
W czwartek wleci Inżynier, ale jak po ogień, bo wieczorem wleci, w piątek jadą do K., gdzie ogarnie mi w ramach czynu społecznego Umarlaków, w sobotę mają ślub i weselisko (znajomi, nie Inżynier), w niedzielę wraca na memłon na chwilę, a w poniedziałek wylatuje i tyle go widzieli.
No nic...
Życie :)

sobota, 25 lipca 2015

Byczę się

na kanapce, czekając na burzę z utęsknieniem, bo idzie, idzie i dojść nie może.
Wysokie obcasy studiuję, bo to opróćz Polityki jedyna rzecz, która jeszcze czytam.
I pracuję nieustannie, a co...
To się koleżanka po fachu potknęła na tych obcasach :)



I na tym też polega moja praca :)
Dlatego ją lubię :P

środa, 22 lipca 2015

Jak nie ma po co żyć

to się żyje na złość.
Zatem żyję na złość ZUS-owi, a co??

Ogarnęłam się kapkę, choć zadra pozostała. Nawet kupując maliny oczami duszy widziałam, jak za niedługo nie będzie mnie na nie stać.
Ale co tam.

Do dermatologa poszłam, zdziwko :) Wizyta punktualnie, trwała 5 minut, bo teraz komputer receptę wypluwa, a pani doktor było widać, biegła w kompiku jest. I mówi, że jak coś, wlatywać. Ale na razie jest OK, goi się fajnie, tyle że w aptece znów kaska została... No i korzystając z tego, że dermatolog, pokazałam pani doktor "te" rzeczy, co mnie każdy konował straszy, że to czerniak. Pani doktor pokręciła głową i powiedziała, że to nie jest czerniak, a zwykła brodawka i jak chcę, możemy to usunąć. Nie, nie chcę, zżyłam się z nią przez te lata, a że duża jest, to i rana by była i takie tam. Szkoda brodawki, jakoś razem do końca dociągniemy, co nie, Kochany Pamiętniczku??

Mała Wiedźma kończy dziś 5 lat. Napisałam życzenia, u Jej mamy, of course, Wiedźma jeszcze nigdzie konta nie ma. I pytam grzecznie, czy kartka doszła. Doszła, a jakże... To wypadałoby zawiadomić, co nie? I ani się nie zająknęła o wyjeździe do PL Wisi mi to i powiewa. I tak się rozeszła po kościach wielka przyjaźń. I dobrze, bo do tanga trzeba dwojga :)

Dawny E. Wedel* od pięciu lat przemyka przez moje życie, i już wiem, że te oczy nie mogą kłamać.
Łobuz pierwsza klasa.
Choć ostatnio posmutniały nieco, ale to minie.
Wszystkiego najlepszego, Księżniczko zaklęta w Małą Wiedźmę :*
Kocham Cie, ale Ty to wiesz ;)

*Bo urodziła się 22 lipca, a jak wiadomo 22 Lipca to d. E. Wedel :)  Najstarsi czytacze pamiętają, co to było :)

wtorek, 21 lipca 2015

Szewc

bez butów chodzi. Wczoraj olałam to pismo z ZUS ciepłym strumieniem moczu, a dziś czytając na spokojnie i analizując tabelkę, podpuszczona reportażem korekconym, gdzie autorka lituje się nad losem rodaków rozbierających cebulę za jedyne 1300 na rękę, odkryłam, że kwota 601,11 zł jest kwotą przesadzoną.
Wstępnie wyliczono mi emeryturę na 498,65 brutto, pocieszając mnie, że jak popracuję 5 lat dłużej dostanę 601,11 zł brutto.
I tak, Kochany Pamiętniczku, w dniu przejścia na emeryturę będę musiała odejść z tego świata.
Albowiem ciężarem dziecięciu memu być nie chcę.
Kurwa mać.
Póki więc jeszcze mogę - upiję się.
Tak łatwiej...

poniedziałek, 20 lipca 2015

Minęła

połowa lipca i musiałam jechać do pierwszej pracki, która jak wiadomo, dba o mnie od lat, jako że to budżetówka jest. Stamtąd odeszłam na rentę, ale do dziś jestem traktowana jak członek rodziny, choć to już bez mała 25 lat minęło...
Cała wyprawa to była, ponieważ w mojej wiosce wszystkie pojazdy jeżdżą z napisem: trasa zmieniona albo zatramwaj. I te zatramwaje to jedna wielka niewiadoma, gdzie to pojedzie, trasa zmieniona jeszcze większa niewiadoma. I akurat w okolicach, w które się wybierałam, nic nie jeździ oprócz tras zmienionych i zatramwajów. Część przetuptałam na piechotę, ale zaczęły się gromadzić takie chmury, jak wczoraj, więc czym prędzej wpakowałam się w trasę zmienioną ze strachu.
Załatwiłam od ręki i nader pomyślnie, posłałam SMS Inżynierowi, wyszłam i znów była ładna pogoda, więc polazłam. Jako że mieszkałam "na tej dzielni" ładnych parę lat, aż do ślubu, a i chata Eksa tam jest, a dzielnica piękna, willowa, polazłam.
Wczoraj w mojej wiosce nawałnica była, ale moją dzielnię jakoś kołem ominęło, lało, i owszem, ale o kłopotach dowiadywałam się z neta. U mnie nic nie zalało, prąd był, net był, a deszcz jest potrzebny, co nie?
A tam...

... chodniki, mimo że nawałnica przeszła wczoraj po południu wyglądały mniej więcej tak...
 ... i slalomem szłam...
 To w oddali to nie jakieś krzaczki, ale kompletnie zatarasowany chodnik.
 Drzewa powyrywane z korzeniami, a nie ułomki przecież - za drzewem stoi gość...


 Tory tramwajowe przypominały pobojowisko  i patrząc na nie to była ręka Opatrzności, że tu nic nie jeździ obecnie.


 Strażacy od wczoraj pracują jak te rude mrówki...


 To nie gałąź na makro...
 ... to całe drzewo. Zatrważający widok.
 Ogrodzenia też porozwalane, niby drzewko niewielkie, ale siłę rażenia ma.

To jest dwupasmówka, oddzielona od siebie alejką kasztanowców. Z jednej strony bałam się iść, bo zwieszały się przewody elektryczne. Alejka zawalona była gałęziami, a i co kawałek odrywały się jeszcze nowe i spadały, a że trzasku nie słyszę, uciekłam stamtąd, i szłam lawirując wśród gałęzi po drugiej stronie, gdzie żadne druty nie zwisały.
I tak sobie mały spacerek zrobiłam dla zdrowotności.

 Zawsze chciałam tym kobietko fotkę strzelić i nigdy nie miałam aparatu. Zresztą nie lubię tam bywać, nie chcę bliskiego spotkania z kimkolwiek z rodziny Eksa, choć skoro szwagier nie pamięta mojego imienia, to pewno by mnie i tak nikt nie poznał :) Z wyjatkiem Eksa, of course :)




 Doczłapałam do wiaduktu na Roosevelta. Parę lat temu rosły tu gałązeczki winobluszczu, a teraz proszę :D
 I te kamieniczki, łącznie z Borejkową, ponoć na tej komin się zawalił, ale to od podwórka pewnie, od ulicy nie było nic widać.


 I aż żal, że nie wszystkie da się uratować. Przepiękne są i przykro patrzeć na ich umieranie...

 Nowa Kaponiera. Miała być gotowa na Euro. Euro było w 2012, dobrze pamiętam?? ;)
 Platany w parku przy Operze ocalały, im żadna wichura niestraszna.
Piździło, więc zmykałam, bo woda się na aparat lała...

Dojechałam do dzielni, skoczyłam na Manhattan, a w domu w ramach relaksu czekały na mnie ciągniki.
Ale jedną rzecz załatwiłam i co ja się będę szarpała??
Mam czas, a pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł ;)

UPDATE

Pismo z ZUS-u w szparze unijnej było. Jak popracuję 5 lat dłużej niż ustawa przewiduje będę miała 611 zł emerytury, Brutto. Bo taki kapitał "zgromadziłam". Ta... Chuj wam w oko, bo w dupę byście przyjemność mieli. Nie moja wina, że reguły zmieniły się w czasie meczu i że moje pokolenie jest wydymane na maksa....
Ale co się będę przejmowała,, może w końcu w totka wygram.
Albo jakiś podkop pod bank??
Ktoś, coś?? :) 

piątek, 17 lipca 2015

Dobrymi

chęciami piekło jest wybrukowane. Rano okazało się, że coraz gorzej z tym syfem, więc chcąc nie chcąc powlokłam się do lekarza, bo weekend nadchodzi i wtedy dupa.
Na 11 mnie zapisała i OK, zdążyłam zakupy zrobić.
Ale padły mi słuchawki od ajfona, nie ma nic bardziej wpieprzającego, jak głos w jednej słuchawce. No nic, pora na nie była, ten model tak ma, że po gwarancji sruuuu, pada.
U lekarza, o dziwo, długo nie czekałam. No i ta sama pani doktor, zapisała mi tym razem przeciwgrzybicze, twierdząc, że to grzyb. Przedtem miało być bakteryjne, ale skoro maść nie działała, znaczy się - grzyb. Ojapierdolę... Tak to jest, jak się badań nie robi i celuje. Chłop strzela, Pan Bóg kule nosi.
No nic, z apteki wyszłam o 60 zł lżejsza, a jak doliczę inne "aptekowe" w tym miesiącu, zostawiłam tam lekko 200 zł.
Nice. Psiakrew.
I skierowanie do dermatologa dała. O dziwo, w przyszłą środę mnie przyjmie, więc nie jest tak źle. Akurat mam wolne.
Na razie jest o tyle lepiej, że nie swędzi mnie już i nie boli. Obaczymy.
Listonosz mnie dorwał i dobrze, bo doszedł portfel dla Inżyniera. Sam go wybrał na urodziny i jako prosty człowiek nie zabił matki ceną :D  Kupiłabym mu u Zmorki, ale tam takich nie mają, bo to specjalny, z ekranem, żeby nie można było kart zbliżeniowych zhackować. Sobie przy okazji kupiłam zestaw na paszport, bo będę miała biometryczny, a to też można zhackować. Wiem, wiem, za dużo amerykańskich seriali, ale z drugiej strony co rusz piszą o włamaniach i kradzieży danych. Co mi szkodzi założyć taką "koszulinkę"? Osłonkę na kartę zbliżeniową już wypróbowałam, nie przechodzi przez czytnik, jak jest w koszulce. Więc działa :D A że pasuje i na dowód, to super, bo dowód też mam biometryczny. Znaczy się, za niedługo będę miała.
Mimo upału pojechałam do miasta, no bo jak nie pracuję, to mi upał nie przeszkadza. No i nie stresowałam się, że bez dezodorantu wybuchnę :D
Kupiłam słuchawki i już znów lżej o 130 zł. Wprawdzie w necie oferują "identyczne" za 8,90, ale nie sądzę, żeby mój ajfonik się na nie zgodził :D Co będę kochaniu memu żałowała?? :)
I jako że od kilku miesięcy chodzi mi po głowie blender kielichowy, bo nic tak fajnie nie zmiksuje zupy, jak to, i nie zrobi koktajlu, stwierdziłam, że jednak zaszaleję i kupilam taki, Philipsa. Na pewno nie będzie mi służył tak dług,  jak mój nieboszczyk Zelmer, który dwoje dzieci przeżył, zanim padł, ale trudno. I ja wieczna nie jestem.
Obiad po linii najmniejszego oporu - kalafior z dartą bułeczką.
Starczy w tym upale.
Dwa teksty dosłane skorekciłam i... cała para poszła w gwizdek. Nie chce mi się już sprzątać. W sumie nie ma wielkiego bałaganu, jest kurz.
Pierdolę, nie robię...
Raz zrobię jutro co mam zrobić dzisiaj.
Pisała do mnie mama Barana. Niańczy wnuka, chłopak ma jakieś 6-7 lat. Nie jest zachwycona, nie narzeka, ale można wyczuć, że nie nadają na tej samej fali, a i ona podporządkowuje swoje życie wnukowi. Pomaga córce. Rozumiem. Ale...
Jak urodziła się Mała Wiedźma, Barania rodzicielka zapytała mnie, czy jestem zadowolona. Powiedziałam, że odpowiem, jak MW pójdzie ze mną na piwo. Orzekła, że dziwna jestem. Ano...
Młodość spędzałyśmy na niańczeniu, pracy, często na wyrzekaniu się. Przynajmniej ja się paru rzeczy wyrzekłam, nie że tragedia, ale często trzeba było zrezygnować, bo na wszystko nie było. I dlaczego mam do końca życia żyć poświęcając się, bo tak?? Żeby czuć się potrzebna?? Skoro nie jestem potrzebna przez sam fakt, że jestem, to po kija się wysilać?
I dlaczego rezygnować ze swoich planów, ze spokoju, dlatego że tak trzeba??
Podziwiam ją.
Nie nadaję się na Matkę Teresę. Wychowałam dwójkę praktycznie sama.
Znajoma mnie już "ustawiała do pionu", że mi się należy, że teraz oni powinni się odpłacić.
Nie chcę odpłacania. Nie dlatego wychowałam, ale dlatego że to ja je sprowadziłam na świat. Nie prosiły się. Stoją na własnych nogach i ja też.
I póki siły, będę sama na baczność stać.
Ale więcej MOIM KOSZTEM nie będę dawać.
Egoizm to bardzo zdrowa zasada.
Dziewczyna Inżyniera ostatnio się do mnie odzywa. Szok.
Najpierw kiecka, teraz denerwuje ją niechlujstwo językowe w książkach.
Małymi kroczkami.
Cieszy mnie to.
Nawet jak nie będziemy przyjaciółkami, nie jestem jej wrogiem. Wiele we mnie może się nie podobac i ja to akceptuję.
Życie też mnie nauczyło spuszczania z tonu.
Zatem, Kochany Pamiętniczku, cuda wianki na stare lata??
Ojapierdolę :D


czwartek, 16 lipca 2015

Zamkłam

(tak, wiem, niepoprawnie).
Uległam prośbom (kto ma miękkie serce, musi mieć twardą dupę).
Do tego wszystkiego w sierpniu doszły warzywa. I owoce miękkie. 200 stron.
Strony nie są problemem, problemem są terminy.
Padam. I w sumie Bossowi humor wrócił, jak będę łaziła i mędziła dostanę tę premię, ale kurde, dlaczego jestem karana limitami??? Pewno, mogę zrezygnować z renty. Tak zrobiłam w Auschwitz i zapierdalałam za rentę, czyli w sumie za frico...
Odparzenia się nie goją i za Chiny Ludowe nie kumam, dlaczego je mam.
Pod jedną pachą.
Myję się co dzień, nawet 2 razy dziennie. A teraz będę się myła co godzinę, kurwa...
Kurwa mać.
Znów do konowała? W sumie to on mnie urządził maścią, bo zamiast maleć, rozlało się.
Jestem zła, sfrustrowana, jednocześnie dumna, że wszystko skończyłam co miałam skończyć.
Że doszłam do domu, bo ostatnio, jak wchodzę do galerii po drodze, po zakupy, bo nie mam siły z dala dźwigać, a jeść muszę, mam uczucie, że podłoga pływa.
Nie wiem, czy to zmęczenie, wzór na podłodze, czy pora umierać??
Okna znów brudne, parapety osrane.
Życie to "niejebajka"...

środa, 15 lipca 2015

W mordę jeża

A może lepiej w dupę?
Ciśnie mi się na usta.
Wpadłam w pracowy kierat, a takiego rozpiździelu dawno nie było. Nie wiedziała lewica, co czyni prawica i na odwrót. Szło jak po grudzie, znów mnie korciło, żeby całą gazetę samej zrobić, ale wzięłam na wstrzymanie.
I kwiatki zakwitały, a co.
Okazało się, że w sierpniu, który to miesiąc skrupulatnie obadałam pod kątem pracy i wolnych dni, jako że miałam jechać koty niańczyć, co się po kościach rozeszło, ale jednak, będę w ramach pół etatu pracowała od 1 do 31... Tak wyszło. Przypadkiem. W sumie zamiast 300 stron (norma miesięczna plus minus) zrobię jakieś hmmm... 1800?? Pestka, co nie? Za frico, a jakże, bo to w ramach "moich". A potem znów wyląduje u Bossa na dywaniku, spojrzy mi głęboko w oczy i rzeknie: Stara Jędzo, na pół etatu TYLE nadgodzin?? Coś mi tu śmierdzi.
Mi też :D
Łaskawie stwierdził, że warzywka kto inny będzie sadził. No ja pierdolę, jeszcze 180 stron nie z mojej działki. W sumie mi to rybka, problem, że nie wie lewica, co czyni prawica.
Dziś miało wszystko być skończone o 14.30. Według rozpiski.
O 17 wturlałam się do dębowej komnaty i pytam o ostatnie dwie strony, jako że wczoraj do 22.00 czekałam na NIC... Spojrzał na mnie oczętami i rzecze: jakie strony... Ojapierdolę. Obradowali nad rzeczami, które będą na tapecie w sierpniu, a bieżące leżały i ryczały, bo to krowy były.
A gość, który na te strony czekał, bał się wejść, choć zakładał firmę z Bossem.
Ja się nie bałam. Powiedziałam, że wczoraj warowałam do 22 a dziś już nie będę.
Pół godziny później wychodziłam z pracy, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Trza być kwardym, a nie miętkim.
Jutro pójdę, jak wstanę.
W dupie to mam. Już mam 4 nadgodziny w tym miesiącu, bo warzywa odpuszczam.
A w poniedziałek można było na mojej drodze do pracy kręcić "Deszczową piosenkę", tyle że latarni do owijania się po drodze nie mam. Zlądowałam w pracy w mokrych gaciach i klimatyzacja uratowała mi życie i zdrowie. Jedynie sandały miałam pod koniec dnia mokre jeszcze. We wtorek zawlokłam do pracy zapasowy uniform i teraz jak coś będę się przebierała :D Za Gwiazdora, of course. Nawet stare sandałki, co to ich żal wywalić okazały się przydasię. Niech żyje chomikowanie...
W sobotę Inżynier skończył 31 lat. Jak ten czas leci... Zadzwonił, choć ja odpuściłam, sądząc, że chce mieć swobodę, ale nie, jakoś "chciał mamy"... Nice. I tak gadu gadu, pierdu pierdu i... mówi, że Synowa 23 leci do PL. Znaczy się, żona Pierworodnego... Później wieści dotarły z FB, ale oficjalnie nic nie wiem. W mordę jeża z drugiej strony :)
Bo myślę, że jestem WARTA, żeby mnie zapytać, kiedy mam czas.
A w sumie nie mam go, bo... no właśnie... 1800 stron?? Rozpiska jest taka, że może dzień, dwa wyrwę, ale nie dam rady w tym czasie cieszyć się wnukami.
Serio.
Po takich dniach, jak ostatnio nie mam siły na pisanie na blogu, nie mam siły na granie (sic!, moi!), po prostu wchodzę do chaty, rzucam wszystko, lezę do wanny, a potem zwlekam zwłoki, podlewam badyle, nieregularnie, czasem padają... i... chcę mieć święty spokój.

Teraz uwaga, zdjęcia są drastyczne ;)
A moja Synowa wrzuca na FB

Małą Wiedźmę sprzed lat. Przykro mi, ale zdjęcie budzi we mnie niesmak, bo jakkolwiek moje dzieci nie jadały, nie jadły w takim syfie. Mała Wiedźma, jak wiadomo, dawny E. Wedel, za niedługo skończy 5 lat. I nadal nie posługuje się sztućcami, tylko je tak, jak na obrazku. Co mnie przeraża i przyprawia o dreszcze i chęć ucieczki, gdzie pieprz rośnie.

A Papryczek nie lepszy...

Fuj. Jako że nie posiadam stołeczka, pod który mogłabym położyć folię i zapobiec bajzlowi, mój pokój wygląda jak na załączonych fotkach...
I dlatego - sorry Winnetou - nie cieszą mnie te wizyty.
Odżałuję bajzel ogólny, ale praca i sprzątanie tegoż syfu...

Jestem wredną kobietą.

W moim rodzinnym domu uczono nas posługiwania się nożem i widelcem od małego. Jadłam, mając pod łokciami dwie książki, żebym pion trzymała. I nie uważam, że to było złe. Umiem jeść i nawet na dworze u Elżuni bym się nie wstydziła.
Moi chłopcy też potrafią, choć nie dręczyłam ich już książkami pod łokciami.


Ale to mnie przerasta i naprawdę, te zdjęcia nie są dla mnie rozkoszne, są... Ponoć brudne zwierzę i brudne dziecko to szczęśliwe istoty. Zwierząt nie miałam, a dzieci hmmm... Miały przerąbane, bo wystarczyła plamka, a przebierałam (za zajączka wielkanocnego). Jakoś przeżyły :D Nie wiem, jak Pierworodny, ale Inżynierowi zostało przebieranie, potrafi dziennie zużyć ze 2 t-shirty, nie licząc koszuli pracowej.
A do rosołu dzieci były w cieplejsze dni rozbierane, bo z bawełny tłuste plamy nie schodziły (of course, póki małe były i chlapały), później zaś jadały z serwetką pod bródką :D

A jeszcze na dokładkę w sierpniu wlatuje na parę dni Inżynier na kolejny ślub i na restaurację Umarlaków przy okazji, ale nie pamiętam daty, jakoś koło 20...

I znów zostanie, Kochany Pamiętniczku, udowodniona teza, że należy mnie zutylizować, no bo jak to tak, bez serca można żyć???

Uprasza się o zbieranie kamieni na kupkę (trudno teraz o porządny kamień), aby można było we mnie rzucać do woli...

Albo wena przyjdzie i pisała będę, albo i nie...

Sayonara :D

UPDATE


Tragedia. Wyniuchałam w necie, że Auschwitz ma nową odnogę. I taż odnoga wydaje książkę, na którą czekam od stycznia. Książkę, będącą kontynuacją po 55 latach mojej ukochanej książki, na podstawie której nakręcono film z Gregorym Peckiem. Z TYM Gregorym...
I zostałam na lodzie.
Nie kupię tej książki.
Nie dam im zarobić ani grosza.
I książki w prezencie też nie chcę, bo wtedy też zarobią.
Pozostaje mi na stare lata naumieć się angielskiego i przeczytać w oryginale.
Chcę umrzeć!!!!
Jak los może być tak okrutny!!!
Książki z tego wydawnictwa, z tego co wiem, czyta Zmorka... :)  A fuj :)

UPDATE 2.

Sikora w domu, trzyma fason. Kciuki dalej wskazane... 


poniedziałek, 6 lipca 2015

I znów

poniedziałek już od wtorku poszukuje kota w worku...
W nocy burz był, więc zamknęłam okna, bo aczkolwiek nie padało, ale mogło zacząć. Po chwili zaczęłam zaliczać zgon, więc rozebrałam się do rosołu i zaległam bez okrycia. Dobrze, że nie zeszłam, bo ten, kto by mnie znalazł umarłby ze śmiechu na widok tego cielska.
Rano okazało się, że padało i siąpi, ale zanim wyszłam z domu przeszło i zrobiło się porno i duszno.
No ale jak to, nie iść?? Nie ze mną te numery, Brunner, a że na dokładkę wyniosłam śmieci i ze śmietnika zawiało soir de pissoir, na samą myśl o tym, co mnie czeka w autobusie po weekendzie grillowym, zadarłam dumnie durny łeb do góry i poszłam.
Doszłam w 50 minut, choć idę i 53 :)
Rzuciłam się na krzesło i drżącą rączką wyłuskałam pilota, wcisnęłam (hahahahaha, jedyny pilot, który potrafię obsługiwać) i sruuuu na power. I na 17 stopni... Tralalalalala :) Prawie nikogo nie było, ale pokolędowałam i pytam obecnych, dlaczego męczą się w upale i smrodzie, skoro mamy KLIMĘ za free... Żeby się nie przeziębić... Nawet zimnolubna dziewczyna z pokoju obok wyraziła zaniepokojenie, że się przeziębi, ale byłam bezlitosna. Nawet w czasie zebrania pierdu-pierdu w moim pokoju chodziła klima i mam w pompie, że komuś zimno. Na sali też była klima, ale wszyscy bali się przeziębienia, więc kisiliśmy się we własnym sosie, tak że z ulgą przyjęłam koniec zebrania.
Od chwili wejścia zaatakowały mnie jarzynki, że Boss chce ze mną pogawędzić. Dlatego poszłam na nasiadówkę, żeby zauważył, że jestem.
Nie zauważył.
Panie zawracały mu gitarę tak długo, aż znalazł dla mnie całe 5 minut.
No i rozmawiała gęś z prosięciem.
Wydawało mu się, że ten numer zrobił ktoś inny, bo ja miałam urlop.
Udałam, że do mnie nie dociera i rzekłam, że łamie ktoś inny, a nie nasza graficzka, dlaczego więc mam czytać za frico, skoro kasa jest.
Zacukał się okrutnie.
A ja, nie krępując się wcale, powiedziałam, że chcę podwyżkę. Niewielką, nawet nie 300 zł, bo nie mogę więcej zarobić. Na zewnątrz na pewno płaci więcej.
Był przekonany, że zrobię to za frico, że się załamię.
Ale trza być kwardym, a nie miętkim i obstawałam przy kasie.
Że to jednak 180 stron co miesiąc. Jakie 180? No 90 razy dwa to jest 180, a są dwie korekty...
Musi porozmawiać z księgowością i nie sądzi, że będzie podwyżka, ale premię może dać.
A ja nie chcę premii, bo znów będę musiała się, tym razem co miesiąc upominać.
Poprosił, bym poczytała, a on się prześpi ze ślimakami.
Odrzekłam, że OK.
Ale jak mu sen nie wyjdzie, w przyszłym miesiącu palcem nie kiwnę w bucie...
Zrozumie ktoś coś takiego? Dlaczego niby mam pracować za darmo? Powiedziałam mu, że się cenię, bo znam swoją wartość i że żądam tak mało, bo więcej mi się nie opłaca :D  Chyba do niego nie dotarło...
Panie zaś odtańczyły radośnie zwycięstwo, dziękując niebiosom, a ja szybciorem zrobiłam co już było gotowe i poleciałam do domu. Jako że zamknęłam okna, drzwi, szafy i szuflady, zaduch był nieziemski mimo spuszczonych rolet. Przypomniały mi się czasy, mroczne czasy w Auschwitz, gdy w takie upały w piwnicy siedziałam z siedmioma osobami, siedem kompików, drukarka, okno jak to w piwnicznej izbie i nie wolno go było otworzyć, bo gorąco wchodziło... Żeby to jeszcze była przedwojenna kamienica z piwnicą z prawdziwego zdarzenia, ale nie, to był zwykły szeregowiec... Brrr...
A teraz mam klimę, otwieram okno kiedy chcę i kłócę się z Bossem o kasę.
Długą drogę przebyłam, co nie Kochany Pamiętniczku?? :)
A w czerwcu przedreptałam ładną drogę.
142,8 km...
Wymiatam, co nie??
Może od tego łażenia cycki mi rosną??

Do juterka, Kochany Pamiętniczku ;)

niedziela, 5 lipca 2015

Sposób na morderstwo

Nie, nie, nie mam zamiaru nikogo zabijać, choć parę obiektów korci, ale gdzie ja znajdę takiego adwokata, jak Annelise i ekipa??
How to Get Away with Murder oglądnęłam cały sezon i z niecierpliwością będę czekała na kolejny. Jeśli można na 14 odcinków rozciągnąć zabawę w to, kto jest winny, to ten serial wymiata.
I jeszcze wyjść z każdej sytuacji obronną ręką...
Za to kocham amerykańskie sądownictwo, w  sumie jest sprawiedliwsze od naszego.
Wiem, co mówię.
Ale ja nie o tym.
Chłopcy mnie dorwali wczoraj, utulili, po główce pogłaskali i zaczęli kombinować, jak mnie Inżynierowi zwinąć. Nice, nie ukrywam. Też kombinuję. Dziękuję :* I też się cieszę, że znów będzie parę darowanych dni, bo z nikim się tak nie bawię, jak z Wami.
A dziś rano Inżynier się odezwał, a newsem dnia było, że Arya ma urodziny i wieczorem dostanie tort. Arya to jak pamiętasz, Kochany Pamiętniczku, kot.
A mnie zaprosił(li) w ubiegłym roku na moje 60. urodziny i... tortu nie było. Zresztą nigdy nikt na moje urodziny nie pomyślał o torcie, oprócz oczywiście, ekipy kradnącej :) No to wyszczekałam Inżynierowi, a ten zasłaniał się sklerozą, że jak to, tort był, a sprowadzony do parteru powiedział, że przecież impreza była planowana w R.
Tyle, że tamtą zorganizowała ekipa kradnąca... W sumie, nevermind. Przynajmniej mi dupa nie urosła...
To moje zapiski i w dupie mam, kto co o mnie myśli. A wiem, że większość czytających to wielcy miłośnicy zwierząt i że zwierzątka są och i ach, a ludzie są be.
Do tej kategorii należy moja Przyszła Synowa, a widzę, że Inżynier do tej partii też się zapisał.
Może to i drobiazg, może ja jestem małostkowa, ale jestem ciekawa jak poczuje się za parę dni, gdy okaże się, że jest mniej ważny od kota?
Że nie dostanie torciku z kurczaka i innych cudów wianków? Że ich dzieci nie dostaną kalendarzy adwentowych i specjalnej choinki?
No cóż, jestem Starą Wariatką i nic się już nie zmienię. Nie krzywdzę zwierząt, ale uważam, że ludzie są ważniejsi. Choćby zdradzali, oszukiwali i kombinowali. Odchodzili. Zostawiali. Inaczej musiałabym skreślić własne dzieci, bo w sumie taki kundel czy kotecek wierniejszy byłby od nich. Więc?? Dobrze mówię, proszę Kochanego Pamiętniczka? I jakkolwiek znam osoby, które nad własne dziecko przekładają kotecki i inne piesecki, osobom tym nic nie odbierając, nie rozumiem. Dla mnie liczy się Człowiek. Na pierwszym miejscu. Bo życie to nie jest amerykański film, w którym z najgorszego kataklizmu ocaleje zawsze kotecek i inny kundelek... A jeszcze niedawno Inżynier śmiał się z takich scenariuszy, mówiąc, że przecież nie może żadne zwierzę zginąć, choćby był koniec świata... Ano... I tu zaszła zmiana w polu mojego widzenia...
W tym roku wszystkim na złość zaszaleję, jak dożyję, kupię sobie tort bezowy za całe 19,90 (o ile do tego czasu nie podrożeje) i wpierdolę go sama. Ostatnio wszystko idzie mi w cycki, nawet mi zwrócono uwagę, że mam je chować, a co ja za to mogę, że same na wierzch wyłażą? Nigdy nie miałam cycków, bo jak je dawali to stałam w kolejce po rozum. A teraz wyskoczyły hyc i są :D Fajne, jędrne, nieobwisłe :D Nie będę się ich wstydziła, a co?? :)
Sobota oprócz porannej wizyty na Manhattanie, skąd bladym świtem spieprzałam w podskokach, upłynęła mi na leżąco i kontemplująco.  A spierdalałam, bo kurde!! ludzie oszczędzają na praniu i... co kolejka to woń przepoconych lumpów. Nie rozumiem, jak można tego nie czuć, bo ja swoje czuję, jak się spocę. I zmieniam. Ludzka rzecz się spocić, ale zaśmierdły, stary zapach, to powinno być karane. Rokiem ciężkich robót...
Niedziela też leżąco i nawet niegotująco minęła. Od 3. dni jem chłodnik i nareszcie się skończył, a nic więcej już nie zmieszczę, więc spokojnie.
Jutro do pracy. Nie martwi mnie to, bo mam w pokoju klimatyzację i pilota, martwi mnie dotarcie, bo droga bez cienia. Wezmę parasol, powinno pomóc.
Skóra z palców od nóg mi schodzi, a przecież się nie opalałam. Tylko z palców. Ojapierdolę... :)
Upały dobijają mnie w sensie węchowym nie tylko z powodu potu, ale i grillowania...
Wczoraj, gdy poszłam spać, a upał zelżał, otworzyłam balkon i... Najpierw ktoś pieczeń piekł, potem popcorn prażył...
Zasnęłam przed północą.
Z bólem głowy.
W międzyczasie wylazłam na balkon, żeby sprawdzić, czy faktycznie te zapachy jadą, czy mam guza mózgu i co ja paczę? Na ławeczce pod moim blokiem ekipa. Wesoła. Piwko sączy. Skaczą. Mocują się. Niebiosom dzięki, że nie jarali. Ale pomyślałam sobie, jaką szczęściarą jestem, bo wydzierania się nie słyszę. Żeby nie te zapachy spałabym jak aniołek.
No cóż, nie można mieć wszystkiego ;)
Do następnego napisania, Kochany Pamiętniczku :P
Sikora wciąż prosi o kciuki. Leży plackiem, zastrzyki w dupę dzielnie bierze, i walczy.
Dobrze, że Sówka na tyle mała, że jeszcze nie rozumie i nie będzie pamiętała traumy...
Zatem kciuki i fluidy, please...
ZOO. Podesłałam linka i Dziewczynie, i Inżynierowi. Na razie jeden odcinek, ale zapowiada się świetnie. Zwierzęta dostają na łeb i atakują ludzi. Łącznie z przeuroczymi koteckami z pewnej dzielnicy, które gromadzą się na drzewie koło szkoły w charakterze winogron ;)  I o ile mnie ślepe oczka nie mylą weterynarza gra Dexter. Albo i inne ciacho do niego podobne. Ciekawe, kto komu wpierdol spuści... Bo że ostatecznie zwyciężą komputery to nie ulega najmniejszej wątpliwości... :)

środa, 1 lipca 2015

Zdjątko

wyszło piękne, w sam raz na list gończy, a podobno nawet małpa bywa piękna na portrecie.

No nic. 30  zł w plecy, 70 za paszport, dowód za darmo. Plus czekanie, czyli czas. Niby za darmo, a jednak nie... Pod koniec lipca będę miała oba dokumenty, z tym że paszport, choć biometryczny, będzie bez odcisków paluszków. Nie da się zdjąć i już. Nie wiem, śmiać się, czy płakać, że mam sfelerowane paluszki, ale przysięgam, nie moczyłam łapek w niczym.

Jeszcze nie było na tyle gorąco, żebym miała umrzeć, więc OK, obleciałam, wprawdzie tylko 6 km co dzień, ale lepsze to niż nic.

W paszportowym 2 godziny w kolejce. W dowodowym 15 minut, wiadomo, teraz sezon na paszporty jest.

I jeszcze kolędowanie do odebrania.

O mało mnie szlag nie trafił dziś w MPK, bo wakacje, to i rzadziej wszystko jeździ. Nic naszego nie jechało, tylko luboński i choć to nasze MPK jest w sumie, autobusy mają stare, ciasne i cuchnące. Na dokładkę dziś z Lubonia jednym autobusem przyjechały 3 grupy dzieci, przesiadały się na drugi, wobec tego spasowałam i kolejne 10 minut czekałam na nasze MPK.

Wracając znów trafiłam na luboński i grupę kolonistów, ale małą. Więc wsiadłam, bo nasz następny miał jechać za 25 minut, a mnie natura wzywała. Na następnym przystanku władowały się kolejne 3 grupy kolonistów z tegoż Lubonia i cudem pawia nie puściłam. Wszystkie dzieci na wysokości mojego nosa, a powonienie mam czułe, chuch pepsi, popcornu, lodów, waty cukrowej i te klejkie łapy wszędzie i plecaki, walące w mój nos i okulary. Ojapierdolę. Widzę, że moje łażenie do pracy to błogosławieństwo, kiedyś w wakacje był spokój, szarańcza jechała nad morze czy w inne góry, a teraz przemieszcza się w mojej wiosce MPK... Wrrrrr....

Nie jestem fanką niepełnoletnich.

Amen.

Nie jestem fanką komunikacji miejskiej :)

A jeszcze muszę do PZU podskoczyć.

Fuck...



I kciuki, uprasza się o kciuki, bo Sikora zlądowała na patologii ciąży. Na razie nie jest źle, ale kciuki i dobre fluidy są bardzo potrzebne.

Z góry dziękuję w imieniu Sikory, Bąbla i moim...



I tyle wrażeń, takich codziennych, zwyczajnych, Kochany Pamiętniczku. Błogosławię roletki, bo w mieszkaniu jest OK. Filmy mam, picie mam, ciepłą wodę wyłączyli, ale to akurat mi w tym momencie nie przeszkadza :)

Czekam na zapowiedzianą apokalipsę, bojąc się, bo już mam opryszczkę, tak zawsze reaguje mój organizm na wzrost temperatury.