środa, 15 lipca 2015

W mordę jeża

A może lepiej w dupę?
Ciśnie mi się na usta.
Wpadłam w pracowy kierat, a takiego rozpiździelu dawno nie było. Nie wiedziała lewica, co czyni prawica i na odwrót. Szło jak po grudzie, znów mnie korciło, żeby całą gazetę samej zrobić, ale wzięłam na wstrzymanie.
I kwiatki zakwitały, a co.
Okazało się, że w sierpniu, który to miesiąc skrupulatnie obadałam pod kątem pracy i wolnych dni, jako że miałam jechać koty niańczyć, co się po kościach rozeszło, ale jednak, będę w ramach pół etatu pracowała od 1 do 31... Tak wyszło. Przypadkiem. W sumie zamiast 300 stron (norma miesięczna plus minus) zrobię jakieś hmmm... 1800?? Pestka, co nie? Za frico, a jakże, bo to w ramach "moich". A potem znów wyląduje u Bossa na dywaniku, spojrzy mi głęboko w oczy i rzeknie: Stara Jędzo, na pół etatu TYLE nadgodzin?? Coś mi tu śmierdzi.
Mi też :D
Łaskawie stwierdził, że warzywka kto inny będzie sadził. No ja pierdolę, jeszcze 180 stron nie z mojej działki. W sumie mi to rybka, problem, że nie wie lewica, co czyni prawica.
Dziś miało wszystko być skończone o 14.30. Według rozpiski.
O 17 wturlałam się do dębowej komnaty i pytam o ostatnie dwie strony, jako że wczoraj do 22.00 czekałam na NIC... Spojrzał na mnie oczętami i rzecze: jakie strony... Ojapierdolę. Obradowali nad rzeczami, które będą na tapecie w sierpniu, a bieżące leżały i ryczały, bo to krowy były.
A gość, który na te strony czekał, bał się wejść, choć zakładał firmę z Bossem.
Ja się nie bałam. Powiedziałam, że wczoraj warowałam do 22 a dziś już nie będę.
Pół godziny później wychodziłam z pracy, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
Trza być kwardym, a nie miętkim.
Jutro pójdę, jak wstanę.
W dupie to mam. Już mam 4 nadgodziny w tym miesiącu, bo warzywa odpuszczam.
A w poniedziałek można było na mojej drodze do pracy kręcić "Deszczową piosenkę", tyle że latarni do owijania się po drodze nie mam. Zlądowałam w pracy w mokrych gaciach i klimatyzacja uratowała mi życie i zdrowie. Jedynie sandały miałam pod koniec dnia mokre jeszcze. We wtorek zawlokłam do pracy zapasowy uniform i teraz jak coś będę się przebierała :D Za Gwiazdora, of course. Nawet stare sandałki, co to ich żal wywalić okazały się przydasię. Niech żyje chomikowanie...
W sobotę Inżynier skończył 31 lat. Jak ten czas leci... Zadzwonił, choć ja odpuściłam, sądząc, że chce mieć swobodę, ale nie, jakoś "chciał mamy"... Nice. I tak gadu gadu, pierdu pierdu i... mówi, że Synowa 23 leci do PL. Znaczy się, żona Pierworodnego... Później wieści dotarły z FB, ale oficjalnie nic nie wiem. W mordę jeża z drugiej strony :)
Bo myślę, że jestem WARTA, żeby mnie zapytać, kiedy mam czas.
A w sumie nie mam go, bo... no właśnie... 1800 stron?? Rozpiska jest taka, że może dzień, dwa wyrwę, ale nie dam rady w tym czasie cieszyć się wnukami.
Serio.
Po takich dniach, jak ostatnio nie mam siły na pisanie na blogu, nie mam siły na granie (sic!, moi!), po prostu wchodzę do chaty, rzucam wszystko, lezę do wanny, a potem zwlekam zwłoki, podlewam badyle, nieregularnie, czasem padają... i... chcę mieć święty spokój.

Teraz uwaga, zdjęcia są drastyczne ;)
A moja Synowa wrzuca na FB

Małą Wiedźmę sprzed lat. Przykro mi, ale zdjęcie budzi we mnie niesmak, bo jakkolwiek moje dzieci nie jadały, nie jadły w takim syfie. Mała Wiedźma, jak wiadomo, dawny E. Wedel, za niedługo skończy 5 lat. I nadal nie posługuje się sztućcami, tylko je tak, jak na obrazku. Co mnie przeraża i przyprawia o dreszcze i chęć ucieczki, gdzie pieprz rośnie.

A Papryczek nie lepszy...

Fuj. Jako że nie posiadam stołeczka, pod który mogłabym położyć folię i zapobiec bajzlowi, mój pokój wygląda jak na załączonych fotkach...
I dlatego - sorry Winnetou - nie cieszą mnie te wizyty.
Odżałuję bajzel ogólny, ale praca i sprzątanie tegoż syfu...

Jestem wredną kobietą.

W moim rodzinnym domu uczono nas posługiwania się nożem i widelcem od małego. Jadłam, mając pod łokciami dwie książki, żebym pion trzymała. I nie uważam, że to było złe. Umiem jeść i nawet na dworze u Elżuni bym się nie wstydziła.
Moi chłopcy też potrafią, choć nie dręczyłam ich już książkami pod łokciami.


Ale to mnie przerasta i naprawdę, te zdjęcia nie są dla mnie rozkoszne, są... Ponoć brudne zwierzę i brudne dziecko to szczęśliwe istoty. Zwierząt nie miałam, a dzieci hmmm... Miały przerąbane, bo wystarczyła plamka, a przebierałam (za zajączka wielkanocnego). Jakoś przeżyły :D Nie wiem, jak Pierworodny, ale Inżynierowi zostało przebieranie, potrafi dziennie zużyć ze 2 t-shirty, nie licząc koszuli pracowej.
A do rosołu dzieci były w cieplejsze dni rozbierane, bo z bawełny tłuste plamy nie schodziły (of course, póki małe były i chlapały), później zaś jadały z serwetką pod bródką :D

A jeszcze na dokładkę w sierpniu wlatuje na parę dni Inżynier na kolejny ślub i na restaurację Umarlaków przy okazji, ale nie pamiętam daty, jakoś koło 20...

I znów zostanie, Kochany Pamiętniczku, udowodniona teza, że należy mnie zutylizować, no bo jak to tak, bez serca można żyć???

Uprasza się o zbieranie kamieni na kupkę (trudno teraz o porządny kamień), aby można było we mnie rzucać do woli...

Albo wena przyjdzie i pisała będę, albo i nie...

Sayonara :D

UPDATE


Tragedia. Wyniuchałam w necie, że Auschwitz ma nową odnogę. I taż odnoga wydaje książkę, na którą czekam od stycznia. Książkę, będącą kontynuacją po 55 latach mojej ukochanej książki, na podstawie której nakręcono film z Gregorym Peckiem. Z TYM Gregorym...
I zostałam na lodzie.
Nie kupię tej książki.
Nie dam im zarobić ani grosza.
I książki w prezencie też nie chcę, bo wtedy też zarobią.
Pozostaje mi na stare lata naumieć się angielskiego i przeczytać w oryginale.
Chcę umrzeć!!!!
Jak los może być tak okrutny!!!
Książki z tego wydawnictwa, z tego co wiem, czyta Zmorka... :)  A fuj :)

UPDATE 2.

Sikora w domu, trzyma fason. Kciuki dalej wskazane... 


14 komentarzy:

  1. No w mordę jeża, też masz wesoło.
    Co do jedzenia przez dzieci ,to owszem, taki sposób jest ok na pewnym etapie, ale zdecydowanie należy przecież uczyć posługiwania się sztućcami.

    Ciepłe myśli w kierunku Sikory na bieżąco!

    OdpowiedzUsuń
  2. Co do przebierania i czystości,to bez przesady. We wszystkim trzeba zachować umiar po prostu. Moja siostra swiruje na punkcie czystości,niejest to wcale dobre ani dla niej ani dla otoczenia,bo przegina i chłopaki jak tresowane małpki czasami sie zachowywali. Teraz wyrosli i juz nie rzuca sie to tak w oczy,ale jak byli mali to bardzo.
    Książki pod łokciami-dla mnie osobiście taka kindersztuba to masakra, z kolei mnie w domu nie uczono noża i widelca,jakoś wszystko jadało się widelcem? Ciekawe,jak teraz o tym pomyślę- tak ,więc kiedy jadałam po za domem,miałam stres,że nie umiem. tak więc zdrowy rozsądek wskazany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz wiem, że przesadzałam. Ale ciuchów miałam po kokardkę i kucyki, i nie miałam cyfrówki, fejsa nie było. Inaczej zatkałabym neta zdjęciami moich cudnych dzieci i by się net skończył ;) I szmergla miałam. I tak wyszły na ludzi :P

      Usuń
  3. kurcze , no właśnie jakiś czas temu zwróciłam uwagę na to , że rodzice nie uczą dzieci jeść sztućcami ! jedzą jak małpki tymi łapkami , mlaskają, wciągają .... Nastoletnia miała tłuczone od małego, że je się sztućcami, do tej pory jej zwracamy uwagę jak się zluzuje. Doceniła to po ostatniej wycieczce ( w sumie gdyby jadała jak pozostali - nie zwróciłaby na to uwagi ) kiedy stwierdziła, że była chyba jedyną osobą jedzącą nożem i widelcem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, Imbirello, a ja, proletariat jem jak przedwojenna hrabina. I dobrze, że Twoja córa też umie. Będzie jej po prostu w życiu łatwiej. Niezależnie od miejsca, ustroju, towarzystwa. Kindersztuba procentuje. Moje wnuki mają ZERO kindersztuby. I winię za to Syna, nie ją...

      Usuń
  4. Klara posługuje się sztućcami, z nożem różnie to bywa. Czasami kroję jej sama. Gdy była maluchem około rocznym, to też próbowaliśmy pozwalać jej jeść rączkami ale wkurzał mnie syf, który robił się przy okazji;) Zresztą ona była tak rozniańczona, że bardzo długo chciała żeby ją karmić! Uważam, że dzieci w pewnym wieku powinny wiedzieć, jak należy się zachować przy stole i ogólnie, jak się zachować! Nie twierdzę, że moje zawsze potrafi ;)
    mamaKlary

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamo Klary, każdy ma swój indywidualny tok. I nie chodzi o to, że złamie jakąś regułkę. Chodzi o zasady :D

      Usuń
  5. Papryczek wpieprza juz makaron???
    Przepraszam za slownictwo ale tak to wyglada.
    Mamo Klary ja z tego wzgledu, znaczy syfu caly czas karmie lyzeczka ewentualnie butla ale to norma w 8 miesiacu zycia do reki dostaje chleb albo chrupka kukurydzianego i wtedy jest akcja przebieranie bardziej po chrupkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, Jolu. Nie mam kogo zapytać, ale nie sądzę, żeby moja mama dawała mi taki syf robić. Sklerozę mam, ale moje dzieci nigdy tak nie jadły, Jak dorosły do łyżeczki dostały ją. Jadły w kuchni. Oczywiście, było sprzątanie, ale nie było latania z jedzeniem w ręku (Mała Wiedźma do dziś) po cały mieszkaniu. Co nie zje, w kącie świchnie. Nie wiem, z fotki wynika, że Papryczek szamie makaron. Nie mój cyrk, nie moje pchły. Pewno skrócił wiszenie na cycku :D

      Usuń
  6. nigdy nie pozwoliłam Kubie tak jeść , może to był błąd , bo może chętniej by jadł ? a tak wymyślałam samolociki samochodziki itp zaś potem chciał jeść sam ale jak tata widelcem i nożem i tak pod czujnym okiem piłował schabszczaka nauczył się migusiem , nigdy nie mieliśmy problemu w knajpie a szajaliśmy się często , teraz też nie wstydzi się jeść gdziekolwiek a niektórzy jego koledzy jednak nie potrafią

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Np to witaj w klubie. Moich nie karmiłam na siłę, ale porzundek zaś ale musiał być. I dzięki temu nie muszą się wstydzić w towarzystwie. Też się po knajpach szlajaliśmy, to były piękne dni :)

      Usuń
  7. Jedzo, ale dlaczego syna winisz, a nie synowa? W koncu to matka czesciej karmi dzieci i z nimi siedzi przy stole. Z tego, co piszesz synowa nie pracuje (bo inaczej jak moglaby co 2 miesiace latac do Polski na urlop?), wiec to jej psi obowiazek edukowac swoje dzieci. Ewidentnie syn Twoj trafil na fleje pod kazdym wzgledem, niestety. Teresa

    OdpowiedzUsuń
  8. Bo powinien pamiętać, czego matka go uczyła. Wina jest zawsze po obu stronach. Nie trafił, sam wybrał, pistoletu przy głowie nie miał, a ja odradzałam. On też jest bałaganiarzem, ale co innego bałagan, a co innego bajzel... No jest, nie da się ukryć. Wiedziałam to przed ich ślubem, ale... To nie moje życie, więc nie mogę się pogodzić z tym, że chcą swój styl w moje przeflancować. Bo mnie to nie bawi...

    OdpowiedzUsuń